
Kalendarzowy bonus, kolejny, poza tymi cotygodniowymi, wisienka na torcie. Przedłużony weekend. Zawsze się cieszę gdy mogę sobie dłużej pospać. Od kiedy pamiętam uważam, że to nie pies jest najlepszym czworonogim przyjacielem człowieka, tylko jest nim łóżko.
Teraz, nawet gdy organizm sam się wybudzi o swojej zwyczajowej porze, mam do perfekcji opanowane ignorowanie tego faktu. Przerzutka przez plecy, tyłkiem do okna, kołdra pod szyję i niech się świat ode mnie odczepi jeszcze na godzinę lub dwie. Z czystym i w końcu niezaspanym sumieniem, w okolicach godziny dziewiątej, wstawiam pierwszą porcję świeżo zmielonej kawy nad kubek i do wtóru radiowych szeptów rozpoczynam dzień wolny. Dużo za wolny.
Różnica pomiędzy moim zwyczajowym weekendem a dodatkowym, doklejonym do niego świętem kościelnym, czy państwowym, choć w tym kraju w zasadzie to na jedno dzisiaj wychodzi, jest znacząca.
W co drugi weekend, przynajmniej teoretycznie, mam swoje spotkania z malcami. I tak jak z najmłodszym najczęściej dane jest mi się pobawić, pospacerować, pooglądać z nim bajkę, czy mu ją poczytać, tak ze starszą dwójką teoria pozostaje teorią, praktyka zaś od niej odstaje tak daleko, jak odstawać może, i to od wielu miesięcy.
Pozostałe co drugie weekendy jakoś sobie planuję, by przepleść przyjemne z pożytecznym. A to jakieś prace w warsztacie, przy domu, w domu. Chwile relaksu z książką, czy filmem, przebieżka po wytartych chodnikach mojego miasteczka, jakieś zakupy.
Często też staram się ewentualne drobne prace „na zlecenie” spychać na tę właśnie wolną przestrzeń mojego terminarza, bo choćbym chciał, bez takich dodatkowych fuch nie miałbym najmniejszych szans się samodzielnie utrzymać. Tak na serio, to i z nimi ciężko z ręką na sercu zawyrokować, że daję radę.
No i potem zdarza się raz na jakiś czas dzień jak ten. Najczęściej jeden, góra dwa, sami z resztą wiecie.
Zdecydowana większość moich bliższych i dalszych znajomych pakuję się w swoje auta i znika.
– Jedziemy do tej ślicznej wioski nad morzem, jeszcze nie zarażonej turystyczną nawałnicą…
– Spadam nad jeziora, żaglówka już wynajęta, będzie czad…
– Dawno nie byliśmy w dużym mieście. Wiesz, jakieś kino, koncert, wypad do galerii, tej na zakupy i tej od sztuki…
– Mąż się uparł, żeby do teściowej, to jedziemy, przynajmniej dzieci przehandlujemy na jakiś czas…
Sam bym się urwał gdyby mi pozwalały na to finanse, i gdybym miał z kim.
Moja dziura w mapie pustoszeje. Zostają tylko starcy i ci co mają jeszcze gorsze umowy o pracę niż ja, i muszą celebrować dzień Matki Boskiej Jakiejś Kolejnej, na swoim etacie.
Ja mam spokój, ten, którego wielu zazdrości, chociaż sam akurat za takim świętym spokojem nie za bardzo przepadam. Nie wiem, może to jest tak, że trawa jest zieleńsza zawsze po drugiej stronie płotu? A może nie?
Pewnie, że nie!
Utkwienie na kilku metrach kwadratowych, nawet ze swoją muzyką i książkami, na nieco zbyt długo, do końca życia będzie mi się kojarzyć z popielniczką pełną niedopałków, zasuniętymi kotarami i do połowy zalaną szklanką stojącą obok na wpół opróżnionej butelki.
O pół tonu zbyt głośna muzyka, z promil lub dwa we krwi, i ja tkwiący na niezasłanej kanapie. Sam. Nie musiałem nawet wyłączać, ani wyciszać telefonu, bo i tak nikt nie dzwonił. Ja do nikogo też nie. Po co? Picie w swoich czterech ścianach nie wymagało towarzystwa. Wręcz przeciwnie. Już wspominałem, że cecha wspólną imprez alkoholików, są tak naprawdę występy solowe. Bez przeszkadzaczy.
Chodzi tu o pewien bilans, jaki automatycznie robi się w głowie uzależnionej osoby. Nikt przecież nie lubi być sam, nie chce samotności. Alkoholik wybiera ją, aby nic i nikt nie psuło mu komfortu picia. Nawet jeśli niby nie jest sam i tak stawia dookoła siebie możliwie szczelne bariery. Zamyka się z pełną szklanką w swoim gabinecie i wychodzi z niego dopiero, gdy cała reszta domowników śpi, jeśli wychodzi w ogóle. Idzie posprzątać piwnicę, lub garaż, dużo częściej niż wynikałoby to z realnej potrzeby, oczywiście sam i z pełnym szkłem. Nie wydzwania za towarzystwem. Tak naprawdę gdyby nie to, że telefon jest teraz narzędziem zapewniającym dużo więcej niż możliwość rozmowy na odległość, byłby alkoholikowi kompletnie zbędny. Sam dobrze pamiętam, że mój częściej służył mi za budzik, zegarek i kalendarz, niż za komunikator. Zgadnijcie, co osoba uzależniona spienięża najpierw kiedy brak jej środków na kolejną dawkę swojej trucizny?
Od kiedy zacząłem trzeźwieć, z powrotem nauczam się korzystania z telefonu. Z jego pierwotnej funkcji. Nie tylko, żeby załatwić jakąś sprawę bez konieczności osobistego stawienia się w danym miejscu, ale tak, jak kiedyś, żeby dowiedzieć się od tej osoby po drugiej stronie, co u niej słychać, jak leci, i całego worka, albo i dwóch, banalnych dyrdymałów, którymi zechce się ze mną podzielić.
Kiedyś nie lubiłem gdy mój aparat rozbrzmiewał dźwiękiem przychodzącej wiadomości, lub połączenia. Wzdrygało mnie, i ciągle jeszcze mam ten odruch. Wtedy nie tylko przeszkadzało mi to w piciu, ale najczęściej oznaczało to powiadomienie o kolejnych kłopotach, co i rusz dopisywanych do listy już istniejących. W takich okolicznościach brak wiadomości, to dobra wiadomość, cieszyło mnie więc jego permanentne milczenie.
No to teraz mam za swoje, i dzisiaj też nikt mi nie przeszkadza. W zasadzie prawda, bo sam do tego doprowadziłem. Sam przyczyniłem się do poluzowania, a czasem wręcz pozrywania wielu kontaktów. Bo z jakiej racji ktoś miałby się nagle do mnie odezwać, skoro ja sam przez eony nie wykręcałem jego numeru. I nie tylko o to chodzi, że byłem przecież daleko. Dla światłowodu nie ma zbytniej różnicy, czy połączy mnie z kimś z drugiego końca miasta, czy z drugiego końca świata, rozmówca tak samo wyraźnie mógł mnie usłyszeć z każdego miejsca na Ziemi. Ale gdy już zanurzyłem się w alkoholowym odmęcie, przestałem potrzebować kogokolwiek, i im głębiej weń płynąłem, tym bardziej skazywałem siebie na bycie niepotrzebnym wszystkim innym. Takie pijane myślenie, chory wid, który ziszczasz na swoje własne życzenie.
Konsekwentnie odseparowywałem się od wszystkich. Fundowałem sobie postapokaliptyczny mikroświat, na granicy z tym realnym, w którym zmuszałem się do funkcjonowania, nikogo do niego nie wpuszczając. Z resztą kto chciałby do niego wejść? Sam też nie wychodziłem z niego częściej, niż to absolutnie koniecznie, przecież urządziłem go dla siebie i dokładnie tak jak było mi najlepiej i najwygodniej. Szmuglowałem więc siebie w tę i z powrotem, za okruchy życia i podtrzymanie swojej ułudy tak długo, jak to możliwe, aż w końcu dotarło do w czym tkwię po uszy.
Pokażcie mi kogoś kto na własne życzenie chciałby pędzić życie Mad Maxa? Nie potrzeba nie wiem jak wielkiej inteligencji, żeby wiedzieć, że to wygląda atrakcyjnie tylko na kinowym ekranie. I tylko na ekranie życie w pustce może skończyć happy endem. Musiałem zawrócić.
Wracam. Powoli, dzień po dniu, zamieniam o zdanie więcej z ludźmi, którzy przecież od zawsze stawali na mojej drodze, i mam nadzieję, jeszcze długo na niej będą. Chwytam telefon nie tylko po to, żeby sprawdzić co dzisiaj za dzień, ustawić budzenie, albo zagrać w scrabble online, z osobą, której nigdy nie widziałem, i zapewne nigdy na oczy nie zobaczę. Biorę go w dłoń, by wykręcić numer osoby, z którą się nie widziałem od zbyt dawna, i nie zdawałem sobie sprawy, albo tak naprawdę nie chciałem zdawać, jak bardzo się za nią stęskniłem. Cierpliwie czekam aż sygnał w słuchawce przerwie charakterystyczny dźwięk połączenia.
– Halo?
– Cześć, tu Mick. Co porabiasz?
__________________
*Telefony – Republika; muzyka i słowa Grzegorz Ciechowski















































