II Szpital

lond

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Kiedy się ocknąłem jakiś facet pochylał się nade mną i świecił latarką w oczy. Drugą ręką przytrzymywał mnie abym się nie szarpnął. Medyk. Zza jego pleców wyrósł policjant. Za chwilę drugi, i jeszcze jeden medyk.

Powoli odzyskiwałem świadomość. Powiedzmy.

– Czy wszystkie te brakujące z opakowania tabletki pan zażył? Kiwnąłem głową.

– Czy popił pan tym czego brakuje w tej butelce? Zamiast odpowiedzieć, chciałem zapytać co robią w moim mieszkaniu i kto ich wpuścił, ale zanim to zrobiłem straciłem przytomność.

Obudziłem się w ambulansie. Wyciągali mnie z niego na podjeździe szpitalnym. Trafiłem na izbę przyjęć. Medycy, którzy mnie tu przywieźli posadzili mnie w fotel na kółkach i umieścili w małym pokoiku.

– Czy wszystkie dane jakie pan nam podał się zgadzają? – jeden z nich podsunął mi kilka spiętych ze sobą kartek.

– To ja podawałem jakieś dane?!

Panowie tylko spojrzeli po sobie. Uprzedzając moje pytanie wskazali na leżącą obok moją kurtkę i powiedzieli, że w środku mam telefon, klucze od domu, portfel a nawet papierosy i zapalniczkę, i że w najbliższym czasie żadna z tych rzeczy raczej mi się nie przyda. Jeszcze raz zapytali o kwestionariusz. Rzuciłem na niego okiem. Imię i nazwisko, data urodzenia, adres, miejsce pracy, kontakt do przyjaciół. Wszystko się zgadzało. Również to, że zaaplikowałem sobie sporą dawkę środków nasennych i popiłem kilkoma szklankami taniej łychy.

Ma pan sporo szczęścia. Gdyby sąsiad z góry pana nie nakrył i nie wezwał nas na czas mógłby pan się już nie obudzić. Dodatkowo, zwymiotował pan, więc wnosząc po pana obecnym stanie obejdzie się nawet bez płukania żołądka, no ale to już zadecyduje doktor.

Skończyli kolejną odpytkę, jeszcze raz sprawdzili puls, zajrzeli w oczy i kazali się przenieść na poczekalnię.

Siedziałem tam cały zły. Na nich, na sąsiada, na siebie. Miało być już po wszystkim. W wiecznym śnie zniknąć miały wszystkie złe emocje, wszystkie sprawy, z którymi już nie miałem nawet ochoty sobie radzić, wszystkie problemy, które sam sobie zrzuciłem na głowę. Koniec kłótni z exami, koniec zaharowywania się na absurdalnie wysokie alimenty, koniec mojego użalania się nad sobą z każdym mijającym dniem, tygodniem, miesiącem.

Miałem zniknąć. Miałem. Zamiast tego tkwiłem zawieszony w oczekiwaniu na jakiegoś łapiducha w sfatygowanej już nieco poczekalni, wciśnięty pomiędzy ludzi kłócących się z recepcjonistkami, zanurzonych w czeluściach swoich telefonów, osuniętych w apatię takiego samego jak moje oczekiwania. Płacz cierpiących dzieci wymieszany z dziesiątkami rozmów, telefonicznych, twarzą w twarz, przez kontuar recepcji i pod nosem do samych siebie, chyba we wszystkich językach świata i mój zbliżający się kac podsycany złością i frustracją. Miałem serdecznie dość tej wieży Babel. Chwyciłem swoją kurtkę i ruszyłem do wyjścia obijając się o ściany i pacjentów. Jeszcze w przedsionku zdążyłem wygrzebać z kieszeni papierosy i zapalniczkę i zapalić. Zwymiotowałem niemal natychmiast i wprost pod nogi przeklinającej mnie na czym świat stoi pielęgniarki. Jak to jest, że te najmniejsze i niemal kompletnie wysuszone, zawsze są najgłośniejsze i najbardziej zjadliwe? Uciekłem czym prędzej i na autopilocie ruszyłem do domu.

Gdy dotarłem do mieszkania, przed drzwiami zauważyłem spory stos worków na śmieci wypełnionych butelkami po wódzie, puszkami po napojach, kartonami po pizzy i innymi, charakterystycznymi dla żarcia na dowóz. Moimi śmieciami. Po chwili, z kolejnymi workami, pojawili się w drzwiach Góra i Muszkieter, moi przyjaciele.

Dostałem cynk, że dzieje się źle. Mieliśmy tu z Muszkieterem cię spakować i na ciebie poczekać, ale skoro już jesteś, to sam załaduj w mandżur co uważasz za niezbędne i jedziemy. – zakomunikował Góra – Jedziesz do nas, pomieszkasz chwilę z nami póki nie staniesz porządnie na nogi. Twoja szefowa wie, że przez kilka dni nie pojawisz się w pracy. Jesteś też już umówiony na spotkanie z terapeutką przy AA.

I Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

green

Jestem ojcem trójki, jak powszechnie wiadomo, najfajniejszych dzieci we wszechświecie. Małej Mi, Cześka i Pac Mana. Skąd to wiem? Bo jeszcze, ciągle, mogę się o tym osobiście przekonywać co jakiś czas. Mimo usilnych starań matek moich dzieci by odseparować mnie od nich, ciągle walczę o to by tę więź między dziećmi i mną, którą pielęgnuję jak tylko potrafię, podtrzymywać.

Dzisiaj mi się nie udało. Mama Małej Mi i Cześka, pani Paranoja Żółć, mimo ugody zawartej przed sądem, postanowiła wrócić do wyznawania dyrdymałów na mój temat odrzuconych przez Wysoki Sąd na sali rozpraw i tę sobotę zamiast spędzać z dziećmi, poświęcam na przelewanie swoich emocji przez klawisze komputera. Zawsze to lepiej niż pójść się napić.

Już od prawie roku, z dobrym skutkiem, radzę sobie ze swoimi pokusami sięgnięcia po wódę. Raz filmem, raz książką, raz rodziną i przyjaciółmi odpędzam demony przeszłości zamknięte pod kapslem. Nabroiłem przez nie dosyć, teraz konsekwentnie sprzątam.

Ostatnie 15 lat swojego życia spędziłem na Wyspie Prosperity. Tam urodziła się starsza dwójka moich dzieci. Ja pracowałem, Paranoja zaś zajmowała się dziećmi. Znudzona i poirytowana tym, przyznam, cokolwiek samotnym i niełatwym zajęciem, postanowiła wprowadzić w swój życiorys odrobinę zmian i rozrywki zabierając Małą Mi i Cześka do kraju przodków. Mówiąc dosłownie, pod spódnicę jednego z nich.

Perypetie związane z wprowadzeniem tego urozmaicenia, których opisu na razie oszczędzę, krok po kroku doprowadziły do rozwodu. Doprowadziły do mojej depresji, z której ciągle się leczę. Doprowadziły do mojego alkoholizmu, z którego nieustannie trzeźwieję.

Pozwoliłem sobie zasłonić się słabościami, położyć na nie lachę i jak ostatni idiota pomaszerowałem po linii najmniejszego oporu wprost przez szyjkę butelki z brunatną cieczą. Tkwiłem w niej coraz głębiej przez siedem lat. Siedem, niemal kompletnie straconych lat, których ciężar i smród czuję do dzisiaj. I jeszcze długo będę czuł.

Złudnym światłem w tunelu na kilka dłuższych chwil stała się mama Paszociąga, mojego najmłodszego syna. Między innymi dla niej i naszego dziecka zapragnąłem przenieść się na powrót do Kraju Ciemności i Zabobonu. Rozpocząłem porządkowanie bałaganu jaki narobiłem w pijackiej malignie. Powoli, jak się okazuje zbyt wolno, i niestety niezbyt trzeźwo, zamykałem kolejne sprawy na Wyspie prosperity, by wrócić do swojego rodzinnego miasteczka. By zamieszkać z panią Złośnicą Zazdrosną i naszym synem.

Coś, co miało być w mojej mrzonce nowym początkiem, okazało się przygotowaną na zimno gehenną.