LI Telefony w mojej głowie*

Kalendarzowy bonus, kolejny, poza tymi cotygodniowymi, wisienka na torcie. Przedłużony weekend. Zawsze się cieszę gdy mogę sobie dłużej pospać. Od kiedy pamiętam uważam, że to nie pies jest najlepszym czworonogim przyjacielem człowieka, tylko jest nim łóżko.

Teraz, nawet gdy organizm sam się wybudzi o swojej zwyczajowej porze, mam do perfekcji opanowane ignorowanie tego faktu. Przerzutka przez plecy, tyłkiem do okna, kołdra pod szyję i niech się świat ode mnie odczepi jeszcze na godzinę lub dwie. Z czystym i w końcu niezaspanym sumieniem, w okolicach godziny dziewiątej, wstawiam pierwszą porcję świeżo zmielonej kawy nad kubek i do wtóru radiowych szeptów rozpoczynam dzień wolny. Dużo za wolny.

Różnica pomiędzy moim zwyczajowym weekendem a dodatkowym, doklejonym do niego świętem kościelnym, czy państwowym, choć w tym kraju w zasadzie to na jedno dzisiaj wychodzi, jest znacząca. 

W co drugi weekend, przynajmniej teoretycznie, mam swoje spotkania z malcami. I tak jak z najmłodszym najczęściej dane jest mi się pobawić, pospacerować, pooglądać z nim bajkę, czy mu ją poczytać, tak ze starszą dwójką teoria pozostaje teorią, praktyka zaś od niej odstaje tak daleko, jak odstawać może, i to od wielu miesięcy.

Pozostałe co drugie weekendy jakoś sobie planuję, by przepleść przyjemne z pożytecznym. A to jakieś prace w warsztacie, przy domu, w domu. Chwile relaksu z książką, czy filmem, przebieżka po wytartych chodnikach mojego miasteczka, jakieś zakupy. 

Często też staram się ewentualne drobne prace „na zlecenie” spychać na tę właśnie wolną przestrzeń mojego terminarza, bo choćbym chciał, bez takich dodatkowych fuch nie miałbym najmniejszych szans się samodzielnie utrzymać. Tak na serio, to i z nimi ciężko z ręką na sercu zawyrokować, że daję radę. 

No i potem zdarza się raz na jakiś czas dzień jak ten. Najczęściej jeden, góra dwa, sami z resztą wiecie. 

Zdecydowana większość moich bliższych i dalszych znajomych pakuję się w swoje auta i znika. 

– Jedziemy do tej ślicznej wioski nad morzem, jeszcze nie zarażonej turystyczną nawałnicą…

– Spadam nad jeziora, żaglówka już wynajęta, będzie czad…

– Dawno nie byliśmy w dużym mieście. Wiesz, jakieś kino, koncert, wypad do galerii, tej na zakupy i tej od sztuki…

– Mąż się uparł, żeby do teściowej, to jedziemy, przynajmniej dzieci przehandlujemy na jakiś czas…

Sam bym się urwał gdyby mi pozwalały na to finanse, i gdybym miał z kim.

Moja dziura w mapie pustoszeje. Zostają tylko starcy i ci co mają jeszcze gorsze umowy o pracę niż ja, i muszą celebrować dzień Matki Boskiej Jakiejś Kolejnej, na swoim etacie. 

Ja mam spokój, ten, którego wielu zazdrości, chociaż sam akurat za takim świętym spokojem nie za bardzo przepadam. Nie wiem, może to jest tak, że trawa jest zieleńsza zawsze po drugiej stronie płotu? A może nie?

Pewnie, że nie!

Utkwienie na kilku metrach kwadratowych, nawet ze swoją muzyką i książkami, na nieco zbyt długo, do końca życia będzie mi się kojarzyć z popielniczką pełną niedopałków, zasuniętymi kotarami i do połowy zalaną szklanką stojącą obok na wpół opróżnionej butelki.

O pół tonu zbyt głośna muzyka, z promil lub dwa we krwi, i ja tkwiący na niezasłanej kanapie. Sam. Nie musiałem nawet wyłączać, ani wyciszać telefonu, bo i tak nikt nie dzwonił. Ja do nikogo też nie. Po co? Picie w swoich czterech ścianach nie wymagało towarzystwa. Wręcz przeciwnie. Już wspominałem, że cecha wspólną imprez alkoholików, są tak naprawdę występy solowe. Bez przeszkadzaczy. 

Chodzi tu o pewien bilans, jaki automatycznie robi się w głowie uzależnionej osoby. Nikt przecież nie lubi być sam, nie chce samotności. Alkoholik wybiera ją, aby nic i nikt nie psuło mu komfortu picia. Nawet jeśli niby nie jest sam i tak stawia dookoła siebie możliwie szczelne bariery. Zamyka się z pełną szklanką w swoim gabinecie i wychodzi z niego dopiero, gdy cała reszta domowników śpi, jeśli wychodzi w ogóle. Idzie posprzątać piwnicę, lub garaż, dużo częściej niż wynikałoby to z realnej potrzeby, oczywiście sam i z pełnym szkłem. Nie wydzwania za towarzystwem. Tak naprawdę gdyby nie to, że telefon jest teraz narzędziem zapewniającym dużo więcej niż możliwość rozmowy na odległość, byłby alkoholikowi kompletnie zbędny. Sam dobrze pamiętam, że mój częściej służył mi za budzik, zegarek i kalendarz, niż za komunikator. Zgadnijcie, co osoba uzależniona spienięża najpierw kiedy brak jej środków na kolejną dawkę swojej trucizny?

Od kiedy zacząłem trzeźwieć, z powrotem nauczam się korzystania z telefonu. Z jego pierwotnej funkcji. Nie tylko, żeby załatwić jakąś sprawę bez konieczności osobistego stawienia się w danym miejscu, ale tak, jak kiedyś, żeby dowiedzieć się od tej osoby po drugiej stronie, co u niej słychać, jak leci, i całego worka, albo i dwóch, banalnych dyrdymałów, którymi zechce się ze mną podzielić. 

Kiedyś nie lubiłem gdy mój aparat rozbrzmiewał dźwiękiem przychodzącej wiadomości, lub połączenia. Wzdrygało mnie, i ciągle jeszcze mam ten odruch. Wtedy nie tylko przeszkadzało mi to w piciu, ale najczęściej oznaczało to powiadomienie o kolejnych kłopotach, co i rusz dopisywanych do listy już istniejących. W takich okolicznościach brak wiadomości, to dobra wiadomość, cieszyło mnie więc jego permanentne milczenie. 

No to teraz mam za swoje, i dzisiaj też nikt mi nie przeszkadza. W zasadzie prawda, bo sam do tego doprowadziłem. Sam przyczyniłem się do poluzowania, a czasem wręcz pozrywania wielu kontaktów. Bo z jakiej racji ktoś miałby się nagle do mnie odezwać, skoro ja sam przez eony nie wykręcałem jego numeru. I nie tylko o to chodzi, że byłem przecież daleko. Dla światłowodu nie ma zbytniej różnicy, czy połączy mnie z kimś z drugiego końca miasta, czy z drugiego końca świata, rozmówca tak samo wyraźnie mógł mnie usłyszeć z każdego miejsca na Ziemi. Ale gdy już zanurzyłem się w alkoholowym odmęcie, przestałem potrzebować kogokolwiek, i im głębiej weń płynąłem, tym bardziej skazywałem siebie na bycie niepotrzebnym wszystkim innym. Takie pijane myślenie, chory wid, który ziszczasz na swoje własne życzenie. 

Konsekwentnie odseparowywałem się od wszystkich. Fundowałem  sobie postapokaliptyczny mikroświat, na granicy z tym realnym, w którym zmuszałem się do funkcjonowania, nikogo do niego nie wpuszczając. Z resztą kto chciałby do niego wejść? Sam też nie wychodziłem z niego częściej, niż to absolutnie koniecznie, przecież urządziłem go dla siebie i dokładnie tak jak było mi najlepiej i najwygodniej. Szmuglowałem więc siebie w tę i z powrotem, za okruchy życia i podtrzymanie swojej ułudy tak długo, jak to możliwe, aż w końcu dotarło do w czym tkwię po uszy. 

Pokażcie mi kogoś kto na własne życzenie chciałby pędzić życie Mad Maxa? Nie potrzeba nie wiem jak wielkiej inteligencji, żeby wiedzieć, że to wygląda atrakcyjnie tylko na kinowym ekranie. I tylko na ekranie życie w pustce może skończyć happy endem. Musiałem zawrócić. 

Wracam. Powoli, dzień po dniu, zamieniam o zdanie więcej z ludźmi, którzy przecież od zawsze stawali na mojej drodze, i mam nadzieję, jeszcze długo na niej będą. Chwytam telefon nie tylko po to, żeby sprawdzić co dzisiaj za dzień, ustawić budzenie, albo zagrać w scrabble online, z osobą, której nigdy nie widziałem, i zapewne nigdy na oczy nie zobaczę. Biorę go w dłoń, by wykręcić numer osoby, z którą się nie widziałem od zbyt dawna, i nie zdawałem sobie sprawy, albo tak naprawdę nie chciałem zdawać, jak bardzo się za nią stęskniłem. Cierpliwie czekam aż sygnał w słuchawce przerwie charakterystyczny dźwięk połączenia.

– Halo?

– Cześć, tu Mick. Co porabiasz?

__________________

*Telefony – Republika; muzyka i słowa Grzegorz Ciechowski

L Trzy świeczki

Zacząłem wsiąkać w rutynowy tydzień. Od poniedziałku do piątku praca, w weekendy jakieś drobne zlecenia, by dorobić i odpoczynek. Lenistwo przeplatane dziejstwem. Odwiedziny najmłodszego, Szopena, na zmianę z samotnym mopowaniem i odkurzaniem podłóg jeszcze, ciągle, mojego mieszkania. Pochłonęło mnie życie, zwykłe zrywanie kartek z kalendarza.

Wciągnęło mnie na tyle, że zapomniałem w międzyczasie kim jestem. Proszę nie mylić tego zapomnienia z wyparciem swojej tożsamości, nie. Miewałem w ciągu tych kilku ostatnich tygodni chwile, kiedy z wyraźną jaskrawością rozbłyskało w mojej świadomości na jaką chorobę zapadłem i co to znaczy, ale generalnie, w ogóle nie zaprzątnęło to moich myśli na dłużej. Zapomniałem, że jestem alkoholikiem.

Bardziej zajęty byłem wszystkim innym. Zakupami, zabawą z malcem, premierami filmowymi, dalszym ciągiem serialu i kolejnym rozdziałem książki i oczywiście, zasłużonym lenistwem.

Nigdy wcześniej nie zdażyło mi się opuścić aż trzech kolejnych mitingów. Nigdy wcześniej, po wyjściu z terapii w ośrodku nie spędziłem aż tak długiego czasu, bez kontaktu z inną osobą trzeźwiejącą. Dzisiaj, gdy przeglądam swoich kilka poprzednich wpisów, dociera do mnie co się wydarzyło. Dlaczego moja złość tak się kumulowała, dlaczego zaczęło mną tu i ówdzie miotać na wszystkie strony? Dlaczego nie radziłem sobie tak sprawnie jak wcześniej z głodami? 

Bo zapomniałem, że jestem alkoholikiem! Przez trzy tygodnie ociągałem się ,by sobie o tym przypomnieć i wykorzystałem każdą okazję by nie trafić na miting. Niby celowo nie robiłem nic, ale jakoś tak wychodziło, że piątkowe popołudnie spędziłem gdzieś indziej niż na spotkaniu anonimowych alkoholików. A to z synkiem, co w zasadzie się chwali, a to w pracy, za co też zganić siebie nie mogę, a to z bratem. Niby nic, ale przerwa w „kuracji grupowej” rosła, a wraz z nią moje rozchwianie i rozdrażnienie.

Tak, tak, wiem. Żadne wielkie olaboga! Poradziłem sobie i ciągle jest wszystko w jak najlepszym porządku, o ile w ogóle w mojej sytuacji można użyć takiego określenia, ale dzisiaj wiem, że jeszcze za wcześnie bym pozwalał sobie na takie jazdy indywidualne. Jeszcze zbyt wiele mnie to kosztuje, więc niepotrzebnie naraziłem się na taki wydatek energetyczny, szczególnie mając na względzie to, co ostatnio przydarza mi się co i rusz. Przecież jeszcze przez kilka dłuższych chwil to ciągle będzie mi się przytrafiać. Choćby jutro.

Jadę na wyznaczone przez Sąd mediacje z mamą mojego najmłodszego. Będę próbował się z nią dogadać, co do częstszych i dłuższych widzeń o jakie zabiegam od zbyt długiego już czasu, aby zostawić to jej kaprysowi. Stracę przez to jedno popołudnie z małym, bo Złośnica, będąc na przymusowym urlopie, pomiędzy pracą jaką zostawia, a pracą jaką podejmie, który spędza w domu z synami, nie znalazła czasu w inny dzień, niż przysługujący mi na widzenie, by usiąść ze mną na dwie godziny z urzędnikiem wynajętym przez państwo i porozmawiać. Potraktuję to jako inwestycję, choć prawnicy, jeden z drugim, mówią, abym nie liczył na zbyt wiele, bo najczęściej wybieg z mediacjami jest zagrywką na czas. Wszystko i tak wraca na salę sądową i tam się rozgrywa potem. Najprawdopodobniej trwając dłużej niż bez mediacji. Ma sens, prawda?

W międzyczasie mój starszy syn dołączył do grona X-manów, skończył dziesięć lat. Nauczony doświadczeniem nie planowałem zbyt wiele, niepotrzebne mi kolejne rozczarowania i spadki nastrojów. 

Oczywiście chciałem razem z nim i jego rodzeństwem uczcić jego dzień jak należy. Coż z tego? Nie zawsze jednak chcieć to móc. Tort, świeczki, wypad do kina i spotkanie w szerszym gronie rodzinnym będzie musiało poczekać. Znowu czekanie. Trudno. Musiało i jemu, i mi, wystarczyć złożenie życzeń urodzinowych na czas. Dosłownie. 

Podjechałem dość wcześnie rano pod dom Cześka i Małej Mi razem z ich bratem i dziadkiem. Wyprosiłem Paranoję przez zamkniętą bramę by pozwoliła mi się z nimi zobaczyć choć na chwilę.

– Nie sądzę by chciało im się wyjść. – odparła na moją prośbę.

– Spróbujmy się przekonać.

Wyszli. Ciągle ubrani w pidżamy i na bosaka. Chwała niebiosom, żeś urodzony w środku lata synu! I znów, jak w urodziny Małej Mi, nie odstąpiła ich na krok, nie pozwoliła wyjść za bramkę. Mimo prośby z obu stron, i dzieci, i mojej, nie pozostawiła najmniejszych złudzeń co do naszego ewentualnego wyjścia do kina, czy choćby spaceru na lody, zamiast tego co chwilę rzucała:

– Już? – i z uśmiechem wyciągała rękę do naszych dzieci nakazując niemo by ją chwyciły.

– Wszystkiego najlepszego synu, oby nikt, nigdy nie zakazywał ci być tym kim chcesz i nie nakazywał ci być kimś innym niż chcesz. Kocham cię.

– Ja ciebie też tato. Cześć.

Jeszcze chwila w objęciach i już ich nie było.

Poszliśmy z Szopenem na lody i potem pojechaliśmy z nim na krótką wycieczkę z moim znajomym. Odwiedziłem z nim Terapeutów z mojego ośrodka i poklepałem się po plecach z innymi „absolwentami”. Krótki aczkolwiek intensywny i energetyczny wypad. Do powtórki za następne dwa miesiące. Mam niedosyt.

Resztę urodzin mojego starszego syna spędziłem ciesząc się chwilami poświęconymi młodszemu. Oglądaliśmy zdjęcia z poprzednich lat kiedy Szopena jeszcze nie było na świecie. Pokazywałem mu je, a on radośnie wskazywał na postacie zatrzymane w kadrze.

– Mała Mi! 

– Tata! 

– Czesiek! 

– Tata! Mała Mi! Mała Mi! Czesiek!

– Ja! – dotknął palcem zdjęcia Cześka, który kończył właśnie trzy latka.

– Nie synuś, to twój braciszek, Czesiek.

– Nie, ja!

Uśmiechnąłem się. Mimo różnych matek, są do siebie tacy podobni. 

Kiedy odwiozłem go do jego mamy, po powrocie do siebie, nie chciało mi się sprzątać klocków i puzzli z podłogi. Stanąłem w progu pokoju, który cały czas mam nadzieję, stanie się pełnoprawnym pokojem dziecięcym. Ile to jeszcze potrwa? Ile czasu to już trwa? Rok. Rok!

Już minął rok od kiedy zjechałem na powrót do kraju, rok, gdy ciągle staram się układać swoje życie na nowo i jest mi z tym coraz lepiej. Rok.

Rozłożyłem się na swoim łóżku i włączyłem radio. Naraz dotarło do mnie jeszcze coś. Pomiędzy urodzinami starszego syna, rocznicą powrotu, perypetiami w pracy, w domu, w rodzinie, niepamięcią o mojej chorobie, umknął mi jeszcze jeden rok. W dodatku już chwilkę wcześniej, dobre dwa tygodnie. Minął rok, od czasu kiedy zaliczyłem swoją wpadkę z alkoholem. Przegapiłem moment, kiedy minął rok mojej trzeźwości. 

Żyję najpełniej jak się da.

______________

Prawa autorskie do rysunku należą do Michał ‚Śledziu’ Śledziński

XLIX Kumulacja

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– Czy ty nie jesteś już zmęczony tą wściekłością? – wyrzuciła mi przyjaciółka, gdy żalę jej się, że wszystko idzie nie tak – Nie masz dosyć? 

Mam, mam jak cholera, i na to też jestem wściekły. I na to, że mam w sobie te pokłady złości też. I na to, że nie umiem sobie z nią poradzić. 

W zasadzie to jej się nie żalę, tylko wykrzykuję w ekran wszystko co mi leży na wątrobie i jeszcze trochę ponad to. Zamykam laptopa i wyganiam się od niej. Jestem w takim stanie, że już nawet nie mam siły znajdować sobie zajęcia odciągającego mnie od tych wszystkich parszywych myśli. Bo ile można?

– Do oporu! Aż ci przejdzie. 

Robię cokolwiek i przechodzi, jestem trochę zmęczony, odsapnę i… 

– Dalej! Zajmuj się! Zajmuj się, aż będzie pora żeby coś zjeść. Zajmij się jedzeniem, zajmij się sprzątaniem po jedzeniu, potem zajmij się prysznicem i goleniem.

Nie chce mi się golić, tylko ja siebie będę oglądał w lustrze, i nie ma nawet kogo podrapać przytulając się.

– Więc ogol się, bo tak, ogol i idź spać.

Oglądam policzki w lustrze, równo rozkładam piankę, moczę maszynkę w gorącej wodzie i powolnymi ruchami usuwam zarost. Ruch za ruchem, aż cała twarz i szyja będą gładkie. Wycieram twarz ręcznikiem, ścieram resztki piany, a potem nakładam balsam. Wślizguję się do łóżka, nie włączając nawet telewizora, odwracam się od pustej części łóżka plecami i zasypiam.

Kawa, rytuał jej parzenia, odmierzanie ziaren, mielenie, ubijanie. Czysty kubek już czeka. Kapka mleka i łyżka brązowego cukru. Cały łańcuszek niegroźnych fanaberii wiodących mnie przed dom z kubkiem aromatycznej czerni złamanej mlekiem w jednej dłoni, i odpalonym papierosem w drugiej.

Piękny poranek, słońce muska mnie po twarzy a po złości z wczoraj, przedwczoraj i przed, przedwczoraj nie ma śladu. Daję się zwieść samemu sobie, jak każdego ranka.

– Nie kracz, spij kawkę, dopal papierosa, wejdź do domu i zaparz sobie drugą, tym razem bez mleka i cukru. 

Nastawiam drugą porcję w ekspresie i zaczynam przygotowywać sobie śniadanie. Kot dopomniał się o swoje i zapomniał o mnie zaraz potem jak je dostał. 

– Jedziemy? – to dzwoni ojciec, mamy jechać za chwilę po starszą dwójkę. Teoretycznie, po starszą dwójkę, która mieszka sześć kilometrów ode mnie. Praktycznie od ponad pół roku ich nie widuję. Według ich matki nie jestem godzien.

– Zawijaj padre, zaraz będę gotowy. – rzucam do słuchawki i wgryzam się w pierwszą bułkę.

Podjeżdżamy, jak co dwa tygodnie w sobotę, pod dom gdzie mieszkają Mała Mi z Cześkiem. Punk dziesiąta wysiadam z samochodu i z miejsca czuję się jak intruz. Mam się tak czuć. To taka zorganizowana akcja. Od jakiegoś czasu nikt nawet nie wychodzi, żeby zakomunikować mi, bym się stąd zabierał, bo nie jestem mile widziany, jak bywało wcześniej. Nawet nie wiem, czy są, czy nie ma ich w domu. 

Odczekuję kilka chwil pomiędzy kolejnymi przyciśnięciami dzwonka na bramie. Po kilku minutach dzwonię na policję z prośbą o kolejne odnotowanie nieudanej próby widzenia z dziećmi. Odnotowują i życzą mi, jak co dwa tygodnie, udanego dnia.

Wsiadam do samochodu i ojciec odwozi mnie do domu. Nawet nie wiem jak bardzo jestem bezsilnie wściekły. Jakby to cokolwiek miało zmienić. Nawet nie czuję jak w środku buzuje mi krew. Na autopilocie wyciągam klucze, otwieram drzwi i siadam w fotelu. Nie włączam radia, nie włączam telewizji, nie sięgam po książkę. Tak na prawdę w takich chwilach mnie nie ma. Wyłączam się i nie mam pojęcia jak długo to trwa. Może być pięć minut, może piętnaście, może być godzina, lub dwie. 

– Rób coś! Nie siedź tak! 

Robię kawę, próbuję zacząć poranek od nowa, mimo, że południowe słońce już dawno wprosiło się na nieboskłon. Nie szkodzi. Nic nie szkodzi.

– Zadzwoń do kogoś, przejdź się, pogadaj.

Przecież nie będę ludziom smęcił. Znowu?! 

Zamiast dzwonić chwytam książkę, przez kilka pierwszych stron się zmuszam, ale potem już leci. Na koniec i tak dowiem się, że zabił lokaj. 

Robię dalej, tym razem obiad. Nie pamiętam co, najważniejsze, by posterczeć trochę przy kuchni, usiąść, zjeść i potem pozmywać. Zapalam papierosa w oczekiwaniu, aż gary przeschną i układam wszystko w szafkach. 

– Cześć, jak się masz? – zza rogu budynku wyłania się Marcin. 

Lubię kiedy mnie odwiedza. Jego spokój ducha zawsze mi się udziela. Jakiś czas temu przestał bić się ze światem i wiele wskazuje na to, że świat o nim zapomniał. Nie wiem, i on też mówi, że nie wie, który którego obchodzi z boku. 

Opowiadam mu o swoich ostatnich perypetiach, o tym, że zaczynam znowu topić się w swoim własnym żalu i krzywdzie, i że to mi nie gra. O tym, że się boję, że mogę nie zdążyć na czas, aby samemu sobie pomóc i wszystko szlag trafi, i cała moja praca będzie psu na budę. 

– Nie próbuj przepowiadać przyszłości, Mick, co ma być, to będzie. Rób swoje, rób cokolwiek. Zacznij od kawy. – powiedział siadając w mój ulubiony fotel.

XLVIII Przychodzi alkoholik do lekarza…

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Kolejny poranek i kolejny ból głowy. Obliczam go na siedem do ośmiu kolejek i pi razy oko pół paczki czerwonych Marlboro, odpalanych od zapalniczki diesla. Znowu. Znowu! Ile jeszcze do cholery jasnej, i jak to się tak naprawdę może dziać? Przecież ten spływ to już zamierzchła przeszłość! Nie wiem, nawet nie chce mi się wycierać po forach internetowych, szukać w badaniach i opracowaniach i cholera wie w czym jeszcze, żeby dowiedzieć się jak długo suche kace mogą łapać trzeźwiejącego alkoholika.

Strzelam, że za każdym razem, kiedy u przeciętnego Kowalskiego, po etapie wyjątkowego stresu w pracy, stresu w domu, w życiu, paru nieudanych historiach i jeszcze jakimś innym wkurwie no coś, lub na kogoś, występuje zajawka na reset za pomocą flaszki, tak i mi to wpada do głowy i zarabiam na kaca. Ja, Mick alkoholik, miewam taką myśl od czasu do czasu: – Gdybym był przeciętnym Kowalskim, a nie alkoholikiem, właśnie dzisiaj odbezpieczyłbym butelkę i się zresetował. Na pewno.Nie mogę tego zrobić, ale myśl sama wpada do głowy i muszę się przed nią bronić. Idę wtedy porobić coś.

Doklejam kolejne listewki do konstrukcji skrzynkowego latawca, którego mam nadzieję puścić razem z dziatwą z końcem lata w przestworza nad moim miasteczkiem.

Kończę sprzątać i na nowo urządzać warsztat, który od, z górką, dwudziestu lat był królestwem pająków i innych insektów, a teraz znów powoli służy za miejsce gdzie mogę naprawić rower, by w końcu z Prawym ruszyć na trasę dookoła jeziora wieczorową porą. Obiecujemy sobie taką wycieczkę już od jakiegoś czasu.

Wdziewam onuce i sunę w miasto sprawdzić, czy stare kamienice dalej łuszczą się w letnim słońcu, a nowe bloki w miejscu, gdzie zawsze była dziura w miejskim krajobrazie, rosną i pięknieją wywołując zazdrość tych pierwszych, starych i łuszczących się.

Ale myśl wpadła. Była we łbie przez chwilę i przypomniała mi, jak sobie z sytuacją stresującą, beznadziejną, trudną, w zasadzie z każdą sytuacją, wcześniej radziłem. No i mam kaca. Kaca poskładanego z urywków pamięci tak doskonale, że Chińczycy nie powstydziliby się podróby. Replika zgodna z oryginałem, jak z tureckiego bazaru w Berlinie Zachodnim.

Budzę się i mam ochotę od nowa iść spać. Wbić klina? Jak? Przecież nie mam do czego. Dwie, a może trzy tabletki? Konia z rzędem temu, kto przy pomocy panadolu dał radę kacowi. Trochę zelży na moment, a po chwili dalej diabły zaczynają po czaszce swój dziki taniec. Kawa, potem kolejna, chciałoby się kolejną, ale tylko oczy z orbit wyskakują i palić się więcej chce do małej czarnej, a jak tu palić, gdy łeb napieprza bez litości, jak wredna teściowa namoczoną szmatą w zięcia? Odkręcam korek z drugiej już butelki mineralnej. Ładuję w siebie grzanki z masłem czekoladowym. Nie mam siły zrobić naleśników, więc będzie tylko słodko, zamiast tłusto i słodko.

I dupa zbita. Kac urojony siedzi, nomen omen, w głowie. Mógłbym nawet poczęstować się alka-prim, a i tak pewnie nic by to nie dało. Nie ma to to z czym wejść w reakcję chemiczną, aby zniwelować szkodliwe i męczące działanie, tego co miałoby mnie męczyć.
Jak? Jak wytrenować głowę, żebym nie uciekał się do myśli o przeciętnym, pijącym Kowalskim? Jak zawalczyć ze stresem kolejnych niepowodzeń, mniejszych i większych porażek w drodze do normalności? Jak odseparować się od bezduszności exów? Jak nie frustrować się tęsknotą za malcami. Jak nie wpadać w poczucie winy, gdy spędzam w miarę regularnie czas z najmłodszym, i wiem, ze ta starsza dwójka też mogłaby być właśnie z nami? Jak nie irytować się zmarnowanym czasem przez przewlekłość postępowań sądowych wprost pod dyktando matek moich dzieci? No jak?!

– Mick, nawet jak to wszystko po kolei szlag trafi, to i tak nie będzie to końca świata! – mówi mi terapeuta i już mam go dość – Jak się napijesz, to wtedy będzie!

– Nie, no oczywiście, jasne jak słońce. Ważne bym się nie napił, a to że może wyjść, że będę bezdomny i bez grosza przy duszy, a kto wie, może i w pierdlu, bo Ziobro postanowił wziąć się za alimenciarzy, to nic. Żaden koniec świata.

– Nawet jeśli, to wciąż będziesz w stanie powoli to wszystko odkręcić i naprawić, o ile nie zapijesz i nie poddasz się znowu nałogowi. Pracujesz, starasz się, walczysz, to się liczy.

– A co z moimi dziećmi? Mają patrzeć jak matka im starego dojeżdża?

– Nie twoja wina. Nie masz na to wpływu.

Pieprzony mistrz Zen. Łatwo mu powiedzieć. Siedzę od jakiegoś czasu jak na rozżarzonych węglach i ciężko mi złapać oddech na chwilę, zastanowić się, pomyśleć co teraz, przygotować sobie coś i przygotować się na coś. Coś i na cokolwiek. No i skąd na to wszystko wziąć czas? Co z tego, że w nowej firmie sobie radzę. Powoli zdobywam uznanie i udowadniam swoje kompetencje. Przecież zanim to się przełoży wymiernie na stan mojego konta miną wieki. Taki mamy klimat.

Biorę kolejną porcję tabletek na ból głowy i ze smutkiem kręcę głową. Niby jest ok. Nauczyłem się i zaakceptowałem, że od wódy z daleka, i nawet mnie to zaczyna ni ziębić, ni grzać. Tak sobie tłumaczę. A tu wyskakuje głód jak diabeł z pudełka. Jestem i pozostanę alkoholikiem do końca dni swoich. Amen.

Mija kolejny dzień, i łykam kolejną porcję prochów przeciwbólowych. Zaczynam się poważnie niepokoić swoim stanem i idę do lekarza opowiedzieć mu w paru słowach o swojej historii. Niech mi pomoże, wymyśli jakieś rozwiązanie, przecież nie mogę funkcjonować z permanentnym kacem, chociaż swoją drogą, ciąża urojona też potrafi chwilę zająć.

Facet w białym kitlu zabrał się za oględziny a ja mu referuję swój przypadek i streszczam definicję suchego kaca. Uśmiecha się do mnie ze zrozumieniem, kiwa głową, wyraża swoje zrozumienie. Siada w końcu za swoim sterylnym biurkiem.

– Panie Jakubiak-Zoski, konkretnie pana przewiało, musi pan bardziej uważać na przeciągi, bo wywiąże się panu zapalenie i pan ogłuchniesz. Proszę wykupić te lekarstwa. Pomyślności. Ach, i wytrwałości w trzeźwieniu.

Zamurowało mnie. Pożegnałem się z lekarzem, a potem sam się z siebie zacząłem śmiać i wściekać na siebie na zmianę. Całą drogę do domu mruczałem do siebie pod nosem, a to przekleństwa, a to ironiczne żarciki.

– Dobrze ci tak Mick, od wszystkich w około wymagasz, aby najpierw widzieli w tobie człowieka, a dopiero potem alkoholika, a nie odwrotnie, a sam co? Suche kace co? Głody?

Wczoraj pierwszy raz od trzech dni, po zażyciu prochów od faceta w białym kitlu, położyłem się spać bez napuchniętych oczu i skroni. Spałem doskonale i przywitał mnie piękny, słoneczny ranek. Zapowiadał się naprawdę świetny dzień.

XLVII Płynę

XLVII

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Obudziłem się nieco wcześniej niż zwykle, zły na siebie, bo to weekend a ja zamiast spać snem sprawiedliwych budzę się napięty jak plandeka na dostawczaku i to z bólem głowy, którego wiem, że nie rozpędzę nawet dwoma tabletkami.

Siku. Tak bardzo siku. Co najmniej jakbym wczoraj wypił rzekę… No właśnie.

Byłem na firmowym ognisku kończącym spływ kajakowy. Na sam spływ, wcześniej, nie trafiłem, chciałem zameldować się pod płotem Paranoi, żeby znów usłyszeć, że nie dostanę Cześka i Małej Mi, a ich samych nawet nie zobaczyć. Wybaczcie mój sarkazm. Niby miałem sporo czasu by przywyknąć do tej sytuacji, ale jednak ciągle uwiera mnie jak kamień w bucie.

Ból głowy, a tak naprawdę – kac. Nie wierzyłem i dalej nie wierzę, mimo że to przecież czuję, że ta przypadłość będzie mi doskwierać po ponad roku bez alkoholu. Zabawne, nawet śmieszne, i straszne. Mój organizm ciągle reaguje na sam widok wódy, którą raczyli się moi znajomi przy ognisku, jakbym w tym uczestniczył. No, ale przecież uczestniczyłem. Byłem tam, siedziałem wśród nich, rozmawiałem z nimi. Od początku do samego końca, aż wynajęty bus rozwiózł nas po kolei do domów. Wcinałem kiełbachę z patyka, ogórki małosolne, ciacho specjalnie na tę okazję upieczone przez jedną z pań i patrzyłem jak popijają piwo, rozlewają wódkę i wznoszą toasty. Przy okazji tego rozlewania, co drugą kolejkę wracała kwestia:
– Ty nic? Ale tak kompletnie? Na pewno? Nie pijesz? 
– Nie. 
– Serio?
– Tak, serio.
Dochodziło nawet do takich dialogów, w których nieco bardziej niż lekko podchmielony jegomość tłumaczył mi się i przepraszał, że on pije. Raz nawet padło:
– Cholera, a ja się upiłem i mi wstyd przed tobą.
I znowu i śmieszno i straszno. Jak mam zareagować na takie deklaracje, abstrahując od tego, że w tym stanie czyjekolwiek i jakiekolwiek tłumaczenia niekoniecznie by dotarły? Przecież nie chodzę od człowieka, do człowieka, i nie prawię kazań na temat zgubnego wpływu spożywania alkoholu. Widocznie sama obecność osoby niepijącej wystarczy by kilku innym wpłynąć niekorzystnie na komfort picia. Całe szczęście dla delikwenta, na krótko. Wystarczyło, że odszedłem trzy kroki, a podpity uśmiech wracał na zawstydzoną przed chwilą twarz i impreza zaczynała mu się od nowa.

W sumie nie byłem jedyną niepijąca osobą w towarzystwie. Czy to piwa, czy wódki odmawiało wraz ze mną jeszcze parę osób, ale na widok wyciąganych przez innych abstynentów z kieszeni kluczyków samochodowych temat się urywał ze zrozumieniem i nikt nie myślał dopytywać się, czy aby na pewno sobie niepotrzebnie odpuszczają. To ja byłem traktowany z niedowierzaniem, bo nie piłem bez jakiegoś widocznego i zrozumiałego powodu, po prostu.

Oczywiście nie piłem „po prostu”. Wybrałem tak, bo wiem czym by to się dla mnie skończyło. Jestem alkoholikiem i jeden toast mógłby wystarczyć, by mój świat od ponad roku stawiany w mozole na nowo, runął. Być może kompletnie i nieodwracalnie. Nie musiałem tego jednak mówić towarzyszom zabawy. Nie od ręki, nie tu i nie teraz. Przyjdzie czas i na to, by podzielić się z nimi historią swojej choroby, tak jak przyszedł, by jednak kilku osobom w firmie przy tej, czy innej okazji, opowiedzieć o niej kilka słów.

Co ciekawe, o czym uprzedzali mnie jeszcze w ośrodku w trakcie terapii, każda z tych osób, z którymi o swoim alkoholizmie rozmawiałem, kiwała głową z uznaniem gdy wychodziłem wprost przed ich oczami z szafy, a już w czasie samej imprezy co bardziej namolnych polewających pytaczy dyplomatycznie odciągali na bok, ściągając na siebie ich zainteresowanie. Nie powiem, ich zawoalowane wsparcie zauważałem z ogromną wdzięcznością, ale nie dlatego, że bez niego bym sobie nie poradził. Bardzo je doceniałem, bo było.

XLVI Dumna frustracja

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Wstaję rano, najczęściej na drugi budzik, bo pierwszy jest ustawiony tak, że mogę go zignorować. I rzygam.

Idę do pracy i siadam za biurkiem. Odpalam komputer, sprawdzam firmową pocztę i stertę papierów przygotowaną wczoraj na dzisiaj. I rzygam.

Wychodzę z pracy i wracam do domu. Siadam w fotelu i przyglądam się książce od tygodnia czekającej bym ją zaczął kartkować. I rzygam.

Zjem, albo nie, kolację, wezmę prysznic, włączę telewizor, albo nie. I rzygam.

Mija tak dzień, czasem dwa, czasem tydzień, a ja ciągle rzygam.

Nie rzygam porankiem, nawet tym poniedziałkowym, nie rzygam pracą, mimo, że wcale nie jest jakaś wymarzona, nie rzygam na książkę, czy film, bo nudne.

Rzygam swoją bezsilnością. Mam jej powyżej dziurek w nosie, i nic nie mogę z nią zrobić, bo to właśnie jest bezsilność.

Nawet ten tekst piszę przymuszając się do tego. Chcę wylać… wyrzygać z siebie te wszystkie fatalne emocje i mieć już spokój. Na dobrą sprawę powinien się tu znaleźć jeden akapit złożony tylko z siarczystych kurew, pizd, chujów pierdolonych i jebanych suk, co w pełni oddawałoby mój obecny nastrój, zamiast zdań wielokrotnie złożonych o tym, że mam już dosyć i czego mam dosyć, ale to nic nie da, bo moja logika będzie mi podpowiadać, że nawet jeśli odrobinę się odwodnię płacząc w poduszkę, moja sytuacja nie zmieni się na jotę. Nic a nic. Nada!

Nie wierzę w to, że czas spowoduje, ze exy nagle zaczną dawać mi dzieci bym mógł z nimi spędzić, dzień, weekend, kawałek wakacji, czy choćby popołudnie. Jakie mają przesłanki by tego nie robić teraz, kiedy jestem trzeźwy. Kiedy już nie muszę i nie chcę kombinować jak pijący alkoholik, by cokolwiek przed nimi ukrywać, czaić się z nałogiem, grać lepszego niż jestem.

Nie wierzę, że one wierzą w te bzdury jakie wypisują w kolejnych pismach procesowych, o tym, że cichaczem i w ukryciu łamię swoją abstynencję, że jestem nieobliczalny i agresywny przez leki jakie biorę, a właściwie brałem, bo od ponad miesiąca po konsultacji w poradni zdrowia psychicznego nie łykam nic więcej oprócz magnezu i potasu.

Nie wierzę Paranoi, że mam negatywny wpływ na dzieci i się mnie boją. Jak mam go mieć kiedy od ponad pół roku na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy je widziałem. Widziałem, bez szans na to, by móc choć chwilkę z nimi porozmawiać, a wcześniej same u matki zabiegały o choćby wyjście ze mną do kina.

Patrzę na to wszystko, słucham ich wieszających na mnie psy i nie wierzę. Nie rozumiem i nie wierzę.
Wzbudza to we mnie ogromy żal i frustrację i czuję się z tym źle, niebezpiecznie. Przecież kiedy chlałem i to ukrywałem, wszystko było w porządku. A teraz nie chleję i mi się nie wierzy. Bardzo karkołomne konkluzje zaczynają mi się kołatać po głowie i zaczynam się ich bać.

Żuję te stare szmaty po raz kolejny, mimo, że nie chcę. Ani to miłe, ani gdziekolwiek prowadzące. I co z tego? Za każdym razem kiedy słyszę, że nie dostanę Pac-Mana, bo „spóźniłem się” piętnaście minut, bo znowu po chamsku pyskuję, bo dzisiaj Pac-Man zostaje w domu, nie mam ochoty na nic i czy chcę, czy nie, napieprzam resztę dnia głową w ścianę z dużym żarówiastym napisem DLACZEGO?!

Za każdym razem, gdy dostaję wiadomość, bym nie przyjeżdżał po Cześka i Małą Mi bo i tak ich nie będzie, a nawet jakby były to i tak ich nie wezmę, bo „nie dam dzieci pijakowi i wariatowi”, zastanawiam się jak ona to może im robić? No do cholery JAK?!

A ja? Skoro nic nie jestem w stanie z tym zrobić, mam nad tym przejść do porządku dziennego? Da się?

Nie mam pojęcia co siedzi im w głowach, mogę tylko zgadywać, i nie są to przyjemne zagadki. Wiem co się zaczyna dziać w mojej głowie. Obawiam się, że dokładnie to, co one chcą, żeby się działo. Kiełkuje we mnie złość, w ogromnych ilościach. Złość, która pozwala mi je nienawidzić. Złość, która usprawiedliwiałaby wszystko co najgorsze bym mógł zrobić. Wzbierają we mnie pokłady frustracji, które coraz trudniej mi jest powstrzymać. Ciągle jeszcze chcę to zrobić, nie pozwolić by gniew wziął we mnie górę, bym dał upust swojej irytacji i poszedł na noże z tymi żywymi antyteazami macierzyństwa. Ten jeden raz spuścić ze smyczy tego wściekłego psa jaki się budzi we mnie w takich momentach. Wystarczyłby mi ten jeden raz.

Wtedy wstaną, otrzepią niewidoczny pyłek z rękawów i powiedzą.

– A nie mówiłyśmy?

Rzygam tym.

XLV Bum! Bum! Bum!

Mam na imię MIck i jestem alkoholikiem.
– Raczej dzisiaj nie dostaniesz Pac-Mana, właśnie widziałam Złośnicę w przychodni z małym, dostali skierowanie do szpitala. Przykro mi.

Taką wiadomość wysłała mi przed południem żona Prawego, bo akurat tak się złożyło, że z ich brzdącem musiała się pojawić w tej samej przychodni, i o tej samej porze, co matka mojego najmłodszego z nim samym.

Chwilę odczekałem, dłuższą chwilę, dając jej czas by mnie powiadomiła co się dzieje z naszym dzieckiem. Na daremnie. Około piętnastej zacząłem do niej dzwonić i smsować na zmianę. Odebrała w końcu po około godzinie.

– Cześć, słyszałem, że z małym nieciekawie, co się dzieje?

– Jesteśmy w szpitalu.

– Ok, ale co się dzieje?

– Nic, jesteśmy w szpitalu, zatrzymują Pac-Mana na oddziale.

– Rozumiem, dlaczego, co się wydarzyło?

– Chory jest.

– Czy oczekujesz, że otworzę leksykon medyczny dla ojców i zacznę wymieniać każdą możliwość licząc, że w ciągu tej rozmowy trafię na to, co dzieje się z moim dzieckiem, czy po prostu powiesz mi co się stało, że mały skończył w szpitalu?

– Czego się unosisz? Jak będziesz pyskował to nic ci nie powiem i skończymy tą rozmowę.

– Więc?

– Gorączkuje i ma rozwolnienie, parę razy wymiotował w ciągu nocy. Pobrali mu krew, czekamy na pełną pieluchę, też do badań.

– Czegoś potrzeba? Zaraz kończę pracę, mogę być za chwilę.

– Nie. Wszystko mam. – rozłączyła się.

Kumpel z pracy podwiózł mnie do domu, wpadłem do mieszkania jak przeciąg, chwyciłem ulubioną książkę małego ze zwierzakami i bajki do czytania na dobranoc, w drugą rękę Pana Pilota z Samolota duplo i w drogę, do szpitala mam z domu pięć minut szybkim krokiem.

Gdy wszedłem do nich na salę tylko cień uśmiechu zabłąkał się małemu na twarz. Ledwo się podniósł i wyciągnął do mnie ręce. W lewej miał wkłuty wenflon i trzymał ją lekko uniesioną jakby bał się, że może ją czymś zahaczyć choćby przekręcając ją, czy zginając.
Uniosłem go i przytuliłem, ale tylko na chwilkę, bo jak tylko się wyściskaliśmy od razu wyciągnął ręce do mamy. Bidul nic nie mówił. Mruczał tylko coś sobie pod noskiem od czasu do czasu.

Przywitałem się ze współlokatorami Pac-Mana i Złośnicy, malcem i jego mamą ulokowanych na łóżku obok. Usiadłem przy Złośnicy trzymającej małego na kolanach.

– Opowiesz mi co do tej pory się dowiedziałaś? – złapałem dłoń synka i posmyrałem go po czuprynie. – Są już jakieś wyniki?

– Nie.

– Zdążył się zdrzemnąć?

– Nie.

– Ciągle wymiotuje i ma rozwolnienie?

– Tak.

Zrezygnowany dałem spokój, ile można? Podejdę do lekarza lub oddziałowej i wypytam o wszystko. Pac-Man postanowił tym razem przesiąść się od mamy do mnie. Wziąłem go znów na ręce i zacząłem krążyć z nim po pokoju, zerkać za okno i liczyć z nim samochody wymieniając po kolei ich marki i kolory, potem policzyliśmy drzewa na ulicy przed szpitalem. Potem zajęliśmy się malunkami na ścianach pokoju, policzyliśmy wszystkie żaby, grzyby, sarenki, dzieci. Wyciągnąłem z plecaka Pana Pilota z Samolota i Samolota, a z łóżka zrobiliśmy lotnisko i bazę i trochę się pobawiliśmy. Szybko mu się nudziło, ewidentnie był nie w sosie. Przerzut na książkę ze zwierzakami też zajął go tylko na moment. Markotniał z chwili na chwilę.

Złośnica korzystając z mojej obecności poszła wziąć prysznic, potem coś zjeść, tak aby mały nie widział, bo obowiązywała go ścisła dieta i tylko herbata i chleb z masłem. Potem wyskoczyła zadzwonić. W międzyczasie kilka razy wyszła na papierosa.

Opuściłem szpital tuż przed dwudziestą pierwszą, zaliczając obchód, Psi Patrol z laptopa, kilkanaście (dziesiąt?) kursów po pokoju od ściany do ściany i parapetu, czytanie na dobranoc, a w zasadzie próby czytania, i kroplówkę małego, którą zniósł bardzo dzielnie. Trochę się po niej rozbudził i nabrał odrobinkę wigoru, nawet zaczął opowiadać co się przytrafiło w rękę i że dużo kupek było i że nie jest głodny, tylko pić mu się chce.

Z żalem go opuszczałem, ale po rozmowie z panią lekarką byłem nieco spokojniejszy. Wiedziałem też, że wpadnę nazajutrz z rana, miałem nadprogramowe wolne bo czekała mnie popołudniu rozprawa z Paranoją. Kolejna.

– Pa Serducho – dałem Pac-Manowi buziaka na do widzenia, a do jego mamy powiedziałem, że jeśli czegokolwiek będzie mu potrzeba, niech dzwoni choćby w środku nocy, przyniosę. Wyściskałem malca i ruszyłem do domu.

Kiedy Złośnica zobaczyła mnie rano nieco się zdziwiła. Podałem jej spory zapas pieluch a synkowi wyciągnąłem z plecaka kolekcję jego mega-puzzli. Zaczęliśmy od razu układać na podłodze, a ex wyskoczyła na papierosa. Do pokoju zajrzała oddziałowa i wypytałem ją o nockę.

– Małemu lepiej, przez całą noc temperatura się już nie podniosła i ani razu nie wymiotował. Kupka poszła do badania, za godzinę, lub dwie, będziemy wiedzieć co tak naprawdę się z nim dzieje. Apetyt wraca, ale póki co surowa dieta musi być zachowana.

Nie jest źle, pomyślałem, z resztą widać było po nim, że jest dużo żywszy niż wczoraj. Nie posiedziałem zbyt długo, trochę się pobawiliśmy i musiałem wracać, by przygotować się do rozprawy.

Po raz kolejny okazało się, że w zasadzie pojawiam się na Sali rozpraw bez potrzeby. Ot, byle podpisać listę obecności. Paranoja po tym jak nie dostała adwokata z urzędu, o którego wnioskowała, a potem apelowała od decyzji odmownej, wynajęła papugę sama. Hurtowo, razem ze Złośnicą. Ta sama kancelaria na wszystkie sprawy ze mną. Mecenas poprosił o dodatkowy czas na złożenie dokładniejszych wniosków dowodowych, ponieważ te które złożyła rzekomo samodzielnie są niewystarczające. Nie wiem co jeszcze chcą dołożyć, przecież wiedza na temat ceny kilograma szynki, czy schabu, nie jest tajemnicą a jej wniosek dosyć szczegółowo potraktował wydatki jakie ponosi na utrzymanie najdroższych dzieci w powiecie, o ile nie w całym regionie naszego kraju.

Tak, czy siak, sprawa została po raz kolejny odroczona, tym razem na trzy miesiące. Tylko i wyłącznie strata czasu. No nie, jeszcze przez kilka miesięcy mój dług alimentacyjny będzie się powiększał w tempie obliczonym na zarobki z Molocha.

Po samej rozprawie z byłą żoną, szybki „obiad”, wyskok do pracy na moment by pomóc swoim ludziom w terenie z papierkologią i korzystając z uprzejmości szefa podwózka do szpitala. Wpadłem na oddział i się zdziwiłem, bo w pokoju zastałem tylko drugiego malca, tym razem z tatą. Okazało się, że po badaniu wykluczono wirusa i musieli mojego synka przenieść do innego pokoju. Z dwójki, trafił na salę czteroosobową, tyle że pustą. Byli sami. Złośnica od razu skorzystała z mojej obecności i wyszła zapalić, a my wykorzystaliśmy całą salę by zrobić z niej sobie całkiem spory plac zabaw. Nawet nie wiecie, że w takim szpitalnym pokoju można się całkiem, całkiem pobawić w chowanego, i w lotnisko, i budowę, i w zoo, w dodatku takie w którym są chlapiące na odwiedzających pingwiny. Bawiliśmy się dobrze, aż za dobrze.

Kiedy ex wróciła z przerwy na telefony i papierosa, po niezbyt długiej chwili zaczęła litanię narzekań.

– Nie siadaj na łóżku, ja tu śpię.

No to siup na taboret.

– Nie stawiaj małego na parapet.

No to z parapetu na podłogę.

– Przestańcie biegać, to szpital a nie plac zabaw a podłoga to nie dywan w domu. Nie wywijaj nim, jeszcze mu wenflon wyrwiesz. – i tak bez przerwy, aż padło ostateczne:

– Idź już sobie, koniec odwiedzin.

– Jaki koniec odwiedzin? Przestań się dąsać. Idź sobie zapal na zapas, Pac-Man się dobrze bawi.

– Spieprzaj, nie jesteś tu potrzebny, koniec odwiedzin powiedziałam! – i wyszła z sali.

Na korytarzu zaczepiła pielęgniarkę z prośbą, by ta pozbyła się mnie z oddziału.

– Kim pan jest?

– Tatą.

– Czy ma pan prawa rodzicielskie.

– Tak.

– To nie jest jego czas ustalony z dzieckiem. -wtrąciła się Złośnica – Jego nie powinno tu być, proszę dzwonić po policję.

– Jesteśmy w szpitalu, nigdzie nie będę dzwonić i proszę nas nie wciągać w swoje prywatne sprawy. – pielęgniarka wyszła z pokoju poirytowana.

– Od ilu osób jeszcze musisz usłyszeć podobne komunikaty, żeby ci się znudziło granie w ten sposób?

– Wynoś się! Proszę go stąd wyrzucić, jak ja mam dziecko wykąpać, kiedy on tu zostanie, będzie mi grzebać w rzeczach – Wzięła zdezorientowanego Pac-Mana na ręce – Idź stąd bo zadzwonię na gliny! – krzyknęła i odwróciła się plecami gdy chciałem pogłaskać małego.

Widać było, że jeszcze chwila i zacznie płakać.

– Tatuś już musi iść. Buziaki kochanie. Do zobaczenia.Wyszedłem. Nie podjąłem jej gry. Żaden policjant ani ordynator nie mógł wywalić mnie ze szpitala. I co z tego? Wracałem do domu wściekły. Znowu robi sobie co chce, nawet kosztem własnego dziecka i jest kompletnie bezkarna. Wkurwiony odpuszczam i zaszywam się w domu.

Nie umiem sobie radzić z tą moją bezsilnością. Nachodzą mnie w takich momentach najgłupsze z możliwych myśli, i tylko dzięki temu, że tak jak szybko się rozpalam, wpadam w swój wewnętrzny szał, tak szybko się to we mnie wypala. Padam tym wszystkim wyczerpany, czasem sobie pochlipię, czasem pokrzyczę w poduszkę, czasem wystarczy, że głośno puszczę którychś z moich szarpidrutów i jakoś to rozchodzę. Żal pozostaje jednak na nieco dłużej. Nie wiem czy kiedykolwiek się go pozbędę.

Na drugi dzień rano rzuciłem się na papiery by odrobić zaległości po wczorajszym, jednodniowym urlopie, ale przede wszystkim, by jak najszybciej w wirze pracy stracić poczucie czasu i ocknąć się wychodząc z biura. Kumpel nawet nie pytał, tylko kazał pakować się do fury oferując podwózkę do szpitala.

– Dzień dobry, ale co pan tu robi, pana syn jest już wypisany, dzisiaj, przed południem.

– Acha. – stoję jak słup z, zapewne, głupkowatą miną na twarzy.

– Dostał antybiotyki, jego stan polepszył się znacznie, i nie ma potrzeby aby przetrzymywać go dłużej na oddziale. Do widzenia panu.

– Dziękuję. Do widzenia.

Gdy dotarłem do domu natknąłem się na korytarzu na sąsiadkę, koleżankę Złośnicy.

– No cześć, pewnie się cieszysz, że mały już wyszedł ze szpitala, co? Złośnica mi mówiła rano, że będą ich wypisywać.

– Tak cieszę się. Dowiedziałem się właśnie przed chwilą na oddziale, że już ich nie ma.

– Acha. Myślałam, że dała ci znać.

– Nie, nie dała. Ani o tym, że mały wychodzi, ani o tym, że został przyjęty.

Już w domu napisałem do niej wiadomość z prośbą, by spakowała zabawki jakie przyniosłem Pac-Manowi, abym mógł je wziąć do domu razem z nim, gdy przyjdzie na to pora.

– Niechcący zostawiliśmy je w szpitalu. Sorry. – Przyszła odpowiedź.

Nie zastanawiając się długo, zrobiłem w tył zwrot i poszedłem jeszcze raz na oddział dziecięcy.

– Ale nic w pokoju nie zostało. – powiedziała mi pielęgniarka oddziałowa, gdy wyjaśniłem jej dlaczego zjawiam się po raz kolejny w szpitalu. – Jeśli cokolwiek by zostało, najpierw ląduje w gabinecie pielęgniarek, kontaktujemy się z pacjentem, a jeśli nie chce, lub po dwóch dobach się nie zgłosi, zanosimy zabawki na świetlicę.

– Mogę tam zerknąć?

– Ale… Mówił pan, że zostały przypadkowo w pokoju. Może niech mama sprawdzi pakunki przyniesione ze szpitala.

– Nie, powiedziałem, że mama twierdzi, że przypadkowo zostawiła je w szpitalu. Czy mogę zerknąć szybko do świetlicy. Szybko je rozpoznam jeśli zauważę. Czerwony samolot duplo, zestaw z kluczem i karnistrem, dziesięć puzzli, cztery samochody oraz sześć zwierzaków w od dwóch do sześciu elementach, takie duże, jak dłoń dziecka, lub większe, do tego książka o zwierzętach na farmie, dwujęzyczna, polsko-angielska i zbiór 1000 bajek całego świata, całkiem spora cegła.

Pielęgniarka chwilę się zastanowiła, po czym otworzyła mi drzwi do świetlicy. Dosyć szybko wyłuskałem książki spośród całkiem sporej jak na szpital biblioteczki. Każdą z innej półki. Puzzle tkwiły między zabawkami w swoim pudełku, szybko sprawdziłem tylko czy są wszystkie. Kiedy przyszło do klocków mina mi zrzedła, pielęgniarce również, gdy zobaczyła za co się zabieram. W kącie pokoju stało pudło pełne najróżniejszych klocków chyba z każdych dostępnych na rynku rodzajów. Pan Pilot z Samolota leżał na wierzchu, zaś resztę zestawu musiałem wygrzebywać spośród innych mozolnie przeszukując całą zawartość pudła. Po chwili wstałem ucieszony.

– Są! Mam wszystko. Mały się ucieszy. – odwróciłem się do piguły z bananem na twarzy. – Dziękuję pani za cierpliwość.

– Proszę. – pokręciła z niedowierzaniem głową i wypuściła mnie z oddziału.

W domu czekała na mnie moja mama, miała bardzo nieciekawą minę i trzymała w ręku kopertę.

– Przyszło dzisiaj, od komornika. – podała mi list drżącą dłonią.

Otworzyłem kopertę i wyciągnąłem pismo.

Zawiadomienie o wznowieniu egzekucji z nieruchomości. Żołądek podszedł mi do gardła. Jak to? Kurwa mać! Jak to?! Przecież miesiąc temu otrzymałem pismo, że nie będą mi licytować mieszkania, bo tak zawnioskowała Paranoja. Koniec. Jestem dłużnikiem, ale powoli spłacę co należy, bez utraty dachu nad głową.

Ze względu na błąd urzędniczki, moje pismo, wniosek o zajęcie mojej wypłaty na poczet długu i prośba o odpuszczenie mi egzekucji z mojej nieruchomości, zostało potraktowane jako wniosek wierzyciela, jego akt dobrej woli w moją stronę. Świetnie! Kurwa pięknie!

W międzyczasie podobne pismo z prośbą o zaniechanie licytacji mojego mieszkania skierowałem do sądu, a ten otrzymawszy od komornika błędnie podjętą decyzję, tak jak i ja otrzymałem, sprawę umorzył, bo nie miał nad czym procedować, skoro według komornika, wierzyciel sam zrezygnował. Straciłem ponad dwa miesiące czasu przez błąd urzędnika. Straciłem dwa miesiące i nie wiem czy zdążę na czas wprawić sądową maszynę w ruch zanim komornik zlicytuje moje mieszkanie.

Nie wytrzymam. Nie dam rady. Nie tym razem.

XLIV Dwumiesiączka

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Nigdy nie należałem do jakichś strasznie rozwiązłych typów werbalnie kurwujących gdzie popadnie, używając chujów, pizd i tych wyżej wspomnianych jako przecinków. Nigdy też nie należałem do purystów językowych, oburzających się na to, że ktoś wprost coś pierdoli, czy ma wyjebane. Z rzadka się unosiłem na tyle, by puścić z siebie siarczystą wiązankę, a nawet jeśli najczęściej się kończyło na jednym, krótkim – o ja pierdolę, względnie, na – o kurwa mać! I tyle. Trochę się to zaczęło zmieniać, gdy przestałem pić, a tak naprawdę, gdy zacząłem trzeźwieć.

Jak już wspomniałem raz, czy drugi, miałem świadomość, że mój powrót do kraju nie tylko moje życie wywróci do góry nogami i bez względu na to, jakie intencje mi przyświecały, najprawdopodobniej niektórym się nie spodoba burzony przeze mnie, dotychczasowy porządek rzeczy. Już nawet nie o sam fakt mojego uzależnienia tu chodziło. Kasa była zawsze i zawsze na czas, więc spokojnie niezbyt skromy budżet domowy exów zawsze dopinał się na ostatni guzik, o ile nie ze sporym naddatkiem. Ja sam pojawiałem się raptem kilka razy w roku, raczej na krócej niż na dłużej, nie było więc możliwości nawet przypadkowego natknięcia się dzieciaków na mnie w markecie, czy na ulicy, że o byciu w ich bieżącym życiu nie wspomnę. Na te kilka chwil w roku najzwyczajniej w świecie exy dawały radę mnie znieść. Bilans się zgadzał. Niemały wpływ na konto przy minimalnym wpływie na latorośle i wszystko gra. Aż tu nagle sytuacja z mojej winy ma się kompletnie odwrócić. Wiedziałem, że będzie opór, ale w życiu nie przypuszczałem, że aż tak absurdalnie wielki.

Rozpoczęła się jakaś gorączkowa walka niemal na śmierć i życie. Niekończące się maratony po sądach, zbieranie dowodów na swoją niewinność i na winę tych drugich i na odwrót z tamtej strony. Tasowanie tych wszystkich za i przeciw, jak talię zgranych kart. Bez opamiętania, bez pomysłu, bez sensu. Nerwowo poruszony kamyk poruszał następny, ten następny, a ten jeszcze kilka i lawina spuszczonych ze smyczy wściekłych nerwów ruszała mi spod czaski i przetaczała się po mnie nierzadko zostawiając za sobą zgliszcza.

Oderwany od fałszywego uspokajacza, jakim wymyśliłem sobie, by była wóda, a jeszcze niezbyt nauczony, że w sumie to nie ma co wyważać otwartych drzwi, waliłem raz po raz głową w ścianę szarpiąc się z rzeczywistością, co oczywiście nie mogło nie wywoływać we mnie głodów. Sam nie wiem jak dałem radę nie sięgnąć po alkohol, nie schlać się do nieprzytomności, by znów oszukać swoje sumienie i mieć wszystko głęboko w dupie. To znaczy, wiem, ale jak o tym myślę to nie wierzę, że mi się to wciąż udaje.

Chodzę spotykać się z innymi alkoholikami. Przypominamy sobie i sobie nawzajem, kim jesteśmy i dlaczego co kilka dni się widzimy, by zamienić ze sobą parę ważnych słów. Nikt nigdy nie zrozumie alkoholika tak dobrze, jak drugi alkoholik. Nikt inny z miejsca nie wyczuje, że coś z trzeźwieniem danego delikwenta dzieje się nie tak, jak druga trzeźwiejąca osoba. Złapie najdrobniejszy niuans w lot i jeszcze doskonale będzie wiedziała jak zwrócić uwagę, aby nie wywołać buntu, złości, nie dolać benzyny do ognia, tylko na spokojnie pokaże jak ugasić każdy jeden pożar.

Tak samo odwiedzam regularnie psycholożkę. To ona mi podpowiedziała, że może w zaciszu swojego domostwa, to mogę sobie upuścić tej złej krwi bezkarnie rzucając mięsem, a w zasadzie, to nie tylko w domowym zaciszu. – Jak jest pan wśród swoich to chyba nikt się nie obrazi jak pan raz czy drugi zaklnie, żeby rozładować swoje emocje. Po coś te wyrazy w końcu są w słownikach i leksykonach.Jakoś od czasu tej uwagi, nieco rzadziej przebieram w słownictwie i sięgam bez pardonu po ciosane grubą czcionką pierdolone kurwy i chuje, ale wciąż staram się trzymać raczej w jakichś ryzach, aby nie przesadzić. Z jednym wyjątkiem, od którego z resztą w sumie się zaczęło.

Co dwa miesiące z paroma osobami, które również skończyły ten egalitarny uniwersytet trzeźwienia co ja, ruszamy nieco zbyt wczesnym jak na weekend rankiem, zaliczyć sesję egzaminacyjną wraz innymi geniuszami destrukcji, pod czujnym okiem naszych Terapeutów.Jeżdżę tam z Misiem i Margolcią, dołącza się też czasem Pankracy. Wesoły automobil mknący po wyboistym relikcie PRLu, zwanym dumnie szosą, wiedziony ręką kobiety po przejściach, z trzema facetami z przeszłością, jako pasażerami.

Co osiem tygodni, oprócz nas, całkiem spore popaprane bractwo zjeżdża się, niekoniecznie tylko z okolicy, by znów usiąść w kilkunastoosobowej grupie ze swoim Terapeutą i odpowiedzieć na fundamentalne pytanie

– Mick, a co tam u ciebie?

– A dziękuję, chujowo z przejaśnieniami. – odpowiadam i nikomu nawet powieka nie drgnie, jakbym rzeczywiście opowiadał o pogodzie z wdziękiem Tomasza Zubilewicza.

Siedząc na kawach z fajką w czasie wolnym od zajęć terapeutycznych w ośrodku, nie rozmawialiśmy o pogodzie. Opowiadaliśmy sobie historie, które przypadkowy słuchacz mógłby raczej wziąć za streszczenia kolejnych odcinków Strefy Mroku. Opowiadaliśmy o sobie, o ludziach, czasie i szansach jakie straciliśmy pijąc. O kolejnych etapach tracenia szacunku w oczach innych i co gorsza, w swoich własnych. O powolnym, ale za to bardzo konsekwentnym, wyrywaniu siebie z korzeniami z rzeczywistości, o mozolnym, godnym lepszej sprawy, podtapianiu się w piwie, wódzie, winie, w alkoholu. Nie muszę chyba dodawać i jakoś specjalnie tłumaczyć, że język tych opowiadań nie zawsze nadawał się na salony, ale nikomu to nie przeszkadzało. To nie było istotne. Ważne było wszystko co padało pomiędzy kolejnym kurwa i pierdolę. Tam spotykała się szczerość z zaufaniem i nikt się nie bał, że jego samoobnażenie się zostanie użyte przeciw niemu. Niechby ktoś spróbował, reszta zjadłaby go żywcem. Nigdy kompletne odsłonięcie się w grupie nie było poczytane jako czyjaś słabość. Wręcz przeciwnie. A grubiański język? Cóż, opowieści same w sobie zawierały tak drastyczne szczegóły, że te szorstkie, niewygodne dla wielu wyrazy, stanowiły w nich niemalże ozdobniki.

Opowiadam więc na tym zjeździe absolwentów z rozbrajającą szczerością o swoich porażkach, strachach i lękach, o rozterkach i bólu dupska. O tym co mnie wkurwia i z czym sobie nie radzę. Chwalę się tym co mi wychodzi, co się udaje, i skarżę na to, przed czym wciąż wpadam w panikę, złość, a czasem w rozpacz. Oni słuchają uważnie i rejestrują każde przekleństwo jakie pada w opowieści, bo jakoś tak się składa, że im cięższe to mięcho, tym problem bardziej ważki. Wkurwobarometr. Słuchają, a potem mówią do mnie. Opieprzają mnie, klepią po plecach, zastanawiają się razem, którędy przepchnąć te gówno, co mi bezczelnie zaległo na drodze. Śmieją się ze mnie, albo biją mi brawo. Potem następna osoba wchodzi na świecznik i cały proces rusza od nowa z kimś innym w roli głównej. I tak przez cały dzień z przerwą na coś, co od biedy nazwać by można obiadem. Opowiadania, brawa, płacz, śmiech, wszystko z ludźmi niby przypadkowo wrzuconymi na kilka chwil w jedno miejsce.

Lubię tam jeździć. Lubię widzieć twarze które poznałem jakiś czas temu w ośrodku, z którymi spędziłem bardzo ważny kawał czasu, wypaliłem setki papierosów przy dziesiątkach kaw. Lubię spotkać się z ludźmi, którzy wraz ze mną doświadczyli prawdy o sobie, i wraz ze mną zaczęli ją na nowo budować. Bardzo lubię widzieć, jak niezniechęceni niczym i przez nikogo, wciąż, bezustannie, z uśmiechem i dumą wypisanymi na twarzy, ciągle ciężko pracują nad coraz lepszymi sobą. Wprost to kurwa ubóstwiam!

XLIII Jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze…


Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Czuję się dziwnie.

Od kilku dni zbieram myśli po rozprawie sądowej i ciągle nie mogę z nich ułożyć jakiejś spójnej całości. To znaczy, coś tam mam, i widzę co mam, ale nie rozumiem. Siebie nie rozumiem. Nie pojmuję swojej reakcji na to co czuję.

Z sali sądowej wychodziłem mocno niepocieszony. Sędzia ledwo co dała mi dojść do głosu, kiedy Paranoja na zmianę ze swoją adwokatką, notabene tę samą, którą posiłkuje się Złośnica, wyrzucały swoje kwestie seriami z prędkością karabinu maszynowego. Oczywiście nie prawiły o pogodzie, tylko rzucały niemałe oskarżenia pod moim adresem.

Wcześniej, sędzia opieprzyła je, że mając dowody mojego łamania ustaleń sądowych sprzed pół roku nie wnoszą o ukaranie mnie z tegoż właśnie tytułu. No i przede wszystkim skoro już tu jesteśmy gdzie te dowody moich przewin, skoro je poczyniłem. Gdzie one są?

Słuchając tej wymiany informacji dlaczego tak, a dlaczego nie tak, między tymi wszystkimi paniami z chwili na chwilę coraz bardziej baraniałem. Raz wściekałem się, że słyszę na swój temat taki stek bzdur, raz o to, że sędzia nawet na chwilę im nie przerwała, by zapytać mnie czy mam w tej, czy innej kwestii coś do dodania, a może coś na swoją obronę. Raz truchlałem z przerażenia słysząc:

– Skoro ma pani dowody na łamanie abstynencji przez pozwanego, łamanie abstynencji przez pozwanego przy dzieciach, przerwanie przez powoda terapii, składanie przez powoda fałszywych zeznań w sądzie i szkalowania pani dobrego imienia w oczach dzieci, to dlaczego pani dopiero teraz z tym do mnie przychodzi?!

Jak to kurwa ma dowody?! Jakie dowody?! Przecież nie łamię abstynencji, w szczególności przy dzieciach! No bo jak mam niby łamać przy nich kiedy nie łamię w ogóle, a z nimi samymi od prawie roku niemal się nie widuję, a od pół roku nie widuję wcale? Jak mam ją szkalować w takiej sytuacji przed dziećmi? Listownie? Jak mam składać w sądzie fałszywe zeznania, skoro pytają mnie o terapię, jej przebieg, postępy, zażywane leki, terminy i sam diabeł wie o co jeszcze, gdy wszystko jest w papierach podpisanych i opieczętowanych przez terapeutów i lekarzy. No jak do cholery jasnej?

Ale o to sędzia też mnie nie pyta, tylko pyta ex, dlaczego wnioskuje o tak radykalne i nieprzystające do naszej wzajemnej, mocno zaognionej sytuacji, ograniczenie moich widzeń z naszymi dziećmi, bo chce, by się odbywały wyłącznie w jej obecności i ona ma ocenić czy i kiedy będę zasługiwać na więcej.

– Bo mu nie ufam i się boję o swoje dzieci.

– To zrozumiałe, ale czy ma pani jakieś uzasadnione podstawy dla swoich obaw?

– No przecież łamie abstynencje i to przy dzieciach, i kłamał i dalej kłamie.

– Dowody?

– No jego druga, była partnerka, z którą ma najmłodsze dziecko, skarży się na jego napady agresji. Chciał ją pobić.

– Proszę pani, to jest sprawa o widzenia z dziećmi. Pani i pana dziećmi. Nie chodzi w niej o niepoprawne stosunki między panem Jakubiak-Zuskim a panią Zazdrosną. Swoją drogą skoro tak się sprawy mają, to dlaczego ta pani nie wniosła sprawy o pobicie? Inne powody i dowody?

– Tu jest protokół z rozmowy z moją córką i moim synem na temat ich ojca, sporządzony przez pedagoga szkolnego ze szkoły w której pracuję jako nauczycielka. Dzieci na samo wspomnienie ojca płaczą i nie potrafią się pozbierać. To chyba wystarczy, żeby wiedzieć jak silnie negatywny wpływ ma na nich. Innych dowodów nie mam bo się z tym wszystkim ukrywa, tak, jak to robił doskonale ze swoim uzależnieniem przedtem.

– Sąd już sam rozważa czy nie wysłać dzieci na badania do OZSS. Ma pani trzy tygodnie na dostarczenie dowodów na przytaczane zarzuty. Chce się pan do nich jakoś odnieść?

Przez pierwszy moment mnie zatkało. Nagle po całej tej awanturze ktoś mnie pyta znienacka o zdanie?

– Nie mam pojęcia od czego zacząć proszę pani.

– Jest pan w sądzie.

– Tak, oczywiście, przepraszam Wysoki Sądzie. Nie rozumiem skąd się te oskarżenia biorą Wysoki Sądzie. Nic z tych wymienionych rzeczy nigdy nie miało miejsca, w zasadzie większość nie miała nawet szans by się wydarzyć, ale obawiam się, że mam na poparcie tego tylko swoje słowo i siebie tu stojącego.

– Nie ma pan zaświadczeń o kontynuacji terapii?

– Mam, ale z ostatniej rozprawy sprzed pół roku Wysoki Sądzie.

– Ma pan trzy tygodnie na dostarczenie aktualnej dokumentacji.

I koniec. I już. Na nic zdała się moja prośba o udzielenie głosu, gdzie chciałem powiedzieć, że mimo wyroku wciąż obowiązującego, Paranoja Żółć bezustannie odmawia mi widzeń z dziećmi i proszę o interwencję w tej sprawie.

Potem mi powiedziano, że to i dobrze, że tak wyszło z tą skargą, bo sędzia zapewne kazałaby mi się wstrzymać do czasu rozprawy o niewywiązywanie się z ugody jaką jej założyłem.

Mimo wszystko czułem niedosyt. I żal, i to niemały. Właśnie rozpoczęły się wakacje, a na papierze mam zasądzone całe dwa tygodnie z moimi dziećmi. Tylko na papierze. Już wysłałem do niej wiadomość z prośbą by określiła się, które dwa tygodnie to według niej mogłyby być. Na razie moja prośba pozostaje bez odpowiedzi, i obawiam się, że stan ten nie ulegnie zmianie. Póki co, Paranoja wciąż się zachowuje jakby tę odroczoną kilka dni temu sprawę miała wygraną niejako z urzędu, i wciąż nie respektuje poprzednich ustaleń. To odroczenie zaś jest przesunięte do ostatniego tygodnia wakacji, więc jakkolwiek się nie potoczy, wszystko wskazuje na to że tego lata obejdę się smakiem i zamiast radości poczuję frustrację.

Jestem zły, a jednocześnie spokojny, dlatego twierdzę, że dziwnie się czuję i nie potrafię jakoś zgrabnie ogarnąć swoich emocji. Ta dziwaczna dychotomia wciąż siedzi mi w głowie, i z jednej strony każe rwać włosy z głowy i pomstować na czym świat stoi na opieszałość naszego cholernego wymiaru sprawiedliwości, a z drugiej strony coś każe mi spokojnie usiąść, zaparzyć sobie kawę i głęboko zaciągnąć się papierosem, otworzyć książkę tam gdzie tkwi zakładka i zniknąć na chwilkę dla całego świata. Ćwiczyć swoją cierpliwość bez względu na wszystko.

reprodukcja – Miękkie zegary – Salvador Dali

XLII Nawet diabły, chodzą po ulicy i…*

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


Jest niedziela, popołudnie. Mija kolejny weekend, kiedy to przekonuję siebie, że nic się nie stało. Wmawiam sobie, że wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę nic nie jest. Już nawet nie chodzi o to, że mam obawy czy nie pieprznę tego wszystkiego i pójdę się nawalić. Nie, nie pójdę. Kończą mi się za to pomysły, skąd brać siłę by to wszystko po prostu znieść. Tak po ludzku. Zaczynam rozważać w swojej głowie, czy przypadkiem nie przejść się do sądu, nie wyciągnąć wszystkich papierów, położyć ręcznik i zniknąć.


Po raz kolejny, Paranoja za nic ma postanowienia sądowe i tak jak przez ostatnie pół roku nie spędzam soboty z dwójką moich starszych dzieci. SMSem dostaje od niej wiadomości tłumaczące ją dlaczego niby tak a nie inaczej się dzieje. Są to półprawdy, które zostaną użyte w sądzie, i tylko od Wysokiego sądu zależeć będzie czy uwierzy jej, czy mi.


Niezależnie od tego co w tych SMSach było, przy płocie, kiedy podjechałem po córkę, bo syn wyjechał z klasą na wycieczkę, po raz kolejny usłyszałem, że:

– Moje dziecko nie spędzi z pijakiem chorym psychicznie ani minuty.

Wierzcie mi, zaciętość wymalowana na jej twarzy mnie przeraża. Kiedy ją taką widzę i słyszę włos mi się jeży na karku i na serio boję się każdej kolejnej sprawy sądowej, bo pomimo tego, że daję z siebie naprawdę wszystko i jeszcze więcej, nie wiem na jakie zarzuty muszę się przygotować i co będę zmuszony udowodnić, pokazać i jak, by przekonać sąd, że są to kłamstwa.

Złośnica z kolei, gdy przyjechałem w sobotę po Pac-Mana, ni z tego ni z owego, bo przecież jeszcze w środę po południu bawiłem się z nim w najlepsze po żłobku, zakomunikowała mi pomiędzy jednym a drugim zaciągnięciem się papierosem, że:- Nie podoba mi się Twoje zachowanie i Pac-Man zostaje w domu.Powtórzyła to samo dzisiaj z rana przez domofon, gdy naiwnie stawiłem się o umówionej porze, licząc, że wczoraj miała po prostu gorszy dzień.

– Pac-Man zostaje w domu. – trzaśnięcie słuchawki i cisza.

Umawiają się? Planują razem takie akcje? Nie wiem, i nie wiem, czy chcę wiedzieć. Wiem, że długo nie dam rady, ot tak przechodzić nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie rozumiem jak one potrafią?! Czy je to nie męczy? Nie spala? Da się tak kompletnie i całkowicie wyzuć z sumienia? A co jeśli są święcie przekonane o tym, że gnojąc mnie wcale nie robią dzieciakom krzywdy, albo, że wcale mnie nie gnoją, tylko właśnie bronią dzieci przed krzywdą. Co, jeśli to ja wciąż bredzę, i to one mają rację, że należy dzieci przede mną chronić?!

Takie, a czasem jeszcze ciekawsze gonitwy myśli wywracają mi mózgownicę kilka razy dziennie. Bezpośrednio po takich zdarzeniach oczywiście ze zwielokrotnioną mocą. Czasami sam się sobie dziwię, że jeszcze nie zapiłem, albo nie rzuciłem się pod TIRa, bo w sumie, to na jedno by wyszło.

Co jakiś czas przychodzi do mnie refleksja, że skoro nawet ja rozważam sobie scenariusz pt. to może one mają rację a nie ja, to co ma powiedzieć ta kobieta która będzie nas rozsądzać? I w takich momentach mrozi mnie do szpiku kości. Bo przecież może im dać wiarę. Sam aż za dobrze wiem jak to wygląda z boku. Alkoholik, dwukrotnie próbuje ułożyć sobie życie i daje ciała za każdym razem. Pewnie przez wódę, w końcu alkoholik. A teraz nagle się nawrócił i męczy te biedne kobiety, na których barki zrzucił cały ciężar wychowania i dbania o te malce. Każda by takiego zostawiła, każda by potem chowała przed takim dzieci.

Panika. Po każdej takiej myśli niemal zwijam się ze strachu w pozycję embrionalną i tylko cholernego kciuka w gębie brakuje. Dopiero po chwili przychodzi na powrót odrobina spokoju. Wraca logika i powoli układa klocki na swoje miejsce.

Nie tkwiłbyś w tym sądzie z uporem maniaka, gdyby ci nie zależało na dzieciakach, kochasz je, to i cierpliwie znosisz zadawane razy. Przecież nie będą walić w ciebie w nieskończoność. Nie będą? Oby. Nawet jeśli nie dostałeś dzieciaków na weekend raz czy drugi, to przecież od czasu do czasu miałeś. Wcześniej, przed tymi rozprawami też miałeś. Nigdy krzywda im się nie stała. Więc chyba sąd to też zauważy? Zauważy?

Udaję, że nic się nie dzieje, udaję, że oglądam film, udaję, że czytam książkę. Zaklinam rzeczywistość i sprawiam, że wszystko wydaje się w porządku, choć boję się jakby goniło mnie sto diabłów.

Będę uciekał przed nimi do wtorku, do kolejnej rozprawy o widzenia ze starszą dwójką.

*Apteka – Diabły /Menda; 1985 J. Kodymowski/

XLI Dla przyjaciół, Boguś

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Od jakiegoś czasu nie chce mi się chodzić na mitingi AA. Nie czuję, żebym wychodził z nich jakoś specjalnie zbudowany. Wszyscy, no niemal wszyscy uczestniczy, widzą swoje trzeźwienie przez pryzmat wiary w boga. Niby każdy dodaje, że to jego bóg i jest taki jak on go pojmuje, ale z dumą na piersi nosi krzyżyk lub medalik. Jeden z nich nawet ma taki poświęcony przez papieża Polaka.

Nie potrafię się pogodzić z tym, że mitingi raz bardziej, raz mniej, ale jednak, przypominają spotkania kółka różańcowego. W przypadku niektórych z moich znajomych z AA, posuniętych wręcz do ekstremum, gdzie trzeźwienie ma boleć, bardzo boleć. Ma być męczarnią i samobiczowaniem w pokucie za krzywdy jakie wyrządziliśmy pijąc bez opamiętania. Nie ważne do jakiego boga się modlisz Mick, ważne że go masz, swoją siłę wyższą od wszystkich i wszystkiego, tylko ona może cię uratować, tylko dzięki niej wytrzeźwiejesz.

– Serio? A co jeśli nie wierzę w żadnego? Czy to nie jest tak, że alkoholizm, zapamiętały demokrata, trafić się może każdemu? Bogatemu, biednemu, wykształconemu i temu nieedukowanemu, kobiecie, mężczyźnie, młodemu, staremu. Wierzącemu i niewierzącemu, w cokolwiek?

– No tak! Oczywiście!

– To jak niewierzący ma mieć swojego boga?

– …

– Sam zacząłem pić ponad miarę, nikt mnie nie sadzał przed butelką i nie nakazywał wypić przynajmniej połowy. Sam wpadałem na ten pomysł i sam go realizowałem. Ja kupowałem, płaciłem i wypijałem. Ja, żadna siła wyższa mnie nie wyręczała. Tak samo ja miałem siebie dość, ja sięgnąłem swojego dna, ja sprzeniewierzałem się sobie samemu. Ja dosięgnąłem do miejsca, gdzie po kolejnym kroku już nie byłoby komu wracać i nie byłoby wracać do czego. I ja zawróciłem i rozpocząłem mozolną drogę która wciąż trwa i najprawdopodobniej już do końca mojego życia będzie trwać.

– Oooo! Ależ masz rozbuchane ego! Nie poradzisz sobie w ten sposób, a wszystko będzie u ciebie trwało po dwakroć, po trzykroć. Za wszystko będziesz płacił wielokrotną cenę. Musisz zdać się na siłę wyższą, z nią jest lepiej bo ona ci pomoże. Ona ci TO zagwarantuje!

Pieprzone ogniem i mieczem! A mi naiwnie się ciągle wydaje, że to miało polegać na naprawianiu, i siebie i swojego życia oraz zadośćuczynienie pokrzywdzonym przeze mnie, a nie na samoukrzyżowaniu, w dodatku z bogiem na ustach. Cholerny boski monopol na prawdę i pomocną dłoń. Mam przesrane. Przynajmniej według nich.

Siedzi nas w salce gdzie się spotykamy zazwyczaj kilkunastu. Na głos czytamy treść dwunastu kroków, fragmenty Wielkiej Księgi AA, Dezyderatę, jak i kilka innych tekstów z odmienianym przez wszystkie przypadki bogiem. Oczywiście jakkolwiek pojmowanym. To czytanie na głos polega na tym, że czyta ktoś tam, a reszta słucha.

Ponoć mam niezłą dykcję i od jakiegoś czasu tym kimś czytającym wybierają właśnie mnie. Czytam więc na głos ością stających mi w gardle wszystkich bogów świata, na czele z tutejszym i zasycha mi w gardle. Łykam odrobinę herbaty, czy kawy, i czytam dalej. Głęboki oddech, przełykam tym razem gęstą ślinę i brnę płynnie przez kolejnych kilka wersów.

– Nie musisz czytać, możesz przecież odmówić. – mówi mi jeden ze współbraci alkoholików, kiedy dzielę się z nim swoimi wątpliwościami co do istoty siły wyższej – Przecież tutaj nic nie odbywa się na zasadzie obowiązku.

– Ok, to w takim razie ja dziękuję, proszę, niech ktoś inny może tym razem.

– Mick, no przeczytaj. To tylko kilka zdań, a my wiemy jakie masz podejście do boga. Jakkolwiek go pojmujesz.

Biorę więc kolejny łyk z nieskończonego herbacianego źródła i z każdym, kolejny raz przeczytanym akapitem uodparniam się na jakkolwiek pojmowane bóstwo.

Miałem taki krótki okres, że sam zacząłem się modlić. Do nikogo, ani do niczego konkretnego. Modlić? Chyba za duże słowo. Podsumowywać kolejny miniony dzień. Dziękować za niego, i tu musze przyznać, że z autentyczną wdzięcznością. Za wszystko co mi się udało, za wszystko czego spróbowałem, za wszystko czego spróbuję jeśli będzie mi znowu dane.

Pomimo najszczerszych chęci, jakoś nie dawało mi to wytchnienia i spokoju w głowie. W zasadzie czułem się nieuczciwie, jakbym próbował kogoś naciągnąć na pożyczkę, której nie za bardzo mam ochotę spłacać.

Potem mi przechodziło, potem znów do tego wracałem, i znów mi przechodziło. Wiele wskazuje, że tym razem na dobre. Nie umiem postawić znaku równości pomiędzy dobrem a bogami. Jakie nadprzyrodzone bóstwo pozwoli krzywdzić niewinne dzieci za występki swojego rodzica? Nie odpowiem na to pytanie, bo niektórzy posądziliby mnie o bluźnierstwo.

Trudniej? Trudno, zamiast się modlić, będę ćwiczył swoją cierpliwość. Drożej? Przy tym ile energii, czasu, a również pieniędzy roztrwoniłem tkwiąc w błędnym kole nałogu, ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że stać mnie w zasadzie na wszystko.

Śmieję się czasem sam z siebie, że ja muszę jak moje dzieci, od tego najmłodszego zaczynając, który dopiero ledwo co potrafi się komunikować, a i tak najczęściej słyszanym od niego tekstem jest „ja siam!”.Sam buty, sam obiad, sam po schodach. Chyba też muszę sam. Tylko nie mówcie mi, że to brak pokory przeze mnie przemawia, bo, jakkolwiek nie na miejscu to zabrzmi z ust alkoholika, sam tego piwa naważyłem, to i sam muszę je wypić.

XL W cztery kółka

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem

Nigdy nie czułem jakiejś palącej potrzeby posiadania prawa jazdy, o samochodzie nie wspominając. Nie miałem nigdy tej niby typowej, męskiej zajawki na furę. Ot, kolejne, czasem mniej, czasem bardziej przydatne narzędzie, które ma mnie przemieścić z A do B. Wygodniejsze i niezależne w porównaniu z autobusem, czy pociągiem, ale jednak. Tak samo nie zaprzątało mi głowy podniecanie się ilością koni mechanicznych, efektywności silnika i całych tych szmerów-bajerów. Cztery kółka które wiozą i to piąte do kręcenia, by pozostałe wiozły tam gdzie się chce.

Zawsze doskonale czułem się jako pasażer, i gdyby nie potrzeba wyższa niż moja wygoda, pewnie nigdy nie miałbym w portfelu tego kawałka plastiku zezwalającego prowadzić tą kupę żelastwa zaparkowaną potem pod domem.

Na kurs nauki jazdy zacząłem chodzić trochę po swoich trzydziestych urodzinach, jeszcze w Molochu, wtedy gdy pojawiła się w moim życiu Mała Mi. Plan był taki, by usprawnić wyprawy po zakupy, bo jakkolwiek wyjazd z wózkiem komunikacją miejską nie należał do najuciążliwszych, tak powrót z marketu będąc objuczonym wypchanymi torbami już do przyjemnych nie należał. Dodając do tego możliwość rodzinnego wyjazdu z miasta na dzień, czy weekend oraz co oczywiste, moją większą atrakcyjność w oczach pracodawcy, wszystko przemawiało za tym by w końcu zadbać o ten dodatek do życia, o prawko i samochód.

Kiedy już wyjeździłem swoje w trybie treningowym, przyszedł czas na egzamin. Najpierw pierwszy, teoretyczny, zaliczony bez potknięcia, potem drugi, praktyczny, i na koniec drugi drugi, bo pierwszy drugi oblałem.

– Pffff, no wiesz, ja zdałam za pierwszym razem. – powiedziała mi Paranoja po powrocie do domu, gdy oznajmiłem jej, że popełniłem o jeden błąd za dużo i będę musiał powtarzać jazdę.

Przy okazji najbliższej sprzeczki o cokolwiek nie omieszkała wytknąć mi tej niezdanej jazdy, a potem znów i znów. Zyskała w swoim mniemaniu jeszcze jeden argument by przekonywać mnie do swoich racji.

– Nieudaczniku, jak mogę nie mieć racji skoro to ja zdałam papier za pierwszym razem a nie ty? Jestem sprytniejsza i bardziej pojętna. – wybrzmiało w naszym mieszkaniu kilkukrotnie przy okazji różnicy zdań na tematy mniej lub bardziej błahe.

Swoją porażkę utopiłem w kieliszku wódki. Teraz wiem, teraz rozumiem, że już wtedy zaczynały u mnie funkcjonować na dobre pierwsze symptomy alkoholizmu. Szukałem okazji aby móc otworzyć butelkę piwa, by poczęstować się szklanką whisky. Flaszkę kupiłem sobie wcześniej, jeszcze przed egzaminem, będąc pewnym, że egzamin praktyczny zaliczę i go należycie obleję. A jakże! Nie zdałem? No to napiję się na smutno, bo nie zdałem.

Tak, czy siak, z drugim podejściem zdałem i otrzymałem od Najwyższego Urzędu do spraw Czterech Kółek Wysp Prosperity dokument potwierdzający, że umiem i mogę jeździć automobilem. Sam wóz dostałem od szefa i kilka spraw mi to ułatwiło, kilka zaś nieco skomplikowało. Nie mogłem już czytać w środkach komunikacji miejskiej, czyli w mojej ulubionej, największej na świecie czytelni. Trudno, poziom mojego czytelnictwa podupadł, wzrosła za to wygoda dnia codziennego.

Swojego samochodu nie zdążyłem kupić. Z jednej strony nie spieszyło się. Auto firmowe, mimo, że używane rotacyjnie z innymi współpracownikami, w zupełności wystarczało jako zaopatrzeniowiec rodziny, z drugiej, Paranoja stwierdziła, nie bez racji z resztą, że na wycieczkę dwa razy w miesiącu wystarczy pociąg, czy auto z wypożyczalni i bezsensowne byłoby utrzymywanie czterech kółek przeważnie zaparkowanych w zatoczce pod domem, bo sama nie przejawiała chęci prowadzenia po Molochu.

Po jakimś czasie pojawił się Czesiek, czyli potencjalny kolejny pasażer. Zaczęliśmy na nowo kalkulować za i przeciw posiadania własnego samochodu i tym razem wyszło, że wygoda plus komfort, minus kilka miedziaków na benzynę i należne opłaty, równa się własne auto. Po wywiadzie ze znajomymi co się znają określiliśmy czego potrzebujemy i zaczęliśmy zbierać na wylosowanego, rodzinnego kombiaka, góra trzy, czteroletniego.

W międzyczasie wzięliśmy ślub, bo jak powiedziała mama Cześka i Małej Mi, to najwyższy czas by miała to samo nazwisko co jej dzieci. W nagrodę za podpis pod dokumentem w USC jej ojciec dołożył sporą sumę do tacy w intencji zakupu fury. Na kilka chwil przed finalizacją zakupu, umówionego już z właścicielem naszej wymarzonej gabloty, wracając do domu z pracy zobaczyłem na podwórzu Paranoję z dziećmi i firmę przeprowadzkową którą wynajęła, jak się potem okazało, za pieniądze odłożone na samochód. Spakowała siebie i dzieci i wracała do kraju, zabierając ze sobą również resztę kasy sprezentowanej przez jej ojca. Oprócz tego, że samochód rodzinny okazał się zbędny, równocześnie zniknęły fundusze przeznaczone na jego zakup.

Pierwszy samochód kupiłem gdy byłem już ze Złośnicą. Moja dwójka, jej jedynak, ona, ja. Pięć miejsc w pięcioosobowej furze, niby ok, ale już tylko o tym mówiąc wiadomo, że ciasno, Gdy dodać, że najmłodsi pasażerowie, jej synek oraz mój synek, jeszcze w fotelikach zaś Mała Mi na poddupku, wiadomym się staje że się nie da, a planowaliśmy od początku, że będziemy mieć nasze dziecko. Wybór musiał paść na auto typowo rodzinne, i tak też się stało. Stałem się właścicielem wygodnego czołgu-limuzyny dla sześciu osób.

Na palcach jednej ręki można by policzyć ile razy to auto zostało użyte dokładnie zgodnie z przeznaczeniem dla którego zostało zakupione. Najczęściej jeździłem nim sam, na i z lotniska, kiedy przylatywałem do swojej rodziny, do Złośnicy i naszych dzieciaków. Często również z Małą Mi i Cześkiem, kiedy po nich jeździłem do Paranoi i ich do niej odwoziłem oraz gdy brykaliśmy radośnie na wspólne wycieczki. Wspólne dla czwórki, Mojej dwójki dzieci i jej malca. Złośnica bardzo rzadko wykazywała chęć brania w nich udziału, a gdy już dała się namówić na jakikolwiek wyjazd, tak się zawsze składało, że wynajdywała powód aby jak najszybciej wrócić i puścić nas dalej, albo wręcz zakończyć wojaże w ogóle. Obojętnie czy chodziło o wyskok na plażę za miasto, nad morze, do kina w miasteczku kilkanaście kilometrów dalej, czy na drugi koniec miasta na lody, czy gofry z bitą śmietaną. Gdy urodził się Pac-Man pojechał z nami kilka razy. W pełnym składzie jechaliśmy raz. Po jego urodzinach sprawy dosłownie z tygodnia na tydzień przybierały coraz gorszy obrót i dosyć szybko tak naprawdę łączył nas tylko on i wspólny adres. Nic więcej. Nawet na zakupy dla nas jeździłem bez niej.

Niecały rok po urodzinach najmłodszego, kiedy nasz związek tak naprawdę już nie istniał, szykowałem się do wyprawienia imienin. W prezencie reprezentacja naszego kraju zagrała dla mnie wygrany mecz, a ja oczywiście w samotności oglądałem go przy szklance whisky. Moje malce były już odstawione do swojej mamy. Złośnica ze swoim i naszym synem zamknęła się w pokoju, ja w salonie z laptopem i flaszką. Kupiłem sporą aby na drugi dzień godnie przyjąć gości, co absolutnie nie przeszkadzało mi z niej należycie uszczknąć kibicując biało-czerwonym. Po meczu dopiłem co miałem w szklance i położyłem się spać.

Na drugi dzień, dosyć niecodziennie, Złośnica przyszła mnie obudzić. Nigdy tego nie robiła. Od kiedy na czas moich przyjazdów zamykała się sama, bądź z dziećmi, w naszej sypialni ja zajmowałem pokój, który na co dzień zajmowali chłopcy. Wieczory spędzaliśmy przy telewizorach, każde przy swoim, ja dodatkowo z wódką. Śniadania osobno, kolacje osobno, dnie osobno, noce osobno. Albo ja, albo ona z dziećmi, od dawna nigdy wszyscy razem. Odrzucała nawet zaproszenia do moich rodziców na rodzinne obiady. Szedłem z dziećmi, ona zostawała w domu. Tego ranka jednak przyszła mnie obudzić.

– Pojedź do mojej matki po fotelik dla małego, przed południem będę z nim jechać ze znajomym.

– Ok. Pojadę.

– Teraz pojedź.

– Nie, teraz nie, jeszcze mam alkohol w żyłach. Nie mogę.

– Jedź, przecież chodzisz prosto. Dasz radę.

– Zwariowałaś. Nie ma mowy. Muszę coś zjeść, kawę wypić, wykąpać się, a najlepiej jeszcze odespać. Nie ma takiej możliwości bym usiadł za kółko. Jeszcze nie.

– No jedź, przecież za dziesięć minut będziesz z powrotem. To kawałek a nie wyprawa na drugi koniec polski. Patrole nie zatrzymują w mieście.

– Nie, powiedz znajomemu żeby do niej podjechał, albo niech ona ci przywiezie, przecież nie pojadę w takim stanie.

– Nie, matka ma dziś wolne i się z domu nie ruszy choćbym nie wiem jak prosiła, a znajomy już mi robi przysługę, nie będę prosić o więcej. Jedź!

– Nie, nie pojadę!

– Jedź! Jedź! Jedź! – i tak przez jakieś pół godziny.

Wkurzony i poirytowany wsiadam za kółko. Wyjeżdżam. Z duszą na ramieniu biorę kolejne zakręty, trafiam do jej matki, która już na mnie czeka. Zabieram fotelik, trzaskam drzwiami i po sekundzie jadę z powrotem do domu. W połowie dogi powrotnej widzę we wstecznym lusterku patrol policji. Serce w gardle, ale jadę dalej, zerkam w lusterko co ułamek sekundy, nie włączają kogutów, nie wyprzedzają. Jadę dalej, a oni za mną. Zatrzymuję się pod domem by otworzyć furtkę na podwórko, oni stają obok.

– Zapraszamy pana do radiowozu. – a jednak!

Wydmuchałem 0,56, czyli we krwi miałem ponad promil. Nie wierzyłem, wiedziałem że coś wydmucham, nie było na to siły, ale aż tyle?! Zabrali prawo – jazdy i zaprosili na komendę w celu złożenia wyjaśnień. Zabawne, co tu wyjaśniać, jechałem kompletnie spruty, choć szczerze powiem, że na pewno nie czułem się na ten ponad promil. Oczywiście jak nikt, kto po pijaku wsiada za kółko.

Przedmuchali mnie jeszcze raz, wypełnili kwity, wręczyli i życzliwie poradzili.

– Niech pan uważa z kim pan pije następnym razem.

– Ale jak to?

– No przecież nie sądzi pan, że to było rutynowe zatrzymanie.

– Zadzwoniła?! Ona zadzwoniła?!

– Nie możemy panu powiedzieć. Miłego dnia. Do widzenia.

Potem spotkałem jednego z tych policjantów i powiedział mi, że w swojej ponad dwudziestoletniej karierze psa nie spotkał się z tak dokładnym donosem. Kto jedzie, czym jedzie, skąd jedzie, dokąd jedzie, kolor, rejestracja a nawet kolor włosów. Zabrakło tylko numeru buta.

Straciłem prawo jazdy na trzy lata. Gliniarz, który odbierał ode mnie zeznania z niedowierzaniem przerzucał jedną za drugą bazę danych krajowej policji i sprawdzał moje kwity.

– Gruby strzał jak na debiut, pan nie ma nawet mandatu za złe parkowanie.

– Może mi pan wierzyć, że na Wyspach Prosperity też nie. Nawet pół punktu karnego.

Kręcił głową z niedowierzaniem i spisywał moje zeznania.

– Może ją pan oskarżyć o podżeganie do popełnienia przestępstwa.

– Mogę?

– No pewnie!

Imienin nie wyprawiłem, upiłem się za to w sztok użalając się nad sobą i złorzecząc na swoją jeszcze narzeczoną. Jak mogła mi to zrobić? No jak?! Jak mogłem być tak głupi i dać się namówić na wyjazd pod wpływem alkoholu? Proste, byłeś baranie pijany i nie potrafiłeś trzeźwo ocenić sytuacji, ani swojego stanu. Piłeś, to byłeś pijany.

Byłem pijany jeszcze długo. Byłem pijany jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że w tych momentach kiedy w czasie tego pamiętnego dla mnie meczu, wyłaziłem z domu na fajkę, ona dolewała mi do łychy czysty spirytus. Pochwaliła się koleżankom w pracy a jedna z nich opowiedziała mi o tym. Byłem zdruzgotany i piłem jeszcze więcej, aż w końcu dotarło do mnie co powinienem zrobić.

Po trzech kolejnych miesiącach płakania wódką na swój paskudny los, postanowiłem, że albo się zabiję, albo wytrzeźwieję. Całe szczęście, los postawił na mojej drodze dobrych ludzi, którzy mi pomogli dokonać prawidłowego wyboru.

Prawa do zdjęcia należą do Łukasza Kasprzaka

XXXIX Dzień Dziecka

– Cześć, Mała Mi, co robicie? 

– Ja sprzątam pokój, a Czesiek bawi się lego. 

– A nigdzie nie idziecie? 

– Nie, jesteśmy w domu cały dzień. Jacyś goście przyszli do mamy. 

– Chciałem was zabrać do kina na Avengersow. Pisałem do mamy smsy.

– No chcemy, mówiliśmy mamie. Dlaczego po nas nie przyjechałeś? 

– Mama napisała mi, że nie macie ochoty. 

– Zadzwoń do niej i powiedz, że po nas przyjedziesz. 

– To może po prostu daj mamie słuchawkę?… …Cześć, puścisz ich do kina? 

– Czego nie zrozumiałeś za pierwszym razem, w tym krótkim słowie NIE? Miłego dnia.

*      *     *

– Cześć Pac-Man! Cześć tata! – Mała Mi rzuciła się na swojego najmłodszego przyrodniego brata i zaczęła go niemiłosiernie obcałowywać.

– Cześć Mała Mi, ale fajnie, że tu jesteście. Wydawało mi się, że mama was gdzieś zabiera.

– Noooo zabrała. Tutaj. – mówiła do mnie kucając przy najmłodszym, nawet na mnie nie patrząc.

– Ok. Myślałem, że gdzieś nad morze, albo przynajmniej do Prus.

– Nie. – już go brała na ręce cała uradowana.

– Jesteście tu od dawana?

– Najpierw byliśmy w kinie, na czternastą.

– Na Detektywie Pikachu?

– Nooo!

– A gdzie Czesiek? Jest tu z wami?

– No lata tu z kolegą, właśnie poszedł na dmuchany zamek, o tam!

– Byłem po was rano, jak zwykle o umówionej godzinie.

– No wiem, sąsiadka mamie mówiła. Pojechaliśmy z mamą i Panem na zakupy do tesco.

– Trudno. Odbijemy sobie. Chodź na watę cukrową. Poczekamy na Cześka i pobawimy się z Pac-Manem.

– Mała Mi, podejdź tu. Gdzie się wybierasz? – usłyszałem zza pleców głos ex.

– Daj jej spokój, nigdzie nie idziemy, zostajemy tu między tymi straganami. Jest Dzień Dziecka i zdaje się po to ich tu przyprowadziłaś. Chodź córcia, idziemy po tą watę i poczekamy na waszego brata.

– Już jadła watę. Nie paś jej.

Małej Mi nieco zrzedła mina.

– Zaraz wrócimy, zamiast waty weźmiemy wodę mineralną, oczywiście niegazowaną. Możemy? – zapytałem Paranoję.

Nic nie odpowiedziała, tylko zacisnęła usta. Nie mogła sobie pozwolić na swoją zwyczajową tyradę w otoczeniu setek osób. Poszliśmy do jednego ze stoisk ze straganowymi dobrami, zachęciłem ją, by sięgnęła po jakieś drobne frykasy, Mała Mi jednak karnie złapała za butelkę wody bez gazu i bez słowa mi podała.

– Możesz sobie wziąć co chcesz kochanie, to twój dzień, nic się nie stanie jak sobie pozwolisz choćby na kolejną watę z cukru. Przecież codziennie się tym nie opychasz.

– Nie chcę. – odpowiedziała markotnie.

Wziąłem tą wodę, dla małego sok z marchwi, jabłka i pomarańczy, sobie wodę z bąblami. Podleciał Czesiek.

– Cześć tata. 

– Cześć, z bratem się nie przywitasz?

– Z bratem? Acha, cześć Pac-Man. – trochę się młody zmieszał.

– Chcesz coś do jedzenia, a może do picia? 

– Nieeeeeeee – oczy mu jednak łakomie wędrowały po kolorowych opakowaniach z zakazaną przez rodzicielkę kontrabandą – nie, nie… albo pepsi.

Zabraliśmy nasze zakupy i ruszyliśmy pomiędzy dmuchane zamczyska, labirynty, trampoliny i co tam jeszcze rozstawili rajcy miejscy dla dzieciaków. 

– O! Tu się chowacie, gdzie jesteście jak was szukam?

– Daj spokój, czego od nich chcesz, przecież dokładnie wiedziałaś gdzie idziemy.

– Nie mówię do ciebie. Czesiek, bierz swój rower i kumpla i wracajcie do domu, ja zaraz z Małą Mi wsiadamy w samochód i dojedziemy.

– Już?! – dzieciaki zakrzyknęły chórem.

– Co ty wyprawiasz? Dlaczego ich zabierasz? Przecież ten kram dopiero co wystartował godzinę temu, niech się pobawią, przecież to jest dzień dziecka! Ich dzień.

– Już ci mówiłam, że nie rozmawiam z tobą. – ofuknęła mnie kolejny raz, i dodała zwracając się do dzieci – Zbierajcie się.

– Czesiek, Mała Mi, nigdzie nie idziecie. Pac-Man i tak jest jeszcze za mały na te atrakcje, więc ja z nim się zmywam, skoro mamie to tak bardzo przeszkadza, że tu jesteśmy. Idę mu tylko kupić balony i już nas nie ma. Buziaki.

Przytuliliśmy się wszyscy, Małą mi wyściskała Pac-Mana. Ja popukałem się w czoło na pożegnanie Paranoi i ruszyłem z najmłodszym do domu. 

Wyciągnąłem jego rowerek biegowy na podwórko i zaczęliśmy od nowa ćwiczyć. On równowagę na tym cudzie techniki, ja bieganie w półzgięciu. Po wszystkim był bardzo zadowolony, ja w sumie też, ale po nim akurat, to zadowolenie było widać.

*      *     *

– Zapomniałeś oddać czapkę i kurtkę. – pół godziny po tym jak odwiozłem najmłodszego do jego mamy przyszła od niej wiadomość.

Cholera, fakt, zapomniałem. Dała mi ją nie wiem po co, na wszelki wypadek, mimo, że prognoza nawet nie zająknęła się o deszczu a słońce grzeje od samego rana do teraz, kiedy powoli chyli się ku zachodowi.

– Chyba nic się nie stało, jutro rano odbieram od ciebie małego, oddam razem z nim wieczorem. – szybko odpisuję.

– Nie, niech ci się nie wydaje, że dzień zaczyna się kiedy po niego przyjeżdżasz. Będę potrzebować tej kurtki z samego rana. – aha, jakoś nie chciało mi się wierzyć, że wstaje, w dodatku z małym, na niedzielną mszę skoro świt.

– Dobrze, przywiozę.

   Pożyczyłem od sąsiada rower i dymam na drugi koniec miasta. Zatrzymuję się by przypalić papierosa, telefon wibruje w kieszeni, więc na niego zerkam. Kolejne wiadomości od Złośnicy.

– Kiedy będziesz?… – Za ile będziesz?… – Czekam na odpowiedź… – Nie umiesz pisać?… 

– To kiedy?… – ja pierdolę, nudzi jej się? Już mi się nie chce tam jechać, ani ta kurtka nie jest potrzebna jej, ani mi słuchanie twarzą w twarz tego jazgotu. Nie zawracam jednak, jadę dalej. Moje szczęście, na klatce przed jej blokiem stoi jakaś para, rozmawiają sobie i widząc mnie podjeżdżającego i wchodzącego po schodach otworzyli drzwi i przepuścili do środka. Odpadła mi więc przyjemność rozmowy z mamą mojego synka. Podszedłem do drzwi i włożyłem reklamówkę z kurtką i czapką pod wózek, który trzyma na korytarzu przed mieszkaniem z całym wózkowym zestawem aplikacji pomocniczych, kocyk, folia przeciwdeszczowa, torba z pieluchami i dziecięcym bidonem. Wychodzę z klatki, dziękuję parze i wsiadam na jednoślad sąsiada. Znikam.

– Długo mam jeszcze czekać, po co kłamiesz, że przywieziesz jak nie przywozisz? Znowu chcesz okraść swoje dziecko z rzeczy? – czytam kolejną wiadomość po powrocie do domu.

– Masz wszystko pod wózkiem. – odpisuję.

– Pod jakim wózkiem? Co ty pieprzysz, przecież nie dałam ci dzisiaj wózka.

– Dobranoc. – klikam dźwięk dzwonków i odkładam telefon.

   Pojawiam się po Pac-Mana na drugi dzień zgodnie z planem uzgodnionym przez sędzią. Złośnica wychodzi z nim przed dom i wręcza mi reklamówkę z ciuchami w jakich go wczoraj odwiozłem do prania. 

– Dasz nam dzisiaj wózek? Wczoraj nie wziąłem i nie poszliśmy na dłuższy spacer, dzisiaj pogoda jest jeszcze fajniejsza więc…

– Nie, nie dostaniesz wózka.

– Ale…

– Powiedziałam – nie! Do widzenia. – obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę klatki schodowej a ja za nią wskazując ojcu by zajął się małym.

– Co ci odbiło, daj mi wózek, przecież mały nie pójdzie sam na spacer po parku a już nie jest taki mały żeby go nosić przez kilometry.

– Nie.

   Dogoniłem ją w korytarzu i zdążyłem chwycić wózek zanim ona wprowadziła go do domu.

– Zostaw to, mam zadzwonić na policję? To mój wózek. Mamo dzwoń na pały, on chce ukraść wózek!

– Przecież to wózek Pac-Mana a nie mój, czy twój, kobieto co ty odwalasz?

– Zostaw to debilu – włączyła się jej matka – mówiłam ci żebyś się nie wiązała z idiotą, jednego idiotę miałaś i drugiego idiotę wzięłaś. Zostaw to chamie bo zadzwonię, że kradniesz dziecku wózek.

– Proszę bardzo, dzwoń, zabawnie będzie, przypomnij mamusi kto kupował wózek, kto płacił za ten sprzęt.

   Nie powiedziała nic. Jednym ruchem odpięła górę wózka i uciekła do domu zamykając za sobą drzwi na wszystkie spusty. Zostałem na korytarzu ze stelażem na kółkach. Świetnie. Zrezygnowany odstawiłem wózek pod ścianę i ruszyłem do samochodu.

   Będąc już na schodach przed klatką usłyszałem że ktoś za mną biegnie. Odwróciłem się by zobaczyć ręce wyprzedzającej mnie Złośnicy odpychające mnie na barierki. Podbiegła do ojca, który bawił się z małym przed samochodem, wzięła Pac-Mana na ręce i zniknęła z nim na powrót w bloku. 

   Nie wierzyłem w to co widziałem. Zamurowało mnie. Dopiero ojciec wyrwał mnie ze stuporu

– Dzwoń na policję, niech zapiszą, że po raz kolejny matka nie wydaje dziecka na zasądzone widzenie.

– Ale co my mamy zrobić, przecież nie pójdziemy i nie zabierzemy dziecka siłą. – odezwał się mundurowy, który już mnie aż za dobrze znał z tych wszystkich interwencji.

– Oczywiście, przecież nie wymagam tego od panów, niech jej panowie po prostu powiedzą, na co się naraża, może to wzbudzi w niej jakiś głos rozsądku?

– Po pierwsze ta pani już wie, po drugie nie taka nasza rola.

– To jaka w takim razie jest? – już ledwo trzymałem się w ryzach by nie wybuchnąć.

– A pani, skoro twierdzi, że została pobita proszę się udać na obdukcję i wnieść sprawę do sądu. Do widzenia państwu. – wsiedli do radiowozu i odjechali.

XXXVIII Lepszy

Obdartus z nieprzytomnym wzrokiem, brudny, zawsze w tych samych miejscach i w tych samych zmaltretowanych ciuchach, z tłustymi włosami i śmierdzący. Z oddechem przemieszanym przetrawionym alkoholem i przepaloną nikotyną ze znalezionych kiepów. Zawsze na mieście bo nie ma pracy, jeśli jeszcze nie ma jej w dupie, to już na pewno ją stracił. Chodzące wcielenie wstydu i żenady wywołujące poczucie odrazy, wstrętu, a w najlepszym wypadku odrzucenia. Odwracam głowę i idę dalej. Najczęściej co najmniej oburzony, że to to włamuje się w krajobraz porządnych ludzi. Alkoholik. Bardzo rzadko, jeśli w ogóle, alkoholiczka. Taki stereotyp wygodnie rozsiada się w naszej głowie i trwa, taki, czy podobny obraz alkoholika po prostu funkcjonuje.

Sam, jeszcze długo po tym, gdy zdałem sobie sprawę, że zaglądam do szkła dużo częściej niż powinienem, nie nazywałem siebie alkoholikiem. Nawet w momentach, gdy ewidentnie przez picie dawałem ciała w tej, czy innej materii, kiedy wiedziałem, że zgubne konsekwencje jakie będę musiał ponieść wynikają z tego, że byłem albo jestem pijany, w swoich oczach nie byłem alkoholikiem. Przeginałem z piciem, przesadzałem i nadużywałem, miałem problem z alkoholem, ale nigdy nie byłem alkoholikiem.

No, bo niby jak? Mam pracę i dom. Mam pensję z której płacę rachunki, kupuję jedzenie i ubrania. Funduję dzieciakom i sobie prezenty. Chodzę w czystych ciuchach do pracy, w której mnie poważają jako fachowca w swojej dziedzinie i chodzę na miasto, gdzie spotykam się ze znajomymi. Rozmawiam z nimi o książkach, filmach, muzyce, polityce i o pogodzie. Flirtuję z kobietami, czasem nawet z sukcesem zwieńczonym w ich, lub mojej pościeli. No to jaki ze mnie alkoholik?!

Zwyczajny, taki jak wielu innych. Jak ten facet obok w metrze z czytnikiem ebooków w dłoni, w garniturze za całą twoją miesięczną pensję i nienagannie zawiązanym krawacie wokół ogolonej szyi. Jak ta kobieta z wózkiem dziecięcym i absurdalnie drogim yorkiem na kolorowej smyczy. Jak ten starszy jegomość z medalami w klapie marynarki, codziennie kupujący dziennik i paczkę toffi w sklepiku pod domem. Nie widziałeś nas nigdy, prawda? Nie widzieliście wielu z nas wcześniej, bo nie kłuliśmy waszego wzroku. Tego nauczyciela, który tak często pomaga waszej mamie wnieść zakupy na drugie piętro w jej bloku też byście nie zauważyli, gdyby jej nie pomagał.

Ja siebie też długo nie widziałem. Nawet mojej narzeczonej, matce mojego najmłodszego syna, też nie powiedziałem, że jestem alkoholikiem, choć mówiłem jej, że mam problem z alkoholem, że za dużo piję od rozwodu i chyba powinienem coś z tym zrobić. Sprytnie uprzedziłem zarzuty dużo większego kalibru z miejsca przyznając się do udawanej winy i poprosiłem o wyrok w zawieszeniu i to wymuszając by był jak najłagodniejszy. Teraz, z perspektywy czasu i z odrobiną wiedzy na temat tej choroby wiem, że to klasyczna zagrywka każdego alkoholika. Kłamanie, oszukiwanie, granie na zwłokę i mydlenie oczu. Krętactwo.

To nie było łatwe, przyznać się przed sobą, że jest się alkoholikiem, człowiekiem, który kompletnie nie ma władzy nad alkoholem, który jest kompletnie w jego władzy. Już kiedy chodziłem na mitingi AA, mimo że przyjąłem to do wiadomości, ciągle nie potrafiłem się przyrównać do innych, wspólnie zasiadających obok mnie w salce spotkań. Ciągle widziałem dwie postacie, tego żula opisanego na początku i zwykłego faceta, normalnie funkcjonującego poza czterema ścianami swojego domu, i nie potrafiłem postawić pomiędzy nimi znaku równości. Nie dlatego, że jej nie ma, lub mimo, że jest. Ciągle czułem się lepszy. Nawet nie, nie lepszy. Mniej zbrukany. Tak jak próbowałem oszukać swoją narzeczoną, tak ciągle próbowałem oszukać siebie samego. Bez przerwy z tyłu głowy, mimo wszystko, brzmiał mi mój własny głos. – Nie jest z tobą tak źle, nie stoczyłeś się na dno, zobacz, w porę się zatrzymałeś. Nie śpisz po melinach, dbasz o siebie. Jesteś lata świetlne przed nimi. Jesteś lepszy. I taki się czułem, lepszy. Mijały mi tygodnie trzeźwości, poznawałem nowych ludzi we wspólnocie AA, poznawałem ich historie i im więcej słyszałem, tym lepszy się czułem. O tym jak bardzo się myliłem przekonałem się niedługo potem, i to bardzo boleśnie.

W czasie gdy ja zaliczałem swoje pierwsze miesiące abstynencji ,moja znajoma z pracy, również emigrantka jak ja, postanowiła powrócić do swojego kraju i zorganizowała pożegnalną imprezę. Zaprosiła wszystkich swoich znajomych z pracy i z poza niej. Zarezerwowała salę w lokalu, gdzie djem był jej znajomy i… wytargowała z właścicielem zniżki na barze dla swojej ekipy. Zabawa, czas start.

Kiedy przyszedłem, jakoś specjalnie nie przestraszyłem się tego, że otaczają mnie z każdej strony ludzie z alkoholem w dłoni. Ja w swojej dziarsko trzymałem szklankę soku pomidorowego i bawiłem się w najlepsze. Do czasu. Kiedy dzień zamieniał się w wieczór, a atmosfera w knajpie wzbogaciła się o kilka kolejek egzotycznych drinków i nastrojowo przyciemnione oświetlenie, stwierdziłem, że chyba na jedną czy dwie szklanki swojej ulubionej whisky mogę sobie pozwolić. Przecież nic mi się nie stanie, bo jutro znowu będę trzeźwy i wrócę do swojej totalnej abstynencji. Udzieliłem sobie dyspensy. Solenna obietnica góra dwóch kolejek zamieniła się w cztery, ta w pięć, i z tym piątym drinkiem w ręku zorientowałem się co ja wyprawiam. O ironio, rychło w czas. Czym prędzej podziękowałem jej i całemu towarzystwu za zabawę i zwiałem do domu cały wściekły na siebie.

Całe szczęście na drugi dzień miałem cotygodniowy miting. Poszedłem na niego. Siedziałem z tymi wszystkimi ludźmi i znów słuchałem o ich potyczkach i potknięciach, o ich walce, o ich niegdysiejszej i obecnej codzienności. I nie odezwałem się słowem. Palił mnie ogromny wstyd i zamiast opowiedzieć co dobrego narobiłem, siedziałem cicho i w duchu tylko złorzeczyłem na siebie w niewybrednych słowach. Powoli wzbierało we mnie poczucie winy, złość nie do zniesienia, że pozwoliłem sobie na taki idiotyczny wybryk.

Wychodząc z mitingu nie zatrzymałem się z resztą bywalców na papierosa na odchodne, tylko popędziłem prosto na stację metra. Zwiewałem do domu. Niby wiedziałem, że nikt nie zrobiłby mi wyrzutu, że wszyscy by raczej się ucieszyli z tego, że przyszedłem na miting zamiast użalać się nad sobą, albo co gorsza brnąć dalej w kieliszek. Mimo wszystko czułem się jak oszust, co więcej, zrobiłem dokładnie to czego nie powinienem, dokładnie to, co wybrzmiałoby z ich ust, gdybym opowiedział o swoim zapiciu. Poczucie winy zaprowadziło mnie z mitingu wprost do monopolowego.

Przez dwa tygodnie nie odrywałem się od butelki. Przestałem chodzić na mitingi, przestałem odbierać telefony od przyjaciół z AA. Od nowa rozłożyłem się na swoim dnie. Pomiędzy jedną a drugą butelką napisałem do szefa mejla, że rezygnuję z pracy. Następną otworzoną butelką postanowiłem popić resztę antydepresantów i tabletek nasennych przepisanych mi przez lekarza na początku mojej abstynencji. Ciąg dalszy historii znacie, całe szczęście moi przyjaciele nie postawili na mnie krzyżyka tak łatwo jak ja sam chciałem to uczynić. Po tygodniu od tej fatalnej, ale całe szczęście nieudanej próby odebrania sobie życia byłem już w Kraju Przodków, gotowy by udać się do ośrodka.

Zrozumiałem jak zgubna i fałszywa jest optyka odwołująca się do perfekcyjnego golenia twarzy i jedwabnego krawata, do brudnych jeansów i przetłuszczonych włosów. Jak idiotyczne z mojej strony było patrzenie na siebie i innych wokół mnie przez pryzmat tego co da się zauważyć tylko okiem a nie duszą i sercem. Dotarło do mnie jak łatwo jest oszukać innych i jak bardzo chce się oszukać siebie. I o ile tych innych przy odrobinie samozaparcia da się wyprowadzić w pole, siebie nigdy. Wciąż niezbyt łatwo przychodzi mi nazwanie siebie alkoholikiem, wszak nie jest to powód do dumy, ale teraz, trzeźwiejąc, w sytuacjach, w których powinienem, mówię bez wstydu: – Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem

XXXVII Łut

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Od ponad roku regularnie spotykam się z anonimowymi alkoholikami, regularnie słucham ich opowieści o sobie. Ta dwuznaczność wyrażenia „o sobie” jest zamierzona. Oni opowiadają swoją historię, ja słyszę z ich ust swoją. Zawsze. Wszystkie te biografie unurzane w alkoholu są inne, różne, bardzo osobiste. Wszystkie równocześnie są takie same.

Mogą zaczynać się każda w innym miejscu, w domu pełnym miłości, życiem w materialnej beztrosce, w dziecięcym koszmarze domu złożonym z samych wad, albo w bycie tak przeciętnym, że nawet statystycy nie raczyliby zwrócić nań większej uwagi poza obowiązkowym odhaczeniem w tabelce. Wymyślcie sobie dzieciństwo i dorastanie jakie tylko chcecie, popuśćcie wodzę fantazji, a i tak możecie być pewni, że i z niego mógłby wykiełkować alkoholik. Ale kiedy już zacznie kiełkować i wzrastać, każdy alkoholik staje się bliźniaczo podobny do drugiego alkoholika.

Również wychodzenie z tej choroby może wyglądać najróżniej, jednak zawsze tak samo. Z dna. Każdy ma swoje, każdy z nas doprowadził swoje życie do momentu, jakim wszystkie religie świata określają jednako, jako piekło. Miejsce gorzkie i ponure, szare, smutne i puste, gdzie nadzieja jest tylko hasłem w encyklopediach i słownikach i niczym ponad to.

To piekielne dno i beznadzieja jest nie tylko naszym udziałem, nas zapijających codzienność alkoholików. Pochłania również nasze rodziny, żony, mężów, dzieci, kochanków, rodziców, dotyka naszych przyjaciół. Każdy ciągle pijący alkoholik to czuje, wie o tym podskórnie, dlatego odsuwa od siebie wszystko i wszystkich, zamyka się w sobie. Czasami po cichu, czasem wśród wrzasków, czasem odgradzając się od reszty przepaścią z setek kilometrów, a czasem jedynie wątłymi, przeszklonymi, kuchennymi drzwiami. Milcząc, płacząc, kłamiąc, obiecując, lub złorzecząc.

Jesteśmy braćmi i siostrami, których świat w pewnym momencie ograniczył się do zaspokojenia, mniej lub bardziej świadomie, wszystkich głodów jednym, alkoholowym. Skrzętnie ukrywanym za przeróżnymi maskami i fasadami, albo wręcz przeciwnie, otwarcie i bez ogródek, czasem wręcz ostentacyjnie, pokazywanemu światu, kiedy te wszystkie wątłe dekoracje i atrapy upadną. Bo w końcu upaść muszą, gdy nadchodzi moment, kiedy ta skacowano-pijana beznadzieja przewyższa wstyd i strach, gdy już nie ma się siły, albo po prostu ochoty, na kolejne kłamstwo, na pudrowanie i perfumowanie syfu w środku którego się tkwi. Orientujemy się, że od tak dawna nie oszukujemy tych wszystkich ludzi dookoła, tylko siebie, a rozbrat z rzeczywistością zabija nawet instynkt samozachowawczy.

Słuchając tych historii ma się dość. Dość tych opowiadań o życiorysie, dość tych ludzi, dość całego świata. I całe szczęście, dość siły, by wstając od wspólnego, wielkiego stołu, powiedzieć sobie:

 – Dość! Nigdy więcej!

Pomiędzy słowami, które co tydzień ktoś inny wypowiada zwierzając się ze swojej historii, słyszę ile miałem szczęścia.

Mam dom, a w nim swoje łóżko z czystą pościelą. Mam sąsiadów z którymi pozdrawiam się i rozmawiam nie tylko o pogodzie. Mam sklepikarzy podających mi z uśmiechem bułki, masło i owoce a nie w milczeniu i bez pytania sięgają na mój widok do półki z wódką.

Mimo wszelkich starań matek moich dzieci, ciągle je mam, tak jak one mają mnie. Starszaki ciągle się do mnie odzywają, a nasze mniej, lub bardziej przypadkowe spotkania na ułamek chwili trzymają przed matką w tajemnicy. Półgębkiem, z dziecięcym jeszcze zakłopotaniem, przepraszają czasem za nią. Uśmiechają się i odpowiadają mi na pożegnanie, że też mnie kochają i tęsknią. Najmłodszy, kiedy po niego przyjeżdżam z rozpędu wbiega mi w ramiona i się wtula. To już, w końcu, dla niego naturalne, że pojawiam się co chwilę w jego dniu, że je ze mną obiad i układa puzzle, że czytam mu bajki do popołudniowej drzemki.

Pomimo swojego niegdysiejszego, oślego uporu w brnięciu w gnój, ciągle mam rodzinę, która nie załamuje rąk i podpiera mnie z każdej strony. Rodzinę, która znosi toczenie piany z ust niecierpliwego alkoholika i kwituje to uparcie mantrując mi prosto w twarz:

 – Doczekasz się, wszystko będzie dobrze.

Ciągle mam przyjaciół, którzy co i rusz zadzwonią, czy wpadną by zapytać czy widziałem ostatni odcinek tego serialu, co się nim wszyscy tak niezdrowo podniecają. Czy pożyczę tę, czy inną książkę bo widzieli, że mam. Czy już słyszałem ten nowy numer szarpidrutów ubóstwianych przez nas od czasów pierwszych przetartych na kolanach jeansów i długich, jeszcze nie przerzedzających się włosów.

Słuchając innych alkoholików ciągle przypominam sobie to, o czym czasem zdarza mi się zapomnieć, bo zacząłem dbać o zalążek normalnego życia i jestem nim zafrapowany aż do przesady i czasem nie wystarcza miejsca na nic innego.

Mam sporo szczęścia, tak jak on, którego słucham, tak jak wszyscy siedzący wokoło. Pomimo nieco zbyt przydługiego spaceru po swoim własnym dnie, ciągle żyjemy. Żyjemy.

XXXVI Perspektywy

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


Po piętnastu latach życia w Molochu na powrót przeszczepiłem się na stare śmieci. Kawałek czasu po postawieniu czwartego krzyżyka postanowiłem zacząć wszystko od nowa. Nie wiem, czy był to akt odwagi, głupoty, czy wyraz determinacji. Pewnie wszystkiego po trochę. Jak mi idzie? Żyję. Chyba trochę za wcześnie by robić jakieś podsumowanie, ale upłynęło wystarczająco dużo czasu by dotarło do mnie na co się pisałem, by ocenić jakoś perspektywy. Chociaż te najbliższe.


Przyjeżdżając tu, do swojego rodzinnego miasteczka wiedziałem, że będę zaczynał od zera. Byłem, jak mi się wydawało, na to przygotowany i godziłem się z tym. Wiedziałem też, że nie spodoba się to matkom moich dzieci. Nie wiedziałem, że aż tak bardzo, by punkt mojego startu przesunąć najdalej jak tylko się da, a w zasadzie trwać w wysiłku permanentnego hamulcowego. Naiwnie sądziłem, że przynajmniej nie będą przeszkadzać, przecież nie tylko o mnie tu chodzi, ale również o ich dzieci. W rzeczy samej, naiwne. I okrutne, bo o ile ja sobie na brak zaufania mogłem zasłużyć i muszę za to zapłacić, o tyle dzieciaki zbierające parszywe żniwo rykoszetem za swojego starego nie są niczym przyjemnym dla mojej świadomości.


Od dawna zastanawiam się jak widzą to Paranoja i Złośnica, przecież muszą zdawać sobie sprawę z tego, że malcom obecna ruchawka między rodzicami nie jest obojętna, a jednak trwają w tym stuporze za wszelką cenę. Dosłownie.


Nie raz i nie dwa, zasugerowały mi, czy wręcz dosłownie wyłożyły kawę na ławę, że moje problemy, które staram się rozwiązać na sali sądowej, skończą się gdy będą dostawać pieniądze na dzieci. Satysfakcjonujące je pieniądze na dzieci.


Wiedziałem, że to będzie problem wejść na rynek pracy i znaleźć sobie miejsce pomiędzy ambitnymi i przepełnionymi wigorem dwudziestoparolatkami, tym bardziej, że moja mieścina to nie Moloch, który gotowy jest wchłonąć nieskończoną liczbę chętnych, a wachlarz ofert jest równie imponujący, co rzesze polujących na nie. Nie przemawiało to i nadal nie przemawia do pań matek. Alimenty obliczone na niemałą przecież wypłatę emigranta zarobkowego miały nadal obowiązywać i żadne negocjacje nie wchodzą w rachubę.


Po kilku spalonych i falstartach jakoś mi się w końcu udało znaleźć swoje upragnione zatrudnienie i w chwili gdy dostałem pierwsze wynagrodzenie, jego lwią część przekazałem mamom Cześka, Małej Mi i Pac-Mana. Raz. Każdym kolejnym zajął się komornik zaproszony przez nie do współpracy. Niepotrzebne koszty dla mnie, dla nich wydłużenie oczekiwania na to co i tak bym przekazał. Jedynym zadowolonym z obrotu sprawy jest ów komornik, który skasuje swoją dolę za pośrednictwo, tak jakbym przez te osiem lat od rozstania z Paranoją nie przekonał jej, że potrafię obsłużyć swoje konto online. Zaczyna do mnie docierać, że tu chyba nie tylko o pieniądze chodzi, może są one nawet celem dopiero drugorzędnym, bo, że celem są, nie mam wątpliwości.


To oczywista sprawa, że muszę łożyć na swoje dzieci. Chcę! Robiłem to bez mrugnięcia okiem od momentu, gdy tego nieszczęsnego wieczoru Paranoja zapakowała całego busa ubraniami, meblami i zabawkami i zostawiła mnie samego w pustym, dziecięcym pokoju. Robiłem to bez mrugnięcia okiem jeszcze zanim Złośnicy i mój Pac-Man pojawił się na świecie. Nikt mnie jednak nie przekona, że kwota równa średniej krajowej pensji, jest niezbędna by utrzymać dwójkę dzieci, jak zostało zakomunikowane przez jedną z mam moich dzieci na rozprawie. Gdy sięgnę wstecz pamięcią do czasów, kiedy byliśmy razem i dawaliśmy sobie radę mieszkając w czwórkę z dala od rodzin, nie jestem w stanie przywołać choćby jednego miesiąca, gdzie podobną kwotę wydaliśmy na ubranie, wyżywienie i drobne przyjemności dla nas wszystkich.


Ktoś mógłby pomyśleć, że próbuję zrzucić winę za wszystko co się dzieje na nie i umyć od tego ręce. Że wiję się jak piskorz by tylko przyoszczędzić na dzieciach. Że żądam fanfar i oklasków, gdy ja wychodzę cały na biało. I tę ocenę biorę na klatę. Mam za swoje. Nie życzę nikomu, by musiał oceniać coś choćby odrobinę podobnego od środka, rezygnując z wygodnej pozycji obserwatora z boku.


Kilka dni temu zaliczyłem kolejny etap maratonu sądowego, który ostatecznie zrzucił mi klapki z oczu i pokazał z czym się biorę za bary. Tak jak spodziewałem się ja, i spodziewały się mamy moich dzieci, alimenty zostały obniżone. Na razie tylko dla najmłodszego, rozprawa dotycząca alimentów na starszą dwójkę odbędzie się za trochę ponad tydzień. O ile oczywiście adwokat ex nie znajdzie kolejnego kruczka by tę i tym razem odroczyć. Zapewne i tu kwota ulegnie pomniejszeniu. Jakiemu? Nie wiem. Wiem, że zatrzymanie jej na takim poziomie, na jakim jest, równać się będzie dla mnie zlicytowaniu mojego mieszkania, albo zarzutom prokuratorskim za niedopełnienie zobowiązań wobec dzieci. Nie, nie. Nie użalam się nad sobą, bynajmniej. Bardzo ostrożnie mierzę swoje siły i możliwości, szukam sposobów by dać radę i nie spalić. Już widzę, że to co zarobię wystarczy bym mógł na bieżąco brać koszty utrzymania moich pociech, tak jak powinienem, na siebie. Starczy też na powolną spłatę tego długu jaki mi narósł przez czas jaki spędziłem w ośrodku i potem szukając pracy. Powoli wyjdę na czysto. Nie mam pojęcia, czy którykolwiek z pomysłów, w jaki sposób utrzymam siebie do czasu, aż wyjdę na prostą wypali. Bo to, że je mam, jeszcze niczego nie gwarantuje.


Dotarła do mnie jeszcze jedna rzecz. Ostrząc ołówki do wyrysowania planu jak sobie poradzić, kompletnie mnie opuściła myśl, jaka towarzyszyła mi po wyjściu z sali sądowej, w której usłyszałem wyrok na jaki mnie nie stać. – Było warto? Po co się szarpałeś? Potrzebna ci była ta walka do czegoś? – to wszystko brzmiało mi w głowie i dosłownie ją rozsadzało od środka. Teraz, kiedy myślę o tym, nie zastanawiam się po co? Wygrzebuję z zakamarków trzeźwiejącej głowy wszystkie „Jak?” i „Którędy?”

XXXV Rykoszety

Przez te ponad sześć lat, kiedy rozpędzałem się, a potem ostatecznie zatraciłem z piciem, regularnie przylatywałem do kraju by spędzić z dziećmi czas. Umowa była taka, że co kilka tygodni miałem weekend tylko dla nas. Do tego święta, i oczywiście jakiś drobny fragment wakacji. Cały przysługujący mi urlop dzieliłem na przestrzeni roku na drobne kawałeczki, by móc regularnie wpadać po nich, zabierać je do siebie i szaleć z nimi ile pary wystarczyło. Ilekolwiek by  tego nie było, zawsze było mało. I im, i mi.

Na samym początku, w trakcie oraz tuż po rozwodzie nawet się nie zastanawiałem gdy sięgałem po alkohol w czasie swoich krótkich urlopów. Piwo z kumplami, albo szklanka whisky z bratem. Piwo na ochłodę, albo szklaneczka wieczorem do filmu. Piwo do grilla, albo szklaneczka na sen. Wszystko niezależnie od tego, czy dzieci były  przy mnie, czy jeszcze ich nie odebrałem od matki, czy już je do niej odwiozłem. Z czasem, najpierw piwo zamieniało się w piwa, a szklanka w szklanki. Potem, kiedy już wiedziałem, że regularnie przesadzam, kiedy przylatywałem na te krótsze lub dłuższe weekendy nie piłem przy dzieciach wcale. Grill, obiad, wieczór ze znajomymi, nieważne. Póki dzieci ze mną, ja bez alkoholu. Oczywiście, kiedy tylko znikały na powrót do swojej mamy, ja mogłem ze spokojnym sumieniem tę wymuszoną trzeźwość nadrobić. O tym co się działo po moim powrocie na Wyspy Prosperity już wspominałem. Zdarzyło się raz i drugi, że po urlopie w Kraju Przodków musiałem dobrać dzień, czy dwa urlopu na dopicie się.

Często, gęsto w czasie tych urlopów bywaliśmy naszą trójką zapraszani na grille do rodziny i znajomych. Imieniny, urodziny, czy po prostu korzystanie z uroków pogody. Alkohol lał się leniwym strumieniem jak to bywa na tego typu imprezach. Norma. Im głębiej zapadałem się w alkoholizm, paradoksalnie, tym rzadziej w tym strumieniu się zanurzałem. Wcale nie musiałem, by na zewnątrz, szczególnie w oczach byłej żony, co teraz rozumiem, wyglądało inaczej. Gdy oglądam dzisiaj sobie zdjęcia z tych wszystkich imprez, ciągle czuję rumieniec wstydu na swoich policzkach. Z każdego kadru spogląda na mnie ogorzała twarz. Ani grama spożytego alkoholu w organizmie, za to na twarzy wypisane jak nic pół litra. Czy na zdjęciu ujęty jest początek imprezy, czy akcja rozgrywa się grubo w trakcie, ja ciągle mniej lub bardziej zaczerwieniony, czasem mocniej niż co bardziej krewcy wujkowie, czy kuzyni.

Zacząłem trzeźwieć sporo ponad rok temu. Dzisiaj z wyboru raczej nie wybieram się na imprezy jak te wspomniane powyżej. Jeśli zaś jestem już na nich obecny, najczęściej zanim na dobre się rozkręcą znikam. Już na pewno w chwilach kiedy ten, czy ów spośród obecnych po raz drugi, czy nie daj boże trzeci, nie do końca płynną, a w zasadzie nazbyt płynną polszczyzną, porusza ten sam wątek robię angielskie wyjście.

Są jednak takie okazje, na których po prostu nie może mnie zabraknąć. Co więcej, ogromnie zależy mi abym nie był na nich sam, a koniecznie z moimi dziećmi. O ile z najmłodszym po ostatnich przejściach jakie sędzia zgotowała Złośnicy, ta ma się na baczności i od kilku chwil raczej nie sprawia problemów abym mógł go regularnie odbierać ze żłobka i od niej, o tyle do Paranoi ciągle nie dociera, że robi po złości przede wszystkim Cześkowi i Małej Mi upierając się by jej było na wierzchu.

Za kilka dni mój bratanek będzie miał swoje święto. Wykaligrafował do całej trójki moich malców stosowne zaproszenie i od czasu gdy mi je przekazał, przy każdej nadarzającej się okazji dopytuje się:

– Wujek, a Czesiek będzie?

– Wuj, Mała Mi odpowiedziała już na zaproszenie?

– Wujek, jak myślisz, ciocia tym razem pozwoli im przyjechać do mnie?

To nie pierwszy, i bardzo mocno obawiam się, że nie ostatni raz, kiedy Paranoja daje dzieciakom szlaban, albo jak to ujęła kilka razy wcześniej, a ostatnio dzisiaj rano, w wiadomości do mnie:

– Niestety mamy inne plany, dzieci nie będzie.

Już nawet nie mam siły się irytować, złościć, złorzeczyć. Nie mam siły się z nią kłócić, prosić jej, a nawet błagać. Już nie zliczę ile urodzin kuzynostwa ominęło moje dzieci, wspólnych wypadów rodzinnych do kina z okazji Dnia Dziecka, o tych bez okazji nie wspomnę. O czasie i miejscu Pierwszej Komunii Małej Mi i Cześka nawet nie zostaliśmy powiadomieni. Najbardziej boli jednak to, że ostatnie urodziny najmłodszego oraz najstarszej w ogóle się nie odbyły. To znaczy były, ale tylko u ich matek i z jej częścią rodziny. Moi rodzice i  rodzeństwo, ich kuzyni i kuzynki nie mieli szans by im złożyć życzenia. Mam taki pomysł, że uda mi się to nadrobić. Przecież ten nieszczęsny maraton po salach sądowych kiedyś musi się skończyć. Wyprawie im urodziny razem, całej trójce. Będzie ogromny tort, balony i zimne ognie. Nawet puszczę z głośników tę nieszczęsną plejadę gwiazdek których nazw i nazwisk za nic nie spamiętam, a od której więdną uszy. Niech tam. Nie będą słodycze bez ograniczeń i bez nakazu spania o dwudziestej drugiej. Niech będzie niekończący się maraton z Cartoon Network. Niech będzie Ich dzień.

Tymczasem młody mojego brata znów pyta o swoje przyjęcie, czy ONI będą. Serce mi się kraje, bo wiem, że tęskni za Cześkiem nie mniej niż ja. Chłopaki przepadają za sobą, Są swoimi najlepszymi przyjaciółmi, a momenty kiedy się widzą w ciągu roku można ma palcach jednej ręki zliczyć. To jest jego dzień, wszyscy złożą mu życzenia i dostanie prezenty, a on chwali się, że ma dla moich dzieciaków przygotowane niespodzianki. Chce im dać prezenty z okazji tego, że wpadną do niego w gości i nie może się doczekać.

– Wujek, skoro ciocia już tyle czasu ich nie puszczała, to teraz może ich w końcu puści?

XXXIV 0‰

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Dziwnie mi. Dobrze, ale dziwnie. Dobrze.

  Po raz kolejny szedłem do gmaszyska sądu z duszą na ramieniu. Wiedziałem co mam do powiedzenia, wiedziałem czego nie powiem, wiedziałem o co proszę i dlaczego oraz wiedziałem, że zasługuję na więcej niż będę prosił. Wiedziałem, że mój syn na to zasługuje. Mimo to, bałem się, że siłą rozpędu jako alkoholik zostanę zametkowany jako ktoś, kto zasłużył sobie na brak zaufania. Liczyłem się z tym i w sumie nie zdziwiłbym się gdyby tak się stało.

  – Czy strony chciałyby potwierdzić, zmienić, lub dodać coś do swoich stanowisk?

– Nie Wysoki Sądzie. Podtrzymuję by przyznać mi widzenia z synem tak jak prosiłem we wniosku. – sam się zdziwiłem, że głos nawet mi nie zadrżał.

Złośnica wzięła głęboki oddech i jeszcze przez chwilę się zastanawiała.

– W zasadzie zgadzam się i nie mam nic przeciwko temu by ojciec Pac-Mana się z nim widywał, natomiast miałabym kilka uwag w kwestii szczegółów, jak miałoby się to odbywać.

Sędzia spojrzała na nią pytająco i zachęciła gestem ręki by kontynuowała.

– Przede wszystkim chciałabym aby Sąd wymógł na nim, aby trzymał się ustaleń, a nie postępował jak mu jest wygodnie.

– Proszę sprecyzować – kobieta za potężną ławą kompletnie skupiła swoją uwagę na Złośnicy.

– Uważam za niedopuszczalne aby tata Pac-Mana doprowadzał do takich sytuacji, że dzwonią do mnie ze żłobka i informują mnie, że o ustalonej przez sąd godzinie mały ciągle jest nieodebrany a ja muszę się urywać z pracy, by zaprowadzić dziecko do niani.

Pytający wzrok sędzi wciskał mnie w niewygodną ławkę. Chciałem natychmiast zaprotestować, ale Złośnica kontynuowała:

– Nie podobają mi się też ani godziny, do których Pac-Man miałby zostawać u ojca, ani sztywno określone dni w tygodniu kiedy ma to miejsce. Jak mówiłam na pierwszej rozprawie pracuję w systemie zmianowym, a sama rotacja zmian, można powiedzieć, jest w zasadzie przypadkowa i zdarzyły się przez to tygodnie kiedy nie miałam w ogóle możliwości pobyć ze swoim dzieckiem. To nie jest dla mnie ani dobre, ani wygodne. Co zaś do godzin, Pac-Man ma ustaloną rutynę dnia i gdy zostaje u ojca do dziewiętnastej, czy do dwudziestej, zamiast już dawno spać po kolacji i kąpieli, ja muszę go od niego zabrać i maszerować przez całe miasto. Dziecko mi na drugi dzień mocno marudzi, kiedy wstajemy i wybieramy się do przedszkola. Wolałabym aby ojciec miał syna w piątki, ale mi odmówił.

– Czy zechciałby się jakoś pan do tego odnieść? – bardziej wydała rozkaz niż zapytała mnie sędzia.

– Wysoki Sądzie, to nie jest do końca tak jak pani Zazdrosna mówi. Otóż to prawda, że taki telefon o jakim wspomniała się przydarzył, ale nie była to kwestia mojego widzimisię, czy zaniedbania z mojej strony. Kiedy zostały mi zabezpieczone widzenia z synem jeszcze nie pracowałem, krótko potem znalazłem w końcu pracę i z przyczyn obiektywnych nie mogłem się pojawić o określonej godzinie, by odebrać dziecko. Poprosiłem mojego tatę, którego wpisałem wraz z mamą na listę upoważnionych w żłobku do odbioru Pac-Mana, by go wziął do siebie, skąd miałem go zabrać po około godzinie. Niestety jego mama kategorycznie zabroniła przedszkolankom oraz dyrektorce placówki wydawać dziecko komukolwiek innemu niż ja sam, posiłkując się przy tym dokumentem z sądu gdzie widnieje jedynie moje nazwisko, ponieważ to ja byłem wnioskodawcą zabezpieczenia widzeń.

Sędzia przez krótką chwilę trawiła to co usłyszała i zwróciła się do Złośnicy:

– Zdaje sobie pani sprawę, że ojciec pani dziecka nie jest pozbawiony praw ojcowskich? Nie ma ich też ograniczonych! Przychodząc tutaj ze swoim wnioskiem, tak naprawdę sam siebie ogranicza, bo prosi o dwa dni w tygodniu z pięciu, do których to wszystkich ma tak samo pełne prawo jak pani? Tak samo jak ma prawo wskazać osoby, które w jego imieniu mogą nad dzieckiem pełnić pieczę, tak jak pani wskazuję swoją matkę, czy koleżankę?

Złośnica spuściła wzrok po sobie i nie odezwała się w pół słowa.

– Rozumie pani o co zapytałam?

– Rozumiem.

– Proszę więc odpowiedzieć.

Cisza.

– Przyjmuję, że wie pani, że nie miała prawa do tego co zrobiła. – po czym zwróciła się do mnie – Czy chce pan jeszcze coś dodać w ramach komentarza do pani pretensji?

– Tak Wysoki Sądzie. Jeśli chodzi o te późne godziny, to nie uchodzi wątpliwości, że burzą one rutynę małego i też mi się to nie podoba. Nie widzę żadnego problemu w tym, bym miał odwozić syna do domu mamy o godzinie osiemnastej, obawiam się jednak, że nie zawsze to przyniesie zamierzony efekt.

– Jak to? Co pan przez to rozumie? 

– Wysoki Sądzie, bo moja matka nie wyobraża sobie się z nim spotkać nawet na krótką chwilę gdyby on go do niej odwoził. – wtrąciła się moja ex.

– Proszę pani, rozmawiamy tutaj o komforcie pani dziecka, a nie pani matki. Obawiam się, że jeśli zajdzie taka potrzeba pani matka będzie musiała przełknąć swoją niechęć do pana Jakubiak-Zoskiego.

– Jeśli mogę coś dodać – podniosłem rękę jak uczniak w szkolnej ławce, co rozbawiło nieco nie tylko sędzię, ale również protokolantkę. Ta pierwsza skinęła przyzwalająco głową.

– Nie tylko mama Pac-Mana pracuje systemem zmianowym, jego babcia ze strony mamy również. Już się zdarzało i niestety będzie się dalej zdarzać, że ani jedna ani druga nie będzie o godzinie osiemnastej obecna, by zająć się dzieckiem i nawet moja zgoda na oddanie go o osiemnastej, spowoduje, że przejmie go niania, moja sąsiadka, z którą mama Pac-Mana są koleżankami. Czyli, tak, czy siak, nie ominie go spacer na drugi koniec miasta, gdy mama kończy pracę późnym wieczorem.

Chciałbym wierzyć w to co widzę. Sędzia poirytowanym wzrokiem patrzy już nie na mnie, a na Złośnicę.

– Ponadto – kontynuowałem – w kwestii tych zmian mamy mojego syna, po ostatniej rozprawie sam zaproponowałem, byśmy nie musieli trzymać się kurczowo wyznaczonych odgórnie dni. Zasugerowałem, by tak szybko jak dostanie grafik na kolejny miesiąc poświęciła chwilę i przyszła do mnie, czy dała znać w jakikolwiek inny sposób jakie dni byłyby jej najwygodniejsze, i tak, zastrzegłem piątki, gdyż w piątki popołudniami uczęszczam na mitingi AA i chcę na nie chodzić, ale, dałem do zrozumienia, że jeśli zajdzie wyjątkowa konieczność to i w piątek zajmę się synem. Do tego kilkukrotnie sugerowałem, żeby mały mógł zostawać u mnie na noc w tych przypadkach, kiedy obie panie kończą pracę w momencie kiedy Pac-Man powinien już spać.

– Kategoryczne nie! – wyrwała się Złośnica – Nie zgodzę się by mój syn zostawał u niego na noc. Nie ma takiej możliwości. Uważam, że tak drastyczne zmiany powinny być wprowadzane powoli a nie na hura!

Powtórka z rozrywki, już to wszystko słyszałem i czytałem. Nie, nie, nie.

– Nie są wprowadzane na hura – odparowałem – przecież mały spędza dosyć regularnie ze mną czas, czuje się dobrze, nic złego się mu nie dzieje. Wraca przecież do ciebie uśmiechnięty i zadowolony! Mało tego, kilka razy powiedział ci wprost, dwulatek! że nie chce do ciebie i chce zostać z tatą.

– Stop, stop, stop! Proszę państwa. To nie giełda! Tu nie obowiązuje „kto da więcej”! – uspokoiła nas natychmiast kobieta w todze. – Widzę, że to w was jest problem. Nie w pani i nie w panu. Nie przypominam sobie by pani zgłosiła jakieś obiekcje do mnie tutaj, czy do sądu rodzinnego, na to jak ojciec Pac-Mana zajmuje się dzieckiem. Wy się po prostu nie umiecie dogadać. Zamiast argumentów wyciągacie niepotrzebne emocje. Wam nie jest potrzebny sąd tylko negocjator.

– Próbowałem Wysoki Sądzie, nawet już z jednym, poleconym z resztą przez sąd rodzinny, rozmawiałem. Stwierdził, że póki nie ma zgody drugiej strony on może tylko serdecznie zaprosić i czekać. I niestety nie ma zgody drugiej strony.

– Nic podobnego nie miało miejsca – natychmiast zaprzeczyła ex – to kłamstwo! 

– Przecież dwukrotnie ci proponowałem żebyśmy się tam wybrali…

Sędzia z politowaniem pokręciła głową i uniosła rękę by nas ponownie uciszyć.

– Kłamstwo? Tak? Czyli nie wie pani nic o możliwych mediacjach, które byłyby wiążące przed Sądem?

– Nie.

– To ja teraz pani to mówię i proponuję. Zgadza się pani?

-…Tak… Zgadzam się.

– Rozumiem, że pan również?

– Oczywiście Wysoki Sądzie. Jak najbardziej.

– A zatem ogłaszam, że pani Złośnica Zazdrosna oraz pan Mick Jakubiak-Zoski spotkają się w uzgodnionym terminie z mediatorem sądowym wyznaczonym przez Sąd i w ciągu trzech miesięcy przedłożą uzgodnioną formę kontaktów małoletniego z ojcem, która będzie wiążąca dla obu stron. Zamykam posiedzenie Sądu… A wy się do jasnej cholery w końcu dogadajcie!

  Przez całą sprawę ani razu nie padło słowo alkoholik, nawet nie wspomniano o mojej rzekomej niepoczytalności, której ponoć tak bardzo Złośnica z Paranoją  się obawiały. Przez półtorej godziny byłem Mickiem, tatą, który domaga się normalnego kontaktu z synem.

XXXIII PPD

– Ty to masz dobrze z tymi exami – zaśmiał się mój kumpel, również rozwiedziony, z tym, że bez perypetii, o ile oczywiście da się tak rozwieźć – co ciebie wkurwią, to masz błysk na chacie. Zobacz, świąt nie obchodzisz, a zachowujesz się jak wytresowana w tefałenie perfekcyjna pani domu. Równo z sąsiadkami popylasz na mopie i smarujesz kibel domestosem.

I rzeczywiście, gdy to do mnie mówił, kończyłem mopować podłogę w pokoju dzieci i zabierałem się za kafelki w kuchni. Niby ogarnąłem z grubsza w tygodniu, żeby nikt mi nie zarzucił syfu na święta, ale głównie chodziło o to, że dzisiaj w Wielką Sobotę powinienem odebrać o dziesiątej Pac-Mana, a o czternastej mieli do nas dołączyć Mała Mi i Czesiek. W dodatku według rozkładu jazdy przygotowanego nam przez sędzię, mieliby zostać na noc. Po raz pierwszy od sierpnia zeszłego roku, kiedy to spędziliśmy razem cały tydzień cudownych wakacji. Tymczasem dochodziła piętnasta i byłem w domu sam ze ścierką w dłoni, na czym nakrył  mnie znajomy. 

  Najpierw pojechałem z ojcem po najmłodszego. Wiedziałem, że jest, czy właściwie był, chory. Zakomunikowała mi to Złośnica już w poniedziałek, bym przypadkiem nie wybierał się po jego odbiór do żłobka, bo siedzi z nim w domu do końca tygodnia. Nie chciała zbytnio zdradzić szczegółów, więc udałem się po informacje do źródła. Sięgnięcie po nie to kolejna urozmaicająca życie przygoda. Oczywiście nie udzielono mi informacji telefonicznie, mimo, że potrafiłem zidentyfikować wszelkie dane małego, nie tylko datę urodzenia i adres zamieszkania. Cholerne RODO, ok, rozumiem, nie ma o co kruszyć kopii. Niewygoda, ale ponoć w słusznej sprawie. Trudno. Zaraz po pracy udałem się więc do przychodni by osobiście zapytać co się dzieje z moim dzieckiem. 

– Przykro mi proszę pana, takich informacji nie możemy panu udzielić.

– Jak to nie możecie? Przecież to mój syn. Macie obowiązek mi ich udzielić.

– Ale my nie wiemy, czy pan nie ma ograniczonych praw, czy mama sobie tego nie życzy i czy w takiej sytuacji powinniśmy.

– Mama na pewno sobie nie życzy. To murowane. Natomiast jej życzenia nie mają tu nic do rzeczy, ponieważ nie mam odebranych, ani nawet ograniczonych praw do syna. Gdybym miał, to pani widziałaby to na czerwono w papierach mojego dziecka. Bardzo panią proszę o wpuszczenie mnie do pani doktor na trzy minuty. Tyle z pewnością wystarczy.

Kobieta za kontuarem popatrzyła na mnie jakby sondowała mnie wzrokiem. Mówi prawdę, czy ściemnia? Kłamie, czy rzeczywiście ma prawo do tych informacji?

Przybrałem chyba najbardziej niewinny wyraz twarzy od czasów swojego chrztu, złożyłem ręce jak do modlitwy i prawie zaskomlałem:

– Proszę panią, niech mi pani pomoże.

– …ale pani doktor już nie ma, będzie dopiero po świętach a ja nie mam dostępu do danych pacjentów…

Powietrze kompletnie ze mnie uszło. Gorączkowo przewracałem myśli w mojej głowie po kolei, by znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. 

– To może jakiś inny lekarz? Mogłaby pani zadzwonić do lekarza prowadzącego i poprosić w moim imieniu o pozwolenie by ktokolwiek zerknął, a może zgodzi się na chwilę rozmowy ze mną, jeśli będzie pamiętać o jakie dziecko pytam. Błagam!

  – Z pana synkiem nie dzieje się nic złego, w zasadzie dostał nieciekawej temperatury kilka dni temu i zaczął go męczyć suchy kaszel, z tego co mówiła mama, kaszle od dosyć długiego czasu. Dostał antybiotyk, był już na wizycie kontrolnej i wszystko wskazuje na to, że już przeszło. Teraz musi tylko wziąć lekarstwa do końca. Nie, nie ma przeciwwskazań, by mógł go pan zabrać na krótki spacer, a właściwie, biorąc pod uwagę obecną pogodę, to wskazane, by był nawet nieco dłuższy.

Podziękowałem najpierw pani doktor za czas i informacje, potem recepcjonistce za pomoc i cierpliwość. Miałem argumenty by odeprzeć zapewnienia Zazdrosnej, że mały jest nie-do-ru-sze-nia, bo chory, bo antybiotyki, bo lekarka kazała.

  – Nie dostaniesz Pac-Mana, nie ma mowy, jest chory i doktorka kazała siedzieć w domu.

– Nie kłam, byłem u niej i mi powiedziała coś całkiem innego. – opowiedziałem jej w dwóch słowach o mojej rozmowie z prowadzącą naszego synka lekarką widząc jak oczy ex powiększają się do rozmiarów pięciozłotówek, czemu zaczęło towarzyszyć zaczerwienienie policzków i trzęsące się dłonie. Nie mogła spokojnie trafić papierosem do ust.

– Nie, nie dostaniesz go! Mam opiekę nad dzieckiem, nie jestem w pracy do końca tygodnia.

– Możliwe, ale nie musiałaś brać, wiedziałaś że sobota i niedziela jest moja. Daj mi go proszę, za kilka godzin go odwiozę. 

– Nie. Jak chcesz to sobie dzwoń po policję i wszystkich świętych. Ja skończyłam z tobą na ten temat dyskutować. – rzuciła niedopałek i zniknęła w klatce schodowej.

Niepocieszony wróciłem do domu. Odnotowałem sobie po krótce w kalendarzu kolejny raz kiedy nie dotrzymała postanowień sądowych. Spory plik się tego zebrał. Wszystko czeka na kolejną rozprawę, już niedługo, bo odbędzie się zaraz po świętach. O ile znów nie pojawi się jakiś trick by wszystko odroczyć. 

  Rozgoryczenie było tym większe, że jeszcze zanim napomknęła mi o tym, że maluch jest chory, zagadnęła mnie, że jest już „tym wszystkim” zmęczona, ma dosyć i chce się dogadać. Jak naiwny dureń uwierzyłem i natychmiast przystałem na to. W te pędy odpisałem, że jestem jak najbardziej za i już po chwili przeczytałem na ekranie telefonu cała litanię argumentów za tym abym nie widywał się za często z dzieckiem, o nocowaniu u mnie nie wspominając bo dwa latka to zdecydowanie za wcześnie i jest to bezdyskusyjne, więc poczekamy, może do trzech.

Jakoś metryczka naszego syna mnie nie przekonała. Dlaczego dwa nie, a trzy być może? Kto ma być tutaj sędzią i arbitralnie stwierdzi, kiedy mój syn będzie na to gotowy? Z resztą, przecież już spędzał ze mną noce. Mało tego, zdarzyło się nawet, że i dwie pod rząd.

  – Musimy mu te zmiany wprowadzać stopniowo, nie zgadzam się by to się odbyło na hura!

– Ale jakie – na hura? Przecież od momentu kiedy się przeprowadziłem do kraju widzę się z nim coraz częściej, coraz bardziej regularnie. W zasadzie jeśli nie masz humorów i nie postawisz się okoniem do wyroku, to mały spędza ze mną co najmniej dwa popołudnia po żłobku w tygodniu oraz co drugi weekend z tą nieszczęsną przerwą na noc z tobą. To chyba teraz naturalny krok, żeby nie taszczyć go na drugi koniec miasta w momencie kiedy powinien jeść kolację i iść spać, tylko pozwolić mu zostać na noc.

– Nie.

  Tak oto, krótko, nasze dogadywanie się zakończyła jedną monosylabą.

  Czarę goryczy przelała mama Małej Mi i Cześka, i to zaocznie. Dotychczasowe doświadczenie podpowiadało, by nie spodziewać się niczego innego, lecz i tak znów zabolało. 

Gdy przybyłem do nich zastałem dom zamknięty na głucho i zasunięte zasłony w oknach. Na telefon również nie odpowiadała, a numery dzieci jak zwykle pozostawały głuche. Tyle w kwestii mojej upragnionej sesji filmowej z popcornem w pidżamach i w wyrku. Przygotowałem film na który mieliśmy iść do kina, ale nam nie pozwolono. Dzisiaj też nic z tego. Projekcja znów będzie musiała poczekać. 

  Da się kiedyś przygotować na taki brak empatii? Na brak empatii mamy względem swoich własnych dzieci? 

  Paru znajomych podpowiada mi bym odpuścił, zapomniał, przestał walczyć, bo się w końcu spalę. Bo spłonę jak na stosie, który sam sobie usypię a one go tylko podpalą. Może kiedyś tak zrobię i odpuszczę. Dzisiaj nie umiem. Nie potrafi mi nawet przez myśl przejść, że miałbym zapomnieć o swoich dzieciach. Co miałbym im powiedzieć, gdybym je spotkał na mieście, na przykład za trzy lata? 

– Staremu się odechciało, bo już nie miał sił. 

– Miałem dosyć waszej rodzicielki więc odpuściłem. 

Cofa mi się na samą myśl, ze miałbym wygłosić do moich dzieci podobną kwestię. To nie nastąpi. Nie ma mojej zgody na taki obrót sprawy. 

  Tymczasem w moim domu na kuchennej podłodze dzisiaj mam tak sterylnie, że spokojnie można przeprowadzić operację na otwartym sercu. Nie dlatego, że święta, nie dlatego, że mam mieć jakichś gości, choć mogą wpadać śmiało, nawet razem z sanepidem. Dzisiaj zmyłem swoją złość i frustrację, razem z kurzem i ostatnią bakterią. Niech się Rozenek ze wstydu chowa, alleluja mać!

XXXII Naprawdę

„Między bogiem a prawdą”, to powiedzenie intrygowało mnie, od kiedy to co usłyszałem, czy przeczytałem, starałem się zrozumieć a nie tylko zarejestrować. Będąc wychowywanym w Kraju ciemności i zabobonu miałem z tym porzekadłem problem. Semantycznie to przecież rewers masła maślanego. Okazało mi się później, że z życia wzięty i bardzo prawdziwy.

  Kiedy z picia rozrywkowo-towarzyskiego płynnie, nomen omen, przeszedłem do nałogowego, chronicznego i wręcz kompulsywnego, zacząłem funkcjonować jak dr Jekyll i Mr. Hyde. Chyba wszyscy znamy przypadek faceta, a właściwie dwóch facetów w jednym ciele, na przemian grających główne role w zależności od tego czy ten pierwszy wypije pewną miksturę, czy nie. Znamy? Znamy. Zapewne nie tylko ja, z własnego doświadczenia.

  Który z nich był prawdziwy? Który był podróbką. Którykolwiek? Dwie wersje tej samej osoby. Dwie kompletnie różne odpowiedzi na pytanie kim i jaki jestem. Dwie prawdziwe. Chciałoby się dodać – niestety.

  I teraz mam problem, bo nie mam pojęcia, w którym miejscu mam zacząć opowieść, bo wpadnięcie w matnię picia bez przerwy dzień po dniu, jest jak spacer koślawym krokiem po wstędze Möbiusa. Nie ma początku i nie ma końca, raz wprawione w ruch po prostu trwa. 

  Budzenie się na kacu po pewnym czasie przestaje przeszkadzać. Staje się po prostu elementem jutra, który jest. Tabletka na ból głowy i szklanka wody zaczyna być czymś zupełnie normalnym, jak przemycie twarzy, czy uczesanie się. Kolejny punkt wśród innych porannych drobnych rytuałów wykonywanych bez zastanowienia. Są i tyle. Tak samo podsypianie w środkach transportu publicznego i trzy, zamiast jednej kawy w biurze na rozpęd w dzień. Na uśpienie Mr. Hydea. Niech przeczeka, gdy dr Jekyll zajmie się codziennymi obowiązkami.

– Uuuuuu… Coś blado wyglądasz Mick. Chory jesteś? – zapytał Zappa, autochton z którym od pewnego czasu musiałem dzielić pokój w biurze i obowiązki.

– Można tak powiedzieć Zapp.

– Kawa i tabletka ci pomogą, nie przejmuj się, za godzinę będziesz jak nowonarodzony. – dodawał z uśmiechem i porozumiewawczo puszczał mi oczko – Każdemu się czasem przytrafia nieco za dużo.

  Wtedy też tak myślałem, że każdemu, że czasem, że zdarza się. Przecież nie codziennie przychodziłem tak struty i skacowany. Zawsze zwalałem to na o jedną kanapkę za mało, gdy najczęściej nie było ich naprawdę wcale, albo o jednego papierosa przed snem za dużo. Bardzo rzadko na tę jedną szklankę, którą powinienem już sobie darować. Nigdy nie chciałem wpaść na to, że mój wczorajszy stan to przez picie, po prostu. 

  Nie obruszałem się na nikogo gdy wytykał mi mojego kaca, z resztą nie bywało tak zbyt często, aby był zauważalny. Z czasem do perfekcji opanowałem dziesiątki technik kamuflowania się z piciem i kacem. Od najprostszych gum do żucia zapijanych mocną kawą, przez nikotynowy oddech, po zagryzanie wczesnym śniadaniem o wyrazistym, ostrym smaku i zapachu. Nigdy jednak nie przeczyłem, gdy ktoś pytał czy wczoraj coś popiłem, nigdy też nie mówiłem pełnej prawdy. 

– No trochę przesadziłem po kolacji, fakt.

– Nie dospałem, oglądałem film przy szklaneczce i nim się obejrzałem było już grubo po północy.

– Urodziny, imieniny, rocznica, mecz, przypadkowe spotkanie ze starym znajomym, bez okazji, bo tak wyszło… – bez liku i bez sensu. Kiedy teraz sobie o tym pomyśle, zapewne najczęściej obywało się bez komentarza.

  Przecież dzisiaj idąc ulicą widzę dziesiątki twarzy, które jeśli nie na pierwszy, to na drugi rzut oka na pewno, wyglądają jak moja przez te kilka lat poranków w Molochu. W kulturze gdzie alkohol jest na porządku dziennym, a w takiej przecież żyjemy, niemal każde z nas wie jak wyglądają skutki jego nadużycia. Nie jest to wiedza tajemna. I niemal nikt nie robi z tego powodu nikomu wyrzutów. Niemal.

  Rodzina i przyjaciele, czyli ci, którzy kochają nas bezwarunkowo. Od nich pierwszych i najczęściej słyszałem, że przesadzam, żebym uważał, bo może skończyć się źle, że może dojść do tragedii, że mogę słono za to zapłacić.

  Najczęściej zbywałem to machnięciem ręki, obracałem w żart, dezawuowałem całość jako nieistotną. Czasami się wkurzałem, traktowałem jako napaść na moją wolność.

– Przecież mam urlop! Chyba nic dziwnego, że sobie pozwalam ze znajomymi na małe co nieco?! Odczepcie się, nie upijam się, a przy dzieciach nie piję wcale, na pewno nie więcej niż wy sami. Lampka wina do obiadu, czy drink po, to nie grzech.

Niby prawda, niby racja, niby. 

  Dopiero dzisiaj widzę ile tkwienie w tej półprawdzie mnie kosztowało. Nie mówię tu o sprawach oczywistych jak pieniądze i zdrowie. Nie mówię też o czymś mniej wyraźnym, jak zaufanie tych osób, ich zdradzone nadzieje, ich zawód. Mówię o swojej własnej energii, o tym co działo się w mojej głowie. O tym, jak bardzo kaleczyłem swoją duszę. 

Przecież wiedziałem, że mają rację, wiedziałem, że to wszystko wynika z ich troski i strachu o mnie. Nawet w jakimś tam, pokrętnym sensie to doceniałem. Dlatego za wszelką cenę starałem się pokazać, że wcale nie jest tak źle jak im się wydaje, że jest. Że to ich nagminne biadolenie o możliwej tragedii jest mocno na wyrost.

  Starałem się wtedy po dwakroć we wszystkim. Od takich banałów jak to, jak wyglądam, zawsze uprany, czysty, ogolony, przez to jak zajmuję się dziećmi, dbam o to by nie spędziły minuty na nudzie. Zapewniałem im, a tym samym sobie, tyle atrakcji ile tylko możliwe. Zawsze gotowy na rozmowę i przytulenie, na pocieszenie, na wytłumaczenie wszystkich palących młody umysł kwestii. Podrzucaniem im książek w ten czy inny sposób tłumaczących świat. Robiłem wszystko to, co powinienem, tyle że nie w sposób naturalny, wynikający sam z siebie, a z wewnętrznego przymusu udowodnienia innym i oczywiście sobie samemu, że nic i nikt nie przeszkadza mi być najlepszą wersją siebie. Tymczasem, z czego dzisiaj zdaję sobie sprawę, co do siebie w końcu dopuszczam i powoli akceptuję, to był beznadziejny wyścig z samym sobą. Dr Jekyll musiał wyprzedzić Mr. Hydea, pokazać mu, że ciągle ma nad nim moc, przewagę. Musiałem przekonać siebie, że to ja wybieram kiedy pozwalam sobie się upić, że nie mam przymusu. 

  Po dniu, po weekendzie, po tygodniu bez alkoholu wręczałem sobie nagrodę, immunitet na alkohol. Mogłem, w końcu mogłem po tym wyczerpującym trzeźwym maratonie upić się znów do nieprzytomności. W pełni z siebie zadowolony, dumny z należycie wypełnionych obowiązków. Naprawdę. 

  Tak samo w pracy. Mick od zadań specjalnych i beznadziejnych, specjalista w swojej dziedzinie. Wysyłany na front do działania przeciw najbardziej pogmatwanym sprawom. Dlaczego byłem taki skuteczny? Jak to się działo? Oprócz umiejętności, wiedzy i doświadczenia motywował mnie święty spokój. Mogą widzieć mojego kaca, mogą widzieć że wczoraj znów wziął górę mr. Hyde podlewany alkoholową miksturą. Co z tego, ciągle przecież daję radę wyprzedzić innych o całą długość i szybko to wam udowodnię. Naprawdę.  

  Oczywiście w nagrodę w domu czekała na mnie flaszka wypełniona brązowym, ognistym płynem. Połechtany w ego, bo znowu dałem radę, zasypiałem nieświadomie z błogim uśmiechem na twarzy.

  Tak trwało moje prywatne, dopracowane do najdrobniejszego szczegółu perpetuum mobile, które wcale perpetuum mobile nie było. To jak bardzo się z tym swoim dawaniem rady spalałem i jak bardzo beznadziejnie bezsensowne to było, wiem tylko ja. 

Dzisiaj śmiać mi się chce z siebie, gdy przypomnę sobie tę wypełniającą mnie dumę za kolejny raz, kiedy stanąłem na wysokości zadania, ale się wcale nie śmieję. Zastanawiam się za to, i boję się trochę dojść do gorzkiej konkluzji, gdzie bym był, gdybym tę całą energię zużytkował, nie po to aby komuś, czy sobie coś udowodnić, tylko tak naprawdę.

/prawa autorskie do zdjęcia – kadr z filmu Dzień świra – Marek Koterski/

XXXI Sy…f

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

To wszystko potrzebne mi jak druga dziura w dupie. Zaczynanie od nowa, spinanie się by dać radę, cała ta ciężka i nieprzyjemna praca nad sobą i swoja trzeźwością. Siedziałbym teraz sobie, a może leżał, zapewne przed telewizorem, oglądając powtórkę powtórki filmu który oglądałem już dwa lata temu. Nie wiem czy z pełnym szkłem, być może nie, być może  jeszcze nie, na pewno za to z papierosem. Czas leniwie by leciał, ja też nigdzie bym się nie spieszył. Zapewne tęskniłbym do dzieci, jak cholera, ale dzisiaj mając je, przynajmniej teoretycznie, na wyciągnięcie ręki również tęsknię.

  Dalej bym pracował w pracy za którą nie przepadałem, tylko się do niej przyzwyczaiłem, ale za to zarabiałbym z niej całkiem przyzwoite pieniądze. Nie maiłbym ani grosza długu alimentacyjnego, nie pisałby do mnie komornik i nie licytował mojej chaty. Nie szlajałbym się po sądach z exami i nie wkurwiał na to, że ciągle stają okoniem na wszelkie próby dogadania się i wpierdalają się między mnie a dzieci. 

  Czy udałoby mi się nawiązać synowsko-ojcowską więź z najmłodszym? Nie wiem. Teraz też nie wiem czy mi się uda biorąc pod uwagę ile energii jego mama wkłada w to by nam w tym przeszkodzić. 

Tak samo ze starszą dwójką. Niby wszyscy wiemy kto jest kim w tym trójkącie córka, syn, ojciec, ale była małżonka wciąż sypie piach w tryby by nie szło gładko i czy mi się to podoba, czy nie, zaczynamy z dziećmi zbierać żniwo tych zabiegów. Zakładam, że gdybym po terapii natychmiast wrócił na Wyspy Prosperity nic z tego by się nie wydarzyło. Obawiam się za to, że nawet gdybym się zdecydował na ten ruch teraz, niewiele by to zmieniło. Raczej by nie odpuściła czegoś co już raz zaczęła, by nie stracić twarzy, jakkolwiek paradoksalnie to wygląda na tle wydarzeń do jakich bez przerwy doprowadza. Właściwie do jakich nie chce doprowadzić za wszelką cenę. Nie mam być ojcem naszych dzieci, przynajmniej nie praktycznie, w teorii i na papierze w zupełności wystarczy. Mówiąc papier nie mam na myśli aktów urodzenia naszych pociech, jej bardziej chodzi o wyciągi z konta bankowego.

  Tak, tak. To moje biadolenie, to narzekanie i użalanie się nad swoją dolą niedolą, to kryzys. Kryzys taki, że czarny czwartek na Wall Street jawi się jak nieco cięższy kac po trzydniowej imprezie.

  Nie radzę sobie. Raz po raz rozbijam się jak Maluch z TIRem swoją własną bezsilnością idąc na czołówkę z zacietrzewieniem i brakiem empatii exów. 

  Nie radzę sobie. Grzęznę i zapadam się jak w bagnie chwytając się wyroków sądowych jak giętkich gałęzi podcinanych bez przerwy bezdusznością i wdupiemaństwem matek swoich dzieci.

  Nie radzę sobie. Moja rezerwa cierpliwości w tej chwili to już nędzne opary, uzupełniane tak pieczołowicie, jaki niewystarczająco przez moją rodzinę i przyjaciół, przez innych trzeźwiejących alkoholików, z którymi spotykam się regularnie by posłuchać o ich doświadczeniach, skorzystać z ich wiedzy. Uzupełniana przez terapeutów, poprzez ich rady i dobre słowo, przez samo wysłuchanie o tym co mi leży na wątrobie.

  Wzrasta we mnie frustracja, konsekwentnie i z premedytacją pielęgnowana przez exy. Jestem tak słaby, że nie potrafię się temu oprzeć. Frustracja rodzi agresję, złość, kipi to we mnie i nie ma ujścia, bo niby jakie ma mieć? Gdzie mam ją skierować? Na nie? Na siebie? Gdziekolwiek? Duszę więc to w sobie i siekam póki jeszcze mam siłę na drobne kawałki i organizuję w logiczne kupki. Próbuję zrozumieć i… Nie radzę sobie.

  Wściekam się na siebie i swoją trzeźwość. Wściekam się na exy. Wściekam się, że moje dzieci nie są trochę starsze niż są i nie umieją jeszcze tupnąć noga i się postawić. Wściekam się na sędzie, że mnie nie znają, że chuchają na zimne, że muszą na wyrost zadbać o dzieci. Bo muszą. 

Wściekam się, że nie stać mnie na adwokata, który by wiedział co można zrobić w takiej sytuacji. Wściekam się na wściekanie, bo wiem jakie to beznadziejnie durne, bezsilne i do niczego nie prowadzące. 

Piszę te słowa, rozmawiam sam ze sobą, nakazuję sobie zrozumienie i cierpliwość i za chwilę znowu się wściekam, że musze to robić i to jest ten moment kiedy ten ciężar wymyka mi się z rąk i stacza się znów w dół. Nie radzę sobie i wyję ze wściekłości.

Nie stać mnie na wyrachowanie, nie umiem, w zasadzie nawet nie chcę grać w to co one. Przecież dzieciaki by od tego oszalały. Wystarczy, że ja już mam łatkę wariata. Łatkę, bo nie wierzę, że Złośnica i Paranoja wierzą w swoje pretensje, zenie mają pojęcia w jaki sposób ich perfidia się odciska na mnie i ile mnie to kosztuje, o dzieciach już nie wspominając. Wiem, że dokładnie zdają sobie sprawę do czego może to mnie doprowadzić i właśnie dlatego to robią.

  Nie życzę exom, by choć przez 15 minut poczuły tę beznadziejną i bezsilną tęsknotę. Nigdy. Mimo, że choć na chwilę powinny.

XXX Żółć

Na jaką cholerę mi ta trzeźwość? Po co? Od kiedy przestałem pić spotykają mnie same fatalne historie. Dostaję w swoją trzeźwą kość co i rusz. Do imentu.

Aby ratować swoje dupsko przed stoczeniem się na dno, utratą pracy, utratą swojej własnej godności i zapiciem się na śmierć, musiałem z tejże pracy zrezygnować. Nikt nie będzie czekał na mnie dwa miesiące, abym doprowadził się do porządku siedząc w ośrodku uzależnień i pilnie uczęszczać na zajęcia, na których pokażą mi jak trzeźwieć i wytrzeźwieć. Złożyłem więc wymówienie i postanowiłem przenieść się na dobre do Kraju. Jak zaczynać od nowa to zaczynać od nowa. Dzieci się ucieszą, a i mi będzie lżej mając je bliżej siebie i widując je częściej.

Zaczynając od nowa nie miałem wyjścia jak zacząć z debetu. Brak pracy, to brak pieniędzy na rachunki, życie i, co bardzo ważne, na alimenty. Rachunki pomagała mi płacić rodzina, odrobina grosza zarobionego na lewo, przykładowo pomagając bratu w remoncie, jakoś pozwalała pchać ten wózek względnie do przodu. Do tego kilka długów wdzięczności i powiedzmy, że się kulało.

Drobne które wpłacałem exom w ramach alimentów, zasądzonych oczywiście na wypłatę liczoną z Wysp Prosperity, nijak ich nie satysfakcjonowały, co zrozumiałe, to naprawdę były drobne, ale z pustego to i Salomon nie naleje, i niecałe dwa tygodnie po braku pierwszej pełnej wpłaty dostałem laurkę od komornika.

Mimo że się spodziewałem takiego obrotu sprawy nie było mi w smak. Kiedy się rozwodziłem z Paranoją była bez pracy przez spory kawałek czasu. Jeszcze przed zapadnięciem jakiegokolwiek wyroku regularnie jak w zegarku przesyłałem jej pieniądze, nie tylko na dzieci.
– Nie mam pracy, chcę skończyć studia, pozwoli mi to znaleźć dobrą pracę, musisz mi pomóc! – krzyczała do słuchawki.
Pomagałem. Do dzisiaj, kiedy już jest po studiach i ma pracę w szkole i nowego partnera nie usłyszałem nawet dziękuję. Nie szkodzi, chociaż byłoby miło.

Dzisiaj komornikowi wcisnęła cegłę na gaz i nakazała zlicytowanie mojego domu. Spieszy jej się. Z przyczyn oczywistych wniosłem do sądu o zmniejszenie alimentów i z powodów różnych już ponad pół roku sprawa wciąż jest w toku. Ciągle coś, ostatnio odroczyła by złożyć wniosek o adwokata z urzędu. Ciekawy manewr jak na kogoś z taką pensją jaką ma. Oczywiście nie ma to wpływu na proces prowadzony przez komornika, do uderzenia licytacyjnego młotka coraz bliżej a wyrok jest wyrok.

Jest, ale nie dla niej. Narysowała na sali sądowej obraz zatroskanej matki chroniącej swe dzieci przed wariatem. Nie przed alkoholikiem, bo trzeźwieję już ponad rok, przed wariatem. Groźnym, agresywnym i nieobliczalnym. Tak oto sędzia chuchając na zimne pozwoliła mi jedynie na spędzanie z Małą Mi i Cześkiem sobót co dwa tygodnie, gdy do tej pory, będąc aktywnie pijącym alkoholikiem spędzałem z nimi całe weekendy, święta, pełne tygodnie w wakacje. Nagle, gdy udałem się na turnus w Ośrodku, a pieniądze przestały spływać równym strumieniem stałem się groźnym potworem czyhającym na zdrowie i życie swoich dzieci. Oczywiście nie tylko gdy mogę być przy nich, jestem nim również przez telefon, więc nie pozwala mi z nimi porozmawiać częściej niż raz w miesiącu. Paranoja!

Złośnica to samo. Chwyta się każdego pomysłu by uniemożliwić mi widzenia z synkiem. Gdy w końcu podjąłem pracę, nie za bardzo mogę te dwa przyznane mi dni w tygodniu odebrać go ze żłobka. Postanowiłem się posiłkować moimi rodzicami, przecież cały świat korzysta w takich przypadkach z dziadków. Ja nie mogę. Nie mogę bo na papierze z sądu jest moje nazwisko, a nie mojego taty i mamy, więc to zrozumiałe, że sąd nie zezwolił im odbierać wnuka. Dobrze, niech będzie. Załatwiłem sobie na te dwa dni w tygodniu podwózkę na drugi koniec miasta do żłobka którego podwoje zamykają punkt szesnasta. Zdążam, to nie Moloch tylko mała mieścina gdzieś tam w Kraju Przodków, kilka minut i jestem. Panie przedszkolanki mrugnęły do mnie okiem i obiecały, że poczekają na mnie. Nie szkodzi. Złośnica stwierdziła, że jej syn nie może czekać do zamknięcia żłobka i odbiera go wcześniej. Jasne też jest, że skoro Pac Mana nie odbierałem ja, to już nie mogę się małym zająć.
– Trudno, przepadło, nie było cię, to nie masz syna. Co???? Chcesz się szarpać o dziecko na ulicy? – wyrecytowała jednym ciągiem gdy zobaczyła mnie pod domem czekającego na ich powrót.
Nie, nie będę się szarpał na ulicy.

Po raz n-ty siedzę w domu a pod czaszką mi buzuje. Zamknąłem się na cztery spusty i nie chcę nikogo widzieć, ani do nikogo rozmawiać. Nie mam pojęcia co mam zrobić. Chodzę z konta w kąt, łażę i ze wściekłości gryzę nadgarstki. Zalewa mnie żółć, ich żółć. Rzygają nią na mnie z premedytacją a ja nie wiem już jak się bronić.

Zastanawiam się, ile wyroków jeszcze ma zapaść, ile czasu musi minąć, aż w końcu zechce im się znudzić tą beznadziejną mentalną szarpaniną? Odpuścić? Jak mam odpuścić sobie dzieci? Bo co? Bo Mała Mi i Czesiek niedługo dorosną i same będą sobie wybierać ścieżki i pewnie zabłądzą i do mnie? I co im powiem? Że te kilka lat miałem je w dupie? Że mama? Że pamiętałem i kochałem ale musiałem sobie dać na luz? A z najmłodszym co? Poczekać naście lat aż zacznie niemal dorosłe życie?

A może sprzedać nerkę? Spłacić dług, odprawić komornika z kwitkami i znowu być normalnym rozwiedzionym tatą, a nie groźnym wariatem?

Komu? Komu nerkę?

XXIX Iron-Man

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem

Nie żeby specjalnie mi te, czy tamte drobne zagniecenie przeszkadzało. Wszystko co wyglądało nieco lepiej niż psu wyciągnięte z gardła, w mojej opinii nie przynosiło wstydu i można było się w tym publicznie pokazać. Do t-shirtów nie przywiązywałem uwagi w ogóle, do spodni innych niż garniturowe i w kant też. Po co? Z definicji nie potrzebowały prasowania. Jeansy i koszulki najzwyczajniej w świecie po trzydziestu minutach noszenia są jak z magla, więc po co sobie tym głowę zawracać? O innych częściach garderoby nie wspominam, bo prasowanie gatek uważałem co najmniej za ekscentryzm, w dodatku szkodliwy, bo czasochłonny.

Nigdy nie potrafiłem dobrze wyprasować sobie koszuli. Coś tam niby pogłaskałem materiał żelazkiem, ale dziewczyny z jakimi byłem zawsze z lekkim uśmiechem politowania patrzyły na moje męki przy desce i efekt jaki na siebie ubieram. Nierzadko ściągały to ze mnie by dokonać niezbędnych poprawek, czasami nawet nie pozwalały zaczynać i same brały sprawy w swoje ręce.

Ciekawe czy słowo ironia ma coś wspólnego z prasowaniem. Taki sobie gorzki suchar…

Od początku miesiąca byłem już cztery razy w sądzie, po dwa razy z każdą z byłych kobiet mojego życia. Sędzie maglowały mnie na wszelkie możliwe sposoby biorąc każdy przedstawiony zarzut exów pod lupę jakkolwiek absurdalny by nie był. Krzyżowy ogień pytań i moje cierpliwe udowadnianie, że nie jestem koniem. Po godzinę, po półtorej, po dwie, aż powoli zaczął wyłaniać się jakiś obraz sytuacji i obce osoby, które będą ważyć mój los nabiorą pewności, że już coś mogą w temacie powiedzieć.

Dostaję widzenia z Małą Mi i Cześkiem, nie tak dużo jak bym chciał, ale dostaję.

– Jeżeli jest tak dobrze jak pan mówi, że jest, to zapraszam pana za kilka miesięcy po więcej. Nie będę widziała przeszkód jeśli udowodni pan, że mówi pan prawdę.

Dostałem widzenia z Pac Manem. Nieco więcej niż ze starszą dwójką i cieszę się z tego ogromnie, ale wciąż nie tyle czasu, ile mógłbym spokojnie mu poświęcić.

– Doczeka się pan, proszę się wykazać cierpliwością i udowodnić, że pan na to zasługuje.

Nie oponuję, wręcz przeciwnie, dziękuję i biorę się do roboty. Dosłownie i w przenośni.

Od pierwszej, jeszcze zeszłorocznej rozprawy o widzenia z moimi starszymi dziećmi powoli lecz sukcesywnie, sam i z pomocą rodziny urządzam dzieciakom pokój. Na razie jeden. Taka dzienna bawialnia dla całej trójki i sypialnia dla tych starszych. Póki co najmłodszy i tak będzie spał ze mną. Jak zorganizuję to potem? Nie wiem. Tak naprawdę pomyślę o tym gdy problem się pojawi. Tymczasem odświeżam ściany na kolory jakie Mała Mi i Czesiek sami sobie wybrali. Od siebie dodałem na jednej ze ścian czarny prostokąt farbą tablicową i zakupiłem kubełek kolorowej kredy. Zjawiam się po meble u mojej mamy i u brata. Po swoich własnych przeprowadzkach i remontach mają na zbyciu biurko, ogromną rozkładaną kanapę, stolik i parę innych szpargałów. Malce na święta dostają też nowe meble, szafki i komodę. W końcu dojeżdża do mnie elektronika z Wysp Prosperity. Będą gry, będą bajki, będzie muzyka. Jest satysfakcja.

Jest zawód. Mała Mi i Czesiek póki co nie zobaczyli nowych mebli, które kupiła im pod świąteczne drzewko Babcia. W swoim pokoju ostatni raz byli na kilka dni przed ich dostarczeniem. Szafki przyjechały dzień przed ich kolejną wizytą. Nie rozpakowywałem ich, chciałem by mogły zrobić to same, chciałem pomóc im je poustawiać, powkładać do środka rzeczy, sprawdzić czy dojdzie do siostrzano-braterskiej sprzeczki, która półka czyja. Cóż, musiałem zadecydować za nich. Będzie za to inna niespodzianka. Szafki i półki pod ich ciągłą nieobecność powoli zapełniają się jakimś ciuchem, książką, innym cieszącym oko i dłoń szpargałem. Ich pokój powoli zaczyna wyglądać jak… ich pokój. Pokój dzieciaków.

Od kumpla, który prowadzi sklep z farbami dostałem ze trzydzieści kolorowych próbników. Namaluję każdemu na ścianie jakąś postać, tę z ich ulubionych. Bumblebee, BB8, Masza ze swoim niedźwiedziem, Strażaka Sama, bałwana Olafa i obowiązkowo jednorożca z tęczowym ogonem. Nie wiem kiedy to zobaczą, ale czekam cierpliwie.

Najmłodszy widzi te wszystkie zmiany w miarę jak postępują. Wiem, że widzi. Za każdym razem pokazuje palcem nowe cosie i rozprawia o nich językiem dwulatka. Starszym nie opowiadam o zachodzącym zmianach, nie wspominam im planów przy tych rzadkich i krótkich okazjach kiedy matka pozwoli im ze mną porozmawiać przez jej telefon. Ich własne komórki tak jak zostały im zabrane, tak w dalszym ciągu pozostają pod kluczem rodzicielki.

Wbrew nakazowi sądowemu ex uważa, że mój jedyny kontakt z córką i synem może odbywać się pod jej ścisłą kontrolą, obojętnie czy telefoniczny czy bezpośredni. Wniosła o to nawet do sądu. W zeszłym tygodniu miała odbyć się rozprawa, na którą z niecierpliwością czekałem, ale już na sali sądowej dowiedziałem się, że Paranoja wnosi o adwokata z urzędu i sprawa musi być odroczona. Tak samo jak na tej z mojego powództwa, by sąd upomniał się w imieniu dzieci i moim o przestrzeganie przyznanych nam widzeń, z których ex nic sobie nie robi. Kompletnie nic i z uśmiechem nonszalanckiej satysfakcji na twarzy.

– Bierze ciebie na przetrzymanie – powiedział mi znajomy kurator rodzinny – nie znam nikogo, kto z zarobkami powyżej średniej krajowej dostałby papugę z urzędu. Zakładam się o bilet na Stonesów, że jej odmówią, a ona będzie od tej decyzji apelować. Masz najmniej miesiąc z głowy bracie.

Załamałem się, przynajmniej kolejny miesiąc czekania na wysłuchanie przez sąd i po raz kolejny odpieranie jej absurdalnych zarzutów o wszystko co już było poruszone w grudniu. Kolejny miesiąc jej zatruwania dzieciaków, czego efekty widziałem w zeszłym tygodniu. Zastanawiam się po co jeszcze sięgnie by mi dopieprzyć, czy jest jakaś granica jakiej nie przekroczy?

Mama Pac Mana potrafiła zrobić ten krok i po raz kolejny zaskoczyć, już nie tylko mnie. Mam prawo odebrać najmłodszego dwa razy w tygodniu ze żłobka. Sąd ustalił, że mają być to poniedziałki i środy. W związku z tym, że ona pracuje w systemie zmianowym nie bardzo jest to jej na rękę, bo może wyjść, że w danym tygodniu będzie małego całować na dzień dobry i potem dopiero da mu buziaka na dobranoc, o ile mały wcześniej nie zdąży zasnąć. Wiedząc to poprosiłem ją o chwilę rozmowy i zaproponowałem, że wyrok wyrokiem, ale jeśli chce możemy te dwa dni w tygodniu ustalać na bieżąco według jej zmian w pracy. Przystała na to i podziękowała. Super! Ucieszyłem się, że to pierwszy dobry krok w stronę unormalnienia naszych stosunków.

W międzyczasie dostałem w końcu pracę z w miarę rozsądnymi warunkami. Kolejny drobny krok do przodu. Jest czym się cieszyć i cieszę się. Oczywiście pracuję na tyle długo, że nie będę w stanie osobiście odebrać Pac Mana, wpisuję więc jego dziadków na listę upoważnionych do odbioru malca. Posiedzi z babcią lub dziadkiem niecałą godzinkę i fru do naszego domu.

Pobożne życzenia. Mój ojciec już następnego tygodnia doznaje takiego upokorzenia, że prawie się porzygałem z nerwów. Panie w żłobku z żalem musiały mu powiedzieć, że nie wydadzą mu wnuka na wyraźne życzenie jego mamy. Ojciec stoi w drzwiach sali, mały mu się pakuje na ręce a przedszkolanka mu go ściąga. Mój młody i mój stary ze łzami w oczach. On dzwoni do mnie, przedszkolanka do Złośnicy. Ja siedzę w pracy, biurko zawalone papierami, komputer odpalony, raporty do pokończenia, ludzie do obdzwonienia i ja na krześle coraz bardziej czerwony.

– Szefie, przepraszam, muszę lecieć. Sytuacja bardzo awaryjna, ogromnie przepraszam –  nawet za bardzo nie mam chwili aby wyjaśnić gościowi w czym rzecz tym bardziej, że nie jesteśmy sami. Zamykam laptop, zbieram papiery w kupkę i pakuję do torby

– Szefie, dokończę w domu, na jutro wszystko będzie tip-top.

Ludzie w biurze patrzą na mnie jak na wariata. Szef stoi przy swoim biurku z rozdziawioną paszczą. Ja ubieram kurtkę, odbijam kartę i wychodzę. Zdążam do żłobka kiedy inny rodzić odbiera przedostatniego brzdąca, wpadam na salę. Pac Mana nie ma.

– Odebrała go koleżanka pani Złośnicy – mówi wychowawczyni – dosłownie pół minutki temu.

– Co?! Wydaliście mojego syna obcej osobie, a nie pozwoliliście go wziąć jego własnemu dziadkowi?

– Przykro nam, przepraszamy pana ale takie było zalecenie pani Złośnicy Zazdrosnej. Nic nie mogliście zrobić.

– Ale ja przecież wpisałem mojego ojca i matkę na listę osób upoważnionych. Mam przecież takie same prawa co matka dziecka, widziały pani gdzieś papier stwierdzający, że mam odebrane prawa rodzicielskie? Chociaż ograniczone? Nie! Nie ma takich dokumentów!

– Przykro nam. Nic nie możemy zrobić.

Złapałem znajomą tuż przy drugiej bramce żłobka. Podziękowałem za odbiór malca i poszedłem z nim do domu.

Próbowałem rozmawiać z mamą Pac Mana, dowiedzieć się co nią powodowało. Powiedziałem, że to może się odbić na mojej pracy. Miałem z resztą pogadankę z szefem na temat zajścia i nie był zachwycony gdy przedstawiłem mu sytuację. Nie mam pojęcia jak tą sprawę rozwiązać, bo Złośnica jest nieprzejednana.

– Na papierach sądowych jest twoje nazwisko a nie twojego ojca i matki. zakomunikowała zimno gdy odbierała naszego synka ode mnie – Co teraz powiesz? Że praca nie pozwala ci się zająć synem? Taka będzie twoja wymówka w sądzie? – usłyszałem od niej na odchodnym

Stoję przy desce do prasowania i katuję kolejną z koszul. Jedną z nich wybiorę jutro by ubrać do pracy. Staram się zająć głowę każdym najdrobniejszym kantem, każdym zagięciem. Powoli i delikatnie przesuwam żelazko po materiale. Rękawy, plecy, przód lewy, przód prawy. Wkładam na wieszak i do szafy. Następna. Zajmuję swoje myśli spłyceniem do banalnych ruchów swojej prawej ręki, potem lewej. Wypalam swoją złość gorącym żelazem. Rozpuszczam swoją bezsilność w wodnej parze z jakimś zapachowym dodatkiem.

XXVIII Kant

pobrane
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Mam ochotę na wódkę. Ogromną wódkę. Na tak ogromną wódkę, która się nie skończy, przynajmniej zanim ja się nie skończę. Nie mam ochoty się wstawić, upić, czy nawet skuć do nieprzytomności. Mam przemożną chęć wlać w siebie ilość ostateczną.
Zamykam za sobą drzwi. Niedbale zzuwam z siebie buty i ciskam je w kąt, byle jak. Torba w kąt. Ściągam z ręki zegarek, z tylnej kieszeni wyjmuję portfel, z przedniej klucze i wszystko rzucam na komodę przy wejściu. Papierosy i zapalniczkę też wyciągam, ale zabieram ze sobą na kanapę przed telewizorem. Tak samo telefon, choć nie wiem w zasadzie po co, nikt przecież do mnie nie dzwoni, ja do nikogo też nie zamierzam. Może po to, by zaprogramowany budzik wytrącił mnie z podlanego wieloma promilami snu i posłał do pracy na drugi dzień rano.
Rozsiadam się wygodnie i odpalam papierosa, pierwszego z wielu. Zaciągam się nim lekko i z zawieszonym w kąciku ust, ręką podnoszę szklankę pod światło przebijające się pomiędzy nie do końca zaciągniętymi zasłonami w oknach i sprawdzam czy szklanka jest wystarczająco czysta.
– Ujdzie. – bardziej myślę, niż mówię do siebie.
Kładę szklankę na ławie i łapię za butelkę. Odkręcam jednym płynnym ruchem i nalewam do szklanki mniej więcej połowę. Nawet nie odstawiając flachy łapię ją wolną ręką i wychylam do dna tylko po to by postawić ją na powrót na ławę i znowu nalać. Dopiero teraz odstawiam zakręconą butelkę i głęboko zaciągam się papierosem i włączam telewizor.
Jak co wieczór zaczynam swój kilkugodzinny spacer po jałowym parku rozrywki XXI wieku. Szusuję między kanałami telewizyjnymi bez ustanku, jak narciarz między tyczkami slalomu. Byle ominąć, byle zauważyć na tyle, by nie zahaczyć. Nie interesuje mnie dojechanie do końca, bo nie ma końca. Już od dawna też nie ma początku. To wszystko tylko po to by oszukać mózg i stracić poczucie czasu. Tylko jak to zrobić, skoro od kiedy pamiętam odliczam go szklankami i butelkami?
Papieros, łyk whisky, rzut oka na telewizor i tak w kółko. Co jakiś czas kontrolne spojrzenie na butelkę by upewnić się, że wystarczy na dzisiaj. Nie szkodzi, że całkiem niedawno też sprawdzałem, muszę to robić, muszę do samego końca mieć pewność, że nie dopiję do czystego dna. Wystarczy, że na swoim się znajduję, we flaszce nie mogę dać mu się pojawić.
Czasami wystarczała mi godzina żeby upić się do cna, bywało że budziłem się wtedy zbyt wcześnie i np. o trzeciej nad ranem musiałem na szybko dopić setkę lub dwie, by na powrót zapaść w swoją upragnioną śpiączkę.
Czasami wręcz przeciwnie, katowanie się długimi godzinami nie potrafiło mnie za nic zmorzyć i dopiero późno po północy, kiedy na wszystkich kanałach pojawiało się logo stacji, albo emitowali powtórki powtórek odstawiałem szklankę i już wprost z butelki ładowałem w siebie alkohol, aż do momentu kiedy mi się zrobi niedobrze, aż do chwili kiedy zakręcą mi się w głowie helikoptery i nie będzie innego wyjścia jak położyć głowę na poduszce.
Dzień świstaka na kompletnym rauszu. Pijaństwo, które na kredyt z horrendalnie wysokim oprocentowaniem odsuwało ode mnie jutro, w którym musiałem, a przynajmniej powinienem, zetrzeć się ze wszystkimi problemami małymi i dużymi, z jakimi każdy przeciętny Kowalski i Smith, jak świat długi i szeroki, się ścierają. I przy okazji te moje własne demony, o jakich z największą ochotą bym chciał zapomnieć, ale są zbyt duże by udawać, że ich nie ma. Nie na trzeźwo w każdym razie. Więc na pohybel! Do dna! Nawet jeśli miałoby się okazać moim. Wolę oszukiwać się wódką i kacem niż zauważyć, że moje życie bardzo daleko odbiega od tych słodko pierdzących produkcji TVN. Makieta! Kamera! Akcja! Oszuści i chuje.
Udawanie przy pomocą alkoholu, że nic się nie dzieje i robienie dobrej miny do złej, kompletnie fatalnej gry, zajęło mi sześć lat z górką. Oczywiście nie muszę kłamać, że cały ten syf o jakim wolałem nie myśleć spokojnie sobie czekał przez ten czas, aż w końcu sobie o nim przypomnę i zacznę działać. Wiadomo przecież, że sprawy pozostawione sobie toczą się od złego do jeszcze gorszego, to wszystko pączkowało i się rozrastało do rozmiarów tak potężnych, że co i rusz, jak sobie usiądę i o tym pomyślę, niemal robię ze strachu pod siebie. Tak jak dzisiaj, tak jak teraz.
Do przewidzenia było, że sprzątanie nie będzie ani łatwe, ani lekkie, a już na pewno nie przyjemne. Liczyłem się z tym i powiedzmy, że jako tako miałem pojęcie na co się piszę.
Nie miałem pojęcia o tym, że trzeźwiejąc rozjuszę Paranoję, bo niby czym?
Jesteśmy od dawna po rozwodzie, ma na nowo poukładane życie z innym facetem i wspólnie dbają o domek na przedmieściach i trawnik dookoła niego. Fakt, jest rozwódką i nosi moje nazwisko, tak jak i dzieci z resztą. Nie ona jedyna, ani pierwsza, ani ostatnia.
Paradoksalnie, kiedy piłem i od czasu do czasu wpadałem jak przeciąg by spędzić z dziećmi weekend, oprócz naszych gówniarskich utarczek słownych, nic złego się nie działo. Pokłapaliśmy, i to też nie zawsze, na siebie dziobami, któreś drugiemu pokazało kółko na czole i toporki wojenne znowu zakopane. Podjeżdżałem, zabierałem malce do siebie, spędzaliśmy nasz wspólny czas, odwoziłem je i tyle. Do zobaczenia następnym razem.
Teraz kiedy jestem tuż przy nich, przynajmniej w sensie odległości, nagle okazało się, że ona ma wątpliwości czy aby na pewno jestem wystarczająco odpowiedzialny aby móc się opiekować dwójką naszych dzieci. Dwójką już za chwilę nastoletnich dzieci, nie jakichś dwu, czy trzyletnich brzdąców. Kiedy może mieć niemal pewność, że nie będę spożywał alkoholu w ich obecności, czego nota bene i tak nie robiłem. Teraz przynajmniej wie, że byłem w ośrodku i mam spore zaplecze ludzi, którzy zawsze i chętnie mi pomogą, jak i zasób wiedzy dzięki któremu za szybko nie dam się sobie wykoleić, jeśli w ogóle.
Nie potrafię tego ogarnąć moim umysłem. Jeszcze bardziej nie potrafię ogarnąć tego, co spotkało mnie dzisiaj. Tego, co musiało się wydarzyć, by do tego doszło, jaka jest tego cena i kto ją zapłaci? Samo staranie się odpowiedzieć na to pytanie napawa mnie przerażeniem.
Dzisiaj gdy przyjechałem zabrać moje dzieci, bo mimo że od ponad dwóch miesięcy Paranoja ich nie puszcza, cierpliwie i konsekwentnie po nie jeżdżę, akurat były na dworze. Czesiek gdy zauważył mnie za płotem puścił się biegiem do domu kilkukrotnie się potykając. Nie patrzył gdzie biegnie, gdyby patrzył, musiałbym znaleźć się w polu jego widzenia. Nienaturalnie skręcił więc głowę tak by mnie nie widzieć i leciał na złamanie karku. Moje wołanie za nim nic nie dało, biegł dalej. Mała Mi również ruszyła w stronę wejścia do domu, lecz gdy ją zawołałem zwolniła, a potem się zatrzymała ze spuszczoną głową tuż przed swoją matką.
– No idź jak chcesz. – odezwała się Paranoja.
Młoda ruszyła do mnie wolnym krokiem z wciąż spuszczoną głową. Gdy ją przywitałem, sięgnąłem do niej przez płot i uniosłem jej brodę. Brakowało pół chwili by wybuchnęła płaczem. Oczy zaszklone na poczerwieniałej twarzy. Przytuliłem ją na ile płot pozwolił i tak sobie postaliśmy chwilę. Ex oczywiście pięć kroków za nią, nie usłuchała prośby by dała nam na chwilkę spokój.
– Będziesz się widywał z dziećmi tylko kiedy ja ci pozwolę i tylko w moim towarzystwie. – powiedziała i dalej tkwiła w miejscu jak zmieniona w słup soli żona Lota.
Nie mogłem nijak odpowiedzieć na jej uśmiech satysfakcji mimo, że gotowało się we mnie. Wystarczyłoby jedno słowo kłótni i Mała Mi zalałaby się łzami i kto wie co jeszcze by się stało. Zamiast tego pożegnałem się z nią obiecując, że takie sytuacje nie potrwają już długo i w końcu będzie normalnie. Odszedłem nie wzywając nawet policji by spisała raport o ponownej odmowie ex wydania mi dzieci na widzenie.
Siedzę teraz w domu i sam zaraz się rozryczę jak moja córka przy tym cholernym płocie. Miotam się. Mam ochotę na wódkę. Ogromną wódkę. Na tak ogromną wódkę, która się nie skończy, przynajmniej zanim ja się nie skończę. Nie mam ochoty się wstawić, upić, czy nawet skuć do nieprzytomności. Mam przemożną chęć wlać w siebie ilość ostateczną. Nic z tego. Nie złamie mnie. We wtorek kolejna rozprawa z Paranoją w walce o dzieci.

XXVII Ciemna strona księżyca

cien2
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Od kiedy pamiętam zawsze lubiłem zadzierać głowę do góry. Głowę, nie nosa. No dobra, nosa trochę też. Wprost uwielbiałem patrzenie w niebo, czy przez płytę CD na słońce, czy po prostu, nocą w gwiazdy. Dalej uwielbiam. Nie znaczy to, że chodziłem potykając się co i rusz o to co przede mną na drodze. Pomiędzy tymi przypadkowymi zerknięciami ponad dachy miasta w kalendarz miałem zawsze wpisane te chwilę, kiedy głowę zadrzeć po prostu trzeba. Jeszcze kiedy ex dawała mi dzieci na weekendy i wakacje zawsze trzymałem kciuki za sierpniową aurę, by nie przysłoniła nieba chmurami. Zabrać dzieci na ogród za domem z dala od miejskich świateł, by zaopatrzeni w termos z gorącą herbatą i śpiwory rozłożyć się na trawie i liczyć spadające Perseidy póki sen nas nie zmorzy. Tyle życzeń do pomyślenia, nawet na głos, marzenie! Zrobić sobie przerwę w pracy, wejść na dach biura i przez płytę z raportami z ostatniego kwartału obserwować niemal całkowite zaćmienie słońca. Następne takie bez wycieczek na drugą półkulę przecież dopiero za 120 lat. Super księżyc, ten naprawdę super. Wielki jak piłka plażowa a nie jakiś tam ping-pong jak co noc. Powtórzę raz jeszcze, uwielbiałem te momenty i czekałem na nie.
Aż zacząłem pić więcej i więcej. Na początku, przez alkoholową mgłę najzwyczajniej w świecie potrafiłem zapomnieć o tych wyjątkowych zjawiskach i potem, na drugi dzień z zazdrością oglądałem setki amatorskich zdjęć nadsyłanych na stronę obserwatorium w Grweenwich. Liczba pasjonatów dzielących się tymi momentami z innymi wręcz porażała. A obok nich ja, wypity zapominalski.
– Już nigdy więcej! – obiecywałem sobie, że choćbym był spruty to i tak wyjdę do pobliskiego parku, choćby z flachą, i nie przepuszczę.
Oczywiście zalążki tego nieznaczącego moralnego kaca tonęły w szklance whisky bez szans na koło ratunkowe. Tak jak i ja. Zapominanie stało się regułą, a ta, powoli dotycząca niemal wszystkiego, przechodziła w kompletne wdupiemanie.
Już nawet nie próbowałem udawać przed sobą, że zależy mi na kolejnym super-księżycu. Przecież ile ich można oglądać? Po co mi następny? Jak bardzo zmieni to moją sytuację, na chwilę pocieszę oko, wzdechnę sobie i wrócę do swojego pieskiego życia. Żałosne wytłumaczenie, użalanie się nad sobą, prowadzące do jeszcze bardziej żałosnego przelewania tego żalu przez gardło.
Inną drobną przyjemnością, która kompletnie zaniedbałem na rzecz upijania się w sztok była muzyka. Jeszcze przecież nie tak dawno nie umiałem przejść obojętnie obok premiery kolejnego albumu jednego z lubianych przeze mnie zespołów. Nie miałem ich dwóch, czy trzech, nawet nie miałem ich dwunastu czy trzynastu, siłą rzeczy więc premier takich było sporo w ciągu roku, czasem nawet w ciągu miesiąca, a bywało że i w ciągu tygodnia. Moje objazdy po pracy zahaczające o sklepy z płytami nie były rzadkością. Nowo rozpakowanych płyt mogłem słuchać na okrągło, znajdując na nich nowe smaczki przy każdym kolejnym odtworzeniu.
– Po co ci tyle tego?! Będziesz kiedyś miał dość? Z Mannem się ścigasz na wielkość zbioru? Zobacz ile pieniędzy na to idzie! – dosyć regularnie Paranoja czyniła mi wyrzuty na temat mojego hobby – Ty te swoje płyty kochasz chyba bardziej niż mnie?! Radia sobie nie możesz włączyć?
– Wolałabyś bym nie miał pasji? Mam wracać do domu i siadać na kanapie z pilotem? Czy ja ci robię wyrzuty z tego że kupujesz piętnastą formę do wypieków i siedemdziesiątą książkę kucharską? – próbowałem się bronić, co z czasem doprowadzało tylko do karczemnej kłótni.
Moje picie na początku ograniczyło liczbę premier przynoszonych do domu po pracy. Potem, zamiast premier, co jakiś czas kupowałem w Internecie egzemplarze z drugiej ręki. Zawsze znajdzie się ktoś, komu album mógł nie podejść, a ja cierpliwością zyskiwałem parę groszy na gorzałę. Wreszcie, przestałem obserwować nowości wydawnicze, szukać ich na internetowych aukcjach i kupować. Porzuciłem mych idoli na rzecz pełnej szklanki. To samo stało się z książkami, to samo stało się z filmami. Moja pieczołowicie powiększana biblioteka pasjonata zamiast rosnąć, zarastała kurzem.
Co ironiczne, zrezygnowałem nie dlatego, że wymogła to na mnie ex, jej już przecież od dawna nie było. Zrezygnowałem sam, bym miał więcej pieniędzy na picie. Musiałem mieć. Wraz z częstszym spożywaniem alkoholu, tolerancja organizmu rosła. Objętość jaką musiałem wlać w siebie w zeszłym roku by zasnąć uległa podwojeniu. Za kolejne półtora roku będzie potrójna. Tak działa trucizna, przyzwyczaja organizm, i to wcale nie znaczy, że twoja głowa staje się mocniejsza, że możesz wypić więcej i jesteś kozak. Nie. Musisz wypić więcej. Musisz, bo inaczej będziesz bełkotał bez ładu i składu, twoje ciało będzie miało permanentnego kaca, a twój mózg będzie się wkurwiał na ciebie i cały świat dookoła, że mu zabierasz paliwo do klarownego działania. Musisz zalać, bo nie pojedziesz. Musisz zalać, bo zamiast umyć zęby wydłubiesz sobie szczoteczką oko, nie wspomnę o groźbach wynikających z trzymania w takiej chwili ostrzejszych przedmiotów w ręku. O wstydzie gdy przy stole musisz udawać, że nie jesteś głodny, gdy skręca ci puste kiszki, bo wszyscy zobaczą jak bardzo trzęsą ci się ręce bo od dwóch dni nic nie piłeś.
Te wszystkie mniej czy bardziej drobne sprawy irytują cię jak kamień w bucie. Drażnią, ale da się z nimi żyć. Po prostu, pewne priorytet się zmieniają i nawet jeśli nie jest ci z tym do końca po drodze, po pierwszym łyku wódy przechodzisz nad tym do porządku dziennego. Chlup i po sprawie. Kiedy dotarło do mnie co jeszcze zrobiłem aby móc się komfortowo napić, odpaść nawalony na łóżko by wstać rano i kolejnego wieczora zrobić dokładnie to samo znienawidziłem siebie.
Za każdym razem kiedy z Wyspy Prosperity latałem do kraju miałem dla moich dzieci jakiś podarek, choćby coś drobnego. Jakąś odjechaną kolorowankę na tysiąc elementów każdy rysunek, budziki w kształcie ludzików Lego z postaciami z ich ulubionych zestawów, czy same zestawy tych klocków. Kiedy leciałem na urodziny lub święta skala podarunków się powiększała. Nie było to jedno pudełko klocków a trzy, albo cztery. Zamiast kolorowanki musiał być cały zestaw kredek, mazaków, farbek i czego tam jeszcze. Po prostu pudła a nie pudełka. Toć to przecież urodziny a nie zwykły przyjazd taty.
Pewnego razu ustalając budżet na kolejny miesiąc zauważyłem, że zaczyna mi brakować na kolejne butelki i na pewno nie starczy mi do pierwszego. Jakkolwiek śmiesznie to brzmi wcale śmieszne nie było. Zacząłem kombinować gdzie uszczknąć abym w spokoju mógł się napić, mając komfort, że przed kolejną wypłatą nic nie wysuszy mi źródełka. Stosując najbardziej zakłamaną ekwilibrystykę swoich myśli, że z jednego pudełka ich ukochanych klocków też będą zadowolone, bo przecież od starej nie dostają, że to od taty i to się będzie najbardziej dla nich liczyć, i wiele innych brudnych półprawd ostatecznie spowodowało, że odjąłem z kupki „prezenty” i przesunąłem kasę na górkę „wóda”.
Oczywiście było dokładnie tak jak myślałem. Dzieciaki były prezentami wniebowzięte i świetnie się nimi razem bawiliśmy, i to właśnie chyba zabolało mnie samego najbardziej. Pożerowałem na naiwności i niewinności własnych dzieci, abym mógł pić. Oszukałem je, mimo, że o tym nawet nie wiedziały. Robiąc wszystko by być ojcem roku, stałem się skurwielem dekady, jeszcze przed ogłoszeniem plebiscytu.
Co zrobiłem z tą świadomością? Zapiłem ją nienawidząc siebie za to, że to zrobiłem i za to że znów zapijam. Jednak nawet to, nawet ta nienawiść własna nie uchroniła mnie przed dalszym chlaniem. Przerzuciłem się z regularnych marek alkoholi na niższą półkę. Ułożyłem sobie plany promocji w poszczególnych marketach aby sprytniej wydawać pieniądze i już nigdy nie musieć posunąć się do takiego niecnego postępku. Wydawało mi się wtedy, że jestem sprytny, zaradny, a tu chodziło tylko o zagłuszenie wyrzutów sumienia w akompaniamencie dźwięku napełnionego szkła. Wcale nie zadbałem w ten sposób o dzieci. Zadbałem tylko i wyłącznie o swój komfort picia.

XXVI Abstymenda

zosc

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem

– Ten facet trzeźwieje od trzech lat. Ta kobieta jest trzeźwa od siedmiu. Ten koleś nie pije od lat 8. Alkoholicy, tak jak ty i ja, rozumiesz? – Rafał alkoholik przedstawiał mi kolejnych przybywających na miting.
– No, rozumiem. Rzucili nałóg i już nie piją.
– Nie. Nie rozumiesz.
Nie rozumiałem. Znajomy, z którym chodziłem na mitingi w Molochu mówił mi ściszonym głosem w ucho paląc ze mną fajkę przed wejściem i tłumaczył coś, co potem doświadczyłem na własne oczy w ośrodku, a jeszcze bardziej po wyjściu z niego.

Zaprzestanie picia, sięgania po piwo, czy wódkę, to dopiero przygrywka do trzeźwości. Alkoholik przez lata picia wyrabia w sobie pewne nawyki, reakcje na określone bodźce, słowa, sytuacje, które w zasadzie władają nim, a nie on nimi. Jest w pewnym sensie bezsilny jak pies Pawłowa i gdy na przykład słyszy komentarz od swojej żony, niekoniecznie tyczące się jego picia, niekoniecznie nawet będąc pijanym, traktuje to jako przytyk i pretensje. Czuje się atakowany i odruchowo się broni, oczywiście najczęściej przez atak. A jakże. Jak myślicie, skąd wziął się termin współuzależnienie i ruchy dla niepijących rodzin alkoholików z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików na czele?

Kiedy przestajemy pić, te wszystkie przyzwyczajenia i nawyki w nas zostają. Dlatego istnieje program dwunastu kroków, dlatego na terapiach bezlitośnie odziera się nas ze skóry i każe się sobie przyjrzeć. Zobaczyć, jakimi naprawdę byliśmy, co wyprawialiśmy, sobie, ale przede wszystkim innym. Dopiero kiedy to zobaczymy i przestaniemy z siebie wypierać, przyznamy się przed sobą, że byliśmy potworami, dopiero wtedy ma sens pokazać nam i nauczyć jak to wszystko naprawić.

Jeszcze na Wyspie Prosperity chodząc na mitingi i przyznając się szczerze do swojego alkoholizmu nie docierało do mnie, że sam sobie jestem winien. Że sam jestem winien całkiem sporo wielu dookoła. Ciągle tłumaczyłem sobie,że przecież piłem, bo mnie kobieta zostawiła, zabrała dzieci i odjechała w pizdu, samolubna sucz. Może i samolubna sucz, ale ile może trwać trauma żałoby po stracie? Dajmy na to, że rzeczywiście mógłbym się rozgrzeszyć z upicia się raz, czy drugi, choć dzisiaj widzę to inaczej, czyli jako kompletny bezsens, to niech będzie, że by odreagować, to mogłem. Piłem przez ponad sześć lat. SZEŚĆ! Teraz wiem, że to było dla mnie całkiem niezłe usprawiedliwienie, by się nad sobą poużalać, dopieszczać i podsycać w sobie poczucie krzywdy, które tylko pchało mnie w stronę wódki. Napij się, zapomnij, będzie ci lżej. Jak pieprzona Scarlet O’hara, która pomyśli o tym jutro. Tylko że jutro też pozwalałem sobie na upicie się. I jutro też, i jeszcze jutro.

W ten sposób, zamiast mimo wszystko wydusić z siebie najlepszego tatę jakim bym mógł być, choćby na odległość, pozwoliłem sobie na tatowanie gorzej niż niedzielne. Oczywiście starałem się, na początku. Potem, kiedy ex się wściekała, że jadę u dzieciaków na taryfie ulgowej i wystarczy, że raz czy dwa razy w tygodniu przez parę minut pogadam z nimi na skype dalej potrafimy nieźle się bawić, skype się skończył. Walczyłem? Niby tak, ale ważniejsze stało się by zalać ten smutek i brak kontaktu alkoholem. Kolejny powód by się uwalić do nieprzytomności i pomstować na Paranoję jaka to ona jest. Wygodne.

Teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Nie mówię już o tym kieliszku, czy kuflu, to oczywistość. Nie mogę pozwolić sobie na poczucie winy, krzywdy. Jeśli to się zacznie przydarzać bez kontroli, jeśli dam się temu ponieść, wtedy drogą może nieco dookoła, przez gniew i złość, a może i wprost zaprowadzi mnie to do wódy i będzie po mnie. Nie tylko w walce sądowej o dzieci i bycie tatą. Będzie po mnie po prostu. Alkoholizm jest chorobą śmiertelną.

Muszę i chcę być trzeźwy. Nie niepić, bo to przychodzi już samo. Musze uciekać od starych przyzwyczajeń i nawyków, nauczyć się kontrolować strach, złość, gniew i nie dać temu szans by
wzięło nade mną górę.

Ta moja wściekłość po tygodniu pobytu w ośrodku, kiedy czułem się tak bardzo lepszy od wszystkich innych przebywających tu razem ze mną. Nic z tego, jestem dokładnie taki sam jak każda inna osoba która tu trafiła. Kropka. Nie ma żadnego ale.

Te moje pyskówki przez płot z exami, kiedy nie chcą mi dać dzieci na przyznane przecież przez sąd widzenia. Z jaką lubością i satysfakcją przychodzi mi teraz uśmiechanie się do nich. Tłumaczenie ze spokojem dlaczego ciągle tu przyjeżdżam, dlaczego jeszcze nie odpuściłem mimo że wiem, że to bez sensu. Muszę, to mój obowiązek wobec dzieci.

Odpychanie rękoma i nogami wszystkich wujków i ciocie dobrze radzących. Niby mam prawo, niby racja jest po mojej stronie, niby wiem wszystko co powinienem wiedzieć. Niby. Kogo nie zirytowałaby rada dotycząca oczywistości. Mnie bardzo. Potakuję więc głową ze zrozumieniem i dziękuję. Zamykam za sobą drzwi i już lecę do szafki z kawą i herbatą. Mój prywatny five o’clock po siedem razy dziennie. Dobrze to sobie wymyślili ci z Krainy Deszczowców.

To jest to, co zawierał w sobie szept mojego kolegi. Ostrzeżenie, by nie stać się abstymendą nie panującą nad gniewem i z pretensjami do całego świata. Pracować nad sobą i nie pozwolić, bym stał się jedynie niepijącym. Pracować nad sobą, by trzeźwieć i wytrzeźwieć.

XXV Na kolanach

Zrzut_ekranu_2019037_o_20.39.34
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Siedzę sobie w swoim ulubionym fotelu niemal bujanym i czytam. Ostatnio sporo czasu spędzam przy książkach. Staram się nie włączać telewizora. Już na pewno nie po to „żeby grał”. Nie zliczę ile godzin przeleciało przez palce na bezsensownym pstrykaniu po kanałach by znaleźć „coś do obejrzenia”. Teraz odpalam pudło na ligę mistrzów, czy inny mecz mojej ulubionej drużyny, film który chcę obejrzeć, serial, czasem jakiś program z gadającymi głowami. Jeśli coś ma mi buczeć to wybieram radio, nie zabiera całego mnie. Brzęczy sobie przyjemnie i zatrzyma mnie od czasu do czasu na jakiś reportaż, wiadomości, kawałek wyjątkowej urody, który potem mogę nucić przez cały dzień. Takie drobne zabiegi na uśmierzenie tęsknoty, substytuty wypełnienia samotności. Jest jeszcze kot, ale jakoś nie wytrzymuje długo na moich kolanach, jak to kot.
Kolejny raz od ostatniego czwartku, od tygodnia, kiedy właśnie powinienem wracać od Złośnicy po odstawieniu do niej najmłodszego. Nakazem sądu powinienem go odebrać ze żłobka i spędzić z nim czas do wieczora. Tak samo jak przedwczoraj, również dzisiaj nie było go w żłobku. Nie jest chory, bo na wizycie lekarskiej również nie był. Nie żeby jego matka miała mnie o takim fakcie poinformować. Niedoczekanie moje. Sprawdziłem w przychodni nieopodal żłobka, gdzie jest zapisany. Ani widu, ani słychu.
Pojechałem po niego do domu. Mam w wyroku zapis, że mam prawo.
– Pac Man zostaje w domu. – trzask odkładanej słuchawki domofonu dosyć wyraźnie postawił kropkę, zanim zdążyłem wydusić z siebie choćby słowo.
Zakląłem w duchu, znowu muszę zadzwonić na policję, znowu patrol, znowu tłumaczenie w czym rzecz. Jak tak dalej pójdzie przydzielą mi prywatną linię wyłącznie do obsługi matek niewywiązujących się z ustaleń zawartych w orzeczeniach sądowych. Z resztą już mnie rozpoznają, pytają tylko gdzie dzisiaj przyjechać. Do tej, czy do tamtej. Jeden nawet próbował zażartować, czy mam jeszcze jakiś inny narybek do którego matki będą jeździć. Nie wyszło mu.
Za każdym razem, obojętnie, czy proszę o interwencję u Paranoi, czy u Złośnicy policjanci wychodząc cytują mi ich argumenty. Zawsze te same. Identyczne. Jak regułki wykute przez świadków Jehowy krążących po domach i zaczepiających na placach miejskich jak świat długi i szeroki.
– Dzieci/dziecko nie zostanie wydane, ponieważ matka boi się o jego zdrowie i życie. Jest pan pod wpływem silnych leków i mają obawy co do efektów ubocznych jakie u pana występują.
– Rzekomo. – dodaję za każdym razem.
– Rzekomo. – powtarza za mną postać w mundurze – Przykro nam, nie jesteśmy w stanie nic zrobić proszę pana. – mówią – wszystko zostanie uwzględnione w raporcie i na życzenie sądu rodzinnego dostarczone jako materiał dowodowy do rozprawy, powinien pan ją założyć najszybciej jak się da…
– Tak, wiem, już wszystko jest w toku. Dziękuję. – i tak naprawdę macham ręką i ponownie rozczarowany wsiadam do samochodu i jadę do domu.
Kolejny raz, kolejny raz, kolejny raz.
Zastanawiam się co one mówią dzieciakom? Szczególnie Paranoja, bo w sumie Pac Man jeszcze trochę mały, ale pewnie też musi się dziwnie czuć widząc mnie przez szybę balkonowych drzwi, czy gdy mu mignę w drzwiach, kiedy jego matka wpuszcza policję na pogadankę. Mała Mi i Czesiek już nie są tacy mali żeby zbyć sytuację milczeniem. Zapewne zadają pytania. Niewygodne. Kiedy sobie przypomnę jak reagowała na takowe ich matka to włos mi się jeży na głowie, co bogu ducha winne dzieciaki muszą mielić w swoich głowach.
– Nic pan nie jest w stanie z tym zrobić. Musi pan to przeczekać. – mówi do mnie moja psycholożka, a ja niemal zaczynam toczyć pianę z ust.
Jak ja mam nad tym przejść do porządku dziennego? Mam mieć to w dupie, że zajeżdża psychikę swoich własnych dzieci po to, by powziąć swoją chorą wendettę na mnie? Na samą myśl mnie nosi i nie mogę spokojnie usiedzieć w tym cholernym fotelu.
– Musi pan. Inaczej pan nie wytrzyma. Może się skończyć coś takiego dla pana bardzo źle. Dla wszystkich. Jeśli pan zapije przez to buzujące ciśnienie, one wygrają, dowiodą w sądzie, że nie zasługuje pan na widzenia z dziećmi. Że może być pan dla nich niebezpieczny. Nawet jeśli pan nie zapije, odbije się to panu na zdrowiu. Wrzody, raki, depresje i psychozy. Niewysypianie się, zły nastrój, nawet taki niby banał jak brak apetytu. To wszystko pan zaprasza do siebie jeśli nie będzie pan umiał sobie odpuścić. Nie może pan sobie pozwolić na żadną z wymienionych przeze mnie ewentualności.
Nie mogę. Ani nie chcę, ani nie mogę.
Siadam sobie w fotelu niemalże bujanym. Jedną ręką obejmuję kubek świeżo zaparzonej herbaty Earl grey rzadko spotykanej w naszym kraju marki, przyzwyczajenie z Wysp Prosperity. Druga ręka na książce, położonej trochę na kolanie, trochę na kocie, przynajmniej dopóki kot nie zechce zeskoczyć z mych nóg.

XXIV Dla mnie to samo, dwa razy.

faje
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Zazwyczaj, gdy z lenistwa lub roztargnienia, przez kaca, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny nie miałem odpowiedniej ilości whisky na weekend, udawałem się do osiedlowego sklepu i tam kupowałem gorzałę. Zwykły piątkowy wieczór, więc nie byłem jedyny, który to czynił. Niemal wszyscy w mniejszej, lub większej kolejce prosili o flaszkę i odchodząc z uśmiechem udawali się w swoja stronę.
– Dla mnie to samo, dwa razy. – zawsze wygłaszałem tą samą kwestię. Nie przecież będę jutro o podejrzanie wczesnej godzinie tracił czasu na ten sam spacer by dokupić butelkę. Jak dopisze krzywo pojmowane szczęście, pojutrze też nie będę musiał. No, może pod wieczór przed zamknięciem sklepu wzuję buty i się przejdę zapłacić za szklankę lub dwie świętego spokoju przed snem.
Ten rytuał spełniał się przez kilka lat mojego regularnego zapijania wielokrotnie. Dzisiaj ciągle za to płacę, już nie w banknotach obojętnie jakiej waluty.
Od momentu kiedy zacząłem trzeźwieć, może naiwnie, może nie, ciągle liczyłem na to, że uda mi się dogadać ze Złośnicą i nie będzie mi robić problemów bym widywał się z Pac Manem. Kiedyś mi to nawet obiecała, co zmroziło mi krew, bo nie rozumiałem dlaczego w ogóle poruszyła tą kwestię. Wszystko przecież między nami było ok, przynajmniej tak mi się wydawało. Po fakcie dotarło do mnie, że obecna sytuacja była od dawna zaplanowanym ciągiem wydarzeń, który miał doprowadzić mnie tu, gdzie dzisiaj jestem.
Nie składałem papierów do sądu by uregulować tą kwestię, co ciekawe, ona też nie. Gdy w końcu wniosłem do sądu rodzinnego o rozstrzygnięcie moich widzeń z naszym synkiem, tak jak się spodziewałem, sąd dość przychylnie na mnie spojrzał, a monstrualnie długą listę jej zarzutów wobec mojej osoby zbył jako bezzasadne.
Co oczywiste, zaznaczone zostało, że ze względu na moje dość krótkie jeszcze trzeźwienie, regularnie będę sprawdzany, czy opiekuję się dzieckiem należycie i czy przypadkiem moja trzeźwość nie jest kolejnym zwodzeniem wszystkich dookoła. Z podziękowaniem przyjąłem te warunki i cieszyłem się, że przez kolejne dwa miesiące nikt i nic nie przeszkodzi mi spędzać czasu z moim synem. Liczyłem i liczę, że po kolejnej rozprawie za dwa miesiące moje widzenia ulegną rozszerzeniu.
– Świetnie Mick! Doskonale! Nie zachłyśnij się, jedz powoli małą łyżeczką a najesz się do syta. – mówili moi znajomi z AA. Mówili wszyscy moi znajomi. Gratulowali i cieszyli się razem ze mną.
Ja również się cieszyłem. Już w pierwszy weekend po rozprawie będę z synem, a fakt, że sąd nie zezwolił jeszcze na nocowanie Pac Mana u mnie nie zrażał mnie, nawet nie wkurzał. Zapracuję sobie na to, doczekam się i tego.
W sobotę mama Pac Mana przywiozła mi go w drodze do pracy. Zjedliśmy z małym śniadanie. Zapewne jego drugie, ale temu małemu żarłokowi tylko w to graj. Ja wypiłem sobie kawę, on butlę ubitego przez ekspres do kawy mleka. Dwie butle, a jakże!
Pogoda była wyśmienita, poszliśmy więc na spacer, dosłownie, wózek wziąłem na przechadzkę, ale ani razu nie dał się w nim posadzić, nie mam pojęcia skąd on ma tyle energii, kawę przecież piłem ja.
Cieszyłem się podwójnie. Moja najstarsza córa, siostra Pac Mana, na drugi dzień ma urodziny. Wiedziałem, że jej matka nie puści jej na ustalone sądownie dwie godziny, ale nie dopuszczałem do siebie myśli, że nie pozwoli nam się zobaczyć choć na chwilę by złożyć życzenia. Mała mi i Czesiek nie widzieli swojego braciszka pół roku, gdyż po moim powrocie z ośrodka ani razu nie zdarzyło się by Zazdrośnica i Paranoja pozwoliły mi na kontakt z malcami w ten sam dzień, jeśli w ogóle puszczały dzieci do mnie. Miałem więc nadzieję że rodzeństwo w trójkę choć chwil kilka pobawi się razem na podwórku moich starszych dzieci.
Kiedy mama Pac Mana przyszła odebrać synka w sobotnie popołudnie, na moje słowa „do zobaczenia jutro o dziesiątej” zareagowała zdziwieniem.
– Jak to jutro? Przecież masz sobotę i tyle.
– No nie. Sobotę i niedzielę po sobocie.
– Nie. W moich notatkach z rozprawy jest tylko sobota. Żegnam!
– Daj mi chwilę, proszę. Zaraz pokażę ci dokument z sądu. Jest sobota i niedziela.
– Nie interesuje mnie to. – zawróciła wózek z synem i poszła.
Wysłałem jej zdjęcie dokumentu i niezrażony przygotowywałem się do następnego dnia. Wysłałem Paranoi wiadomość, że przyjadę do Małej Mi o 10:30 i proszę aby i ona i Czesiek byli gotowi. Jeśli godzina im nie pasuje z jakichkolwiek przyczyn, niech poda alternatywę do której się dostosuję.
Chwilę po przebudzeniu następnego dnia, przy porannej kawie przychodzi wiadomość od Złośnicy. „Nie fatyguj się nawet. Pac Mana nie dostaniesz. Jeśli już koniecznie chcesz robić cyrki z policją to przy okazji przywieź dziecka ciuchy w jakich go przywiozłam wczoraj”.
No tak. Wcinając obiad z małym oboje nieźle się upaćkaliśmy. Nie od dziś wiadomo że kolorowanie i jedzenie nie idzie za bardzo ze sobą w parze, ale dwulatki mają chyba inne zdanie na ten temat i z reguły rzeczy trzymają się prób i eksperymentów by dowieść, że jednak może być inaczej. Nie szkodzi, po obiedzie przebrałem tak jego jak i siebie i ustawiłem pranie. Po problemie.
Nie wziąłem ciuchów, bo wisiały mokre, zabrałem za to jego dwie przytulanki jakie zostawił i udałem się mimo wszystko po synka. Przytulanki odebrała i odwróciła się na pięcie odchodząc.
– Co ty wyprawiasz? Co się zmieniło od wczoraj? Dlaczego nie chcesz mi dać syna na kilka godzin?
– Nie mam zamiaru się przed tobą z czegokolwiek tłumaczyć. Żegnam!
Zacząłem gorączkowo szukać w pamięci co mogłem wczoraj zrobić nie tak. Ubrany był, przebrany był, pielucha sprawdzana na bieżąco, też przebrana. O co kurwa chodzi?!
Przyjechał patrol który wezwałem, sprawdził co należy, zapytał o co należy i poinformował, że nie może odebrać jej dziecka mimo ustaleń sądowych. Mam sam się zgłosić do „rodzinnego” i załatwiać sprawę.
– Tak panowie, wszystko wiem, przerabiam to nie po raz pierwszy, dziękuję za interwencję. Do widzenia.
Nie dała mi syna bo „dziecko znajduje się w fatalnej kondycji psychicznej po wczorajszej wizycie u mnie”. Wczoraj dostałem, bo i tak nie miałaby komu zostawić bo musiała iść do pracy. Załamałem ręce. Panowie z patrolu tylko wzruszyli ramionami i pojechali.
Czyli będzie jeszcze jedna rozprawa. Kolejne papiery, kolejne dupo-godziny na radcowskich forach internetowych, telefony… Mam dość, ale nie mam wyjścia.
Wsiadłem do samochodu bardzo niepocieszony. Jednak najmłodszy nie zobaczy się ze swoim starszym rodzeństwem. Mała mi, już widzę jej zawód, ona jest w swoim młodszym braciszku po prostu zakochana bez pamięci. Nawet podczas wizyty w markecie zwraca uwagę na jakieś drobiazgi i nie-drobiazgi i mówi mi, że powinniśmy to kupić dla Pac Mana.
Podjechaliśmy na miejsce siedem minut przed czasem. Wskazałem ojcu, że dzieciaki machają do nas przez okno rozradowane. Szybko zwiały w głąb domu, zapewne by się ubrać, na dworze aura była raczej średnia i nawet lekko padało, oni zaś byli jedynie w tshirtach.
Musiałem odczekać do pełnej wskazanej godziny. Pojawiła się Mała Mi a tuż za nią jej mama.
– Gdzie Czesiek? – zapytałem
– Nie miał ochoty przyjść. – odrzekła Paranoja.
– Mi, skocz po brata, bo coś nie chce mi się wierzyć po tym co zobaczyłem w oknie. Brykaj
Córa wbiegła z powrotem na podwórze a jej matka pognała za nią, po chwili wróciły i Mała Mi powtórzyła to co usłyszałem wcześniej od matki. Serce mi pękało, ale nic z tym nie mogłem zrobić.
– Chcesz jechać ze mną i z dziadkiem? – zapytałem mimo wszystko – Chodź. – powiedziałem i objąłem ją ramieniem ruszając do samochodu.
– Nie mogę, mam mi nie pozwala…
– Nigdzie z tobą nie pojedzie! Zabraniam! – wydarła się ex a małej łzy stanęły w oczach.
Miałem ochotę rzucić się ex do gardła, zamiast tego przytuliłem córkę i złożyłem jej życzenia.
– Chodź do samochodu po prezent. – pociągnąłem ją delikatnie za rękę.
Mała spojrzała na matkę pytającym wzrokiem, ruszyliśmy. Paranoja oczywiście dwa kroki za nami. Podałem Małej Mi torbę z prezentem, dziadek również złożył jej życzenia. Po chwili cały roztrzęsiony wsiadłem do samochodu i ruszyliśmy.
Od kilku godzin siedzę w domu i ciągle mnie telepie z nerwów. Wychodzę przed dom i palę. Po dwa, jednego za drugim.

XXIII Arena – bis

Zrzut_ekranu_20190228_o_12.37.22
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Głosy z tyłu głowy ciągle podpowiadały mi, że nie mam co tam szukać, że nie nadaję się, że sam na własne życzenie mam to, co mam. Ciężko nie odmówić im racji, przynajmniej po części. Z resztą jak patrzeć na człowieka, który dwa razy podchodzi do, w sumie, najważniejszego zadania w życiu i dwa razy koncertowo kończy w kieliszku?
– Dobrymi chęciami to piekło brukowane…
– Weź się w garść, przestań pierdolić, użalać się nad sobą i winić wszystkich w około…
– Przepiłeś tyle czasu i kasy, na własne życzenie, jak teraz ci zaufać?
– Możesz się zarzekać, możesz obiecywać, u mnie jesteś skreślony…
– Ktoś ci na siłę wlewał do gardła? To był twój wybór, teraz za niego płać!
Dobrze w takich momentach na chwilę się zatrzymać, odsapnąć, przypomnieć sobie swoich przyjaciół z AA i ich historie, którymi dzielą się z innymi takimi jak oni sami. Takimi samymi jak ja. Opowiadają bez emocji, bez żalu, bez huraoptymizmu, spokojnie, patrząc wszystkim siedzącym przy stole w oczy.
– Mam na imię Paweł i jestem alkoholikiem. Dopiero po roku mojej trzeźwości moja matka się do mnie odezwała. Nie, że uwierzyła mi, zaufała. Odezwała się do mnie.
– Mam na imię Andrzej i jestem alkoholikiem. Moja była żona do dzisiaj potrafi mnie zwyzywać za nic, zagrozić kolejnym procesem, wezwać patrol policji aby mnie wydmuchał zanim wsiądę do auta. Mam sześć lat trzeźwości.
– Monika alkoholiczka. Zostawiłam swoją osiemnastomiesięczną córkę i poszłam w cug. Po czterech latach prób, po czterech latach mojego trzeźwienia, w końcu przytuliła mnie na dzień dobry, kiedy przyszłam do niej pod szkołę. Mąż nadal się mnie wstydzi.
– Mam na imię Grzesiek i jestem alkoholikiem. Przedwczoraj moje dzieci, dorosłe już, wykupiły mojej żonie i mi uroczystą kolację w restauracji z okazji naszej 40 rocznicy. To był cudowny wieczór. Mam 24 lata trzeźwości.
– Jacek alkoholik. Z żoną, moją drugą, bo pierwsza mnie zostawiła, za niecały tydzień będziemy mieli 3 lata bez papierosa. Sukces! Nie piję od 16 lat.
– Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem, trzeźwieję od roku.
Moje szczęście w nieszczęściu, a w zasadzie moich dzieci, polega na tym że nie znają mnie napitego. Najmłodszy Pac Man w ogóle. Mała mi i Czesiek nie kojarzą, że stary im odjechał pod kapsel. Na pewno zaś kojarzą, że nie było z nim wszystko w porządku. Ciągle się zbieram na tę właśnie rozmowę z nimi, tę najważniejszą. Ciągle tchórzę, nawet zaś jeśli bym nie tchórzył, od dosyć długiego już czasu nie widzę się z nimi, nie mogę nawet porozmawiać przez telefon. Czyli ponownie będę musiał tu przyjść, nacisnąć bogato zdobioną klamkę w ogromnych, przepięknie polakierowanych drzwiach i odpowiadać na zarzuty. Na te prawdziwe i te zmyślone. Tak jak dzisiaj.
– On przestał się leczyć, podejrzewam, że nadal sobie popija udając tylko świętego.
– Czy ma pani na to jakieś dowody?
– Nie, ale proszę na niego spojrzeć, rozbiegany wzrok, ręce mu się trzęsą.
– Wysoki Sądzie jestem w każdej chwili gotowy poddać się badaniu alkomatem oraz każdym innym testom na wykazanie jakichkolwiek substancji psychoaktywnych. Tu są zaświadczenia od moich terapeutów oraz od lekarzy, że nada czynnie biorę udział w terapii.
– Kłamie! Zawsze kłamał.
– Tak wyskoki sądzie. Kłamałem. Nie miałem sobie równych w tym sporcie.
– Wysoki sądzie on zabrał dziecko ze żłobka i dopiero po interwencji policji, musieli go uspokoić i zabrać mu syna.
– Ależ tu jest notatka z interwencji, szczerze się dziwię, że nie została pani ukarana mandatem karnym za bezpodstawne wezwanie patrolu. Ojciec nie jest pozbawiony praw rodzicielskich, nie ma nawet ograniczonych i mógł zabrać dziecko ze żłobka, poinformował panią o tym. Nie było mowy o porwaniu. Z resztą, co stało na przeszkodzie aby syn został z ojcem? Policjanci sprawdzili czy nie jest pod wpływem i nie był.
– Bo ja mu nie ufam.
– Proszę państwa! To że już się nie lubicie, nigdy nie spowoduje że którekolwiek z was przestanie być rodzicem, radzę to sobie zapamiętać.
Dwie godziny płacenia za wszystkie krzywdy jakie sobie nawzajem wyrządzaliśmy. Mało? Niemało? Dwie godziny, które tak ona, jak i ja wolelibyśmy zapewne spędzić z Pac Manem, a jeśli nie z nim, to choćby wpieprzając pączka do kawy.
– Znowu się wyłgałeś, znów wykręciłeś się sianem i zamydliłeś wszystkim oczy, kupili cię, ty pijaczyno. Cieszysz się? To się ciesz. Zobaczysz, podwinie ci się noga i stracisz wszystko. Wszystko! Bezpowrotnie.
Kolejne głosy jak Duch przyszłych świąt Bożego Narodzenia uświadamiają mi co się stanie jeśli pozwolę sobie na choćby jeden błąd, na powrót choćby jednego dnia z życia alkoholika, który jak ostatni baran pozwolił sobie zmarnować szansę na ojcostwo.
PS. Dziękuję wszystkim za dobre słowo. Wiele to dla mnie znaczyło i znaczy. Dziękuję też za szpile. Potraktuję to jako swój doping, przypominajkę, gdzie już nie chcę być.

XXIII Arena

Zrzut_ekranu_20190228_o_12.37.22

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Została mi godzina. Godzina do rozpoczęcia wielkiego maratonu, o walki o moje dzieci. Siedzę w domu i zapewne ogryzałbym paznokcie , gdyby nie to że mam je dokładnie obcięte opiłowane i wyczyszczone. Nie umiem usiedzieć na miejscu, więc łażę po mieszkaniu i staram się wytracić choć odrobiny tej energii, która od środka mnie rozsadza. Mimo, że sporo ograniczyłem palenie bo zszedłem z ponad paki dziennie do połowy, dzisiaj, teraz, palę prawie jednego za drugim.

Już nie chce mi się przeglądać po raz kolejny papierów z wydrukami rozmów, dowodami na niechęć i brak choćby kurtuazyjnej próby dogadania się. Już mi się ulewa tymi wszystkimi notatkami. Zaświadczeniami od lekarzy i terapeutów, że dobrze się trzymam, że daję radę. Że żaden z efektów ubocznych zażywanych przeze mnie tabletek nigdy u mnie nie wystąpił, jak wnosi Paranoja podpierając się Złośnicą.

Zwarty front dwóch ex z prawnikami i ja, trzeźwiejący alkoholik naprzeciw.

Za chwilę wbiję się w garnitur, zawiążę krawat, chwycę teczkę z tymi nieszczęsnymi papierami i pójdę na pierwszą bitwę. Bitwę? Każda z potyczek jakie mnie czeka w perspektywie najbliższego miesiąca jest wojną, bo ma zaważyć na czymś najważniejszym w moim życiu. Na moim byciu przy dzieciach.

Niby samo to nie powinno podlegać dyskusji, bo to prawo tak dziecka, jak i rodzica, aby wzajemnie istnieć dla siebie i przy sobie, ja jednak muszę się zmierzyć z pytaniem czy aby na coś takiego zasługuję. Absurd. Jednak kiedy matka coś takiego podnosi, sąd jest zobowiązany się temu przyjrzeć i zawyrokować. Bez wyjątków.

Po raz n-ty próbowałem poprosić Złośnicę by usiąść i porozmawiać. Dogadać się i w sądzie tylko uścisnąć sobie dłoń, nie marnując nikomu czasu ani energii.
– Zaraz sobie pogadasz, jak tylko wejdziesz na salę sądową.
Już to słyszałem, kiedy przydzielony z urzędu adwokat próbował o to samo prosić Paranoję. Wzajemnie przecierają sobie ścieżki. Paradoksalnie wcale nie jestem pewien, że zawiodą i jedną i drugą w to samo miejsce gdzie Wysoki Sąd się będzie na ich zachowanie irytował i przywoływał do porządku.

Boję się. Jak cholera. I wkurwiam. Dlaczego o coś, co w gruncie rzeczy jest sprawą normalną, naturalną, ja musze udawać się po pomoc do Sądu, do instytucji.

Dziś runda pierwsza z pięciu. Na tą, jak na każdą kolejną mam zamiar wyjść z odsłoniętą przyłbicą. Mimo ogromnej stawki nie będę się bił na śmierć i życie.

XXII Kir mi w oko

Fot._Gary_Saldana__unsplash.com

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Nigdy nie piłem, nawet w tych czasach przed uzależnieniem, by dodać sobie animuszu. Od kiedy pamiętam zawsze umiałem i wychodziłem chętnie przed szereg. W przedszkolu bez pytania ładowałem się paniom wychowawczyniom na kolana by pochwalić się, że umiem ułożyć kostkę Rubika, którą jedna z nich akurat przyniosła do pracy. W podstawówce jakoś tak wychodziło, że zawsze znajdowałem się w trójce klasowej, w liceum to ja prowadziłem szkolną gazetkę, a na studiach byłem starostą. Działo się to jakby samo. Samo stało się że zostałem głównym producentem dźwiękowym a potem szefem jednego z działów w radiu. Kiedy wyjechałem z kraju nawet w tak banalnych sprawach jak kafelkowanie, stolarka, czy drobne prace elektryczne objawiałem się jako ten, który dosyć szybko zjednywał sobie przychylność szefów i nie tylko. Nie potrzebowałem odwagi w płynie by zagadać do dziewczyny, poprosić ją o numer telefonu, czy za szczeniackich czasów zaprosić ją do kina. Jakby to wszystko odbywało się gdzieś poza mną, od niechcenia, jakby mnie nie dotyczyło.

Inaczej sprawy się miały gdy na czymś bardzo mi zależało. Osiąganie celów, które sobie zakładałem, niejako z góry skazane były na porażkę. Po pewnym czasie, po iluś tam swych niedołężnych zmaganiach przyzwyczaiłem się do takiego obrotu sprawy.

Na przykład egzamin do technikum elektronicznego, w którym chciałem się znaleźć jak cholera, położyłem na tak banalnym zadaniu, że do dzisiaj mi wstyd. Moja pierwsza młodzieńcza miłość, była podrywana przeze mnie takimi metodami, że nie powstydziliby się ich scenarzyści naprawdę kiepskich komedii sercowych. Nikt w szkole nie potrafił wystrugać z siebie takiego idioty jak ja próbując rozkochać w sobie tą dziewczynę. Na studiach jeszcze było gorzej. Nawet kiedy sobie to wspominam pisząc te zdania, czuję jak policzki mi się rozpalają czerwienią. Nie mam pojęcia na czym to miało polegać. Presja chcenia mnie zabijała, ścinała z nóg i odłączała od mózgu.

Dzisiaj patrząc na to z perspektywy odrobiny wiedzy na temat swojego uzależnienia widzę, że już w tedy występowały u mnie mechanizmy wyrównywania nastroju po porażce za pomocą rozweselacza. Kiedy na alkohol było za wcześnie w moim życiorysie, wysyłałem siebie na ekspedycję do kina lub księgarni. Kiedy nieco podrosłem i zacząłem nosić w portfelu zamiast niemiłosiernie wygniecionej prezerwatywy dowód osobisty, był to wyskok na browara z kolegami. Zrobiłeś z siebie idiotę? Olej to, podlej to. Upij się z kumplami na wesoło i zapomnij.

Nieświadomie fundowałem sobie tę nagrodę za niepowodzenie i kiedy rzeczywiście spotykały mnie na mej drodze rzeczy na wskroś nieprzyjemne, rozrywką poprawiałem sobie nastrój. W zasadzie nic w tym zdrożnego, wręcz przeciwnie, naturalny i jak najbardziej prawidłowy odruch, jak mogłoby się wydawać. Ja sam jednak wpuściłem siebie w maliny, zbyt często stawiając znak równości między rozrywką a alkoholem. Kiedy doszło do prawdziwego tąpnięcia, do rozwodu, wódka i jej zbyt rozrywkowe traktowanie z całym rzekomym dobrodziejstwem wszystkiego co dookoła niej wsiąknęło mnie bez reszty.

Opowiadałem już wcześniej w jaki sposób odreagowywałem swoją złość na ex. Z jaką obojętnością traktowałem wszystkie pomocne dłonie wyciągane w moją stronę. Jak bezlitośnie przedmiotowo traktowałem bogu ducha winne kobiety, w których przebierałem bez pardonu, by udowodnić sobie, jej i całemu światu, że to ona nie była warta mnie, a nie ja jej.

Oczywiście nie mogło to się nie odbić bez szkody na mnie samym. Wszelkie wyrzuty sumienia, które udawałem, że u mnie nie istnieją, zalewałem kolejnymi dawkami alkoholu w towarzystwie kolejnych pocieszycielek, aż do momentu kiedy naprawdę przestawałem siebie lubić. Zatapiałem więc to poczucie winy dalej, w głębokim poważaniu mając wzbierający we mnie brak szacunku do swojej osoby. Poczucie winy, poczucie żalu, gniew, złość doprowadziły mnie do takiego momentu, że aby nie zwariować, musiałem być pijany przez cały czas. Byłem, jeśli dobrze to sobie policzę, przez ponad trzy lata bez przerwy pijany lub na kacu, czyli pijany, na tyle by nie pozwolić sobie na refleksję nad sobą.

Jedynymi momentami, kiedy nie musiałem być wstawiony by nie musieć mieć w dupie siebie i wszystkiego wokół mnie, były krótsze lub dłuższe urlopy spędzane z moimi dziećmi. Paradoksalnie, to że potrafiłem przez te kilka dni, czasem tydzień, wytrzymać bez alkoholu w ilościach w zasadzie przemysłowych, pozwalał mi oszukiwać siebie, że jeszcze nie jest ze mną tak źle, skoro mogę nie pić przy malcach, to wszystko mam pod kontrolą. Fakt, że po powrocie do siebie nadrabiałem tą chwilową abstynencję w dwójnasób, tłumaczyłem sobie nagrodą za dobre sprawowanie i w ten sposób mogę spokojnie uznać, że w zasadzie piłem bez przerwy.

Kiedy w Ośrodku, zainspirowany jedną z lektur ze skromnej biblioteczki Muminka, robiłem sobie bilans swoich największych traum, oczywiście oprócz rozwodu i zdrady przez narzeczoną, znalazły się na niej śmierć dziadka i babci, bardzo bliskich i drogich mi osób, która nastąpiła niemal jedna po drugiej, oraz śmierć Dzidzi, przyjaciółki i żony mojego ojca, którą wprost uwielbiałem. Co ciekawe, po żadnej z tych śmierci nie sięgnąłem po alkohol, by zalać smutek. Dziadkowie odeszli w czasie moich studiów, Dzidzia zaś, gdy prowadziłem bar. W każdej z tych wymienionych sytuacji nikt i nic nie stał mi na drodze do alkoholu, który był przecież na wyciągnięcie ręki. Jakoś jednak tak się złożyło, że żałobę po nich, żal i złość po stracie, przeżyłem na trzeźwo. Bez zastanawiania się nad tym dałem radę.

Dzisiaj, gdy nie mogę spotkać się z dziećmi z przyczyn jakie znają, o ile znają, tylko moje exy, i poziom mojego wkurwienia na to można by przyrównać do erupcji średniej wielkości wulkanu, nie sięgam po butelkę. Kiedy mam problem ze znalezieniem pracy odpowiadającej moim ambicjom, lub chociaż w jakimś stopniu oczekiwaniom finansowym, a frustracja mieli mnie jak mikser ciasto na święta, nie sięgam po butelkę. Czekam cierpliwie, aż te uczucia się we mnie spalą, nazywam je, i jedno po drugim rozdeptuję po chodnikach mojego miasteczka. Czekam aż miną, jak żałoba. Czekam aż mi przejdzie. Czekam, aż przestaną robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Czekam, aż zacznę się z nich śmiać, jak Mumin ze mnie, kiedy relacjonując mu swoje przejścia unoszę się na wysokie C, aż mi para z uszu idzie. Im bardziej on się ze mnie śmieje tym bardziej ta para ze mnie bucha. Tak bucha ze mnie, tak idzie, że w końcu uchodzi. Nie sięgam po butelkę.

Fot. Gary Saldana / unsplash.com

XXI Podziękowanie

Zrzut_ekranu_20190221_o_17.30.44
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Po dwóch miesiącach w ośrodku i drobną chwilą na nacieszenie się wolnością na trzeźwo, przyszedł moment, kiedy po pierwsze musiałem, po drugie chciałem już wejść w tryb normalnego życia. Koniec wakacji! Czas zakasać rękawy i wziąć się do pracy.
Płacenie rachunków z drobnych fuch na rzecz rodziny to przecież nie jest metoda na życie, poza tym alimenty same się nie zapłacą. Wizja komornika licytującego mój dom, jak na razie jedyną rzecz jaką moje dzieci mogą otrzymać po mnie w spadku, po to by zapłacić alimenty na tych dzieci właśnie rzecz, trącała co najmniej absurdem. Niestety exy widziały to inaczej, z resztą jak wiele innych rzeczy. Było kiedy się przyzwyczaić.
Niesiony na różowej chmurce optymizmu po opuszczeniu ośrodka, postanowiłem bardzo dokładnie przyjrzeć się swojej osobie i wypisać każdy jeden możliwy atut, jaki mogę zaoferować jako pracownik. Po burzy mózgów sam na sam ze sobą, okazało się, że wcale nie jest ich tak mało. Zdecydowałem się postawić na rzeczy najrzadziej na rynku spotykane i skrzyżować je z innymi, tworząc jak najatrakcyjniejsze kombo.
Stawiałem na biegłą znajomość języka obcego w mowie i piśmie. Nie tylko znajomość, potwierdzoną z resztą zdaniem państwowego egzaminu na Wyspie Prosperity, ale również swobodne odczytywanie niuansów macierzystych użytkowników tego języka, nabytych przez obiektywnie spory przecież kawał czasu życia i zanurzenia się w nim.
Dokładałem do tego umiejętności manualne. Operowałem nie tylko pędzelkiem, ale również i pędzlem i wałkiem i całą gamą innych narzędzi stolarskich i generalnie budowlanych. Dokładałem niemałą inwencję twórczą i odtwórczą, czy to przy projektowaniu pokojów i mieszkań, lub ogrodów, jak i biegłość czytania takich planów stworzonych przez kogoś innego. Dodałem doświadczenie w zarządzaniu zespołem, i w tworzeniu zespołów, będąc doskonale sprawdzającym się liderem, czy to na budowie, czy zarządzając barem, w pracy w mediach, ale też jako handlowiec. Bezproblemowo poruszam się też w dwóch najpopularniejszych środowiskach systemów komputerowych a praca na arkuszach kalkulacyjnych i platformach prezentacyjnych za i przed biurkiem nie stanowi dla mnie wyzwania.
Gotowy na podbój świata zarejestrowałem się w ponad tuzinie portali oferujących zatrudnienie wszelakie z PUP na czele, tylko po to, by po chwili, czy dwóch zorientować się, że wszystkie mielą dokładnie te same wakaty w niemal identycznej kolejności. Cóż, mniej czasu spędzę na przeglądaniu bieżących ofert, więcej na mejlowaniu, dzwonieniu i daj panie boziu, odwiedzaniu na rozmowach kwalifikacyjnych.
Wstąpienie z zapytaniem o zatrudnienie do pierwszego lepszego dewelopera, czy podwykonawcy tegoż, pozostawiłem sobie na koniec, licząc na to, że okoliczni hegemoni przemysłu wszelkiego, nierzadko handlujący przecież z zagranicą, pokuszą się o co najmniej sprawdzenie mnie jako potencjalnego pracownika obsługi takiego klienta.
Rozpocząłem proces zanęcania. Dziesiątki mejli z dopieszczonym i wypolerowanym CV, telefony, próby umawiania się na rozmowę, podczas której będę miał szansę siebie zaprezentować. I… Z dnia na dzień powiększająca się frustracja i zniechęcenie. Złość.
Oczywiście wiedziałem doskonale, że to nie będzie łatwe, i nikt nie przywita mnie rozwijając przede mną czerwony dywan i ustawiając szpaler fikuśnie ubranych trębaczy z fanfarami.
Trafiłem za to w czasie sześciu tygodni na dwie rozmowy twarzą w twarz. Dwie! W tym jedna niejako po znajomości, bo ktoś komuś szepnął słówko, że warto choć zamienić kilka zdań z typem, bo kumaty i a nuż się przyda CV przejrzeć i choć odłożyć na prawidłową kupkę.
Kilkukrotnie sam wdzierałem się podstępem do firmy i starałem się przedstawić jako doskonały nabytek dla firmy. Najczęściej jednak kiwano życzliwie głowami, czasem nawet z podziwem, po czym informowano mnie, że niestety nie tym razem, bo na chwilę obecną wszystkie pozycje obstawione. Do widzenia.
Do jednej z najbardziej mnie interesujących firm też trafiłem niejako poza konkursem. Dzwoniłem i prosiłem o rozmowę kolejne osoby, aby w końcu trafić na kogoś, kto był chętny mnie wysłuchać. Poprosił o nadesłanie CV a potem, ku mojej ogromnej radości oddzwonił i zaprosił na spotkanie. Szczęśliwie kilka dni wcześniej byłem u fryzjera, wystarczyło więc się ogolić, wyczyścić pazury i już odstawiony jak stróż na Boże Ciało leciałem w te pędy spotkać się z głosem ze słuchawki.
Głos należał do pani, której moje cv spodobało się bardzo i zaimponowało na tyle, że po około godzinnej rozmowie stwierdziła, że koniecznie musi zaprosić na część dalszą samego szefa, aby zapoznał się z moją osobą i samodzielnie ocenił moją przydatność. Szefowi również się spodobałem, przynajmniej na tyle, że zostawił pani wolną rękę w kwestii obsadzenia mnie na stanowisku zgodnym z jej wizją.
Poprosiła mnie o chwilę do namysłu, podziękowała za przybycie, pożegnała się i obiecała zadzwonić w ciągu dwóch dni. Cieszyłem się ogromnie bo w niecały miesiąc powoli docierałem do miejsca jakie sobie zaplanowałem. Rzeczowej rozmowy na temat zatrudnienia. To była, w moim mniemaniu, dobra przygrywka do ciekawej pracy za godną stawkę. Hosanna!
Po umówionych dwóch dniach głos w słuchawce oznajmił mi, że rezygnują z trzech miesięcy próbnych i proponują mi abym spędził na ich hali produkcyjnej tylko jeden. Świetnie, myślę sobie, tak czy siak, z produktem powinienem się poznać za pan brat, z kolejnymi etapami jego powstawania, ludźmi go produkującymi również, z procedurami w firmie i co tam jeszcze przyjdzie mi po drodze zahaczyć. Miesiąc powinien wystarczyć aż nadto. Gra!
– Doskonale proszę pani, kiedy mogę zaczynać?
– No, myślę że do końca tygodnia dopełnimy formalności i witamy pana w zespole. Za ten miesiąc otrzyma pan wynagrodzenie 2500 brutto.
– Hmmmmm… Niezbyt motywująca pensja, ale niech tam, to miesiąc próbny, start, to start, biorę. Ale potem? Po tym miesiącu? Powiedzmy że spotkałem się z państwa oczekiwaniami i co się dzieje ze mną dalej?
– Jak to co?
– No skoro państwo mnie chcą i skracają nawet okres próbny z trzech do miesiąca, to wygląda na to, że macie jakąś wizję mojej osoby w firmie?
– Nie rozumiem? – powiedział do mnie głos w słuchawce.
Zgubiłem się kompletnie. Zdębiałem.
– Ja też nie rozumiem. – odpowiedziałem – Czy to nie jest pensja na miesiąc próbny?
– Panie Zoski, myślę, że wyniknęło pewne nieporozumienie.
– Jakie nieporozumienie? Rozmawialiśmy o tym, że znam się na tym na czym się znam, a wy chcecie bym się na tym znał, w dodatku znam się na tym płynnie w języku ojczystym i nieojczystym, że taka osoba jest wam potrzebna, bo wyjazdy, bo kontakt z klientem, bo produkt jest ekskluzywny, więc zgadzam się na miesiąc próbny. Pytam się państwa czego możemy wzajemnie od siebie oczekiwać po upływie miesiąca próbnego. To chyba nie jest trudne pytanie? Nie chciałbym abyśmy zmarnowali sobie nawzajem miesiąc czasu.
– Jestem zmuszona podziękować panu. Obawiam się, że nie skorzystamy z pana osoby w najbliższym czasie.
– ?!?!?!?!?
– Do widzenia panu.
Kilka chwil minęło zanim dotarło do mnie co się stało. Dotarło, ale ja dalej nie wierzę, że to się właśnie wydarzyło. Usiadłem i zapaliłem papierosa. Potem zapaliłem kolejnego. Oczekiwali, że jakąkolwiek propozycję z ich strony przyjmę z pocałowaniem w rękę? Niemożliwe! Naprawdę przez te piętnaście lat mojej nieobecności tutaj nic się nie zmieniło w tej materii? Ciągle nie ma szacunku do pracownika i jego umiejętności a ambicje to se pan w buty schowaj i ciesz się, że pracę dostaniesz, bo iluś tam za drzwiami czeka na twoje miejsce. Bardzo chciałem, aby to okazało się moim pijackim majaczeniem. Niestety, byłem trzeźwy jak niemowlę.

XX Te mi da, te tamtej.

temida

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem

Piękna wizja, którą każde z nas przebywających na oddziale ubierało sobie w kwiatki, kolorowe wstążki i jakie tam inne ozdobniki komu się chciało. Oczywiście rzeczywistość dość szybko weryfikowała to, co kreśliły nasze imaginacje.

Pierwsze zderzenie z prawdą nastąpiło jeszcze pod koniec pobytu na terapii. Otrzymałem od komornika zaproszenie na pogawędkę dotyczącą spłat zaległych alimentów na Małą Mi i Cześka, ich mama nie czekała na nic i już po tygodniu od braku pierwszej wpłaty zakasała rękawy. Nic niespodziewanego, musiałem się z tym liczyć skoro po opłaceniu kuriera z przeprowadzką zostałem bez grosza, a trafiając do Ośrodka nie miałem żadnych dochodów, bo i skąd? Gorzej, że do końca roku nie mogłem legalnie podjąć pracy, ze względu na fatalne prawo podatkowe w Kraju ciemności i zabobonu. Komornik ze skarbówki szybko ustawiłby się w kolejkę po podatek, przeskakując zbójecko moje dzieci. Oczywiście ten argument nie trafiał do ich matek. Nie płacę, bo nie chcę. W ten sposób w księgi wieczyste mojego mieszkania wpisane zostało zadłużenie komornicze i ewentualność zlicytowania nieruchomości. Taki bonus od trzeźwości.

Dobrze, że stało się to jeszcze gdy byłem pod opieką Terapeutów. Nie mam pojęcia jakbym sobie poradził z tym sam. Czy bym sobie poradził?

Kolejny cios przyszedł w momencie sądownej zmiany ustalenia widzeń. Skoro zmniejszyłem odległość zamieszkania między mną a dziećmi, ze sporych setek kilometrów, na raptem kilka tysięcy metrów, naturalnym była chęć by widzieć się z nimi częściej niż co dwa miesiące, jak do tej pory. Niestety ex nie za bardzo chciała się układać pozasądownie. Jak zwykle kompromis miał polegać na zgodzie na jej warunki i ani na centymetr inaczej, ani w lewo, ani w prawo. Nie przewidywała ustępstw w żadnej materii. Musiałem więc sprawę oprzeć o sąd, znowu.

W sądzie okazało się, że to nie jest takie proste i logiczne jakby się mogło wydawać. Paranoja, swoim zwyczajem, próbowała rozciągnąć swoją paranoję na sędzię, ta zaś, niestety, każdą swoją wątpliwość musi rozstrzygać mając na względzie dobro dzieci, z czego moja była małżonka korzystała i korzysta bardzo skwapliwie.

Moje papiery z Ośrodka, włącznie ze skierowaniem na leczenie odwykowe, musiały znaleźć się w aktach sprawy. Niewtajemniczonym wyjaśnię, że w kraju mych przodków ośrodki terapii uzależnień wszelkich, podlegają według jurysdykcji szpitalnej pod ośrodki psychiatryczne. I tu się zaczęła na sali sądowej szalona karuzela. Stałem się w oczach ex wariatem na silnych środkach psychotropowych, po których nie wiadomo co we mnie wstępuje, a ona oczywiście boi się o dzieci. Malując taki a nie inny portret mojej osoby, za żadne skarby nie chciała zgodzić się by dzieci, jak do tej pory zostawały ze mną na całe weekendy. I po co, co drugi weekend jak wnosiłem, skoro do tej pory co dwa miesiące wystarczało?

Nie do końca pomogły moje wyjaśnienia, że owszem biorę leki na depresję, ale już od roku, i żaden z prowadzących mnie lekarzy nie zauważył niepożądanych efektów ubocznych zawartych w ulotce specyfiku jaki przyjmuję. Ulotce, z której Paranoja wypisała sobie najgorsze z możliwych ewentualności jakie pacjentom mogą się przytrafić i określiła je jako mój stan faktyczny. Wzbierała we mnie złość, bo sędzia zamiast zajrzeć w papiery, gdzie pod pieczątką lekarską z, o dziwo, czytelnym podpisem wszystko na temat mojej osoby i mych przypadłości jest napisane, krakowskim targiem stwierdziła, że owszem co dwa tygodnie jak chciałem ja, ale do wieczora a nie na weekend, jak chciała ex. Zagotowało się we mnie. Jako czynny alkoholik mogłem bez problemu spędzić z malcami każdy weekend, kiedy przylatywałem do nich, zaś po leczeniu i będąc trzeźwym, każą mi zrobić krok wstecz.

Mimo wszystko z pokorą podziękowałem sędzi i powtarzałem sobie w duchu, że mam być cierpliwy. Przecież nie zapiłem i nie mam zamiaru zapijać. Minie trochę czasu i wrócę na tą samą salę z prośbą o rozszerzenie widzeń, dokładnie tak jak zasugerowała kobieta przyozdobiona w słusznych rozmiarów łańcuch z orłem w koronie. Z resztą pozostają jeszcze święta i wakacje, tak letnie jak i zimowe, kiedy to mam spędzić z dziećmi pełne tygodnie, bez odwożenia ich do domu matki. Logiczne.

Nie dostałem wszystkiego co chciałem, ale moja trzeźwość i trzeźwienie robią robotę, z każdym dniem, jak to z uporem maniaka powtarzali mi w Ośrodku, bez pardonu rozbijając co i rusz ową wymarzoną, kolorową wizję życia po terapii, czasami wręcz się z niej śmiejąc.

Skoro tyle czasu chlałem i tak naprawdę miałem w nosie co się wokół mnie dzieje, teraz dołożę do tego czasu jeszcze tylko kilka chwil, by powoli osiągnąć swój cel, a potem każdy kolejny jaki sobie założę.

– Mick, najważniejsze, żebyś pracował nad sobą i nie zapijał. Oprócz codziennych problemów, jakie spotykają każdego Kowalskiego i Smitha, jak świat długi i szeroki, dostaniesz seryjny wpierdol od exów. Będą wyły, gryzły i kopały, bo wróciłeś, jesteś trzeźwy i porządny jak kiedyś. Nie jesteś pijany, nawet nie skacowany, więc nie dasz się sterować dla świętego spokoju i komfortu picia. Będziesz sięgać po wszystko co ci się należy. Nie sądź, że one oddadzą ci to na tacy. Masz przesrany start w nowe życie. – tymi słowami sprowadzał mnie na ziemię Mumin – Ale pamiętaj, jeśli to przejdziesz, a wierzę, że dasz sobie radę, już nigdy nie będziesz do ruszenia. Ty będziesz dyktować warunki, jeśli nie, w najgorszym wypadku będziesz je normalnie pertraktował. Wszak z czasem dasz im się też poznać jako trzeźwy i odpowiedzialny facet.

Póki co moje exy mają moją trzeźwość i trzeźwienie w głębokim poważaniu. Jedna z nich otwarcie sprzeciwia się papierkowi sądowemu podpisanemu przez nas obojga i uparcie tłumaczy policjantom wzywanym przeze mnie na interwencje, że wariatowi dzieci nie odda.

Czekam na kolejną wizytę w gmachu Temidy. Cierpliwie.

XIX Nie!… Ty głupi Gnoju!

Zrzut_ekranu_20190214_o_11.55.44
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Jakiś czas temu odwiedziłem znajomych. Jakaż piękna to była okazja, do odwiedzin oczywiście, bo urodziny córki. Pierworodnej mojego kumpla.
Cały tydzień odliczałem dni do umówionego spotkania, a gdy ten dzień nadszedł, po pracy nosiło mnie jak lwa po pustej klatce. Nie będzie niespodzianką, gdy powiem, że wybrałem się w gości z małym arsenałem butelek. Przecież córę trzeba opić! Dla taty, więc również i dla mnie, duża ruda gorzka, która wcale gorzką nie jest. Dla mamy karmiącej jeden z lepszych merlotów jakie kiedykolwiek smakowałem, kiedy jeszcze alkohole smakowałem. Takie samo dla ich córeczki. Oba przewiązane czerwonymi kokardkami z zaznaczeniem, że to na później. Taki żarcik, że niby jak przyjdzie czas odstawić dziecko od piersi to mama będzie mogła zaocznie wypić ze mną, a córka to w ogóle, już na osiemnastkę to wino, awansem.
Kiedy zjawiałem się u nich z tą wizytą, jeszcze nie byłem świadomy, że jestem alkoholikiem. A może byłem, tylko wciąż się oszukiwałem, siebie i wszystkich dookoła. Zapewne jak wielu innych, najzwyczajniej w świecie broniłem się przed tą świadomością. Na pewno nie wiedziałem jednego, że do wódki tego wieczoru usiądzie dwóch uzależnionych. Oprócz mnie, również i mój znajomy.
Dom, jak dom, czysty, zadbany, z drobnymi mankamentami na bieżąco dokręcanymi i naprawianymi męską ręką pod czujnym, kobiecym okiem. Dom pełen kłamstw.
Buli maskował się przed całym światem, dokładnie tak samo jak ja. Choćby mnie podtapiali jak w Guantanamo, nigdy nie uwierzyłbym, że facet ma problem z wódą. Nie powiedziałbym tego za żadne skarby. No gdzie tam? Pracujący, z młodą żoną, ledwo co urodzonym bobasem, wynajął mieszkanie w dobrej dzielnicy. Świetnie radzący sobie z przeciwnościami losu młody ojciec, żaden alkoholik.
Zostawiliśmy kobiety w salonie, a sami grzecznie i po cichu ulokowaliśmy się w kuchni i powoli spełnialiśmy flaszkę za zdrowie kobiet jego życia. Gdy w butelce zaświeciło dno pewnym bosmańskim krokiem ruszyłem do domu, żegnając się z nadąsaną nieco panią domu.
Przez dość długi czas po tej drobnej fecie z Bulim, nie miałem od niego żadnych wiadomości. Żadnych telefonów, czy smsów, ani jednego „co słychać”. Tak samo z ich, jak i z mojej strony. To był ten czas gdy zacząłem towarzysko zapadać się w sobie i całe dotychczasowe życie powoli, lecz konsekwentnie, odcinałem od siebie pozostawiając flaszkę w centrum swoich zainteresowań.
Spotkałem go przypadkiem kilka miesięcy później, któregoś razu gdy wracałem z pracy dosłownie wpadł na mnie rowerem na chodniku.
– Cześć brachu, co tam? Rowerkiem? Pracujesz nad formą? – zażartowałem.
– A jakoś leci, taaaaa… – odpowiedział markotnie – W zasadzie to dwa w jednym, zawsze lubiłem rower, no i jest tańszy od biletu. Wiesz, dziecko kosztuje.
– Oczywiście, nie musisz mi tłumaczyć.
– Masz fajkę? – zapytał.
– Pewnie, ale co z tą formą? Chyba nie idzie w parze z papierochami, co? – zechciałem wbić mu małą szpilkę.
– A tam, trochę kiepsko z robotą. Miały być stałe zlecenia, a jest w kratkę. Jestem w nowej firmie, w starej się porobiły kwasy i odszedłem. Tu obiecali złote góry a bywa, że siedzimy dosłownie w dolinie. Dobrze, że żona zaczęła pracować z domu, stary szef trochę poszedł jej na rękę.
Tradycyjnie ponarzekaliśmy trochę na parszywe życie, on na swoje, ja na swoje, pozdrowiłem rodzinkę i uciekliśmy każdy w swoją stronę obiecując sobie wzajemnie spotkać się w najbliższym czasie.
Do spotkania nigdy nie doszło. Potem dowiedziałem się tylko, że wrócili do kraju. Siostra Bulego opowiadała mi, że jego żona była zmęczona permanentnymi trudnościami wiązaniem końca z końcem. Nie podobała jej się perspektywa wychowywania dzieci w warunkach niepewnego jutra. Wolała wrócić i chociaż mieć wokoło rodzinę a nie tylko męża który coraz mniej krył się z zaglądaniem do kieliszka i topienia porażek w wódce.
Byłem w szoku. Jak to, jakich porażek? Przecież całkiem dobrze sobie radzili, oboje pracowali, każde w swoim fachu, mieli samodzielnie wynajmowane w Molochu mieszkanie. Gdzie tu problem? Gdzie tu niepewność?
– Mick, to tylko tak wyglądało z zewnątrz. – powiedziała mi jego siostra – Buli co chwilę zmieniał pracę, nigdzie nie mógł zagrzać miejsca, bo go wywalali za ciągłe spóźnienia i przychodzenie na kacu. Raz nawet zdarzyło mu się przyjechać samochodem firmowym do pracy będąc jeszcze wstawionym.
Słuchałem tego z przerażeniem, nie docierało to do mnie, ona musiała mówić o kimś innym! A jednak ciągnęła tą opowieść, powodując u mnie coraz większe zdziwienie z każdym wypowiedzianym zdaniem. Ostatnia wiadomość przybiła, nomen omen, gwóźdź do trumny.
– Rozwodzą się.
– !!!!!!
– Tak, już od dłuższego czasu go ostrzegała. Wiele razy stawiała mu ultimatum, albo pójdziesz się leczyć, albo ja pójdę sobie. Ty wtedy rób sobie co chcesz. No i poszła.
Z jednej strony strasznie mu współczułem, z drugiej, wszystko we mnie krzyczało – Głupku coś ty narobił! Z dzisiejszej perspektywy mogę to skomentować tylko w jeden sposób. Przyganiał kocioł garowi.
Z siostrą Bulego rozmawiałem po raz kolejny, kiedy już wyszedłem z Ośrodka. Zauważyła w mediach społecznościowych, że wróciłem do kraju. Zagadnęła z pytaniem co to się porobiło, że taki fan Molocha zdecydował się go opuścić. Trochę opowiedziałem jej o swojej historii i o swojej drodze do trzeźwości. O depresji i konieczności powrotu, i o tym co teraz robię.
– Super, że się na to wszystko zdecydowałeś. Żałuję, że nikt z nas nie potrafi na to namówić Bulego. Stanąłby na nogi tak jak ty i zaczął prostować swoje ścieżki. Gratuluję i powodzenia.
– Niech Buli do mnie zadzwoni, ja raczej nie powinienem mu się z tym narzucać, żeby nie miało odwrotnego efektu. Z nami alkoholikami tak właśnie bywa. Wiemy lepiej a pomocną dłoń odtrącamy. Opowiem mu wszystko i odpowiem na każde pytanie. Powiedz mu.
Buli nigdy nie zadzwonił. Kilka dni temu zadzwoniła za to do mnie jego siostra.
– Buli nie żyje. Skoczył z dziesiątego piętra. Gnojek jeden… – powiedziała zanosząc się od płaczu.
/Pamięci P./

XVIII Fortuna

rog1
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem
Patrząc na swój starz pracy w ostatniej firmie, ciężko mi uwierzyć, że nikt nie zagroził mi wypieprzeniem, czy wręcz właśnie mnie z roboty nie wypieprzył.
Firma, w której pracowałem była niemym świadkiem wszystkiego co się wydarzyło od chwili kiedy między mną a Paranoją zaczynało być nieciekawie, przez jej wyprowadzkę, moje popijanie, później picie, spotkanie Zadrośnicy, aż po decyzję o udaniu się do Ośrodka.
Ciężko mi uwierzyć, a właściwie zrozumieć, jak to się stało, że nikt nawet nie zająknął się o tym, że mój problem z alkoholem może mnie pozbawić zajęcia. Chociaż nie, to nie prawda, dwa razy temat wjechał na tapet, ale bez jakichkolwiek konsekwencji, nawet nie jako ojcowskie pokiwanie palcem dla ostrzeżenia, tylko zwykły temat pogaduch.
Raz zdarzyło się to niemal na początku, kiedy jeszcze był czas na opamiętanie, kiedy mogłem , lakonicznie rzecz ujmując, wziąć się w garść i poradzić sobie z tą traumą. Pierwsze tygodnie po tym, jak ex zabrała dzieci i poleciała do Kraju Ciemności i Zabobonu zacząłem topić żal w whisky, po którymś weekendzie trafiłem na managera rozpoczynającego pracę na tym samym punkcie co ja.
– Jeeeezuuuu chłopie, weź chociaż gumę do żucia. Rozumiem, że nie jest ci lekko, ale znaj umiar. Wali od ciebie wódą na odległość. Serio musisz sobie z tym radzić przy pomocy alkoholu? Baby są jebnięte i nic z tym nie zrobisz. Już ją straciłeś, chcesz do tej listy dołożyć jeszcze zdrowie? – taką litanię wygłosił mi grzebiąc w raportach przygotowanych przeze mnie w poprzednim tygodniu.
– Lu, nie oceniaj mnie. – odparłem oburzony – Nie masz pojęcia jak sam byś się zachował, gdyby coś takiego trafiło się tobie. Ciężko mi nad tym przejść do porządku dziennego i czasem chlapnę sobie więcej niż powinienem.
Pokręcił na to głową, westchnął i sięgnął do kieszeni po paczkę gum, którą mi wręczył ze słowami:
– Tylko nie przesadzaj. Żadna kobieta nie jest tego warta.
Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, zapomniałem o tej rozmowie nalewając sobie w domu pierwszego z kilku drinków na sen. Było po sprawie a dni zaczęły płynąć jeden po drugim. Praca, dom, praca, dom. Wszystko przeplatane mniejszą, czy większą ilością alkoholu. Coraz większą. Od tamtej rozmowy jeszcze kilkukrotnie zdarzało się, że mój szef spotkany gdzieś na robocie wręczał mi paczkę gum z komentarzem, że dzisiaj znów będę ich potrzebował.
Minęły ze dwa albo trzy lata zanim kolejny raz, moje picie wyskoczyło jak diabeł z pudełka. Nie był to już tak nieznaczący incydent jak poprzednio, choć też okazało się, że to z dużej chmury mały deszcz. Nowa managerka poczuła się w obowiązku „coś ze mną zrobić”, a na ratunek przyszedł mi rozkład rozgrywek Champions League i mój szef wspomniany wcześniej.
Picie do odcięcia ma to do siebie, że poranki nie należą do najprzyjemniejszych i często zaczynają się z opóźnionym zapłonem. Prysznic dla zmycia swojego alkoholowego potu, jakieś aspiryny czy inne wynalazki podnoszące nastrój, kawa, to często kosztowało mnie spóźnieniem do pracy. Wszystko przynajmniej do czasu kiedy jeszcze odrobinę mi zależało, bo potem spóźnienia wynikały z wdupiemaństwa.
Tego razu spóźnienie skończyło się wpadnięciem wprost na nową managerkę.
– Mick, spóźniłeś się ponad pół godziny! To niedopuszczalne! I… o matko! Czuję od ciebie, że piłeś… Bardzo nie podoba mi się twój zapach, zrób sobie kawę, zadzwoń po swojego szefa i punkt jedenasta masz się z nim stawić w moim biurze. Zabraniam ci do tego czasu wychodzić ze swojego. – bardzo służbowym tonem wyrecytowała wszystko z prędkością karabinu maszynowego.
W to mi graj. Zadzwonię po bossa i złapię w wygodnym fotelu jeszcze godzinkę snu. Nie przejąłem się wcale, i nie wiem z czego to wynikało, bo byłem jeszcze pijany i miałem to gdzieś, czy już po prostu miałem to wszystko w głębokim poważaniu.
Zadzwoniłem do Lu i w kilku słowach wyjaśniłem w czym rzecz.
– Ty idioto! – skomentował krótko i obiecał że będzie kwadrans przed wyznaczonym czasem.
Kiedy się pojawił, bez wstępów zakomunikował, że wczoraj wieczorem oglądałem ze znajomymi Ligę Mistrzów i trochę popiliśmy, opowiedział po krótce mecz, podał wynik i strzelców bramek i kazał z rozbrajającą szczerością przyznać się do wszystkiego co mi zarzucą. Poszliśmy do szefowej.
Na jej pytanie co się ze mną dzieje, że pozwalam sobie na takie wpadki z umówioną, rozbrajającą szczerością opowiedziałem, że biorę to wszystko na klatę, bo mecz i mała impreza w środku tygodnia i solennie obiecuję, że to się nie powtórzy i będę bardziej restrykcyjny wobec siebie. Kłamałem tak przekonująco, że prawie sam w to uwierzyłem.
Dwa słowa dodał od siebie mój manager, że mimo iż nie ma ram czasowych w grafiku, to w zasadzie on też dzisiaj nieco później zaczął, bo to „jego” drużyna grała i było nieco zbyt dużo radości, i że to Wyspa Prosperity, a tu przecież każdy oprócz zazdrosnych żon i outsiderów kibicuje, i że oboje prosimy o wybaczenie.
Skończyło się na słownym pouczeniu za pijaństwo i wpisaniem spóźnienia w papiery. Co nieco przemawiało za mną, że kilkukrotnie złapałem premię za pracownika miesiąca, nie migam się od pracy i często użyczam swoich umiejętności i talentów w rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych, jeśli tylko są potrzebne, w oddziałach firmy, jak kraj długi i szeroki.
I tyle. Nigdy potem nikt nawet słowem nie wspomniał, że coś jest nie tak ze mną, moim zachowaniem, czy oddechem.
Dzisiaj, z perspektywy swojej sypialni z czysta pościelą i podłogą bez walających się po niej butelek, zachodzę w głowę, czy miałem aż tyle szczęścia, czy spotykałem na swojej drodze kariery w firmie aż nadto życzliwych ludzi, którzy patrzyli na moje alkoholowe wybryki przez palce. Wszak to Wyspa Prosperity, tu w zasadzie każdy pije, i w dodatku nikt nikomu w gary nie zagląda, wyznając zasadę „nie moja sprawa”.
Śmiać mi się z siebie chce i sam kręcę głową z politowaniem na wspomnienie zaczerpniętych z książek i filmów metod odświeżania oddechu i błyskawicznego stawiania siebie na nogi po zapitym wieczorze. A to olejek waniliowy na język zagryzany ziarnami palonej kawy, a to kwas acetylosalicylowy, czyli znany i powszechnie używany alka-seltzer. Innymi razy miedziak pod język na kilka dłuższych chwil. Można by wyliczać, lecz im dłużej to robię tylko przekonuję się jak bardzo, na kolejnej już płaszczyźnie, łagodnie obszedł się ze mną mój alkoholizm.
Chichotem Fortuny jest, że ta łagodność dotyczy sfer na których nie za bardzo mi zależało, w tej najważniejszej dla mnie do dzisiaj podkłada mi nogę. A może tylko tak mi się wydaje? Może gdybym miał polec na tych, gdzie dzisiaj dosyć pewnie stoję, o tę najważniejszą, w zasadzie jedyną istotną, nie byłoby komu walczyć?
/prawa do zdjęcia należą do Pixers/

XVII Torty

tort

– Wuuuuuuujeeeeeek!!! – przywitała mnie córa Kuzyna rzutem na szyję – Chodź, poustawiamy dla wszystkich talerzyki i szklanki – i pobiegła do pokoju przygotowywać swoje przyjęcie urodzinowe.

  Zdjąłem buty i przywitałem się z już obecnymi. Oczywiście nie było mi dane zasiąść do kawy, bo mała jak postanowiła, tak zrobiła.

Obieraliśmy pomarańcze i rozdzielaliśmy je wszystkie każdemu z gości mniejszych po równo. Potem kiwi i winogrona. Kiedy z talerzy już się niemal wysypywało na stół wjechał tort i jubilatka dmuchała świeczki. Nastąpiło komisyjne otwieranie prezentów i zabawa. Klocki, puzzle, lalki, i tuziny balonów. Cały salon należał do dziatwy. I do mnie.

– Kto chce układać Olafa z Krainy lodu?

– Kto chce zbudować karocę dla Kopciuszka?

– Kto chce pozbierać wszystkie kolory tęczy z balonów?

Oprócz tego rysowanie i rysowanie, i rysowanie.

– Powinieneś do nas wpadać częściej, wujek – powiedział Kuzyn – można odsapnąć – wyszczerzył się w uśmiechu i podał mi przestygniętą kawę.

Kiedy pierwsi goście zaczęli się zbierać z urodzinowego przyjęcia, ja również stwierdziłem, że „muszę już lecieć”. Bo zakupy, bo projekt do dokończenia, bo tysiąc innych wymówek, by tylko podjechać do marketu, chwycić dwie, trzy puszki jakiegoś obiadu do podgrzania i butelkę lub dwie whisky.

– Pewnie, że wpadnę, mieszkam przecież niemal po sąsiedzku, w dzielnicy obok, dajcie tylko znać kiedy. – I już mnie nie było

 *   *   *

Fachowcy już trzeci dzień tańczyli z meblami po mieszkaniu mamy. Mniej lub bardziej sumiennie niwelowali nierówności podłogi w każdym pomieszczeniu, a ja z bratem mieliśmy pilnować, żeby było to bardziej. Zła wiadomość była taka, że same wykładziny, które na tych podłogach miały być położone wciąż nie dojeżdżały. Do dzisiaj.

– Niech syny rozłożą je na trawniku przed blokiem, to się trochę poprostują, a popołudniu będziem kłaść w pokojach. – stwierdził majster i wrócił do jednego z pomieszczeń.

  – Trzy całkiem spore bele pod naszą klatką schodową zostały rozwinięte i zalegliśmy z bratem na rozłożonych dywanach uzbrojeni w książki. Leniwe popołudnie, wakacje

– Dzień dobry. A prosę pana po co te dywany? – Młokos w rudej czuprynie bez dwóch górnych jedynek zagadnął do mnie.

– A to będą nowe dywany w domu twojej sąsiadki, a mojej mamy.

– A po co tu leżą?

– A żebym mógł się z bratem poopalać.

– Nieeeeee

– No poważnie, zobacz, i ja i brat leżymy bez koszulek.

– A ja też mogę?

– A nie lepiej żebyś pograł w piłkę z kolegami? – odezwał się mój brat, a ja nieco zganiłem go wzrokiem.

  Rudzielec nieco zawiedziony odszedł do grupki kolegów zbierających się pod sąsiednią klatką schodową.

– Co ty taki? Po co pogoniłeś dzieciaka? Nic ci nie robił. – odezwałem się z pretensją do brata

– Tak? A co pomyśleliby sąsiedzi jakby zobaczyli dwóch starych koni z dzieciakiem w krótkich spodenkach i bez koszulki, świetnie się z nim bawiących na gołe klaty? – odparował.

– Nie przesadzaj, chodź chociaż pokopać z nim w tą piłę.

  Podeszliśmy do grupki młodych i wyjaśniliśmy ku uciesze małolata, że właściciel rudej czupryny zaprosił nas na mecz. Szybko się podzieliliśmy na dwie drużyny i piłka poszła w ruch. Zanim fachury od podłóg przyszli pozbierać dywany zagraliśmy z przerwami chyba cztery „połowy”, a krzyku było przy tym co nie miara. Kilka mam zainstalowało się w oknach i zawzięcie kibicowało moment, lub dwa, a ze dwie nawet zeszły pod blok, by obserwować zjawisko z bliska.

– Mick, dawno takiego rajwachu na naszym podwórku nie było. A dzieciaki jakie wybiegane i zadowolone. Nie będzie marudzenia wieczorem. – zagadała do mnie jedna z nich.

 *   *   *

 

Mała Mi i Czesiek wpadli do domu jak przeciąg, rzucili pod ścianę swoje plecaki, które kompletnie bez potrzeby zabrali ze sobą na wycieczkę do kina i zaraz wybiegli na podwórko, gdzie czekały na nich dzieciaki sąsiadów. I super, w spokoju zacznę robić obiad, a potem zajmę się deserem. Sąsiadce już powiedziałem, że jej szkodniki też zjedzą u mnie.

  Za chwilę wpadła Mała Mi.

– Tato potrzebuję nożyczki!

Wskazałem na szufladę w kuchni, do której się dobrała, przy okazji zgarniając garść kolorowych słomek i jakieś postrzępione resztki wstążek, o których nie miałem pojęcia i już jej nie było.

– Tato, lejek!

– Lejek? – i znów mój palec wskazał jedną z szafek. – Tylko niech wróci cały! – krzyknąłem do jej pleców uciekających na podwórko.

I tak jeszcze kilka razy, po kolorową kredę, wycinanki i ku mojemu największemu zdziwieniu, tortowe świeczki.

Kiedy sprzątałem kuchnię i zmywałem pierwszą partię naczyń po przygotowywanym posiłku wpadł najstarszy z dzieci sąsiadów.

– Proszę pana, może pan do nas przyjść na podwórko, Czesiek i Mała Mi pana wołają.

– I nie mogli tego zrobić sami, tylko wysłali ciebie?

– No, właśnie nie.

Wyszedłem za posłańcem i stanąłem jak wryty.

Dzieciarnia stała w półkolu trzymając na kawałku sklejki ulepiony z piasku tort, przyozdobiony konfetti z kwiatów i wycinanek z powtykanymi świeczkami. Śpiewali mi sto lat. Był wrzesień. Urodziny miałem prawie pół roku temu.

 

 *   *   *

Siedziałem z Małym w knajpie i przy piwie i słonych orzeszkach opowiadaliśmy sobie o tym i o owym. Musiał przyjść moment, że konwersacja zeszła na kobiety naszego życia. Zawsze schodzi prędzej czy później. Żaliłem się mu, że chyba sobie wziąłem zbyt młodą, bo co poruszę temat potomków, to odprawia mnie z kwitkiem twierdząc, że to zbyt wcześnie.

– Cholera! Przecież zaraz poniosę na barkach trzeci krzyżyk, to chyba już pora? – zawyrokowałem z pretensją.

– Może tak, może nie. Daj się kobiecie wyszumieć, niech poużywa życia. – odparował Mały.

– Jak do tej pory się nie wyszumiała, to ja już nie wiem, kiedy miałoby to nastąpić, aż tyle młodsza ode mnie znowu nie jest. Ja naprawdę nie mogę doczekać się tego, żeby zostać tatą. Od zawsze o tym marzyłem.

– A o tym, żeby być mężem, też marzysz od zawsze? – rzucił poważnie mój kumpel.

– Przecież jedno z drugim idzie w parze, to nierozerwalne jest.

  Okazało się, że nie jest. Niestety.

XVI Porażka klona

anio

Do przejechania dwadzieścia dwa przystanki, jakieś czterdzieści, może czterdzieści pięć minut. Ze stacji do polskiego kościoła jakieś pięć minut spacerem, w sam raz na papierosa. Dowiedziałem się, że największa ilość spotkań AA jak świat długi i szeroki odbywa się w przykościelnych salkach,. Nie jest to regułą, natomiast niejako naturalną konsekwencją tego czym jest wspólnota Anonimowych Alkoholików. Przynajmniej w pewnym sensie.

Wystartowałem od Góry i Lufki z drobnym zapasem czasu na wypadek gdybym zabłądził, czy miejski transport miał mnie jakoś zawieść. Generalnie, po prostu nie lubię się spóźniać. Znalezienie kościoła nie zajęło mi za wiele czasu. Zdążyłem zapalić jeszcze jednego papierosa, tym razem w towarzystwie kilku jegomości, jak słusznie przypuszczałem, również czekających na to co ja, z tą drobną różnicą, że oni nie po raz pierwszy. Przywitałem się z nimi i zapytałem czy to tu, na co niemal chórem mi odpowiedzieli, że jestem w dobrym miejscu, a jeden z nich dodał, że jeśli mam ochotę to mogę już się udać na miejsce, a tam ktoś zrobi mi kawę lub herbatę i poczęstuje czymś słodkim. Miło.

Dookoła stołu siedział tuzin osób i co kilka chwil dochodziły następne, uzbierało się lekko ponad dwadzieścia witających się ze sobą z uśmiechem i podając dłonie, przytulając i klepiąc po plecach. Kiedy ten drobny tłum się schodził przestudiowałem dwanaście kroków i dwanaście tradycji AA, rozwieszonych na sporych plakatach wiszących na ścianach za rzędami krzeseł. Co i rusz odwołanie do boga. W świetlicy przykościelnej. Nie podobało mi się to. Przyszedłem tutaj szukać pomocy w trzeźwieniu a nie zbawienia. Walczyłem ze sobą by wstać i wyjść, uznając całą moją wyprawę za bezsensowną pomyłkę.

Równo o pełnej godzinie jedna z osób podniosła ze stołu dzwonek i ogłosiła rozpoczęcie spotkania
– Witam wszystkich na mitingu AA, mam na imię Wojtek i jestem alkoholikiem, mam zaszczyć poprowadzić dla nas dzisiejsze spotkanie. Proszę wszystkich o powstanie do modlitwy.

O cholera! Poważnie? Gdzie ja trafiłem?! Miał być miting AA, a to serio jest zebranie jakiejś przybudówki do katolickiej sekty. Zerknąłem w stronę drzwi od których dzieliło mnie nieco zbyt wiele osób by wymknąć się niezauważonym.

Wszyscy podnieśli się z krzeseł i uformowali wokół stołu zamknięty krąg łapiąc się za ręce.
– Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego. – wyrecytowali zgodnym chórem, po czym na powrót zajęli swoje miejsca.
– Mam na imię Wojtek i jestem alkoholikiem – powtórzył prowadzący – na dzisiejsze spotkanie zaproszenie przyjął Andrzej, za chwilę po odczytaniu preambuły AA oddam mu głos, by podzielił się z nami swoją nadzieją, siłą i doświadczeniem.
– Mam na imię Andrzej i jestem alkoholikiem, – odezwał się mężczyzna, który jak mi się wydaje mógł być moim równolatkiem – dziękuję grupie za zaproszenie i chęć wysłuchania mnie.
Czysty, ogolony, dobrze ubrany, w nieprzypadkowo do siebie dobrane spodnie, koszulę i marynarkę. Jeśli nie elegancja, to na pewno wyważona estetyka. Mógłbym bez pudła odgadnąć jego wiek, lecz nutę zwątpienia zasiewały bruzdy na jego twarzy i zniszczone ręce. Jak się okazało w trakcie jego opowieści, pamiątki po długich tygodniach dni i nocy spędzanych w prymitywnych schronieniach naprędce kleconych w cudzych ogrodach, parkach miejskich, bądź wręcz pod gołym niebem.

Facet zaczął opowiadać swoją historię. Skupił się na, nazwijmy je, momentach zwrotnych swojego życiorysu, głównych motywach nim kierujących, i najczęstszych schematach jakie brały górę w jego postępowaniu. Miałem wrażenie, że nie opowiadał swojego życiorysu, tylko mówił o mnie. O kipiącej we mnie złości, niby na ex, a tak naprawdę na cały świat, oczywiście wyłączając siebie. O wszystkich możliwych usprawiedliwieniach dla swoich postępków, o kłamstewkach i kłamstwach mających mnie wybielić w czyichś oczach, również w swoich własnych. O ogromnym poczuciu winy budującym się przez lata, i przez lata podejmowanych próbach przykrycia go poczuciem krzywdy. O znoszeniu swojego spojrzenia w lustrze i zakładaniu maski z dobrą miną do fatalnej de facto gry. O stopniowym odsuwaniu się od znajomych oraz rodziny, traceniu sensu a przedtem dorobku swojego życia, pracy, wszystkiego po kolei. Wszyscy zebrani w skupieniu słuchali jego opowieści i tylko od czasu, do czasu, milcząc kiwali głowami przytakując. Opowiadał też o nich.

Każdy alkoholik w swoich oczach jest kimś jedynym i wyjątkowym, najważniejszym i bezapelacyjnym pępkiem świata. Im dłużej się tak oszukuje, tym dłużej trwa zanim zacznie się leczyć z tej paskudnej choroby. Bywa, że wierzymy w to do śmierci, bardzo rzadko z przyczyn naturalnych, bywa, że wierzymy w to nawet po zaprzestaniu picia. Dlatego tyle boga w dwunastu krokach, w tradycjach, w całym ruchu AA. Boga, jakkolwiek go pojmujemy.
Istota AA nie polega bynajmniej w zachęcie do zaprzestania picia i utrzymania abstynencji. Nie jedynie. Nie polega też na nawrócenie się na „ścieżkę pana”, rozumianego jako brodatego dziadka siedzącego na chmurze i bacznie obserwujących nas z góry. Tak naprawdę chodzi o zachętę do, tak bardzo niemodnego dzisiaj, rozwoju duchowego. Spojrzenia w głąb siebie i dostrzeżenia swoich błędów, nazwania ich i zaakceptowania potknięcia i upadku. O dostrzeżenie swoich dobrych stron, dzielenia się nimi, pomagania sobie i innym, by z ich pomocą nie upadać już więcej.

Miting dobiegł końca a ja siedziałem i pozwoliłem by powoli dochodziło do mnie to, czego właśnie byłem świadkiem. Dwudziestu paru wykolejeńców życiowych z uśmiechem na ustach podchodziło do mnie, każdy pytał czy czegoś mi nie potrzeba, czy nie zostawię mu, czy jej numeru telefonu oferując swój, zaznaczając, że jeśli tylko będę w dołku czy potrzebie mam koniecznie zadzwonić. Jeśli będę chciał pogadać o pogodzie to też. Nie potrafiłem nic powiedzieć tylko potakiwałem głupkowato się uśmiechając. W końcu wydusiłem z siebie:
– Bardzo miło mi było was wszystkich poznać. Dziękuję za miłe przyjęcie.
– Marcin, alkoholik – powiedział i podszedł jeden ze stałych bywalców mitingu – cieszymy się, że ci się podobało, proszę byś przestrzegał pewnej reguły jaka nas wszystkich obowiązuje we wspólnocie AA. Zanim się wypowiemy w jakiejkolwiek kwestii, najpierw się przedstawiamy.
– Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

XV Sieć

Zrzut_ekranu_2019024_o_10.39.26

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Najpierw piłem na smutki, zalać ten cały żal, tę niesprawiedliwość. Potem piłem dla zabawy, ja wam wszystkim pokażę, że nikt i nic nie jest w stanie mnie złamać. Na koniec piłem, bo musiałem. Nie potrafiłem spędzić dnia bez alkoholu. Z początku nie mając tego świadomości, a kiedy ta przyszła, piłem dalej mając ją głęboko w dupie. Nie wspominam tu oczywiście o normalnym piciu alkoholu sprzed własnych wieków ciemnych.

Kiedy do mnie w końcu dotarło w którym miejscu się znajduję, już na niczym mi nie zależało. Prawie. Nigdy nie pogodziłem się, i nigdy się nie pogodzę, z tym, że pozwoliłem sobie przestać być tatą.

Tak jak, na początku, moje życie towarzyskie, jeśli nie kwitło, to przynajmniej było w porządku, tak im dalej w las, tym więcej drzew, a towarzyszy mniej. Coraz mniej interesowało mnie spędzanie czasu z ludźmi, coraz bardziej z butelką. Opuszczanie mojej osobistej faweli zarezerwowane było na naprawdę wyjątkowe wydarzenia, lub po prostu gdy już kompletnie wstyd było odmawiać i wykręcać się kolejny raz.

Wolałem pić sam, w domu przed telewizorem. Przechylałem szklankę bez potrzeby szukania zbędnych kompromisów co do tempa picia, czy rodzaju alkoholu, bez pijanej gadki towarzystwa, powtarzania tych samych historii po raz któryś. Bez bandy pijaków i wszystkich kłopotliwych sytuacji z nimi związanych. Bez zagrożenia bycia kłopotliwą sytuacją, więc i bez wyrzutów sumienia. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Moja rodzina mimo że zdawała sobie sprawę z tego, że mam problem z alkoholem, nigdy nie miała pojęcia o skali mojego nadużywania. Wiedzieli, że popijam, nie zdawali sobie jednak sprawy jak bardzo. Kiedy przylatywałem przez te wszystkie lata do dzieci, prawie wcale przy nich nie piłem, a już na pewno nigdy nie upijałem się. Piwo na rodzinnym grillu, toast na urodzinach cioci, lampka wina do proszonego obiadu. Na wspólnych imprezach bez dziatwy, zawsze wiedziałem kiedy powiedzieć sobie dość, podziękować i zmyć się do domu grzecznie żegnając gospodarzy i resztę towarzystwa. Oczywiście gwóźdź do kaca wychylałem w domowym zaciszu. Potem wprowadziła się panna Zazdrosna, a imprezowanie z nią było moim najzwyklejszym w świecie alibi na kilka głębszych więcej.

Tak czy siak, komfort picia w Kraju Przodków, a komfort picia na Wyspie Prosperity były nieporównywalne. Tam, z dala od ojca i matki, od ex, od nieświadomych czegokolwiek dzieciaków, od wszystkiego i wszystkich, którzy choćby swoją obecnością mogli zburzyć mój błogostan spożywania odbijałem jedną flaszkę po drugiej. Przez sześć lat, dzień w dzień, nie licząc naprawdę drobnych wyjątków i sytuacji wspomnianych wyżej.

Dopiero w Ośrodku dowiedziałem się jak ogromne szczęście miałem, jaki wielki fart towarzyszył mi przez cały ten czas, przy każdym łyku wódki i pomiędzy nimi wszystkimi. Nic dziwnego, że w lotto nie trafiam nawet trójki, limit fuksa mam wyczerpany przez swoje pijaństwo. Ani razu nie przytrafiła mi się padaczka alkoholowa, a przecież każdy urlop w Republice Wyklętej to chwilowa przerwa w piciu, lub co najmniej drastyczny i dłuższy spadek obecności alkoholu we krwi, co jest pierwszą i najczęstszą przyczyną jej wystąpienia. Ani razu nie zdarzyły mi się omamy, żadnego delirium, nic! Gdy zbadali moje podroby, może nie były w stanie idealnym, ale najmłodszy też nie jestem, w dodatku palacz na kawalerskiej diecie. Okazuje się, że moje możliwości regeneracyjne są jeszcze całkiem spore, bo nic nie wskazywało na długotrwałe nadużywanie alkoholu. Nawet uzębienie mam w stanie niemal idealnym, odbić kamień i gotowe. Żadnego złamania, obicia, czy wstrząsu mózgu, co najwyżej kilka siniaków lub zadrapań, tyle.

Gorzej z rodziną. Nie żeby nabawili się marskości wątroby przeze mnie. Nie. Można by powiedzieć, że w zasadzie nic się im nie stało, bo niby jak? Ano tak, że mnie kochają. Uzmysłowiły mi to pewne zajęcia w czasie tych dwóch miesięcy „w zamknięciu”.

Mój kumpel z oddziału, tak jak wielu z nas o ile nie wszyscy, nie bardzo dawał sobie powiedzieć, że pijąc mamy destrukcyjny wpływ na tych, którzy nas otaczają. Im bliżej nas, tym bardziej, i to bliżej nie ma tu wyznaczać metrów i kilometrów, lecz siłę uczucia, więź. Truizm, ale warto mi było zwrócić uwagę na to ” tym bardziej”. Wiedziałem, że moi rodzice i rodzeństwo się wkurzają, że załamują ręce, bo marnuję się, swój czas i możliwości, martwią się. Tak ja to widziałem. Na jednych z wielu zajęć pokazano mi jak to wygląda z ich strony.

Marvel został obwiązany linką w pasie i postawiony na środku sali, a spośród nas wszystkich wylosowano osoby które mieli wcielić się w mamę, tatę, partnerkę, dzieci, rodzeństwo itd. Wszystkie ważne osoby z jego życia. Mój kolega miał je rozstawić po sali według jego siły więzi z poszczególnymi najbliższymi, bliżej, dalej, osobno, w grupie… Migotka również ich oplotła linką, której koniec był zawinięty dookoła pasa Marvela. Powstała swego rodzaju sieć, której centrum-pająkiem był właśnie on.
– Mama idzie do pracy, siostra z dziećmi do przedszkola, a Ty Marvel jak codziennie rano do sklepu po piwo. – zakomenderowała Migotka. – Tam jest praca, tam przedszkole a tu sklep. – Wskazała. – Ruszajcie!
Rozpoczął się przedziwny taniec powiązanych ze sobą postaci. Pijany taniec. Nikt nie mógł dać swobodnego kroku w obranym kierunku. Co próba to wahnięcie, co krok to wyraźne zboczenie z kursu. I przeciąganie liny pomiędzy postacią w centrum a całą resztą, jego z wszystkimi na raz.
Po sekundzie łzy stanęły mi w oczach i chciałem uciec z sali. Jak to?! Przecież ja piłem sam, z daleka od nich wszystkich. Nie widzieli jak się zataczam po mieszkaniu, nie mieli pojęcia o butelkach walających się dookoła łóżka. A dzieciaki? One przecież nie mogły sobie nawet zdawać sprawy, że ich stary regularnie się upija do upadłego, bo przy nich nigdy nic. Zawsze nawet czekałem z wódą zanim nie skończymy rozmawiać na skype, póki matka jeszcze im na to pozwalała.
– Ile mają lat twoje dzieci? – zapytała Buka.
– Osiem i jedenaście.
– Ile czasu pijesz? – padło kolejne pytanie.
– Jakieś sześć lat, siedem.
– Wiedzą. Wszystko wiedzą, a na pewno się wszystkiego domyślają.
Nie musiałem pić przy nich, wystarczyły roztrzęsione ręce przy obiedzie. Z każdym moim przyjazdem coraz bardziej zaczerwieniona twarz. Rodzicielskie reprymendy wydawane przyciszonym głosem za każdym razem podczas proszonych obiadów u rodziców, czy podczas wizyt dziadków u nas. Smutne spojrzenia pełne rezygnacji jakimi obdarowywało mnie moje rodzeństwo.
Wcale nie takie trudne puzzle do poukładania. Wcale.

XIV Prezenty

lakier

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Kilka dziewczyn z bezcłówki na lotnisku już mnie kojarzyło. Zawsze przed odlotem, a śmigałem sześć, siedem, czasem nawet osiem razy w roku, kręciłem się po butikach z kosmetykami i mazidłami dla pań. Dobierałem pasujące do siebie szminki i lakiery do paznokci. Małe hop-siup-dyrdum mojej narzeczonej. Małe „pamiętam i myślę o Tobie” ode mnie dla niej. Zawsze zaś omijałem stoiska z alkoholem, z prostej przyczyny, monopole w kraju są znacznie tańsze. Jestem pragmatykiem.

Moje częste-nieczęste wypady do kraju przodków miały dokładnie zaplanowane, dość powtarzalne scenariusze. Nocny przyjazd z lotniska do domu, szybki prysznic i próba zaśnięcia na trzeźwo. Wycieczka po Cześka i Małą Mi do Paranoi. Obiad u babci razem z nimi i ze Złośnicą, i Paszociągiem, jak już był z nami oraz podwieczorek u dziadka, względnie na odwrót. Wódka wieczorem z Prawym, moim najlepszym przyjacielem. Pomiędzy tymi żelaznymi punktami programu, dochodziły urodziny dzieci, jakieś grille, wielkanocne jajeczko, i choinka z gwiazdką na czubku. I wódka tu lub tam, zawsze razem z nią, lecz nigdy, kiedy Mała Mi i Czesiek zostawały ze mną na noc.

Najczęściej zrywałem się na lotnisko prosto z pracy w czwartki, a z mojego miasteczka wyjeżdżałem w poniedziałkowe popołudnie, by po północy wylądować w swoim łóżku w Molochu na Wyspie Prosperity. Ot, długi weekend.

Od czasu kiedy związałem się ze Złośnicą wszyscy czuli się jakby wakacje trwały cały rok a słońce bez przerwy unosiło się wysoko na bezchmurnym niebie. Ze mną włącznie, o ile nie na czele. Ex najpierw całość dezawuowała, potem sypała piach w tryby, by na koniec pogratulować urodzin Paszociąga i się zamknąć, przynajmniej na dłużej. Czesiek i Mała Mi cieszyli się jak zwykle i dodatkowo z braciszka. Ja czułem się jakbym wygrał na loterii i w bonusie postanowiłem ograniczyć picie, co udawało mi się z mniejszym lub większym skutkiem. Przeważnie z mniejszym, co tylko nieco zadowalało narzeczoną, w przeciwieństwie do familii, która była choć tą drobną zmianą ukontentowana.

Mama mojego najmłodszego synka wprowadziła się do mojego mieszkania w kraju przodków na długo przed jego urodzinami. Syndromu wicia gniazda dostała nim nawet został poczęty. Ściany musiały zmienić kolory, jedna po drugiej, zamiast paneli powinny być wykładziny, najlepiej też byłoby zmienić fronty szafek kuchennych. I blat. Nie uśmiechało mi się wprowadzać te wyliczone zmiany w życie na nieco ponad rok po generalnym remoncie, o aspekcie finansowym przedsięwzięcia nie wspominając. Mimo to raz i drugi puszki z nowymi farbami pojawiły się w domu, a ja część urlopowego, długiego weekendu poświęciłem na machanie pędzlem i wałkiem. Nie muszę dodawać, że nagrodą po dobrze wykonanej pracy każdego wieczoru był całus i spacer z Jasiem Wędrowniczkiem. Pozwalała mi, nierzadko biorąc współudział, i to na równych ze mną prawach.

Mimo dobrze, i dla niej wykonanej pracy, miałem drobny niesmak. Mogłem na to bez przeszkód i samodzielnie poświęcić kilka godzin przez dwa popołudnia i wieczory, natomiast kilka tygodni wcześniej próba zrobienia mojej córce tortu urodzinowego skończyła się awanturą.
– Jak ty to sobie wyobrażasz, że będziesz robił tort a ja będę siedziała i oglądała jakiś film? Ty będziesz wycinał jakieś pomarańczowe roboty z durnych filmów a ja co? Może jeszcze mam z tobą stać cały wieczór przy kuchennym blacie? Zamów i koniec! A tego Bibiejt to ci wydrukują na torcie w piekarni.

Zawsze tego typu pretensje i rozkazy po kilku próbach przekonania do swojej racji zbywałem jako rzeczy niekonieczne, nie niezbędne. Jasne, że da się bez tortu upieczonego samodzielnie zrobić dziecku urodziny i żyć. Jasne, że fajnie jest spędzić ze sobą więcej czasu w przytuleniu i nie tylko. Wszystko jasne, ale…

Z drugiej strony, zachowanie Złośnicy Zazdrosnej i sprzeczki tym wywoływane były dla mnie idealną wymówką do zastanowienia się nad pełną szklanką, czy aby ja dobrze sobie kobietę wybrałem, albo wręcz po prostu, powiedzenia sobie, ach te baby, pieprzyć to i wlać w siebie kolejną porcje wódki. Oczywiście nie przy niej, tylko już w domu, po powrocie zagranicę, podczas kolejnych długich, samotnych wieczorów.

Abyśmy spędzali ze sobą jak najwięcej czasu, gdy ja nie mogłem lecieć ze względu na ograniczenia urlopowe, kupowałem Złośnicy bilet do siebie. Chciałem ją poznać ze swoimi przyjaciółmi, pokazać jej swoje ulubione miejsca, pokazać jej życie tutaj i zauroczyć Molochem w nadziei, że się do mnie przeniesie wraz z synkiem z poprzedniego związku i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Niestety ani nie spodobało jej się miasto, nawet jedno z tych miejsc nie zrobiło na niej wrażenia, ani znajomi, zbywała ich wspominanie machnięciem ręki i cieniem grymasu na twarzy. Po wielu gorących dyskusjach stanęło na tym, że to ja pozamykam swoje sprawy na Wyspie i wrócę na stare śmieci.

Miała świadomość, że nie stanie się to z dnia na dzień. Musiałem zakasać rękawy i łapać się dodatkowych zajęć, aby pospłacać kredyty, zarobić na adwokata i rozprawić się z horrendalnymi alimentami wywalczonymi przez Paranoję. Obiecałem też, że „zrobię coś” ze swoim nałogiem. Oczywiście żadne z nas wtedy tego tak nie nazwało, to było zwyczajne, nadmierne popijanie. Eufemizm, kłamstwo.

Wziąłem się do roboty, ale z czasem mój zapał jakby stygnął. W ramach przekupstwa za ciągłe, nieznaczne opóźnienia w realizacji planu ofiarowałem jej co i rusz kwiaty i co sobie zażyczyła. Sandałki na lato za cenę która i na wyspowych półkach robiła wrażenie, jakiś perfum, bluzeczkę, tablet bo laptop się popsuł, czy wyjazd na drugi koniec Rzeczypospolitej, na wesele do jej przyjaciela. Koszty tego ostatniego okazały się absurdalnie wysokie. Bynajmniej, nie finansowe.
– Co ty na to byśmy zostali po weselu w górach, trasa i tak już będzie zrobiona, jeden, góra dwa noclegi, sami, bez dzieciaków…?
– Wszystko fajnie, ale w poniedziałek odbieram malce od Paranoi, gdybyśmy zostali musiałbym z nią walczyć o odroczenie na co najmniej jeden dzień. Wiesz jaka ona jest. Powiedzieć, że nie będzie zadowolona, to nic nie powiedzieć. Skończy się w sądzie za niedotrzymywanie ustaleń w kwestii widzeń.
– Ja pierdolę! To jest jeden dzień naszych wakacji a ty będziesz robił to co ona chce?! Nie ważne co ja bym chciała, ważne czego życzy sobie twoja była. Do końca życia będziesz jej się słuchał?
– Kochanie, ale ja mam dokument w dłoni, który mnie do pewnych rzeczy zobowiązuje.

Wziąłem to na klatę. Po burzliwej dyskusji z byłą żoną, kiedy starałem wykręcić się od jednego dnia opieki nad dziećmi, do wtóru jej złorzeczeń zapakowaliśmy galowe trzewiki i wieczorowe ciuchy i na autostradę. Dzieciom potem skłamałem, że musiałem znaleźć się na rozmowie o pracę gdzieś tam w głębi kraju, co mam nadzieję przyśpieszy mój powrót do kraju na stałe. Pierwszy raz okłamałem Małą Mi i Cześka. Ta rozmowa o pracę odbyła się wcześniej i przez skype, i nie przyniosła żądanego skutku.

Zostaliśmy w górach po weselu raptem jeden dzień dłużej. Wystarczyło. Po kilku miesiącach mielenia pozwu przez tryby sądowej machiny otrzymałem wezwanie na sprawę. Niewypełnianie ugody w kwestii kontaktów z małoletnimi. Wśród szeregu wydumanych zarzutów był jeden prawdziwy, potwierdzony zdjęciami z wesela i wycieczek dookoła skoczni, na której nie tak dawno Adam Małysz zdobywał złote medale. Złośnica wysłała wszystkie dowody na to że okłamałem Paranoję i dzieci wprost na skrzynkę mejlową tej drugiej. Mimo, że tak naprawdę dostałem za swoje, byłem zdruzgotany. Nie ma zbrodni bez kary.

Od początku budowałem związek na niedomówieniach i drobnych kantach. Najromantyczniejsza historia świata związała ze sobą dwoje kłamców, oszustów grających w kto kogo bardziej. Zamiast rzucić picie i zacząć rzetelnie rozprawiać się ze sobą i swoim nałogiem, bezustannie mydliłem jej oczy odsuwając w nieskończoność moment przeprowadzki, odrzucenia butelki i zajęcia się rodziną. W zamian dostałem czułe słówka i gesty mające odsunąć mnie od dzieci z pierwszego związku, a gdy się na to nie godziłem, odwrócić mój wzrok od na chłodno przygotowywanego ciosu w plecy z opóźnionym zapłonem. Nie jedynego.

XIII Punkt bez powrotu

Zrzut_ekranu_20190131_o_11.45.33
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Alkohol u mnie w domu był prawie zawsze. Butelka, lub dwie małego piwa w lodówce. Wino, białe dla niej, czerwone dla mnie. Czasem do obiadu, czasem po, innym razem wieczorem. Wódka i martini, gin, tequila, whisky. W zasadzie nic nadzwyczajnego, norma.
Kiedy jakiś czas po narodzinach drugiego dziecka nasz związek zaczął się sypać i coraz częściej wieczory spędzaliśmy na słownych przepychankach, ten alkohol zniknął. Coraz rzadziej wpadali do nas goście, których można by nim ich poczęstować. Znikał, bo coraz częściej ja sięgałem po niego, więc nawet gdyby goście się zjawili, powstałby się dylemat – kawa, czy herbata?
W nudnym życiu pary na dorobku niewiele się dzieje, niewiele więc jest nowych wątków, jakie można by wpleść w rozgrzaną wymianę argumentów. Im bardziej te kłótnie stawały się nudne, tym bardziej były frustrujące. Im bardziej ona starała się podkreślić swoje racje, ja tym bardziej miałem to gdzieś. Im mocniej okazywałem swą ignorancję, tym bardziej ona chciała postawić na swoim. Zaklęliśmy naszą waśń w diabelski krąg, wypychając to co kiedyś nas połączyło jak najdalej za ring, by przypadkiem nie złapać tego choćby kątem oka.
Znając scenariusz wydarzeń każdego kolejnego wieczoru, zaopatrywałem się coraz częściej w
piersiówkę swojej ulubionej łychy i z każdym wyrzutem Paranoi a swoim kolejnym łykiem stawałem się bardziej głuchy. Tak mijały miesiące, a ja zacząłem być gościem w swojej sypialni. Kupiłem nawet rozkładaną sofę, bo ta w salonie średnio nadawała się do spania.
Kiedy Paranoja zniknęła wraz z dziećmi, moje urażone ego wyło o zemstę. Kobieta, która urodziła mi dwójkę dzieci zabrała mi je i mnie zostawiła. Mnie, inteligentnego, czułego i szarmanckiego, wygadanego i dowcipnego. Przecież to nie mogła być prawda! A jednak była. Musiałem jej pokazać, kto tu jest najlepszy, i że takich jak ona mogę mieć na pęczki. Zacząłem wieść iście kawalerskie życie i stałem się seryjnym monogamistą.
Przez moją sypialnię zaczęła przewijać się mała armia kobiet. Zawsze, tak jak i ja, lekko podlanych fikuśnym drinkiem. Kilka spotkań, kilka głębszych, kilka nocy, i kiedy tylko wyczuwałem, że dana pani ma zamiar mnie kompletnie uleczyć z samotności, rozwodu i tęsknoty, grzecznie przypominałem, że nie taka była umowa i tłumaczyłem, że nie zadzwonię, i zaczynałem się rozglądać za kolejną. Friends with benefits only.
Tak rozpędzony zrywałem kolejne kartki z kalendarza i koronkową bieliznę z kolejnych bioder. Whisky i wszystko inne z procentami stanowiło jeszcze element zabawowy, antidotum na nudę, złość i jakiego innego jeszcze usprawiedliwienia chciałbym użyć. Jakiekolwiek by nie było, skutkowało jedynie ciągiem dalszym, nawet bez prób refleksji nad tym co robię.
Nie zastanawiała mnie wtedy ani ilość wypijanego trunku, ani częstotliwość sięgania po niego. Dzisiaj wiem, że to był moment krytyczny, ostatnia chwila by się opamiętać przed przekroczeniem punktu, po którym nie ma już powrotu.
Wśród tych kobiet, które były częstszymi, czy rzadszymi gośćmi w moim domu, znalazła się Lady GaGa. Fascynująca artystka, również po swoich własnych przejściach matrymonialnych i z odchowanym narybkiem. Polubiliśmy się, jak mi się wydawało, i żyliśmy przez pewien czas niemal jak zwyczajna para. Nigdy nie robiła mi wyrzutów z powodu imprezowania. Czasem tylko napomknęła, że marnuję czas, pieniądze i emocje, i trwała przy mnie. To co wydawało mi się lubieniem, z jej strony okazało się być czystą, bezwarunkową miłością, z czego zdałem sobie sprawę po czasie i dużo za późno. To dzięki jej opiece moja niecna przygoda z pijaństwem skończyła się w szpitalu, a potem u Góry i Lufki, a nie na cmentarzu. Do dzisiaj słyszę od niej ciepłe słowa i dostaję wsparcie nie do przecenienia.
Wtedy zacząłem dopuszczać do siebie myśl, że chyba przeginam z piciem, ale zastanowienie takie przychodziło tylko czasem, po co którymś kompletnie pijanym weekendzie, kiedy wstanie w poniedziałkowy poranek do pracy wymagało ode mnie niemałej dawki heroizmu. Raz i drugi przemknęło mi przez głowę, że mógłbym dla niej zaprzestać regularnych zabaw butelką. Nawet próbowałem jej się oświadczyć. Oczywiście nie tak jak się to powinno robić, na opak i kompletnie od czapy, tak jak dyktuje alkohol a nie zdrowy rozsądek. Magia chwili po kilku toastach, nie mająca wiele wspólnego z rzeczywistością. Całe szczęście była mądrzejsza i mnie spławiła, kręcąc przy tym głową z mieszaniną rozczarowania, smutku i zapewne zażenowania.
Co ja zrobiłem w zamian? Postanowiłem sobie znaleźć kobietę wpatrzoną we mnie jak w obrazek, która będzie stać za mną murem, choćby nie wiem co, i gotową urodzić mi dziecko. Chciałem być ojcem, przeżyć swoje ojcostwo z jakiego ograbiła mnie ex. Odprawiłem ją więc, powiedziałem GaDze, że już nie zadzwonię. Pozbyłem się kobiety, której właśnie chciałem szukać.

XII Weekend

50808949_227140881567776_1231873435982888960_n

Mam na i mie Mick i jestem alkoholikiem.

Piątek, piąteczek, piątunio! Niegdyś oddech po tygodniu. Czas na spłukanie z siebie wszelkich brudów i ładowanie baterii. Sama świadomość spędzenia czasu z rodziną unosiła. Nie rozpoczynało się dnia od buziaka na do widzenia, tylko grupowym leniuchowaniem w łóżku. Śniadanie, kawa, bajki, czytane i oglądane, bez pośpiechu.

Wyjście na zakupy było peryferyjną koniecznością, a nie punktem weekendu. Zawsze ważniejsze było odwiedzenie parku, przynajmniej dla mnie, jednego z bezliku jakie oferuje Moloch. Muzeum, galeria, czy po prostu spacer po mieście, jego ryneczkach i deptakach, gdzie zawsze jakiś magik wyciągał królika z kapelusza, czy innego gołębia z rękawa. Nie tylko malce miały z tego radochę.

Nawet tak prozaiczne czynności jak zmiana pościeli, pranie, czy nawet te nieszczęsne zakupy, były przyczynkiem do zabawy. I znów, dla mnie. Dzieci też nigdy nie protestowały, nie byliśmy jednak demokracją, a już na pewno nie pajdokracją, ich głos się więc nie liczył, mój zaś był kwestionowany.

Tego mi najbardziej brakowało, kiedy Paranoja zapakowała dzieci i wyprowadziła się do mamusi. Przestawałem lubić weekendy. Przez jakiś czas próbowałem takich wypadów ze znajomymi, ale co raz rzadziej udawało mi się ich namówić. Jeśli jednak dawałem radę, najczęściej lądowaliśmy w jakimś pubie. Nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało. Zabawa to zabawa. Z dziećmi inaczej, ze starszakami inaczej, naturalnie.

Dopiero jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że już wtedy wlewałem w siebie za dużo. Nie ja jeden oczywiście, lecz jako jedyny nie wracałem do domu do obowiązków. Bo niby jakich? Nawet rytualne odkurzanie i pranie mogłem zrobić kiedy indziej. Zakupy? Zawsze uważałem je za upierdliwą konieczność, poza tym, teraz byłem sam, lodówka nie musiała być pełna frykasów dla dzieci. Ja zadowalałem się byle czym. Najczęściej, byle czym z piwem.
Kiedy w czasie takiej biesiady na mieście po kolei włączał się nam sygnał alarmowy „dosyć na dzisiaj” i się rozchodziliśmy do domów, ja zacząłem zahaczać o monopolowe. Bo za wcześnie żeby iść spać, a z resztą jutro mogę pognić w łóżku choćby cały dzień. I tak w drodze powrotnej i w domu przed telewizorem się dopijałem. Nie będzie mi żadna baba swoim brakiem wjeżdżała na głowę z żalem, smutastwem, i nosem na kwintę. Będę się bawił! I to bawił się dobrze!

Nie bawiłem się dobrze. Zaczęły przychodzić do mnie mary i demony. Rozsiadywały się w mojej sypialni wygodnie i szczuły w bezsenne noce.
– Jesteś beznadziejny! Kobieta cię zostawiła! Tuż przed pierwszą rocznicą ślubu. Rozumiesz? Ty atrapo faceta!
Nie chciałem tego w mojej głowie, a jedyny sposób jaki znałem by te głosy uciszyć, to spić się do snu, do odcięcia. Praktykowałem to coraz częściej, potem jeszcze częściej, a na koniec stało się to moją codziennością.

Zacząłem nienawidzić weekendy. Odpuściłem sobie znajomych, odpuściłem wyjścia nawet do kina. Z domu ruszałem się tylko wtedy, gdy wiedziałem, że będzie bal samców i każdy sobie pofolguje. Przestało mnie interesować dopijanie się po firmowych rautach i urodzinowych spotkaniach ze znajomymi, więc przestałem na nie chodzić. Wolałem zamknąć się w swoich czterech ścianach i z niezmąconym spokojem konać na raty katując się alkoholem.

Przez ostatnie dwa lata mojego pijaństwa nawet w weekendy mogłem sobie pozwalać na wszystko bez najmniejszych nawet prób kontrolowania siebie. Paranoja zabroniła Małej Mi i Cześkowi korzystać ze Skypea oraz odbierać telefony ode mnie, z resztą trwa to do dzisiaj, więc nie miałem żadnej motywacji by w trzeźwości oczekiwać tych kilku chwil z nimi przed monitorem komputera. Cały świat odpoczywał kończąc tydzień, ja piłem na umór.

Nie muszę nikomu zdradzać, że wcale nie pomagało mi to w poprawie samopoczucia. Wręcz przeciwnie, z każdym tygodniem było gorzej. Miałem dość siebie, miałem dość świata, życia. Wiem, może to brzmi jak tani dramat, ale jak ma brzmieć coś, bez przerwy podlewane twardym alkoholem? Obawiam się, że wachlarz wyboru jest nader wąski, a ja świadomie zawężałem go sobie jeszcze bardziej. Nigdy nie starczyłoby mi odwagi by sobie podciąć żyły, czy się powiesić. Chojrak napędzany czterdziestoma oktanami okazał się być tchórzem, i to na pół gwizdka. Postanowiłem się zapić na śmierć i swoje postanowienie bardzo konsekwentnie realizowałem, aż znalazłem się w szpitalu.

Exy bardzo dobrze wiedzą o tym, że dzieci są moją największą miłością i największą słabością. Robiąc wszystko, by stawiać możliwie jak największe zasieki między malcami a mną, uparcie pchają mnie na krawędź depresji i w objęcia wódki. Nie przebierają w środkach, by mnie złamać i udowodnić całemu światu, że tak jak nie zasługuję na nie, nie zasługuję też na ich dzieci.

Ja mam zamiar udowodnić, że swoje dzieci kocham.

XI Zastępstwo

klocki

XI

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Muzyka na full za drzwiami zamkniętymi na klucz. Ciężka. Przestrojone gitary rzęziły gęsto, aż drżały szyby, zapewne w całym budynku. Jeśli któryś z sąsiadów chciałby zgłosić mi swój sprzeciw, nawet nie musiałbym go ignorować. Nie było najmniejszych szans bym usłyszał pukanie. Ba! Bym usłyszał walenie do drzwi.

Otoczyłem się szczelnie ścianą dźwięku i umościłem się w środku. Nie mam pojęcia na jak długo. Płyta leciała w kółko, a ja leżałem w sypialni na łóżku otulony kocem jak kaftanem bezpieczeństwa. Uspokajałem się, a spazmy wściekle nierównego oddechu powoli ustępowały, aż klatka piersiowa zaczęła miarowo się unosić i opadać, niemal niezauważalnie.

Kolejna z co drugich sobót, kiedy spod domu Żółci odjeżdżałem bez Małej Mi i Cześka. Nie pomogły prośby, groźby ani błagania. Nie pomógł wezwany patrol policji. Usłyszałem za to, że nie ona odda wariatowi dzieci pod opiekę nawet jeśli trzy kolejne sędzie jej to nakażą, tak jak zrobiła to ostatnia. Znów więc wracam do punktu wyjścia, zataczam błędne koło naznaczone wizytami u prawnika, pismami procesowymi i niezaspokojoną tęsknotą za dziećmi. Znów spotkam się z nią przed obcą osobą, która będzie decydować o losie ich i moim. I to co najmniej dwukrotnie w tej samej sprawie. Dojmujące.

Z odsieczą sąsiadom przymuszonym do wysłuchania świetnej muzyki przyjechali rodzice mojej najmłodszej córki chrzestnej. Zapakowali ją i jej rodzeństwo do fury i wpadli z wizytą na kawę à la Wyspa Prosperity. Ponoć robię wyśmienitą.

Zwyczajowe dwie garście pogaduch pośród rozsypanych po całej podłodze klocków we wszystkich kolorach tęczy. Trochę o intensywnym roku wyborczym przy wysokiej wierzy, w której na pewno dałoby się zamknąć jakąś długowłosą królewnę, a potem ją uratować. Trochę o kinie, za pan brat z dodawaniem na puzzlach do dwudziestu oraz ćwiczeniem składania „r” i „z” w „rz” stojąc w samym środku pokoju dziecięcego przy tablicy. Siedzieliśmy sobie w piątkę rozmawiając o wszystkim i o niczym, równocześnie igrając z dzieciarnią z drobnymi przerwami na ich własne zabawy z nad wyraz cierpliwym kotem.

Wykorzystywaliśmy te momenty na metodyczne wałkowanie potyczek z exami, wspólne rwanie włosów z głowy i szczypanie się po dłoniach. Niestety, to co się wciąż wydarza zmusza do tego, by klepnąć się co jakiś czas kontrolnie w policzek i sprawdzić, czy to nie jest jakiś koszmarny sen. Przecież takie historie rodzą się w głowach kiepsko opłacanych scenarzystów, by być grane przez kiepsko opłacanych aktorów, w kiepskich serialach kiepskich stacji telewizyjnych, emitowanych do popołudnia zanim zacznie się normalny program.

Dużo pomysłów i podpowiedzi, nieprzebrane pokłady dobrych słów i otuchy, i śmichy-chichy ich malców. Dociera do mnie teraz ze zdwojoną siłą, jak karkołomnym był pomysł próby samodzielnego wychodzenia z nałogu i zaleczania depresji. Musiało tąpnąć, bo ile czasu człowiek jest w stanie sam siebie zapewniać, że cokolwiek się dzieje, wszystko skończy się dobrze i jeszcze w to wierzyć? Raczej prędzej niż później wszystkie argumenty zdadzą się być myśleniem życzeniowym i lądujesz chcąc, nie chcąc, w czarnej dupie.

Wzięliśmy trochę czasu na kredyt, bo młodsza pociecha powinna powoli wybierać się na czytanie bajki na dobranoc, a jednak chrześnica z siostrą jakoś niechętnie dały się wbić w zimowe buty i grube wełniane czapki. Wszyscy żałowaliśmy, że nie mogło być z nami mojej trójki szkodników, no, może poza kotem. Mimo tej, nie do końca drobnej zadry cieszyłem się, że akurat oni wpadli opatrzyć mi dzisiejszą ranę. Kiedy pozwalasz, zawsze się znajdzie ktoś, kto to dla ciebie zrobi. Gaga, która co i rusz sięga po telefon, rodzina w całej rozciągłości, która bez przerwy pyta jak się mam i rzeczywiście ich to interesuje. Mała armia terapeutów i całkiem spora współterapeutowanych z Doliny Muminków, zawsze gotowych by choć chwilę pogadać i w kilku słowach dać mi dowód na to, że bezsilność da się przykryć cierpliwością. Przecież gdyby Góra z Lufką i Muszkieter nie wyciągnęli do mnie pomocnej dłoni…

Za chwilę jadę do Ośrodka spotkać się z ludźmi którzy byli tam ze mną, przede mną i po mnie. Dla mnie. Nie chcę zgadywać co by było, gdyby ich nie było. Czy w ogóle by coś było?

X Lont

kawa2

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Zmęczonym alkoholikiem.

Trwam w swojej trzeźwości, uczę się radzić ze swoją złością i uparcie ćwiczę patrzenie w jasną stronę życia. Mimo tego wszystkiego przychodzą takie dni, kiedy wydaje mi się, ze to wszystko było mi potrzebne jak druga dziura w tyłku.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Każdy obiecywał, że będzie łatwiej. Żaden z problemów magicznie nie zniknie, a świat nie wyścieli twoich ścieżek czerwonym dywanem. Mało tego. Do bagażu jaki wleczesz ze sobą po przeprowadzce z monopolowego, zostaną naliczone karne procenty i przyjdą jeszcze kolejne niemiłe niespodzianki. Wkurwisz się nie raz, ani nie dwa. Będzie rwanie włosów z głowy, o ile jeszcze je masz, zgrzytanie zębami i łzy. Dużo łez. I to nie tylko twoich.

Czego nie będzie? Nie będzie machania ręką. Nie będzie w dupiemania. Nie będzie udawania, że po drugim kieliszku problem znika jak za machnięciem magicznej różdżki. Chcesz czarów? Kup sobie zestaw małego chemika, albo poczytaj Harrego Pottera. Nie będzie odwracania wzroku i chowania głowy w piasek.

Codziennie wstaję i zanim sięgnę do ekspresu do kawy obiecuję sobie, że zrobię wszystko by udało mi się to co zaplanowałem. Gdy zapalam pierwszego papierosa i mieszam nikotynę z kofeiną powtarzam sobie plan, poprawiam go, koryguję, czasem układam od nowa. Ostatnie łyki nie do końca już gorącej małej czarnej i jestem gotowy. Czasami naprawdę, a czasami muszę siebie do tego przekonywać. Odpuszczam? Co najwyżej na kolejnego papierosa czasu. Tak aby zdążyć kopnąć się w zadek na zapęd.

Zdarza się jednak, że nie mam siły nawet na rozbieg. Wydawało by się, że pierdoła, pierdółeczka, tak w zasadzie nic, a potrafi rozłożyć mnie na łopatki. Niegrzeczny telefon, albo sąsiad bez humoru. Opryskliwa ekspedientka, dodatkowy rachunek znikąd, albo zagubiona przesyłka na poczcie. Brzmi banalnie, i w rzeczy samej, jest banalne. No przecież! Za to wczoraj dowiedziałem się, że komornik wpadnie z rzeczoznawcą wycenić mój samochód i zabronić mi go sprzedawać na własną rękę by pokryć dług alimentacyjny. Trudno, będzie kolejne odwołanie i cztery kółka zostaną w moim garażu. Z listu z sądu zaś, dowiedziałem się, że zostałem pozwany o uporczywe nękanie Paranoi i zakłócanie jej miru domowego. Wydzwaniam do niej bez opamiętania, nawet kilka razy dziennie. Niestety muszę. Odkąd zabrała dzieciom telefony na które mógłbym zadzwonić by z nimi poplotkować o szkole i o nudzie i tym co fascynujące, nie mam wyjścia. Muszę wybrać jej numer i czekać aż łaskawie udzieli mi zezwolenia na rozmowę z malcami. W tym roku udało się raz, przez 7 minut. Oczywiście ona wybrała moment kiedy, nie dzieci, i nie ja, pomimo, że zobowiązuje ją do umożliwienia nam swobodnego kontaktowania się przez telefon i Internet papierek z sądu. Tak samo jak do puszczenia dzieci ze mną w co drugą sobotę. I co z tego? Wezwałem policjantów aby wytłumaczyli jej ten obowiązek. Ta zaś w ich obecności nakazała mi bym opuścił teren przed posesją. Nie szkodzi, że to teren publiczny, jak jej powiedzieli panowie z patrolu za co ich opieprzyła, że nie umieją zrobić porządku z wariatem. Ja za to znów będę się tłumaczył przed sądem z najścia i awantur na pół wioski. I sobota bez dzieci. I kolejne pismo.

Każdy normalny człowiek po takich perypetiach poszedłby spłukać z siebie te pozbierane, złe emocje wódką z przyjacielem. Ja nie mogę, nie chcę. Złość na ex zamieniłaby się we wściekłość, ta w furię, a na końcu nastąpił by koniec świata. Mojego. Straciłbym cały ten czas zainwestowany w prostowanie sytuacji. Zaufanie kilku ważnych dla mnie osób zostałoby złamane. Nawet ta bardziej domniemana, niż prawdziwa zmarszczka wątpliwości na czołach eksów została by spuszczona w toalecie. Znów okłamałbym dzieci. Znów okłamałbym siebie. Wszystko w imię oczyszczającego kaca.

Co robić? Cóż począć? Ja odpuszczam. Kiedy czuję, że mój wciąż za krótki lont za chwilę się wypali, kiedy dochodzę do tej granicy, za którą musi nastąpić niekontrolowana, być może nawet śmiercionośna eksplozja, odpuszczam. Nie jestem robotem z procesorem i twardym dyskiem zamiast uczuć. Daję sobie prawo się zmęczyć do granic i olać wszystko i wszystkich, by nie olać siebie. Odkładam plan i odpoczywam. Kawa z kremówką na mieście, na którą mnie nie stać na co dzień. Paczka ulubionych fajek, zamiast tych codziennych, mielonych podkładów kolejowych. Książka jednego z ulubionych autorów, która czeka, aż ją kupię od premiery już kawałek czasu temu. Pozwalam sobie ta tę drobną przyjemność stłumionych wyrzutów sumienia. Wszystko to i tak kosztuje mniej niż flaszka jaką zwyczajowo obejmowałem obiema dłońmi. A przecież na jednej by się nie skończyło. O tych niewymiernych kosztach nie wspominam.

Zaskakujące, jak szybko to fatalne zmęczenie odpuszcza. W zasadzie wystarczy, że uświadomię sobie, że mam prawo sobie odpuścić i wrzucić na chwilkę na luz. Zadzwonię do swoich przyjaciół i opowiem im, że Huston ma kłopoty. Często, jeszcze zanim się rozłączę, na powrót mam już spokojny oddech. Wieczorem spotkam się z bractwem z AA i opowiem im, a oni opowiedzą mi o swojej kawie ratunkowej. Znowu okaże się, że dam radę cierpliwie poczekać na kolejny proces, kiedy zostanę wysłuchany. Znowu poczuję, że mój lont odrósł o jakiś drobny ułamek dłuższy. Znowu wstanę rano i powtórzę sobie plan przy porannej kawie.
Magia.

IX Komfort kontra komfort

komfix

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Trzy miesiące po wyjściu z Ośrodka zaczynam zaznaczać na mieście swoje nowe ścieżki. Tak samo w marketach. Zamiast do działu zabawkowego, czyli tego z alkoholem, zaglądam do zwierzaków. A to jakaś karma dla Miałka, a to myszka na sznurku, kulka z dzwonkiem, czy może jakiś smakołyk.

Cierpliwie wykreślam kolejne dni ze ściennego kalendarza do spotkania z malcami. Przy okazji wyjść na zakupy zawsze zachodzę do tych prawdziwych działów z zabawkami. Szukam, kręcę nosem, przeglądam, wybieram. Zawsze jakaś drobinka musi być. Pluszak do tornistra, ludzik lego, puzzle. Trzy rozmiary tego samego wzoru t-shirta, 158, 134, 86. Zawsze żałuję, że też dla starych nie robią

W międzyczasie odbieram i wysyłam pisma procesowe. Za każdym razem, kiedy udaję się na pocztę po awizowaną przesyłkę, kroczę z duszą na ramieniu. Co tym razem? Co dzisiaj? Komornik? Który? Od byłej żony, czy od byłej narzeczonej? Skarga? Wezwanie do wyjaśnienia? Pozew? Co wymyślą? Tak, wymyślą. Razem.

Potem siedzę wieczorami i przedzieram się przez chaszcze forów internetowych z poradami prawnymi i wypisuję odpowiedzi, tłumaczenia, prośby. „Wysoki Sądzie, to nie tak, że…” Potem cierpliwie czekam na sprawę, odpowiadam na dziesiątki pytań, dziękuję za poświęcony czas i czekam na kolejną wizytę w tym gmachu, by po raz kolejny opowiedzieć, że nie jestem wielbłądem. Żartuję sobie, że niedługo zaczną mi naliczać czynsz. Swoją drogą, ciekawe kiedy skład sędziowski zorientuje się, że nie tylko ja, ale on też jest nękany.
Zawsze zachodzę w głowę! Jak to się stało, że póki siedziałem na Wyspie Prosperity i przylatywałem co dwa miesiące, nierzadko oczywiście na ciężkim kacu, by się zobaczyć z dziećmi, by pójść z nimi do kina, czy na basen, odwiedzić kuzynostwo, czy po prostu spędzić cały weekend na konstruowaniu całych światów z kloców lego, wszystko pasowało i nie byłem żadnym zagrożeniem dla dzieci. Gdy postanowiłem wrócić, pójść do specjalistów i poprosić o pomoc w wytrzeźwieniu. Gdy w końcu przyznałem się do zarzucanego mi przez Paranoję i Złośnicę, i nie tylko przez nie, alkoholizmu i zacząłem nad sobą pracować, konsekwentnie i bez opieprzania się od początku do końca, ni stąd, ni z owąd stałem się niebezpiecznym psychopatą, przed którym należy chronić jego dzieci. Szczególnie po godzinie osiemnastej, czym argumentują niechęć do pozostawienia dzieci u mnie na noc. Na noc, jak to wcześniej, najzwyczajniej w świecie bywało, bez jak się okazuje, żadnej szkody dla dzieci, a już na pewno bez ich obiekcji. Tymczasem próbują zgodnym chórem dowieść, że po powrocie z emigracji stałem się lokalną wersja dr. Jekylla i mr. Hydea. Byłoby zabawne , gdyby nie tragiczne.
Czasem, w trakcie tych, nieco przydługich, samotnych wieczorów, kiedy na siłę wręcz próbuję coś czytać, lub oglądać, nie potrafię rozpędzić natrętnych myśli. Takich jątrzących, wkurwiających, wywołujących najgorszą z możliwych złość. Tą niemą, duszoną w sobie.
Bezsilność z posypką z niecierpliwości. To danie się szybko przejada.
Każdy wtajemniczony, czy to przyjaciel, rodzina, czy lekarz i psycholog napomykał od czasu do czasu.
– Wracaj do kraju, zajmij się terapią i wytrzeźwiej, bądź bliżej dzieci. One potrzebują ciebie, tak jak ty potrzebujesz ich. Będzie ci łatwiej zwalczyć depresję mając je na wyciągnięcie ręki. Będziesz bardziej zmotywowany by nie złamać abstynencji i do pracy nad swoim stanem…
Wiele razy słyszałem tę mantrę. Wiele razy ją zbywałem, albo reagowałem złością. Lubiłem to miejsce, w którym spędziłem większą część swojego dorosłego życia. Na serio się tu zadomowiłem.
– Mick, jeśli nie przeniesiesz się do rodziny i dzieci, za jakiś czas, może nie być już komu się leczyć. – powiedziała pani psycholożka. – Będąc z nimi częściej niż raz na dwa miesiące, dajesz sobie szansę, teraz, niestety, tak naprawdę tylko przedłużasz sobie cierpienie.
– I jak pani sobie to wyobraża? Exy z uśmiechem przyjmą komunikat, że nie będzie mnie stać na tak wielkie alimenty dla dzieci? A co z pracą? Nie mam 20 lat, tylko 40. Mam zaczynać wszystko od początku? – te i setki innych pytań atakowały ją moimi ustami.
Płaciłem regularnie Zazdrosnej i Żółci na dzieci i nic nie mogły mi zarzucić. Im też pasowało, że jestem daleko, że nie pojawiam się w przedszkolu, czy w szkole. Co z oczu to z serca, a ja tu nagle wyskakuję jak diabeł z pudełka i wpycham się na pełny etat. Nie dają mi do tego prawa. Najchętniej odarły by mnie z ojcostwa do białej kości i w majestacie prawa. Albo i bez, o ile bym je uposażył w ubezpieczeniu.
Dlaczego tak uparcie trzymałem się tego molocha? Dlaczego odpychałem myśl o porzuceniu go, jak diabeł puchar ze święconą wodą? Dlaczego tak się wzbraniałem? Bo byłem sam. Nikt mi nie mówił co i kiedy mam robić. A co chciałem robić? Dobrze zarabiać i pić. Już dawno minął ten moment kiedy alkohol miał rozweselić, zalać smutki, zabić nudę. Już nie piłem bo chciałem. Piłem bo musiałem. W komforcie niemal absolutnym.

VIII Odlot

samolot

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Droga z autobusu do domu wiodła pod górkę. Dosłownie i w przenośni. Powoli stawiałem coraz bardziej zmęczone kroki. Chciałem i nie chciałem tam dojść. Wykąpać malce, położyć je spać. Poczytać do snu i pocałować na dobranoc. Potem czekać, aż ona się wykąpie, obejrzy coś w telewizji, lub nie, wygłosi swą listę skarg i zażaleń, lub nie.

Pozwolić sobie zareagować, czy nie? Wyprzedzić ją, czy cierpliwie siedzieć cicho. Wolałem zawczasu nalać sobie szklankę whisky i mieć to gdzieś. Nie lubiła gdy piłem w domu. Obrażała się i zamykała w sobie. Miałem spokój. Miałem?

Nie potrafiłem już zareagować na jej pretensje. Wiedziałem, że to są emocje, które niewłaściwie adresuje. Z drugiej strony kto miał być ich adresatem? To przecież ja byłem robolem, dzień w dzień wracającym z pracy mniej lub bardziej umorusany. Gdzie się podział ten książę na białym koniu z którym się wiązała? Zawsze nienagannie ubrany, czysty, ogolony.

Ja wynajmowałem rodzinie mieszkanie za niebotyczny czynsz, zamiast spłacać kredyt za własne lokum, kiedy jej ojciec w tym wieku kończył właśnie budowę domu. A ona całe dnie z pieluchami, pranie, gotowanie, i porozrzucane po całym domu zabawki. Nie pamięta nawet jak to jest wypić kawę w wygodnym fotelu na plotkach z przyjaciółką.

Z biegiem dni i tygodni nauczyłem się wychodzić z domu tuż po zaśnięciu dzieci. Uciekałem jak najdalej od gęstej atmosfery, odjeżdżając autobusem na najodleglejszą pętlę, po to by się przesiąść i jechać na jeszcze dalszą. Coraz częściej z piersiówką zamiast książki zakupioną w pierwszym lepszym sklepiku za rogiem.

Wracałem gdy cały dom był pogrążony w ciszy i ciemności. Wszyscy spali. Przykrywałem się kocem na sofie w salonie i łapałem kilka godzin snu, zanim dzieci nie zeszły do mnie ze swojego pokoju. Budziły mnie i mieliśmy nasze kilka wspólnych chwil razem, póki nie musiałem wyjść dalej brudzić się w pracy.

Mała Mi już nawet nie pytała dlaczego znów spałem na dole a nie z mamą w naszym pokoju. Z jednej strony brak tego pytania sprawiał mi ulgę, bo nie musiałem się głowić jak na nie znowu odpowiedzieć. Z drugiej zaś, rozdzierał mi serce. Mała mi już się przyzwyczaiła do tego stanu rzeczy. Stał się dla niej normą.

Ta beznadziejna flauta potrafiła trwać dniami i tygodniami. I ona i ja zbieraliśmy w sobie te wszystkie niedopowiedzenia, wykrzykniki i znaki zapytania, aż wściekle ujadając eksplodowały. Kąsały bezlitośnie, nie musiały się mitygować za zamkniętymi drzwiami salonu i dziecięcej sypialni. Tak siebie oszukiwaliśmy nie biorąc w tej wojnie jeńców. Żadnych.

Jedenaście miesięcy i dwa tygodnie po ślubie, który miał być lekarstwem, rzuconym sobie nawzajem kołem ratunkowym, a okazał się farsą nad farsami, wracając do domu natknąłem się pod klatką schodową na trzech osiłków wnoszących do dostawczaka meble z pokoju moich dzieci. Paranoja stała obok z Cześkiem w wózku i z Małą Mi za rękę. Wydawała ostatnie polecenia trójce tragarzy oraz taksówkarzowi.
– Nie przeszkadzaj, bo wezwę policję. – zwróciła się do mnie. – Z resztą zrobiłbyś z siebie idiotę. Firma przeprowadzkowa i taksówka są zamówione na twoje nazwisko. Ty za to płacisz. I za wiele innych rzeczy też mi zapłacisz. Pa! Dzieci pożegnajcie się z tatą, tata niedługo do was przyleci.
Wsiadła z dziećmi do taksówki, która zabrała ich na lotnisko. Tego wieczoru po raz pierwszy piłem bez opamiętania, do utraty przytomności.

VII Prawda

kawa
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Wejście w rutynę szpitala terapeutycznego, złośliwie, ale i nie bez przyczyny, nazywanego przez niektórych psychiatrykiem, nie zajmuje zbyt wiele czasu. Gorzej z jej polubieniem. Bywa wręcz, że to nie następuje nigdy. Z kilku przyczyn.
Po pierwsze i najważniejsze, alkoholik wie najlepiej, nie tylko co ma robić, z kim, kiedy. Co ma myśleć i o czym. W zasadzie, alkoholik wie najlepiej wszystko. O wszystkim i wszystkich. Oczywiście o sobie przede wszystkim. Więc jakim cudem, ten czy inny terapeuta, ma w ogóle czelność mnie poprawiać, strofować, kazać coś zrobić?! Nie dość, że kazać coś zrobić, to kazać to zrobić inaczej. Ale terapeuci to tylko wierzchołek góry lodowej.
Ten niemały tłum sunący w kapciach przez całe dnie po korytarzach, pomiędzy pokojami a salami zajęć, gabinetami terapeutycznymi, świetlicą i, przede wszystkim, palarnią, też przecież ma swoje zdanie na każdy temat. Oczywiście jedyne słuszne. Najsłuszniejsze.
Jakim cudem ja mam się zidentyfikować w jakikolwiek sposób z tym typem, który wsiąkał denaturat? Przecież ja kulturalnie konsumowałem sobie browarki. Gdzie mi tam do niego?
A ta? Waliła spirytus techniczny, przy dzieciach! Ma tu siedzieć i się poprawiać, bo inaczej sąd je jej odbierze. Ten za to, to dopiero degenerus! Przepił spadek, firmę, dom, samochód, a na koniec żonę i obrączki ślubne. I jeszcze się rzuca gnój. Bo on jedyny wie co to być na szczycie i stracić wszystko i wylądować pod płotem, pod którym szczali na niego byli pracownicy. Ten kradł żeby się napić, ta się puszczała, tamten to już w ogóle, nie dość, że pił to jeszcze ćpał.
Ja? Mi się tylko podwinęła noga, gdy zostawiła mnie żona, przez co zbyt często zacząłem sięgać po whisky. Potem dobiła druga kobieta i zacząłem pić z żalu bez przerwy. I ja sam tu przyszedłem się leczyć. Z własnej nieprzymuszonej woli, a nie z nakazu sądowego, czy na siłę zamknięty przez rodzinę. Nikt nie ma prawa stawiać mnie w jednym szeregu z tą całą resztą.
Kilkudziesięciu pacjentów na oddziale i każdy z inną historią. Wszystkie historie takie same. Ale nie moja. Oczywiście.
W dodatku, przecież oni nawet mnie nie rozumieją, nie potrafią zrozumieć. Kiedy czytam swoje prace na zajęciach, nie potrafią ich skomentować, nie udzielają, tak bardzo wymaganej przez terapeutów informacji zwrotnej, bo nie kumają o czym do nich mówię. Zwarte szeregi przepitych beretów. ALKOHOLICY!
Owszem, ja też jestem alkoholikiem. Ja jednak nie przyjechałem tutaj by na nowo uczyć się chodzić. Ja tylko muszę oduczyć się raz na zawsze sięgać co i rusz po szklankę z wódką.
Nie czułem się częścią tego stada. Mam tu spędzić dwa miesiące i wyjść uleczony. Nie muszę się z nimi zaprzyjaźniać. Oni ze mną też. Z resztą niby jak? Śmiechu warte.
Spędzałem z nimi czas, cały czas. Poznawałem, wydawało by się, że ich. Przy rozmowach, fajkach i kawie. Przy poszukiwaniu azylu od ośrodka na tych krótkich spacerach po parku. Co ciekawe, prawie nigdy nie spacerowałem sam. Nie ja jeden szukałem odrobiny wytchnienia od szpitalnych murów. Z każdym dniem ten i ów, wszyscy po kolei, stawali mi się bliżsi. Nie. Ja stawałem się bliższy im? Nie! Nie wiem…
Po około półtorej tygodnia pobytu w ośrodku, po pobudce, jak zwykle zbyt wcześnie, nie zechciało mi się zejść na dół do palarni z zaparzoną kawą. Nie będę się z nimi witał. Mam w dupie ich i cały ten ośrodek. Tę całą terapię i robienie wody z mózgu.
Erupcja niepohamowanej złości. Frustracja i niema agresja. Łzy. Papieros za papierosem i ciskanie kurwami na lewo i prawo. Czego wy ode mnie chcecie?! Przecież dałem się tu zamknąć jak w klatce i z zaciśniętymi zębami dzień po dniu robię o co prosicie! Czego jeszcze?! Kręcę się tutaj razem z tymi, tymi…
– Alkoholikami? Geniuszami autodestrukcji? – podpowiedział Mumin, który zszedł do mnie na palarnię gdy wszyscy już byli na kolejnych zajęciach. – Mick, nikt ciebie tu na siłę nie trzyma. Możesz wyjść tą bramą w każdej chwili. Możesz wyjść, tak samo jak oni wszyscy. Tak samo.
Tak samo jak oni wszyscy. Taki sam jak oni wszyscy. Taki sam.

VI Przyjęcie

hh

 Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Spodnie na zmianę, bluza, kilka par skarpet i gatek, koszulki. Zapas fajek i kawy na pierwszy tydzień. Notatnik, pióro, długopis, ołówek. Tabletki. Telefon, laptop i książki, tak ze trzy, na dwa miesiące powinno wystarczyć. W drogę.

Pierwsze rozczarowanie na samym wjeździe. Wszystko z listy wymienionej wyżej, od „telefon” w dół zostało mi zabrane. Telefon dostanę na weekendy, reszta przy wypisie. Powiedzmy, że rozumiem laptop, ale książki?! Mam się skupić na terapii, nie rozpraszać się, ani tym bardziej wciągać w życie bohaterów zamkniętych między okładkami, bo mam swoje. Żaden z argumentów do mnie nie przemówił, jedynie zamienił zdziwienie w irytację, a tę potem w złość.

Jak się okazało, nie mogę też wychodzić poza teren ośrodka. Dopiero po tygodniu przysługiwał mi spacer po niewielkiej części przyległego parku, a po miesiącu wyjście do miasta. Wszystko w ściśle określonych godzinach i oczywiście dla mojego dobra. Pobudka 6:30, cisza nocna o 23:00. Na pocieszenie poinformowano mnie, że w innych przybytkach tego typu jest jeszcze „ciekawiej”. Oczywiście! Rodakom też, zapewne, dodaje otuchy fakt, że w Sudanie Południowym mają gorzej.

Przyjmował mnie Muminek. Sympatyczny jegomość, jak żywo kojarzący mi się z ludźmi, z którymi pracowałem w studenckim radiu gdy byłem żakiem. Chwilę później przywitały mnie Migotka i Buka. Tatę Muminka i Włóczykija poznałem na końcu. Zgrana paka terapeutów z, jak się później okazało, nie mniej zgranym podziałem na role. Do dzisiaj zastanawiam się czy to im się ułożyło naturalnie i spontanicznie, czy w wyniku celowego docierania się z narzuconą postacią.

Podpisałem kilka papierów, kontrakt terapeutyczny, odbiór pościeli, zgodę na przetwarzanie danych osobowych i co tam jeszcze w pliku było. Muminek zapoznał mnie z planem dnia i kilkoma podstawowymi zwyczajami panującymi w ośrodku. Dostałem swój osobisty gwizdek i po zamontowaniu go do alkomatu wydmuchałem 0,00. Gwizdek miałem zatrzymać do końca, nie tylko terapii. Będzie mi również potrzebny po niej. Zostałem przyjęty na Oddział Terapii Uzależnień Alkoholowych.

Turnus w ośrodku trwa dwa miesiące, a zajęcia ułożone są tak, że obojętnie w którym momencie terapii się zjawiasz, to przerabiasz cały cykl. Widocznie osoba, która to układała, wierzyła w możliwości naszych wszystkich przepitych mózgów. Była przekonana, że nawet alkoholikowi z dwudziestoletnim i większym doświadczeniem, dwa dodane do dwóch da cztery. Przeważnie.

Moimi pierwszymi zajęciami były zajęcia w niewielkich zespołach. Tajne komplety. Wszystkich pacjentów dzielono na chybił-trafił na grupy i zadawano temat. Ani ogólny, ani szczególny. Po tygodniu każda z grup przedstawiała swoje przemyślenia zadanej kwestii w postaci plakatu, scenki, wykładu, czy na co tam innego wpadła.

Usiadłem sobie z boku i w ciszy przyglądałem się podchodom do zadania. Nie jako jedyny. Mniej więcej połowa zebranych przekrzykiwała się forsując swoje wizje rozwikłania zadanego problemu, a druga połowa, korzystając z nieobecności terapeuty na tego typu zajęciach, zajmowała się wycieczką na papierosa do palarni na zmianę z wzajemnym konsultowaniem swoich indywidualnych prac pisemnych.

Sięgnąłem po swój kajet i ołówek i zacząłem bazgrolić. Ręka sama słuchając koncepcji tej zaangażowanej połowy zbieraniny, zaczęła ilustrować podpowiadane rozwiązania. Chwilę potem rymowanka w temacie sama napisała się na marginesie strony. Kolejne szkice wypełniały kartkę jeden za drugim. Po chwili ktoś do mnie podszedł i zerknął przez ramię.

– Ej! Nowy zrobi plakat! Ludzie, koniec zajęć.

Siedziałem lekko osłupiały i patrzyłem jak wszyscy rozchodzą się do swoich pokojów. Ostatni, zanim zgasił światło, zakomunikował mi że jutro przyniesie mi brystol i kredki. Mam przepisać wierszyk na czysto i przyozdobić go po bokach rysunkami. Zostałem sam.

/Prawa autorskie do zdjęcia należą do Atlas Green at Unsplash/

V Letarg

topielec
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Nie chciałem wstawać. Nawet nie chciałem jeszcze się budzić. To mój organizm zadecydował, że to już pora. Po raz trzeci tego ranka. Leżałem ciągle w łóżku, na wpół przykryty, nieruchomy. Oczy patrzyły w zegarek, a mózg co jakiś czas rejestrował upływ minut. To była ostatnia chwila by zadzwonić do pracy i wziąć urlop na żądanie, poprosić o chorobowe, cokolwiek, byle powiadomić ich o swojej dzisiejszej nieobecności. Od około godziny zbierałem się by wyciągnąć rękę po telefon leżący kilkanaście centymetrów od wezgłowia. Tam gdzie mógłbym go zobaczyć, o ile podniósłbym nieco wzrok.
To nie to, że mi się nie chciało. To nie to, że nie miałem siły. To nie to, że w dupie miałem konsekwencje. Nawet nie musiałem wstawać, wystarczyło sięgnąć po telefon, wykręcić numer i wyrecytować kilka słów i już. Jednak wciąż leżałem, jakby przygnieciony swoim własnym bezwładem.
W mojej głowie pustka goniła pustkę. Niemyśl, bezmyśl, niebyt. Czarny, głęboki bezład. Nawet łzom nie chciało się popłynąć.
Tak naprawdę nie wiem ile mógł trwać ten stan. Czasami spędzałem w łóżku pól dnia, trochę śpiąc, trochę leżąc jakbym spał. Innym razem podnosiłem się z niego dopiero kolejnego ranka. Zdarzało mi się coś takiego często. Przeważnie właśnie rano, rzadziej za biurkiem w pracy, czasem wieczorami po powrocie do domu. Siadałem w swoim, niegdyś ulubionym fotelu, z torbą rzuconą tuż obok. Bez ściągania kurtki i butów. Bez włączania telewizora, radia, światła. Bez towarzystwa. Bez myśli. Poza czasem. Nie czułem głodu ani pragnienia. Nie czułem potrzeby udania się do toalety. Nie czułem nawet potrzeby by zapalić.
Bywało, że przebudzałem się w tym fotelu w środku nocy, ciągle ubrany tak, jak wszedłem do mieszkania. Zrzucałem buty i płaszcz i przenosiłem się na sofę w oczekiwaniu na koniec nocy. Rano się z niej zwlekałem i szedłem do pracy tak jak stałem.
Snułem się po budynku, jak zombie, napędzany kofeiną przez osiem godzin. Odżywałem dopiero w drodze powrotnej do domu. Robiłem mały objazd do jednego z wielu marketów, wpadałem tam w alejkę z alkoholami i szybko chwytałem butelkę z palącą brunatną cieczą. Już w domu częstowałem się łapczywie szklanką lub dwiema. Trzema, czterema. Kolejnymi. Wiedząc, że to i tak na próżno, znowu się rozpędzałem, uciekałem ile sił w przełyku, przed ponownym wpłynięciem głęboko pod powierzchnię.
/prawa autorskie do zdjęcia należą do Patryka Januczowskiego – Topielec/

IV Sprzątanie

Zrzut_ekranu_20190114_o_19.24.35

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Zawsze ten sam dylemat. Najpierw do sklepu na rogu po flachę i fajki, czy najpierw ogarnąć chatę. I siebie. Niechęć do swojej osoby, a co za tym idzie do spoglądania w lustro, skutkuje tym, że ciężko się zorientować, który włos jak leży, czy tam stoi. Po którymś razie odpuszcza się też moment, w którym należałoby się ogolić i zwyczajnie zarastasz. Pranie wstawiasz dopiero wtedy, gdy okazuje się, że nie masz co włożyć na dupsko, a to co na nim masz, też nie jest już pierwszej świeżości. Refleksja na temat sprzątnięcia podłogi w mieszkaniu pojawia się zaś, kiedy wyrżniesz o tę jedną z wielu pustych butelek idąc do toalety. Ale dopiero gdy upadając nabijesz sobie siniaka, krwiaka, czy innego śladu w widocznym miejscu. Najczęściej na twarzy.

Tym razem wygrał wariant – najpierw wycieczka, potem porządki. Nie bez przyczyny. Wolałem się przejść w kurtce narzuconej na piżamę do sklepu i zaopatrzyć się na cały weekend, niż zacząć proces odmeliniania z tą odrobiną łychy jaka została z poprzedniego wieczoru. Nie było opcji by starczyło mi na dłużej, a nie będę prał, mył i sprzątał „na pusto”. Oczywiście najmniej w tym chodziło o robienie porządków. Zadbanie o komfort picia od pewnego czasu było najwyższym priorytetem. Niemalże jedynym.

– Wcześnie zaczynasz Mick. – przywitał mnie właściciel osiedlowego sklepu. Zegar za jego plecami wskazywał parę minut po dziewiątej.

– A gdzie tam, zaczynam! Nie widzisz, że impreza trwa? – pochwaliłem się gustownymi spodniami od piżamy.

Odrobinka żartów, karta kredytowa i spacer z papierosem w ustach na powrót do mojego mieszkania. Kolejny papieros tuż po pierwszym łyku i już za chwilę byłem gotowy do rzetelnego podjęcia się wyzwania.

Pierwszą reklamówkę po brzegi nabitą pustym szkłem zanosiłem do śmieci w drodze do sklepu. Zawsze te wszystkie butelki wciskałem do granic możliwości, po co mają dzwonić na schodach? Jeszcze jakiś sąsiad usłyszy i zerknie z ciekawości. Oczywiście reklamówka lądowała w czarnym worku na śmieci, tak, aby nawet przypadkowy obserwator nie wpadł na to, że to moje surowce wtórne. Resztę podobnie spakowanych butelek i innych śmieci składałem na kupkę w przedpokoju, tuż przy wyjściowych drzwiach. Zaniosę je do komunalnego kubła jakoś w środku nocy. Wiele razy budziłem się bardzo wcześnie nad ranem, nie tylko w weekendy. Cóż można zrobić, gdy odpadasz o dwudziestej, nie pośpisz do rana jak normalny człowiek.

Całe to sprzątanie odbywało się zawsze do wtóru rytmicznych obrotów bębna pralki. Chodziła non stop, rozgrzewając się prawie do czerwoności, od jutra sobie odpocznie, dzisiaj popracuje cały dzień, a potem będzie miała wolne przez dwa, czy trzy tygodnie, dopóki znowu się nie zorientuję, że trzeci raz z rzędu noszę tę samą parę skarpetek, a czystych już nie ma.

Odkurzanie i mycie podłóg, wietrzenie, naczynia, a tak naprawdę szklanki i kubki, bo żarcie odbywało się raczej z kartonika niż z talerza, i wspomniane pranie. Po kilku godzinach całe przewietrzone mieszkanie było nim obwieszone. Permanentny przeciąg i zapach płynu do płukania niwelował odór fajek, wódy i ich konsumenta, czyli mój. Przynajmniej tak mi się wydawało. Wszystko to o czym opowiadam odbywało się ze ścierką, gąbką, czy odkurzaczem w dłoni. Jednej. W drugiej oczywiście szklanka.

Po feralnym zapiciu się zakończonym interwencją medyków z pobliskiego  szpitala, Góra i Muszkieter zabrali mnie z tej nory, w którą obróciłem swój dom. Na kilka dni zamieszkałem z Górą i jego małżonką. Doprowadzili mnie do w miarę poprawnego stanu, popchnęli do terapeuty, psychologa i AA.

Zacząłem wyrabiać w sobie nawyk niesięgania po alkohol, chodzenia na mitingi i regularnych sesji ze specjalistami. Kiedy moi przyjaciele dali się przekonać, że już nie ma wielkiego niebezpieczeństwa pozostawienia mnie bym na powrót zaczął funkcjonować samodzielnie, po uroczystym obiedzie odwieźli mnie do domu.

Weszli ze mną tylko na moment, co przyjąłem z żalem, ale też ze zrozumieniem. I ze wstydem. Fetor jaki uderzył nas po otworzeniu drzwi był dojmujący. Odprowadziłem Górę i jego żonę do samochodu i pożegnałem się z nimi dziękując za wszystko co dla mnie robią. Wróciłem do siebie i wchodząc zostawiłem otwarte drzwi. Przeszedłem mieszkanie na wskroś i otworzyłem okna, wszystkie i na całą szerokość. Zacząłem sprzątać. Tym razem naprawdę. Nie tylko mieszkanie.

III Kłamca

Zrzut_ekranu_20190113_o_20.39.373

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

 Rzeczypospolita to cudowny kraj. Może trochę za często pada, ale mieszkając tu, potem na Wyspie Prosperity przez spory kawałek czasu, i na powrót w Polsce (Nie)Ludowej, w zasadzie nie zauważa się różnicy. No może śnieg leży nieco częściej i nieco dłużej, ale w gruncie rzeczy jest bardzo podobnie, a i tak wszystko zależy od chorego poczucia humoru Wielkiego Szulera. W każdym razie wakacje tutaj to zawsze strzał w dziesiątkę.

 Mimo dobrej, przyzwoicie wynagradzanej pracy, nie udało mi się uniknąć zapaści finansowej spowodowanej moim wdupiemaniem, pijaństwem, bajońskimi sumami wpłacanymi exom na alimenty dla dzieci oraz przekupstwem prezentowym, którym chciałem im wynagrodzić swój zapity, stracony przez lata, ojcowski czas. Postanowiłem porzucić swój adres, w który wrosłem przez ponad dekadę, i klepać biedę żyjąc bliżej malców i rodziny. Równolegle, postanowiłem dać się zamknąć na dwa miesiące w ośrodku terapeutycznym, gdzie ugruntuję i usystematyzuję swoją wiedzę trzeźwiejącego alkoholika. Wakacje. Tak przynajmniej mówili mi znajomi z mitingów AA na jakie od kilku miesięcy regularnie uczęszczałem.

 Spakowałem swoje życie w kilkanaście kartonów i zamówiłem kuriera. Biletów nie musiałem kupować, bo powrót zorganizowałem tak, by jego początek przypadł na mój tydzień wakacji z dziećmi przyznany przez Wysoki Sąd. Poprosiłem przyjaciół by wydali kurierowi paczki gdy ja już będę na swoich starych śmieciach, by te dotarły już po wakacjach z dziećmi. Nie chciałem by się dowiedziały, że po tygodniu z nimi już nie wracam za granicę, tylko jadę do ośrodka. Nie udało się. Z sobie tylko wiadomych przyczyn kurier przyjechał dzień wcześniej, dokładnie na trzy godziny przed ich planowanym odwozem do ich matki, Paranoi Żółć. Córka w mig zorientowała się co się święci i ze łzami w oczach zapytała mnie czy te wnoszone do domu kartony znaczą, że już nie wracam na Wyspę. Ledwo kiwnąłem głową na potwierdzenie, a już wisiała mi na szyi uśmiechając się wzruszona.

  – Czesiek, tata zostaje, już nie wyjeżdża! – młody szybko dołączył do nas i utkwiliśmy w tym uścisku śmiejąc się przez łzy.

 Wtedy właśnie okłamałem swoje dzieci po raz drugi w życiu. Moje poczucie wstydu, właściwie zażenowania, nie pozwoliło mi powiedzieć prawdy. Fałszywe ego długimi miesiącami pompowane wódką kazało ogłosić wszem i wobec, że jeszcze przez kilka tygodni będę załatwiał resztę spraw na Wyspie i dopiero wtedy zjadę na dobre. Uwierzyli. Wszyscy. Sąsiedzi, znajomi, dalsza rodzina. Dzieci.

 Ja, Mick alkoholik, jak wielu mi podobnych alkoholików, jestem kłamcą. Wyśmienitym kłamcą.