XCIX Gasimy światło

     Pisze wiersze oraz opowiadania fun-fiction, ostatnie jakie stworzyła jest do serialu Gambit królowej i jest świetne. Rysuje, pięknie, bazgroli coś od niechcenia niemal bez przerwy, gdy tylko z jej dłoni zniknie telefon komórkowy znajduje się tam od razu ołówek, długopis, mazak lub kredka. Rozmawiając ze mną o wszystkim i o niczym narysowała wzór, jaki parę osób chętnie wytatuowałaby sobie bez dłuższego zastanowienia.

     Jest wiecznie uśmiechnięty i zawsze skory do dowcipkowania. Potrafi zażartować tak, że rechoczę jak opętany i równocześnie rozpływam się w podziwie nad błyskotliwością żartu. Jest strzelcem wyborowym w swojej drużynie Fortnite’a i śpiewa sobie pod nosem przepisy kulinarne stylizowane na chorały gregoriańskie. Skąd przyszło mu to połączenie do głowy, nie mam pojęcia, ale brzmi świetnie, nawet gdy bezpardonowo fałszuje i wplata to piosenkę o myszojeleniu zagrożonym wyginięciem.

     Pokazała mi swoją playlistę w telefonie i z zawadiackim błyskiem w oku, na jednym wydechu wymieniała Ricka Astleya, The Clash, INXS, Eurythmics, A-ha i Cultue Club.

     Nauczył mnie sztuczek jak trzymać i obsługiwać ten multum przycisków pada do playstation, dzięki czemu mam szansę z niedzielnego gracza stać się wprawnym gamerem i będę w końcu mógł grać w gry, jak ze śmiechem na całej twarzy mnie zrecenzował. W rewanżu wytłumaczyłem mu jak działa kostka Rubika i po jakichś dziesięciu minutach już umiał prawidłowo ułożyć pierwszą warstwę.

     Niemal co do dnia, po dwóch latach, od kiedy ostatni raz mogłem spędzić z nimi cały dzień bez żadnych przeszkód starszaki przekroczyły próg mojego domu i spędziliśmy razem od rana do wieczora niemal cały tydzień ferii. Pełni szczęścia dodawał Szopen, który akurat ten tydzień przerwy edukacyjnej zarządzonej przez miłościwie nam panujących zostawał u mnie na noc. Czy mógłby się ten 2021 zacząć lepiej? Pewnie tak, bo przecież sky is the limit, ale kto by sobie tym zawracał głowę w takiej sytuacji? Ja na pewno nie.

     Na tydzień stałem się tatą na półtora etatu. Pranie, gotowanie, sprzątanie, zabawianie i opieka nad trójką naprawdę żywotnych istot. Dość wyczerpująca rewelacja. Niestety Czesiek i Mała Mi nie zostawały u mnie na noc jak powinny, jeśli trzymać się wytycznych sądowych, ex nawet nie zapakowała ich w żaden sposób, o pidżamach nawet nie wspominając. Zaproponowałem, że pojedziemy je im kupić, ale wymijająco traktując temat odmówiły. Nie naciskałem. Na wszystko przyjedzie pora.

     W ogóle nie mam pojęcia jak to się stało, że w poniedziałkowy ranek odjechałem spod ich domu z nimi w środku. Patrzyłem we wsteczne lusterko i widziałem ich siedzących za mną i nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Byłem tam wcześniej, w sobotę, uprzedzając ich matkę, że pojawię się zgodnie z sądowym rozkładem jazdy, by zabrać ich na pierwszy tydzień ferii. Na około godzinę przed przyjazdem otrzymałem od niej sms, że nie mam po co się pojawiać, bo dzieci nie chcą nigdzie ze mną jechać. Standard. Trochę z przyzwyczajenia, a trochę dlatego, że miałem już najmłodszego na pokładzie nie dałem się tym zdołować i zajęliśmy się sobą w najlepsze. W niedzielę późnym wieczorem, ni z gruszki, ni z pietruszki, przyszła od Paranoi kolejna wiadomość:

 – Jeśli dalej masz chęć spędzić czas z dziećmi bądź jutro o 10 je odebrać. Będziesz?

     Przeczytałem to kilka razy, bo nie docierało do mnie to co pokazywał mi telefon. Oczywiście, że miałem ochotę. Odpisałem jednym słowem. Będę.

     Nauczony doświadczeniem nie robiłem żadnych większych zakupów, tylko tyle co dla małego i dla siebie, bo kilka razy, na samym początku tej hucpy jaką zafundowała nam mama starszaków sporo jedzenia się zmarnowało, więc pierwsze co należało uczynić, to zaopatrzyć lodówkę na dodatkowe osoby w domu. Pojechaliśmy do robaka i oprócz ich kulinarnych zachcianek Mała Mi poprosiła mnie o spory zestaw mazaków, a Czesiek o małe lego Gwiezdnych Wojen. Przypomniały mi się niemal wszystkie nasze wspólne wyjścia do sklepów, świąteczne, urodzinowe, wakacyjne. Zawsze kończyły się w podobny sposób. Młody lego, młoda lego, albo coś do rysowania. Minęły dwa lata i okazało się , że pewne rzeczy się nie zmieniły na jotę, jakby raptem minęły tylko dwa tygodnie. Oczywiście najmniejszy też wybrał sobie fant, padło na ciastolinę z wyciskarką. Po raz tysięczny ucieszyłem się w duchu, że nie dałem się namówić na wykładziny i twardo obstawałem przy panelach podłogowych.

    Już w samochodzie, jak tylko zamknęły za sobą drzwi zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałem jak święta i czy są zadowoleni z prezentów. Momentalnie weszło na książki i po chwili zreflektowałem się, że jak na dzieci, które ponoć nie chciały się widzieć ze swoim starym, bo się go bały, krępowały, wstydziły, czy co tam jeszcze usłyszałem na rozprawach sądowych, to jakoś gładko poszło to przełamywanie pierwszych lodów. W ogóle było jakieś? W ciągu dwóch pierwszych godzin córka pokazała mi online swój twórczy dorobek i jakoś nie pasuje mi taka otwartość dla kogoś zlęknionego, czy niezbyt przychylnego. Oczywiście drobny dystans był, szczególnie właśnie wyczuwalny u niej, choć głowy nie dam, czy to bardziej kwestia tego, że jest już przecież nastolatką, czy jednak dwa lata, to jednak dwa lata? Tak, czy siak, będę nad tym pracował ile tylko będę mógł.

     – Ciekawe co się za tym chowa? – z rozanielenia przywrócił mnie do rzeczywistości Wujek. – Przecież ktokolwiek, ale nie ona. Nie z dobroci serca. No, w życiu nie uwierzę.

     – Wiesz co, obojętnie. Jeśli coś jej w duszy drgnęło, w co też ciężko mi uwierzyć, to świetnie. Jeśli nie i stoi za tym jakiś jej cel, to niech i tak będzie. Nie dbam o to. Nie odwróci kota ogonem, bo dzieciakom nie dzieje się u mnie żadna krzywda. Nawet menu pod nich ustawiam i głodne nie chodzą. Zimno im nie jest, a nudzić, to się na pewno nie nudzą.

     – Jasne. Ciekawy jestem po prostu. Dwa lata w zaparte, a tu nagle w niedziele wieczorem taki sms. Może liczyła na to, że nie ogarniesz poniedziałku rano, bo będziesz musiał być w pracy? Nie wie, że straciłeś robotę. Nawet ich nie spakowała, nie kazała im zabrać żadnego ciucha na zmianę. Nawet ładowarek do telefonów nie mają.

     – Nie drąż, nie ma sensu. Jak będzie miało wyjść w praniu, to wyjdzie. Następne kilka terminów to tylko co drugie soboty od rana do wieczora. Mam nadzieję, że do świąt wielkanocnych ogarnę się finansowo na tyle by odłożyć tysiaka i kupię materiały na łóżko piętrowe dla nich.

     – Łóżko piętrowe?

     – Mała Mi ma już prawie czternaście lat. Czesiek jedenaście. Za starzy są żeby spać razem. Jeszcze z Szopenem daliby radę, chociaż wątpię, by Czesiek chciał. Coś tam bąknęli raz i drugi w tej kwestii. Jutro usiądę z nimi i wspólnie zrobimy projekt. Między wierszami wyciągnę od nich, czy jak będzie to wyro, to zaczną nocować.

     Były sanki i lepienie bałwana, wieczór filmowy z popcornem, zamiast wycieczki do ekskluzywnej restauracji z frytkami zrobiliśmy sobie dzień amerykański i sami smażyliśmy hamburgery i zapijaliśmy je pepsi, robiąc przy okazji konkurs bekania, który wygrała jedyna przedstawicielka płci pięknej w towarzystwie. Z resztą nie tylko tu była pierwsza. Pierwsza zaczęła buszować w moich płytach, w filmotece i księgozbiorze. Zgarnęła wszystkie ekranizacje Marvela jakie miałem i tylko z grzeczności zapytała czy może je wziąć, bo de facto, miała je już spakowane w kuferek na kosmetyki. Te pudło z przegródkami wielkości małej budy dla psa, to jej zaległy prezent gwiazdkowy z zeszłego roku, zgromadzony pośród innych prezentów na dnie szafy, które wręczyłem im gdy dotarliśmy do domu. Młody zawył z zachwytu nad serią Star Wars Battlefront, która zdążyła się uzbierać pod ich nieobecność. Miłość do tej sagi wpajałem im jeszcze zanim zaczęli dobrze chodzić. Z resztą gdy przylatywałem do nich z Wysp Prosperity zawsze kombinowaliśmy żeby zaliczyć premiery kolejnych części, czy spin-offów. Teraz również nie stało się inaczej.

     – Jak to nie widzieliście ostatniej części? Przecież to rok temu było w kinach. – zapytałem.

     – No wieeeeem… – zmarudziła Mała Mi w odpowiedzi – ale jakoś tak, nie było z kim.

     – No przecież macie kumpli i koleżanki w szkole i w domu. – ciągnąłem

     – Ale oni jakoś nie łapią Gwiezdnych Wojen, ani Marvela, ani DC, no i… – przerwała i spojrzała wymownie na mnie.

     – Daj mi trzy minuty i ustawiamy film. Babcia ma HBO-GO i daje mi dostęp, bo sama nie korzysta. Jedziemy z tą zaległą, wiekopomną, kosmiczną kropką nad i.

     To był tydzień jak z bajki. Okazało się, że te koszmarne dwadzieścia cztery miesiące nie wpłynęły jakoś znacząco na naszą relację, bynajmniej. Odnoszę wrażenie, że jedyne złego co się wydarzyło, to stracony czas, który tylko w niewielkim stopniu przecież da się nadrobić, jeśli w ogóle. Nasze spotkanie wypadło wyśmienicie i było totalną przyjemnością i balsamem na wszystkie moje bolączki. Oczywiście nie obyło się bez kuksańców i wkładania kija w szprychy ze strony ich rodzicielki, ale mam to w miejscu gdzie plecy zaczynają nazywać się ordynarnie. Nawet nie będę tych dziecinad przytaczać, bo najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty do nich wracać i marnować swój czas i dobre emocje. Opowiem o tym tam, gdzie już ktoś inny się zajmie babraniem w drobnych uszczypliwościach i gruboskórnym chamstwie, w sądzie.

     Długo się zabierałem za ten wpis, bardzo długo, bo ponad dwa tygodnie. W międzyczasie spotkaliśmy się całą czwórką już dwa razy i wiele wskazuje na to, że nic nie stanie nam już skutecznie na przeszkodzie, by regularnie i coraz częściej móc spędzać razem czas. Trochę zajęło mi oswojenie się z myślą, że to będzie ostatni raz kiedy napiszę o swoich bolączkach i radościach, o trzeźwieniu i trwaniu w trzeźwości, o pilnowaniu i dbaniu o siebie.

     Wiem, że jeszcze całkiem sporo przede mną i nie raz znajdę się na jakimś mniejszym czy większym zakręcie. Ba! Dzisiaj jestem w takim miejscu, że sam sobie nie zazdroszczę, chociaż to kompletnie inna historia, mimo, że wplata się w tę opowiadaną od samych korzeni. Może przy innej okazji, jeśli tak, to może poznacie, że to rewers tej samej monety? Tymczasem, koniec przynudzania, sami z resztą widzieliście, że ostatnimi czasy wpadałem jakby rzadziej. Czuliście jak ja, że ta forma autoterapii spełniła swoje zadanie i czas mi ruszyć dalej?

     Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy i wsparcia, za kibicowanie i zagrzewanie do boju, za kuksańce też, szczególnie te celnie punktujące moje niedociągnięcia i słabości, to była bardzo wkurwiająca, ale jednak cenna motywacja. Cieszę się też, ze wielu z czytających te opowiastki znalazło w sobie dzięki moim historiom siłę by pomóc komuś bliskiemu lub sobie. Trzymam za Was kciuki i życzę powodzenia co najmniej takiego, jakie mi się udało mieć. Pogody ducha Kochani!

     Dziękuję Meksykance, Muszkieterowi, Lufce i Górze, że wysłuchali alarmu Lady Gagi, zdążyli zareagować na czas i nie zostawili mnie samego, póki nie upewnili się, że się nie przewrócę. Dziękuję Dolinie Muminków, Muminowi, Migotce, Buce, Włóczykijowi i Tatusiowi Muminka za naukę chodzenia po niepewnym gruncie. Margolci, Wujkowi i Prawemu za przyjaźń, zaufanie, telefony o absurdalnie nieprzyzwoitych porach i hektolitrach kawy w oparach błogosławionej nikotyny. Bierny Czytelniku, Tobie również dziękuję, raz jeszcze, przywróciłeś mi wiarę w ludzi, światełko w tunelu i sprawiedliwość karmiczną 😉

     Lady Gadze, dziękuję za wszystko, bez Ciebie nie miałbym najmniejszych szans nawet zacząć. Jesteś Aniołem nie tylko z urody. Kocham Cię.

XCVIII Bilansik, czyli koszmarny księgowy na happy-pillsach

/plakat filmu Księgowy (2016 Warner Bross)/

      Rok na brudno, rok teoretyczny, rok widmo. Rok na pół gwizdka, rok zahibernowany. Rok, który chciałoby się zapomnieć, ale będzie się pamiętać. Rok do połowy pełny, czy w połowie pusty? Cholera, nie wiem. Ciężko dokonać bilansu drogi w jaką w zasadzie się nie wyruszyło, spędzając niemal cały czas w pit stopie, jedynie przyglądając się tęskno, przemykającym obok istotom rzeczy. Ale przecież nie tylko się przyglądając, choć ponoć z obserwacji płynie nauka.

     Większość tego roku czułem się jak dzieciarnia wysłana na zdalne lekcje online. Niby coś się dzieje, ale co to za lekcja? Jakbym się uczył spawania z youtubea. Obojętnie ile godzin spędziłbym na tutorialach, to ciągle brakuje mi choćby zapachu topionego metalu i żaru jaki każdy powinien poczuć. Bez praktyki ani rusz, a tu nie ma że boli. Cały spięty i gotowy, na siłę przytrzymywany w blokach, w oczekiwaniu na huk pistoletu startowego. Udało się jakoś z tego wyczekiwania nie oszaleć. To zdecydowany plus mijającego 2020. Tym bardziej, że nerwy naciągnięte jak postronki, co chwilę prowokowały falstart. Nie raz i nie dwa sędzia bezlitośnie cofał na linię startu pokazując żółtą kartkę, aż w końcu wyciągnął czerwony kartonik. Dzisiaj o stracie pracy myślę sobie, że tak właśnie miało być, bo co najmniej nie było to miejsce dla mnie. Może, skoro sam do tego nie doszedłem, to w ten bardziej bolesny sposób miałem się przekonać, że powinienem pracować dla siebie, a nie dla kogoś? Czy to ta magia siły wyższej, tak bardzo akcentowanej wśród aowców, czy zwykły przypadek? Nie umiem odpowiedzieć ani twierdząco, ani zaprzeczyć.

     Pomimo tego wszystkiego, co się pogmatwało, a może wręcz przeciwnie, dzięki temu, co absolutnie przeczy logice pierwszego, a nawet drugiego rzutu oka, jeden z trzech najważniejszych punktów na ten rok zrealizowałem na 120%. Czekaniem. Ex sama doszła do tego, że nie będzie już stawać ze mną do sądowych przepychanek i przeszkadzać mi w spędzaniu czasu z najmłodszym. Niby samo się, ale pytanie, czy gdyby ten rok nie zmusił mnie do tego czekania, również tak samo by się wszystko potoczyło? A może niekoniecznie samo? Może zaniechanie działania, to też działanie? Dawanie czasu i pola tej drugiej stronie, by nabrała perspektywy, ochłonęła i jeszcze raz się zastanowiła nad tym co najważniejsze. Może? A może szukam wytłumaczenia i sensu gdzieś, gdzie nawet nie powinienem zaglądać?

     Dwa kolejne punkty. Widuję je co dwa tygodnie przez króciutki moment, albo i nie widuję. Ostatnio w wigilię i drugi dzień świąt. Raz jedno, raz drugie. Oboje, choć każde z osobna, mi zakomunikowali, że nigdzie ze mną nie jadą, nie chcą, i nie pojadą i nie będą chcieli. Chyba już siła przyzwyczajenia spowodowała, że ból tych komunikatów zelżał, stępił się. Może w końcu na dobre do mnie dotarło, że tak naprawdę słyszę ich, ale mówi to ich matka? A może mam to gdzieś i przyjmuję już całkowicie i bezapelacyjnie metodę kropli, które się przecież nie zniecierpliwiają i z uporem maniaka upadają w jedno i to samo miejsce w równych odstępach czasu, pozornie nie wywołując żadnych zmian, a faktycznie żłobiąc głaz na swoją własną modłę? Poczekam, zobaczę. Kolejny raz już w sobotę, gdy na dobre opadnie kurz po noworocznym, przedziwnym w tym razem, globalnym tangu.

     Może to była podpowiedź, ten cały rok, że chciejstwo i przebieranie nogami, to nie zawsze najlepszy model sprawstwa? Nie tylko przecież dla mnie. Ilu z nas wciąż słyszy w telewizji, czy radiu, albo czyta w prasie, że ten nasz cudny świat toczy się jak dziesiątki zabawnych pomyleńców w dół zbocza pod Cooper’s Hill, goniąc za krążyskiem sera. Ilu z nas wręcz samodzielnie tego doświadcza, że lecimy gdzieś jak jakieś małe futrzaste stworzenia, w zasadzie nie wiadomo po co? Usiąść na chwilę, odsapnąć, już nawet nie zastanawiając się nad czymkolwiek, tylko poczekać chwilę, aż wejdziemy choć odrobinę w strefę dystansu, do siebie, do innych, do świata w ogóle. Dać czas czasowi.     

     Ostatnie dwanaście miesięcy istotnie były dla mnie bardzo niechcianym treningiem cierpliwości, który gdy się dłużej nad tym zamyślę, zawsze okazywał się chwilą wytchnienia, gdy tylko sobie na to pozwoliłem. Mam nadzieję, że treningiem zaliczonym i, że następnym razem łatwiej mi przyjdzie powiedzieć nawet bez pokerowej twarzy, ale z uśmiechem:

 – Czekam.

XCVII Frajer

     Nie mam czasu na nic. Nie mam ochoty na nic. Wszystko mi mówi, że to nie jest dobry moment, żeby siadać do klawiatury. Wszystko mi mówi, że właśnie teraz powinienem opowiedzieć co się dzieje w mojej głowie. Nie wiem co się dzieje w mojej głowie. Natłok myśli gęstnieje tak bardzo, że ledwo starcza miejsca na oddech. Duszę się, w swoim sosie.

     Codwutygodniowa wycieczka po Starszaki, poprzedzona smsami od ex. Codwutygodniowe fiasko. Wróciła do swojego pomysłu sprzed roku, by zaproponować spacer z dziećmi, ale w jej towarzystwie.

 – Pójdziemy sobie na spacer, tak jak chciałeś. W czwórkę, może jeszcze nasz pies. Dzieci powiedziały, że tylko ze mną będą czuć się bezpieczne. Przestańmy się przepychać dla dobra dzieci.

     Kurwa mać! Bezpieczne? Cudownie zawoalowane, pełne dobrej woli, spolegliwe do granic ludzkiej empatii – jesteś zagrożeniem dla swoich dzieci, boją się ciebie.

     Dlaczego się boją? Jakim cudem? Dwa lata temu, podczas naszego ostatniego wspólnego weekendu nie wydarzyło się nic, co mogłoby dzieci tak nastroić. Żegnaliśmy się z uśmiechami, mimo, że każdemu z nas było przykro, że to koniec wspólnego czasu i znowu będziemy musieli czekać na siebie. Potem wymyśliła sobie, że jestem zagrożeniem dla dzieci i mnie od nich odcięła. Dwa lata. Dwa lata!!! Dzieciaki musiałyby mieć wolę ze stali, żeby nie dały jej się urobić.

 – Sędzia dosyć jasno dała ci do zrozumienia, że nasze spotkania w twoim towarzystwie nie są dobrym pomysłem i ponoć zrozumiałaś jej argumenty przeciw twojemu rozwiązaniu na rozprawie. Ile razy będziemy jeszcze przerabiać ten temat, żeby w końcu do ciebie dotarło? Przestań forsować swoje pomysły udając, że dążysz do porozumienia. Chętnie pójdę z dziećmi na spacer, ale bez ciebie. Zacznij odkłamywać rzeczywistość jaką wykreowałaś dzieciom.

 – Cóż, twoja decyzja. Jeśli nie jesteś skory do wspólnego wysiłku dla dobra dzieci, to ja nic nie poradzę.

      Tę samą formułkę powtórzyła jak automat, gdy pojawiłem się pod domem o wyznaczonej porze. Wyszła sama, tylko w kapciach, wygłosiła komunikat i odwróciła się by wrócić do domu.

 – Poproś dzieci, żeby wyszły – zawołałem do jej pleców. – Daj nam kilka chwil by zamienić chociaż słowo.

     Pozostała głucha na moje prośby. Również na to, by wpuściła mnie do nich. Zaproponowałem, że wejdę do nich na górę, będą w swoich pokojach, na swoim terenie kiedy ona i jej facet będą przecież na dole.

 – Nie ma mowy. Dzieci się na to nie zgadzają. – rzuciła zanim zniknęła za rogiem.

     Nie wiem jak wróciłem do domu. Samochód sam mnie zawiózł. Usiadłem w fotel i tępo gapiłem się w wyłączony telewizor. Potem przyszła fala złości, bezsilnej wściekłości. Czułem jak zaczynają palić mnie policzki i, że jeszcze chwila i wybuchnę.

     Rób coś! Rób! Zajmij się czymś człowieku, bo nie będzie co z ciebie zbierać! Natychmiast się przebrałem, wskoczyłem w samochód i czym prędzej ruszyłem do warsztatu. Wierć dziury, mierz, przypasowuj, składaj kręć śrubki i dalej wierć. Zadzwoniłem do Wujka i poprosiłem o pomoc. Spędził ze mną kawał dnia, cierpliwie znosząc mój podminowany, grobowy nastrój, posuwając do przodu spory kawał roboty. Pierwsze dechy już u klienta i nawet z grubsza przymierzone. Wygląda na to, ze wszystko pięknie gra i w poniedziałek debiutancki montaż. Chociaż coś do przodu.

     Wróciłem do zimnego domu. Ostatni tydzień w domu bywałem gościem, tak więc moja etażówka powinna się palić przez dłuższą chwilę non-stop, żeby nadgonić to co zdążyło się  przez ten czas wychłodzić. Ciężko, gdy mieszka się samemu. Gdy o tym pomyślałem, dołożyłem sobie kolejną cegiełkę przygnębienia i ruszyło dalej. Jest połowa grudnia a ja nie mam pojęcia co mógłbym kupić Małej Mi i Cześkowi pod choinkę. Stojąc w sklepie przy półce z kolorowymi opakowaniami bajerów dla dzieciaków prawie się popłakałem. Widząc ceny tych cudów, też nie wpadłem w lepszy nastrój. Nie mam bladego pojęcia kim przez te dwa lata stały się moje dzieci! Co za ojciec może powiedzieć o sobie takie rzeczy?

     W bonusie dowiedziałem się, jak czuje się dziewczyna, którą przeleciał facet a potem kazał jej spadać i dał do zrozumienia, że nie zadzwoni.

     Frajer.

     Czynne żale nad sobą i wpadanie na coraz gorsze pomysły.

     Frajer.

     …właśnie odechciało mi się pisać.

XCVI Dwa kroki w przód, jeden w tył

     Jak na bezrobotnego dysponuję symboliczną wręcz ilością wolnego czasu. Z tym bezrobociem, to nie do końca prawda. Jeszcze nie. I tak naprawdę sam nie do końca jestem pewny jak to będzie wyglądać. Według dokumentu jaki przesłała mi pocztą firma, jutro będzie ostatni dzień mojej pracy. Według prawa pracy, powinni uznać L4 jakie otrzymali od mojego lekarza, czyli teoretycznie, dopiero z końcem roku przestanę figurować na liście płac mojego ostatniego pracodawcy. Co z praktyką? Okaże się, gdy otrzymam świadectwo pracy, które w zależności od interpretacji przepisów, rzeczywistości i nie wiem czego jeszcze, chyba cieków wodnych pod gabinetem prezesa, przyjedzie w tym tygodniu, lub dopiero za miesiąc.

Tak, lubię wiedzieć na czym stoję.

     Od jakiegoś czasu latam jak kot z pęcherzem i staram się przyzwyczaić do klaustrofobicznej piwnicy, w jakiej mam urządzoną prowizoryczną stolarnię. Nie zliczę ile razy moja głowa obiła się o któreś z nadproży w czasie przechodzenia z pomieszczenia do pomieszczenia, nie wspominając o litanii przekleństw cedzonej przez zęby, przy których ***** *** strajkujących kobiet brzmi jak „kurka wodna!” w ustach przedszkolaka przewracającego się na hulajnodze.

     Bardzo liczyłem, że Margolcia z mężem jeszcze w tym tygodniu będą cieszyli się ze swojej nowej szafy wnękowej z pięknymi, ogromnymi przesuwnymi drzwiami. Liczyłem tym bardziej, że okrojona wypłata, uszczuplona przez komornika już dawno rozpłynęła się przy kasach różnych płazów, robaków i innych dinozaurów. Niestety praca nad pierwszym zleceniem musiała zostać wstrzymana, bo jeden z kluczowych sprzętów uległ awarii. Nie jestem w stanie precyzyjnie wytyczyć kolejnych nawiertów, a zanim uwzględnią reklamację… Wściekłem się jak dawno mi nie było dane, a niecenzuralną wiązanką zawstydziłem w tym momencie nawet samego siebie.

      Wspomniałem na początku o ciągłym niedoczasie, bynajmniej, nie żeby usprawiedliwić się z absencji na blogu. Łapię się czego mogę, żeby dorobić po kilka groszy tu i tam, przy czym niestety najczęściej kończy się to wszystko małym deszczem z wielkiej chmury. Więcej chodzenia, dogadywania się, załatwiania, niż samej roboty, o pieniądzach już nie mówiąc. Te zaś, nawet gdy się pojawią, wydawane są na bieżąco. A to rachunek za prąd, a to trzeba zatankować, przydałoby się wiertło, bo te co leżało latami w skrzynce, już do niczego się nie nadaje. Nie jestem w stanie nawet zaplanować jakichś świątecznych prezentów dla Małej Mi, Cześka i Szopena i to boli chyba najbardziej.

      Złapałem się na tym, że póki zajęty jestem tym pieprzonym gonieniem w piętkę, to jakoś funkcjonuję. A potem przychodzi moment, kiedy umęczony po całym jednym i drugim takim dniu siadam w fotelu, zbieram siły na wycieczkę pod prysznic i łapią mnie haczyki zwątpienia. I tak, zdroworozsądkowo wiem, że sprzęty maści wszelkiej mają to do siebie, że się po prostu psują. Tylko cholera jasna dlaczego akurat na samym początku wykonywania pierwszego zlecenia? No i oczywiście dlaczego mi? Ludzie z roboty są zwalniani z najróżniejszych powodów, a gnojów wywalających na zbity pysk niewygodnych pracowników, których wiedzą, że nie urobią, jest wszędzie pełno. Ale w czasach epidemii i to pod koniec roku, tuż przed świętami musiało trafić mnie. Tak, wiem, nie jedynego, nie pierwszego i nie ostatniego.

Nie maż się, tylko działaj. I działam. Przynajmniej staram się jak mogę nie ustawać w parciu do przodu. A potem znowu ten fotel i te myśli. Ile można się potykać? Ile można się podnosić? Ile dźwigać, pchać i przeć? Ile?! I zostaje w tym fotelu, bujam się jak czterolatek z chorobą sierocą i odechciewa mi się wszystkiego. Nawet pisać na blogu. Bo o czym? O tym, że jestem zmęczony, że już mi się nie chce? O tym, że zaczynam wątpić w to, że kiedykolwiek uda mi się w pełni stanąć na nogi? O tym, że czuję się zbyt słaby, by w ogóle dać radę się na nich utrzymać?

      Paranoja jakby wiedziała wszystko o tym, co czarnego może mi w duszy zagrać nie daje spokoju i regularnie wysyła mi smsy odradzające mi przyjeżdżanie po dzieci, bo i tak nigdzie nie chcę ze mną iść. Jednak jeżdżę.

 – Cześć. Możesz poprosić Cześka i Małą Mi, żeby przyszli? – mówię do faceta Paranoi, który krząta się przy samochodzie w garażu.

 – Może dzień dobry byś najpierw powiedział? – odzywa się nawet nie patrząc w moją stronę.

 – Powiedziałem cześć. Postaram się następnym razem głośniej.

 – Sobie pod nosem to możesz cześć mówić. Ja mam ciebie jeszcze kultury uczyć? – tym razem spojrzał na mnie.

     Stałem wyczekując czy ruszy się do domu. Domyślałem się, że dzieci widziały mnie już z okna. Co dwa tygodnie od dwóch lat punktualnie jak w zegarku pojawiam się w tym miejscu by zabrać je do siebie na cały dzień. Przyzwyczaiły się, ze przyjeżdżam, zamieniam z nią lub z nim kilka słów i odjeżdżam. Ja się nie przyzwyczaiłem. Nie wiem, czy kiedykolwiek się przyzwyczaję. Poszedł. Zostawił otwarty samochód z radiem włączonym na lokalnej stacji i zniknął za rogiem w ganku. Po chwili pojawił się razem z moją byłą żoną i z moją córką.

 – Cześć Skarbie. Fajnie wyglądasz. – skomplementowałem jej bluzę z wizerunkiem Deadpool’a. Zdecydowanie moja krew, uśmiechnąłem się w duchu. Ex nie cierpi komiksów, a już tych nowoczesnych hollywoodzkich ekranizacji w szczególności uznając je za głupie i dla głupich. Córka spojrzała na matkę, a gdy ta wykonała przyzwalający gest głową, zrobiła krok na przód i wystąpiła spomiędzy nich jak na apelu.

 – Tato, ja nie chcę nigdzie z tobą jechać. – powiedziała patrząc mi prosto w oczy, gdy w jej własnych zauważyłem zbierające się łzy.

 – Serducho, nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, – odparłem przez płot – ty, mam wrażenie też nie do końca. Coś tu jest nie tak. Skoro nie chcesz jechać ze mną, to ok. Chodźmy na spacer, może Czesiek do nas dołączy. Porozmawiamy sobie. Może wytłumaczysz mi co się stało, co się dzieje? Chodźmy. Przejdziemy się tu po okolicy.

    Potrząsnęła tylko głową w przeczącym geście. Już się nie odezwała.

 – Możesz już iść do domu. – odezwała się za to jej matka i spojrzała na nią.

    Mała Mi odwróciła się i nie oglądając za siebie ruszyła do domu.

 – Córcia, kocham cię, tęsknię za tobą, za Cześkiem też. Proszę powiedz mu.

 – Przestań się wydzierać pod moim domem. – ofuknęła mnie ex. – Przestań tu w końcu przyjeżdżać. Nie rozumiesz, że w ten sposób nie polepszasz swojej sytuacji? Żegnam.

     Zniknęła wraz ze swoim facetem w ślad za córką. Stałem jeszcze przez chwilę a potem wsiadłem do samochodu. Już nie cieszyłem się z tego, że po raz pierwszy od trzech lat mogłem sam usiąść za kierownicę i wybrać się do dzieci. Minęła mi kara za jazdę pod wpływem alkoholu i już nie musze nikomu zawracać głowy swoimi potrzebami lokomocyjnymi.

     Dwa kroki w przód, jeden w tył. Nie chce mi się już tak pląsać.

XCV Czas przez palce

     Od tygodnia staram się narzucić sobie jakiś, chociaż drobny reżim. Wstawać wcześnie. Jeśli nie na tyle, jakbym normalnie miał chodzić do pracy, to chociaż tak, bym nie zaczynał dnia o dziesiątej, czy przed samym południem. Wychodzi coraz lepiej, chociaż łatwo nie jest. Ciężko się zwlec z łózka o siódmej, czy ósmej rano, gdy gonitwa myśli nie pozwala usnąć przed trzecią w nocy.

 – Zabierz gnoja do sądu, dowal mu, aż mu w pięty pójdzie.

 – Daj sobie spokój, gra nie warta świeczki, nawet jeśli masz rację, to będzie kolejna szarpanina dla zasady. Mało ci?

 – Nie tchórz, radzisz sobie dobrze do tej pory to i z tym sobie poradzisz.

 – Odpuść i zapomnij. Zajmij się w końcu sobą, a nie wszystkim dookoła.

     Na początku było bardzo niekomfortowo. Jeszcze za dnia byłem w stanie skanalizować energię tak, by problem z pracą i wszystkim co się z tym wiąże, traktować jako sytuację do rozwiązania. Telefony, spotkania, rozmowy. Szukanie etatu, który pozwoli mi na zabezpieczenie niezbędnego minimum, póki sam go nie będę w stanie zorganizować. Maszyna losująca poszła w ruch i czekam co z niej wypadnie. Samotne wieczory, coraz dłuższe i ciemniejsze przecież o tej porze roku, nie były już tak łaskawe, a moment kiedy kładłem się spać stawał się nie do zniesienia. Ten kołowrotek namolnych sprzeczności buszujących mi pod czaszką rzucał mną po łóżku jak sztorm małą łajbą, która nie zdążyła na czas dobić do portu. Kilkukrotne wygrzebywanie się z pościeli i wędrówka do toalety na harcerskiego papierosa. Znowu włączane, kłujące w oczy jak noże światło i próba przeczytania kilku stron, telewizor i latanie po kanałach do zamęczenia głowy tak długo, aż dołączy do horyzontalnie rozciągniętego ciała i zalegnie płasko na poduszce. Kolejna próba zaśnięcia. Kilka przewrotek, nerwy, nerwy, nerwy i cały rytuał powtarzany od początku. Następnego wieczora to samo. Za którymś razem, pomiędzy wszystkimi innymi, przyszła myśl, którą spychałem od początku najgłębiej jak się dało.

 – Napij się, podpij na sen i będzie spokój. Masz Żabkę z pełnymi półkami wódy tuż za rogiem. Pomóż sobie, po cholerę się męczyć? Nie dajesz rady swoim myślom. Zadeptają cię pędząc w kółko jak po jakiejś chorej, cyrkowej arenie freak show.

     Paradoksalnie, ta myśl, jej odpychanie, dawało mi siłę. Męczyłem się, ale każdego ranka wstając, nawet jeśli niezbyt wypoczęty ale trzeźwy, bez kaca, byłem zadowolony z siebie. Z kolejnego małego zwycięstwa. Trwało to kilka długich dni i było nad wyraz męczące, aż z wszystkich odbytych rozmów wyłoniła się konkluzja, którą w słowa ubrał Prawy.

 – Nie idź z nim do sądu. – brzmiał jego rzeczowy głos w słuchawce – Pewnie wygrasz i będziesz miał od cholery satysfakcji, ale satysfakcją raczej nie zapłacisz rachunków za prąd. W naszych warunkach prawnych, nie dość że się to wszystko będzie ciągnęło, to rekompensata jest żadna, a połowę zeżre prawnik. Jak już masz się męczyć na sali sądowej, to męcz się tam gdzie walczysz o sprawy naprawdę istotne. Praca się znajdzie, a twoje pomysły na biznes dopełnią reszty i sobie poradzisz.

     Miał rację. Jakoś podskórnie sam to czułem od początku, tylko nie wiedzieć dlaczego, bez przerwy dawałem sobie prawo do bezsensownego miotania się. Bo tak należało zrobić, bo nie można sobie odpuszczać, bo co on mi tu będzie bezkarnie pokazywał środkowy palec. Rozgorączkowany alkoholik ciągle we mnie siedzi i tylko czeka, aż go spuszczę ze smyczy, aż włączy mu się tryb wściekłego berserkera i zacznie niszczyć nieprzyjacioły nie zważając na zadawane mu rany.

     Całe to zamieszanie w mojej głowie uświadomiło mi jeszcze jedną, dość istotną jak myślę rzecz. Obojętnie jaka decyzja by nie przychodziła mi na myśl w tej sytuacji, przez prawie cały czas byłem z nią sam. Boksowanie się z samym sobą nie należy do zajęć ani rozsądnych, ani przyjemnych. Dopiero szereg spotkań i przeprowadzonych rozmów zaowocował spokojem. Moi przyjaciele i rodzina na raty sprowadzali na mnie spokój, który sam sobie mąciłem, gdy przychodził czas, by zamknąć się w swoich czterech ścianach. Zazdroszczę tym, którzy muszą sobie taki samotny czas organizować, zamiast znosić go z braku innych opcji. Współczuję ogromnie wszystkim na to skazanym. Na brak słowa, dotyku, czy po prostu kojącej obecności w chwilach, gdy się stoi przed ścianą. Niby wystarczyłoby się odwrócić i już ściana jest za plecami, ale bywa, że ciężko wpaść samemu na ten najprostszy pomysł, a czasem wystarczyłoby przecież, by ktoś zajął uwagę na tyle, by spojrzeć w innym kierunku niż ten wyimaginowany mur.

     Mój zegar dobowy powoli wraca do przyzwoitej normy. Podjęta decyzja o zaniechaniu szarpaniny przywróciła spokój, jeśli nie na dobre, to na pewno na tyle ile mi potrzebne, by powoli dojść do zwykłego, należytego funkcjonowania. Zmiana czasu na zimowy, mam nadzieję, przyspieszy tę moją zegarową rekonwalescencję. Benjaminie Franklinie, dzięki za pomysł z tą godzinką.

XCIV Kółko graniaste

     Dwa lata po zakończeniu terapii wracam do punktu wyjścia. Kilka osób mówiło mi, że powinienem się tego spodziewać i być na to gotowym, ja jednak tego nie widziałem. Może jestem naiwny, a może po prostu bronię się rękoma i nogami żeby nie adoptować się do końca do reguł gry obowiązujących w Kraju Przodków. Tak, czy siak, dokładanie dwa lata od chwili, kiedy pożegnałem się rezydentami i personelem Doliny Muminków jestem w tym samym miejscu. Bez pracy, z widmem komornika wiszącym nad moim domem, oczekując na sprawę sądową o widzenia z dwójką starszych dzieci i o alimenty dla nich.

      W poniedziałek wróciłem do pracy po dosyć nieprzyjemnym epizodzie z anginą i tygodniu zalegania w łóżku na zmianę pocąc się niemiłosiernie i drżąc z zimna. Na wejściu moja karta dostępu nie zadziałała, ale nie zdziwiłem się zbytnio, bo już od jakiegoś czasu nosiłem ją w kieszeni nadłamaną. Widocznie dokonała żywota i trzeba ja wymienić. Wszedłem wejściem dla klientów i dalej przez sekretariat, gdzie zgłosiłem awarię karty i poprosiłem o wymianę.

 – No to mamy kłopot Mick, bo dzisiaj to się raczej nie wydarzy. Musimy czekać co najmniej do jutra.

 – Jasne, nie ma problemu, mogę w takim razie dostać kartę dla gości, zanim nowa zostanie zrobiona?

 – Niestety nie. Nie mam w tej chwili żadnej jaką mógłbyś wziąć.

 – Hmmm… Ok, możesz mnie w takim wypadku po prostu wpuścić na firmę?

     Udałem się prosto do swojego biura, mając na ustach żart, który w tamtej chwili wydawał mi się nawet zabawny.

 – Dzień dobry wszystkim. Szefie, czy ja jestem zwolniony? Moja karta nie przepuściła mnie

na wejściu dla pracowników.

      Nikt się nie zaśmiał, ja również nie, bo gdy tylko skończyłem swoja powitalną, zabawną kwestię, zobaczyłem, że w biurze oprócz wszystkich których się tam zwyczajowo spodziewałem, jest ktoś jeszcze. Przy moim biurku siedziała dziewczyna, którą przychodząc do firmy ponad pół roku wcześniej miałem zastąpić.

 – Mick, musimy iść do dyrektora. Projekt twojego autorstwa, który wszedł do produkcji podczas, gdy byłeś na zwolnieniu jest wadliwy. Element zabezpieczający całość w transporcie jest za mały i nie pasuje na gotowy produkt. Niby sobie poradziliśmy, bo wystarczyło lekko naciąć brzegi paczki, włożyć wszystko do środka i ręcznie skleić, ale szef jest nieźle wkurwiony.

 – Jak to nie pasował? Przecież zrobiliśmy testy jeszcze zanim poszedłem na chorobowe? Próbki dwukrotnie były wysłane klientowi do akceptacji. Poprawki były naniesione tylko w produkcie i to bez wpływu na jego gabaryt, do opakowania nic nawet nie było zgłaszane. To niemożliwe!

 – A jednak. Sam widziałem, że transporter jest za ciasny. Idziemy do szefa, już czas.

     Usiedliśmy w gabinecie dyrektora i czekaliśmy kilka chwil. Wszedł, przywitał się z nami i zaczął bez wstępów.

 – Mick, rozwiązuję z tobą umowę o pracę.

 – …słucham? Nie rozumiem. Jak to?

 – Nie pasujesz mi do zespołu. Nie ma między nami chemii, nie rozumiemy się, ja ciebie nie rozumiem i nie chcę ciebie w moim zespole?

 – To trochę niespodzianka, bo przez ponad pół roku nie mógł się pan mnie nachwalić. Kilka razy, nie tylko ja z resztą, słyszałem, że jestem najlepszym nabytkiem firmy od miesięcy. Że świetnie wstrzeliłem się w zespół i że doskonale wywiązuję się z zadań. Że wszedłem w tryb pracy firmy z marszu, że ten okres adaptacyjny w zasadzie nie był mi potrzebny i w ogóle wystawiał mi pan niejednokrotnie całkiem miłą laurkę. Od kiedy przestałem pasować do zespołu? Od momentu, gdy upomniałem się o zapłatę nadgodzin?

 – To wszystko teraz nie ma znaczenia. Jestem dyrektorem w tej firmie i mam prawo zrezygnować z pracownika, z ciebie. Niniejszym to czynię. Poza tym twoje stanowisko pracy zostanie zlikwidowane. Proszę, tu jest do podpisania dla ciebie porozumienie stron.

 – Zlikwidowane? Jakim cudem? Od tygodni kierownik doprasza się o kolejnego, trzeciego konstruktora, bo nasza dwójka ciągle ma plecy, a lista zleceń wciąż się wydłuża.

 – Niech ciebie już o to głowa nie boli.

 – Panie dyrektorze – odezwał się kierownik – Mick ma rację. Ja nie będę się w stanie w dziale wyrobić ze zleceniami. Nawet jeśli Zsa Zsa wróciła, to Mick mógłby teraz uczyć ją, a nie jak na początku, ona uczyła niego. Zsa Zsa nie ma pojęcia o większych konstrukcjach w których Mick się wyspecjalizował. Proszę nie kierować się emocjami, tylko interesem firmy. Mick powinien zostać, bez dwóch zdań.

 – Jesteś kierownikiem działu i masz pokazać, że sobie poradzisz, bo takie masz w tej chwili ode mnie polecenie. Jestem dyrektorem i to moja decyzja. Jest ostateczna i nie ma dyskusji.

      Świat zawirował mi przed oczami. Ledwo łapałem oddech. Było mi gorąco jakbym usiadł w trzyrzędowym garniturze w tureckiej saunie. Zaraz zemdleję, albo się porzygam. Albo porzygam się i zemdleję.

     Nie wytrzymam! Nie wiem, czy to pomyślałem, czy powiedziałem na głos. Podniosłem się od stołu ostatkiem sił i tylko rzuciłem przez ramię wychodząc z gabinetu dyrektora.

 – Musze zadzwonić, musze iść do lekarza… – wybiegłem na dwór i natychmiast wykręciłem numer do terapeutki.

 – Dzień dobry. Chyba potrzebuje natychmiastowego spotkania. Czuję że grunt mi się usuwa spod nóg. Nie wiem co za chwilę się ze mną stanie, ale wiem, że to nie będzie nic dobrego.

 – Powili Mick, spokojnie, już słyszę, że się dzieje, ale powiedz mi co? Praca?

 – Skąd wiesz? Jak to? Tak, praca. Właśnie podsunęli mi porozumienie stron do podpisania. Wywalają mnie na zbity pysk.

 – Po tym co mi opowiadałeś ostatnio, że gdy upomniałeś się o wypłatę wyrównania  należnych ci pieniędzy, potraktowali cię jak złodzieja i w nagrodę zostałeś objęty zakazem jakichkolwiek nadgodzin, spodziewałam się, że będzie ciąg dalszy. Tak przeczuwałam. Dzisiaj nie będę w stanie ciebie przyjąć, nie ma mnie w mieście. Idź do domu. Zadzwoń do kogoś, kto będzie mógł spędzić z tobą jakiś czas. Może ktoś z rodziny? Zadzwonię do ciebie za około godzinę i porozmawiamy dłużej. Już dzwonię do doktora i umawiam ciebie na wizytę. Dostaniesz z powrotem pigułki jeśli stwierdzi, że będzie trzeba. Może zadzwoń do prawnika Dębskiego i poradź się go jakie masz możliwości w takiej sytuacji. Nigdzie nie łaź, a już na pewno nie rób żadnych głupot. Wiem jak to wygląda w twojej sytuacji, ale to nie koniec świata. Poradzimy sobie. Teraz potrzebny ci spokój. Zapewnij go sobie.

     Spokój. Zapewnij go sobie. Jak?! Jak mam być spokojny, gdy jedyne co mi w głowie siedzi, to wywalenie z pracy? Dotarłem do domu. Nawet nie myślałem, by wracać do biura. Nie będę się przed nimi z niczego tłumaczył. Jeśli już, to w sądzie.

     Chwilę po tym jak dotarłem do domu przybył Wujek. Mimo swoich własnych perypetii zameldował się u mnie niemal natychmiast po telefonie.

 – Nie zostaniesz z niczym. Nawet na wypowiedzeniu, jeszcze prawie dwa miesiące będziesz na wypłacie, masz jeszcze niewykorzystany urlop, no i doktor zapewne już wysłał ciebie na zwolnienie lekarskie. To kupi ci kolejne kilka chwil. Coś w tym czasie zdążymy zorganizować. Fakt, że trochę inaczej planowaliśmy rozkręcić nasz biznes, ale okazuje się, że twój dotychczasowy szef zadecydował za nas i będziemy musieli zacząć z wysokiego C, zamiast od dosyć długiej przygrywki.

 – Stary!? Czy ty nie kumasz, że oprócz dobrych chęci potrzebujemy od cholery narzędzi na które nie mamy kasy? Jak ty chcesz zacząć z wysokiego C?

 – Spokojnie, nie nakręcaj się. Nie wiem jeszcze jak to uradzimy, ale uradzimy. Potrzebujemy odrobiny czasu na zastanowienie. Nie braliśmy takiego scenariusza pod uwagę, dlatego nie mamy jeszcze rozwiązania. Ono przyjdzie. Spokojnie. Spokoooooojnie.

 – Kurwa! Spokojnie? Wszyscy każą mi być spokojnym, kiedy ja w dwa lata zrobiłem tylko jedno wielkie koło i stoję w tym samym miejscu.

 – Czyżby? Coś mi się wydaje, że nawet jeśli tak to wygląda, to poziom trudności drugiej rundy masz chyba lżejszy? Mama Szopena idzie z Tobą na pełną współpracę. Ten front już zamknięty, bo wygrany. Alimenty czekają na apelację. Jeszcze poczekają, bo pandemia, więc kłopot jest, ale trochę odroczony. Nie ma sensu martwić się na zapas. Starszaki tak samo. Czekaj, aż sąd rozpatrzy sprawę, a chyba sam wiesz, że już nie jesteś na takiej spalonej pozycji, bo patrz punkt pierwszy.

 – Dług mi zaczyna właśnie rosnąć trochę szybciej, jeśli nie zauważyłeś. Właśnie tracę dochód, a ex wniosła już dawno do komornika podanie o ponowną licytację nieruchomości. Co z szukaniem pracy już nawet nie wspominam. Skoro koleś mnie wypieprza, bo śmiałem się upomnieć o swoje, to każdemu potencjalnemu pracodawcy wiesz co powie? I to niezależnie, czy pójdę z nim do sądu bić się o swoje, czy nie. To nie będzie nic zachwycającego, co słyszałem od niego przez pół roku.

 – Wiem. Jednak po pierwsze, nawet jeśli może ci zaszkodzić opinią niewdzięcznika, to pamiętaj w jakim kraju teraz żyjesz. Nie każdy musi lubić lokalnego milionera, może go nawet nie lubić. Bardzo. Poza tym, za kilka dni odzyskujesz prawo do powożenia, więc rynek pracy lokalnej poszerza ci się o promień ładnych kilku kilometrów oraz wzrasta ci atrakcyjność pracownicza o jeden dokument. Prawo jazdy to poważny atut. Pamiętaj o tym.

 – Jasne.

     Terapeutka w czasie sesji przez telefon powtórzyła mniej więcej te same argumenty co Wujek. Uspokoiła mnie i uspokoiła siebie.

 – Mick, jest lepiej niż myślałam, że jest. Bałam się po twojej pierwszej reakcji, że możesz tego nie udźwignąć, a widzę, że powoli emocje ci opadły i podchodzisz do, nie oszukujmy się, niemałego problemu, zadaniowo. Dobrze. Nie podpowiem ci, czy iść do sądu, czy nie. To musisz rozważyć sam. Zrobić sobie bilans ewentualnych zysków i pewnych strat, bo tak do tego musisz podejść, i wtedy będziesz wiedział jaką decyzję podjąć. Wiem jedno. Rozmawiamy już kawał czasu i nie zauważyłam ani śladów paniki, ani jakiejś nadmiernej złości. Nic niepokojącego. Na dzisiaj kończymy. Dzwoń gdyby zaczęło ci się coś dziać.

     Siedzę od kilku dni i zachodzę w głowę co począć. Prawnik podpowiada, że warto się udać do sądu, bo takiej bezczelności nie powinno się darować nikomu, a komuś, komu wydaje się, że mając grubą kasę stoi ponad prawem, tym bardziej. Że to zamknie mi kilka drzwi w mieście? Owszem, to pewne. Pytanie tylko, czy gdyby były otwarte, to chciałbym dla kogoś takiego pracować, kto za domaganie się uczciwości wywala na dwór, jak jakiegoś przybłędę.

     Póki co, poświęcam czas najmłodszemu i dobrze mi to robi. Obmyślam kolejne projekty i kombinuję jak zorganizować narzędzia do ich realizacji. Znajomi poprosili mnie o wycenę pierwszego zlecenia. Zaczynam zapełniać pierwszą stronę w portfolio, niestety, paląc przy tym nieco więcej niż przeciętnie w ciągu ostatniego pół roku.

XCIII Urządzenie vs urządzanie

Stefan Kisielewski fot. Anna Beata Bohdziewicz

Jak sobie radzę z (nie)piciem? Radzę sobie. W zasadzie, to, w jakiś sposób nie muszę sobie radzić. Wszystko dzieje się samo. Poranki rozpruwane budzikiem, południa w pracy zalewane rozwodnioną kawą z ekspresu, wieczory przy improwizowanym na prędce obiedzie i wieczory z kolejnymi rozdziałami kończonymi na wygniecionej poduszce. Przesuwam w palcach kolejne dni, jak stara babinka paciorki różańca, jeden po drugim, niemal bezwiednie, jakby siłą przyzwyczajenia.

    Jak sobie radzę z sądami i exami? Całkiem nieźle. Zdecydowanie lepiej niż na początku tej drogi, choć niewiele na to wskazywało, gdy nafaszerowany huraoptymizmem opuszczałem terapię i zaraz potem przyszło czołowe zderzenie ze ścianą rzeczywistości. Biorąc pod uwagę fakt, że okoliczności wymogły absurdalnie długie postojowe, byłoby jeszcze lepiej. Tak myślę.

     Jak sobie radzę z matematyką mojego portfela? Wolałbym lepiej, ale mając na względzie długą i głęboko zakorzenioną historię pańszczyzny w naszym kraju, mogę powiedzieć, że jest do przeżycia. Tylko. Do życia, tego prawdziwie pojmowanego, jeszcze wiele brakuje i obawiam się, że dopóki nie zacznę sobie sam organizować ekonomii, to z obrabiania pola swojemu panu nie sfinansuję zmian na lepsze. Na pewno nie na mojej prowincji, gdzie mentalnie ludzie cięgle przebierają nogami w latach 90tych zeszłego wieku. Szkoda.

     Nuda, rutyna i rozleniwienie. Czasami się zastanawiam, czy wbrew ostrzeżeniom Kisiela, nie zacząłem się urządzać w dupie? Może? Nawet moja dosyć długa absencja na blogu mogłaby na to wskazywać. Jakbym przywykł do tego wszystkiego co mnie otoczyło z każdej flanki i już nawet nie zauważam żadnych odstępstw od gnuśnej normy, które warte byłyby opisania. Żadnej wyrwy, nierówności, przerwy. Wszystko constans.

     Musze rozgrzeszyć się z połowy tego czasu, chociaż odrobinę. Nie licząc smartfonu, zniknąłem z czeliści Internetu ugodzony boleśnie awarią laptopa. Po kilku próbach samodzielnego ogarnięcia sytuacji musiałem rzucić ręcznik i oddać pole specjalistom. Cena za naprawę mojego wiernego towarzysza cyberprzestrzeni zwaliła mnie z nóg. Do końca roku mam nadzieję wybrnąć z pożyczki od brata, jaką musiałem zaciągnąć by postawić moją bramę do świata na nogi. Trochę niedobrze, bo święta za pasem, a wiadomo co one oznaczają. Globalny przeciąg w portfelach. Plus (sic!) mojej sytuacji jest taki, że nawet w providentach jestem słabo atrakcyjny, bo mógłbym się skusić w akcie desperacji, a to oznaczałoby skok na główkę w spiralę zadłużenia.

     No, ale bez czarnowidztwa, bo nie ma przecież tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przyduszony do ściany swojego prywatnego PKB przez kolejnego Janusza biznesu, uruchomiłem pokłady mojej kreatywności. Skoro pan nie chce dawać zarobić, chłop musi próbować zrobić to sam. Trochę się z siebie śmieję, bo przecież to był mój pomysł na samym początku po przeprowadzce na stare śmieci. Być sobie samemu i żaglem i sterem. Niestety, przywożąc z Wysp Prosperity puste kieszenie nie miałem z czego zacząć, a z próżnego to i Salomon nie naleje. Próby uzyskania finansów na rozruch spełzły na niczym, bo Paranoja od samego początku zaprosiła do współpracy komornika. To zamknęło mi na dobre drogę po każdy kredyt, i komercyjny, i z wszelkiego rodzaju urzędów zajmujących się aktywizacją zawodową. Taka sytuacja pozostaje z resztą do dzisiaj, bo mimo, że spłaciłem swoje alimenty do zera, moja była małżonka skorzystała z prawa nieodwoływania komornika i ten wisi nade mną do dzisiaj. Mało tego. Ex czeka przyczajona, aż noga znów mi się powinie, by znowu spróbować pozbawić mnie dachu nad głową. Wniosek o ponowne zajęcie nieruchomości po raz drugi został przez nią złożony i nabiera mocy prawnej. Na razie nie może być egzekwowany, bo komornik z mojej pensji i póki co zaspokaja potrzeby alimentacyjne w takim stopniu, że od chaty trzyma się na dystans. Na razie.

     Co teraz? Teraz muszę uzbierać na kuriera, który przywiezie mi dwie garście narzędzi z Molocha. Zostawiłem tam to i owo, bo jednak młotek i śrubokręt to nie skarpetka i podkoszulek. Trochę ważą. Nie udało mi się tego spakować i zabrać ze sobą, za mało portretów królowej miałem w ostatnim zwitku banknotów. Teraz patrzę na to jak na błąd, bardzo karygodny. Było zostawić książki, a wkrętarki i inne szlifierki zabrać ze sobą. Cóż, kto pomyślał, że na powrót przyjdzie mi ochota brudzić się w pracy, choćby po godzinach, gdy skończę swoje etatowe osiem za biurkiem. A może to właśnie dlatego naszła mnie ochota, bo za biurkiem? Przez tyle lat, na obczyźnie, utrzymywałem się z tego co stworzą moje ręce, że teraz odnajdywanie się w wirtualnych tworach mojej wyobraźni nie do końca sprawia mi satysfakcję i od nowa mam zamiar móc obrócić to co stworzę w dłoni? Nie, chyba nie. Sytuacja tego wymaga i znowu muszę spróbować.      Oprócz usługi kuriera, muszę kupić kilka podstawowych narzędzi, bym to co zaprojektowałem sobie w głowie, a potem przeniosłem na papier, nabrało rzeczywistych kształtów. Zaistniało w rzeczywistej przestrzeni i dało się ustawić, dotknąć, użyć. Ucieszyć swym widokiem na tyle, by zarazić kolejnych chęcią posiadania, ustawiania, używania.

     Tworzyć. Tworzyć z satysfakcją i w końcu na swoje konto. Musze zacząć. Bo to, że mi się uda wiem. Zawsze mi się udawało.

XCII Po przerwie 1:0

     Mieląc przekleństwa z zaciśniętymi zębami zakasałem rękawy i ostro wziąłem się do roboty. Odkładane od kilku tygodni drobne prace, na które nie miałem ochoty, ani siły się zabrać, ale ochoty przede wszystkim, nagle zaczęły niemal same się robić. Odnowiłem sąsiadce ławkę dla jej niepełnosprawnego wnuka, posprzątałem w swoim warsztacie i wywaliłem w końcu stertę rzeczy zalegających w kącie po wstępie do sprzątania. Posprzątałem w domu i w samochodzie. Wyprasowałem wszystkie koszule, wszystkie, wszyściuteńkie, a do pralki wstawiałem kolejne porcje, które potem będą czekały na wyprasowanie. Odwiedziłem nawet kumpla, któremu obiecałem pomóc w drobnych pracach domowych, bo on, jak sam twierdzi, ledwo kojarzy z której strony trzyma się młotek, a żona mu wierci dziurę w brzuchu. Załatwiłem z kierownikiem, że zorganizuje mi czas pracy z nadgodzinami, co samo w sobie nie jest proste, ale dzięki okresowi urlopowemu jakoś to usprawiedliwił na górze. Całą fatalna energię przerobiłem na pot i drobne łyki satysfakcji.

     Powoli przechodzi, bardzo powoli i w niezbyt odległe miejsca. Na pewno nie tak dalekie bym szybko o tym zapomniał. Ciągle mam przed oczami moją córkę wychylająca się z okna swojego pokoju na poddaszu, wykrzykującą do mnie w złości, że nie chce nigdzie ze mną jechać. Mroczne wspomnienie, którego pewnie nigdy się nie pozbędę.

     Co ona z nimi zrobiła? Jak mogła? Czy naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, że krzywdzi własne dzieci? Nie umiem sobie odpowiedzieć na te pytania, a już następne kłębią się w głowie. Jestem na nią wściekły, że tak wykorzystuje dany jej czas. Jestem wściekły na cały świat, z sądem na czele, że jej ten czas daje. Jestem wściekły na tą pieprzoną pandemię, że pojawiła się w chwili, kiedy wszystko miało się już rozwiązać. Jestem chodzącym workiem, do granic możliwości rozepchanym wściekłością.

     Znowu sprzątam, znowu naprawiam jakieś pierdoły, znowu piorę i prasuję. I palę. Wróciłem do ponad pół paczki fajek dziennie. Dużo ponad pół. Na to też jestem wściekły, czyli na siebie.

     – Dzień dobry Pani. Otrzymałem uzasadnienie wyroku odnośnie widzeń Micka z Szopenem. Odsyłam Pani kopię. Jak wygląda sytuacja, czy piszemy apelację? – odczytuję z ekranu telefonu sms od adwokata Złośnicy.

     Serio? Facet bierze od niej pewnie niemałą kasę i nie umie zapisać sobie jej nr telefonu? Wysyła przez pomyłkę wiadomość do niej na mój numer? Oni chyba też żyją w innym świecie, który nijak ma się do ich klientów. Obracam w ręce telefon i się zastanawiam, czy nie pójść va banque i nie odpisać, że jest już ok i nie ma sensu startować z tą apelacją. Patrzę jeszcze raz w telefon i zawieszam kciuk nad ekranem.

     – Skontaktował się Pan z tatą Szopena. Pozdrawiam. – naciskam wyślij i zaciągam się głęboko papierosem.

     Wygram tą apelację. Nic na mnie nie ma. Jeśli będzie kłamać i mataczyć, jeśli będzie manipulować, udowodnię to. Powyciągam świadków choćby z piekła i wbrew ich woli. Jej koleżanki z pracy, jej sąsiadów, kogo się da. Poza tym, przecież od maja daje mi małego, bez większych problemów, czasem nawet nadprogramowo. Nasz syn całe dnie spędza z moją mamą, gdy oboje jesteśmy w pracy, opowiem o tym w sądzie z najdrobniejszymi szczegółami. Nawet jeśli złoży apelację, będzie bezsensowna. I kolejna wściekła myśl mi się pląta po głowie, bo właśnie sobie uświadomiłem, że od ogłoszenia wyroku minęło jakieś sześć miesięcy, sądy jeszcze nie pracują pełną parą i nawet jeśli jutro złoży papiery, to i tak diabli wiedzą kiedy dojdzie do rozprawy. Znowu zawieszenie w czasie. Znowu czekanie. Znowu. Kurwa!

     Minęło już grubo ponad dwa lata od kiedy rozpocząłem trzeźwieć. Sporo czasu. Jest z tobą coraz lepiej. Pracujesz na to i coraz łatwiej przychodzi tobie trwać w zdrowieniu i dobrym samopoczuciu. Wstanie rano, przejście przez dzień i położenie się spać nie wymaga już w zasadzie żadnego wysiłku. Nawet myślami nie ocierasz się o swój nałóg. To czas, w jakim można zepchnąć świadomość swojej choroby tak głęboko, że o niej zapominasz. Kiedy jednak sobie przypomnisz, zastanawiasz się, czy aby przypadkiem nie wyciągnąłeś z piwnicy armaty, żeby ustrzelić wróbla. Czy ta terapia, mały sztab psychologów, koledzy z AA, byli naprawdę do czegokolwiek potrzebni? Może wystarczyło na chwilę zbastować i zwyczajnie cieszyć się życiem jak statystyczny Kowalski, bez robienia wokół alkoholu i swojej osoby tego całego zamieszania. Nikt by nie mógł pokazać mnie palcem i nazwać alkoholikiem. Nikt nie mógłby wykorzystać tego w sądzie.

     I potem znikąd przychodzi taka właśnie chwila. Czarne chmury zbierają się nad moją głową. Wiem, że niewiele mogę zrobić i powinienem to po prostu przyjąć i czekać, aż nadejdzie moment, gdy będę miał choćby minimalną siłę sprawczą i wtedy działać. Łatwo powiedzieć. Bezsilność i frustracja, które zwalczasz w zasadzie od samego początku, atakują ze zdwojoną siłą. Nie jest łatwo po raz kolejny przetrenować swoją cierpliwość. Łatwo stwierdzić, że musze się napić na te skołatane nerwy, na cały ten galimatias. Odciąć się i uspokoić, mieć to wszystko gdzieś. Zbyt łatwo. Pierwsza myśl. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że wszystkie te „a może nie trzeba było”, to tylko bardzo życzeniowe myślenie. Fantazje i mrzonki. Alkoholizm. Choroba. I już wiesz, że właśnie trzeba było terapii i kolegów z AA i gdyby nie oni, ta pierwsza myśl mogłaby zamienić się w czyn i byłoby po wszystkim. Byłoby po mnie.

     Wysprzątałem, wyprałem, wyprasowałem. Pobawiłem się z małym i obejrzeliśmy kilka odcinków Psiego patrolu. Zjedliśmy kolację. Odprowadzam go do Złośnicy.

 – Mały już po kolacji, ale pewnie po kąpieli coś jeszcze u ciebie skubnie. – podaję jej plecak małego wypchany koparkami, dinozaurami i figurkami lego. – Sprawdź mu temperaturę i gardło. Trochę zbyt często kaszlał i niekoniecznie brzmiało to jakby się zakrztusił. Boję się, że przegiąłem z lodami.

 – No sprawdzę, a lody to jego normalna dieta, nie powinieneś się tym przejmować. – odpowiada mi jakby żartem i nawet się uśmiecha.

     Żegnam się z Szopenem, przytulamy się i dajemy sobie buziaka.

 – Pa synuś, będę za tobą tęsknił. – tarmoszę mu jeszcze włosy na do widzenia.

 – Pa tata. Ja cię kocham, o tak! – odpowiada i unosi ręce wysoko nad głowę, stając na palcach i teatralnie stękając z wysiłku – O, tak ogromnie cię kocham!

      Odprowadzam ich wzrokiem do klatki schodowej. Mały co chwilę ogląda się za siebie i macha do mnie. Odmachuję mu i wysyłam buziaki. Uwielbiam te nasze drobne rytuały. Cholera, nie będę go widział przez cztery dni. Coś wykombinuję, żeby ten czas mi zleciał, byle nie sprzątanie, bo już mi wychodzi uszami.

    Na drugi dzień wysyłam do mamy Szopena wiadomość.

 – Jak mały, co z jego kaszleniem?

 – Nic wielkiego, ze dwa razy kaszlnął, chyba rzeczywiście o jednego loda za dużo zjadł i to wszystko. Gardło w normie i żadnej temperatury.

 – Mogę zadzwonić na whatsapp? Powiem mu dobranoc.

 – Jutro, teraz już zasypia, a jest trochę marudny. Wolę żeby już go nie rozpraszać.

 No, to ok. Jutro do małego przekręcę i pogadamy chwilkę zanim położy się spać.

 – Nie odwoływałam się do Sądu jednak. – przychodzi od niej kolejna wiadomość, a zaraz za nią następna. – Masz już prawomocny wyrok. Od tego tygodnia będziesz mógł zabierać małego na pełne weekendy i w ogóle na dłużej, tak jak chciałeś.

     Stoję na środku chodnika i gapię się z niedowierzaniem w ekran. Przewijam rozmowę do początku i czytam jeszcze raz. Unoszę ręce do góry, jakbym właśnie strzelił najważniejsza bramkę w historii futbolu i słyszę swój własny krzyk.

 – Jeeeeeeeeeeeeeest!!!

    Kilka osób patrzy na mnie ze zdziwieniem, ktoś się uśmiecha i wyciąga do góry wyprostowany kciuk. Odpowiadam mu tym samym gestem, uśmiechając się całym sobą. Zerkam jeszcze raz na ekran telefonu. Wiadomość od Złośnicy cały czas tam jest. Ta sama. Przesuwam kciukiem nad ekranem i szybko wysyłam.

 – Dziękuję.

XCI Love is all you need…

     Odrobina klaustrofobii i chęć zaszycia się w czterech ścianach przed całym światem. Maniakalny pęd do kompulsywnego sprzątania i lenistwo tak wielkie, że nie pozwala mi się dźwignąć z łóżka, by zrobić kanapkę. Nawet gdy kiszki grają mi marsze tak głośno, że sąsiedzi myślą, że znowu mam przesterowane basy i słucham swoich szarpidrutów. Nawet serial, który oglądam jest równocześnie żenująco nudny i zabawny, głupi jak but i przejmująco odkrywczy. Schiza na biegunach. Czyli wszystko w normie. 

     Czas mi się przesypuje przez palce, nawet nie wiem kiedy i jak. Dwa tygodnie z Szopenem minęły jak… jak wakacje. Za szybko. Choć kto tak na prawdę poczuł w tym roku wakacje? Dwa kolejne tygodnie przemknęły jeszcze szybciej, o poprzednich kilku miesiącach nie wspominając, a ja ciągle mam wrażenie dreptania w miejscu. To chyba przez to, że ograniczone możliwości jako takiego spędzania czasu, przez tą cholerną pandemiczną kołomyję ograniczyły się jeszcze bardziej i przez to dzień za dniem zlewają się w jedną całość. Tą dziwną, pędzącą na złamanie karku stagnację widzę też w tych wpisach. Są rzadsze i krótsze, bo na ile sposobów można opisać jabłko, albo klocka, tak, żeby nie zadławić się ogonem własnych myśli?

      Kolejne dni staja się tak przewidywalne, jak menu baru mlecznego, którego dni świetności  minęły jeszcze zanim Magda Gessler wpadła na pomysł adopcji formatu kuchennych rewolucji.

      Chwała ci Złośnico, że pozwalasz mi na spędzanie czasu z naszym synem, obojętnie jakie miałaś ku temu przesłanki. Nie dbam o nie. Dbam o te najjaśniejsze momenty w swoim monotonnym kalendarzu. Staram się wyciskać te wszystkie momenty z Szopenem i odliczam tygodnie do chwili odzyskania prawa jazdy, bo wtedy ten zalążek niezależności pozwoli mi na jeszcze więcej. Póki co korzystam z szalonej uprzejmości przyjaciół.

       Ostatnio Ciocia Smok, na zmianę z Wujkiem, wręcz rozpieszczali nas wożąc bez przerwy nad okoliczne jeziora. Nasze kąpielówki ledwo zdążyły wyschnąć po wieczornej przepierce i już wciągaliśmy je na tyłki i skakaliśmy do wody. Szopen zaliczył też swoje pierwsze ognisko biwakowe. Nie mogłem się napatrzeć na jego zachwyt ogniem. Ani dym, ani żar nie były w stanie go zniechęcić. Krążył wokół ogniska jak ćma, co i rusz podrzucając drobne patyki w płomienie. Trochę ostrzeżeń, kilka uwag i w zasadzie nawet nie próbował zrobić sobie krzywdy, ale i tak sporo jeszcze przede mną, bo mój najmłodszy ma ewidentne zadatki na piromana. Mały Firestarter.

      Na przeciwległym krańcu tego wahadła jest Paranoja. Ona z kolei bez przerwy dba, bym nie zapomniał, że nie wszystko w moim życiu po powrocie do kraju przodków będzie sielanką. Po częściowym odmrożeniu sądów zacząłem dostawać pisma jakie w ciągu ostatnich miesięcy naskrobała ze swoim adwokatem, by pamięć o mojej osobie nie zbladła w zaciszu sędziowskiego gabinetu. Dowiedziałem się z nich, że nie pamiętam o urodzinach dzieci, że nie dostają ode mnie prezentów z tych okazji, ani na święta, a o drobnych upominkach dla nich, to już w ogóle nie myślę. Że nie robię nic, mimo jej usilnych starań aby skrócić dystans jaki między nami zbudowałem.

     Wybrałem się, jak co dwa tygodnie, by spróbować po raz już sam nie wiem który, zobaczyć się z dziećmi. Tym razem, dodatkowo, według naszej rozpiski sądowej miałem właśnie je zabrać na drugi z dwóch ustalonych wakacyjnych tygodni. Nauczyłem się już nie liczyć na zbyt wiele, może na kilka słów przez płot, w najlepszym wypadku.

     – Co ty tu robisz? Po co tu przylazłeś? – zapytała mnie Paranoja wychodząc przez bramkę z psem. Zaczepiała mu smycz i ruszyła drogą nie czekając nawet na odpowiedź.

     – Przyjechałem zabrać dzieci na tydzień, zgodnie z ustaleniami sądowymi.

     – Dzieci nigdzie z tobą nie chcą jechać. – weszła mi w pół słowa odwracając się na moment – Chodź psinka, chodź, idziemy. – zwróciła się do swojego psa i ruszyła dalej przed siebie. Po kilku krokach znowu się zatrzymała. Odwróciła się z uśmiechem i dorzuciła:

     – Jak ty w ogóle możesz się tak pokazywać dzieciom? Że nie jest ci wstyd, wiedz, że one wstydzą się za ciebie i wstydzą się ciebie ty łachmyto.

     Zbaraniałem. Spodziewałem się w zasadzie wielu rzeczy z jej strony, ale nie krytyki mojego ubioru. Musiał się jej wyjątkowo nie spodobać mój tshirt z wizerunkiem Yody i Beatelsów „śpiewających” jeden z największych przebojów światowej muzyki popularnej. Fakt, że odrobinę sprany, ale chyba również w tym, o ile nie przede wszystkim, tkwi urok takich koszulek. Chyba.

     Matka mojej starszej dwójki zniknęła mi z oczu wchodząc w polną drogę za granicą swojej posesji. Przeszedłem się wzdłuż płotu licząc, że uda mi się ustalić, czy dzieci w ogóle są w domu. Może przy odrobinie szczęścia zauważyć je i zachęcić do wyjścia na choćby krótką rozmowę. Bez powodzenia. Zrezygnowany wyciągnąłem telefon i wykręciłem numer lokalnej komendy policji by poprosić o odnotowanie kolejnego uchybienia postanowieniom sądowym, jakiego dopuściła się moja była żona. Gdy odpowiadałem na szereg pytań oficera dyżurnego ex wyskoczyła do mnie jak spod ziemi.

     – Ty idioto znowu dzwonisz na policję?! Kompletnie zgłupiałeś? Jak ja mam pracować nad twoimi widzeniami z dziećmi kiedy ty ciągle na mnie donosisz i to tak żeby one słyszały? Jesteś skończonym pajacem! Won pijaku!

     W tym momencie otworzyło się okno na poddaszu i pojawiła się w nim moja córka.

     – Czego ty nie rozumiesz? Nigdzie nie chcę z tobą jechać! – wykrzyczała do mnie i zatrzasnęła okno.

     – Pana zgłoszenie zostało przyjęte. – usłyszałem w słuchawce, podziękowałem i się rozłączyłem. Stałem przed domem moich dzieci i nie umiałem w żaden sposób zareagować na to co się stało. Wiedziałem, że taka sytuacja nastąpi prędzej czy później. Minęło tyle czasu, gdy Paranoja przez nikogo nie niepokojona powoli i konsekwentnie dopełniała swojego dzieła. Półtorej roku z górką. Mnóstwo czasu. Na wszystko. Również dla mnie, by się przygotować na to zdarzenie, które według psychologów dziecięcych, w sytuacjach takich jak moich dzieci, jest niemal nieuniknione. Czytałem o tym setki razy, przegadywałem ten moment z psycholog wiele razy. I tak nie wystarczyło.

     Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem, który tego właśnie dnia ma ochotę pieprznąć całą tą swoją abstynencję w jasną cholerę i się porządnie urżnąć.

XC Dwa tygodnie wakacji

Podłoga to lawa /kadr z serialu – Netflix/

     Postanowiłem wyjść z domu i postawić kilka kroków w obojętnie jakim kierunku. Teoretycznie mogłem się położyć na łóżku i nie niepokojony przez nic i nikogo włączyć film, radio, puścić sobie jakąś płytę, albo otworzyć książkę i zapaść się w którekolwiek na niemal dowolnie długi moment, ale wiem, że za nic nie potrafiłbym się na tym skupić. Musiałem rozchodzić tą energię jaka we mnie ciągle się tliła. Łaskotała mi głowę, mózg, drażniła podniebienie, oczy i uszy. Świeżo układała się wygodnie we wszystkie moje zmysły i zapadała w pamięć. Głęboko i na zawsze.

    Wyszedłem z domu i nogi same poniosły mnie w kierunku przebytych przez ostatnie dwa tygodnie spacerów. Nie żeby aż tak wiele ścieżek można było zaznaczyć na mapie mojego rodzinnego miasteczka, ale Szopen zawsze ciągnął mnie w kilka żelaznych punktów swojej marszruty. Zawsze! Lodziarnia, najpierw jedna, potem druga, z których czasami korzystaliśmy, potem najbardziej kolorowa wystawa z wszystkich, naszej jedynej, całe szczęście, wciąż niezamkniętej księgarni, gdzie również zdarzyło nam się raz i drugi wdepnąć, i oczywiście sklepy z zabawkami, w których nam obu pękało serce, bo sam tak naprawdę nie wiem, który z nas bardziej chciałby WSZYSTKO z nich wynieść i zatargać do domu.

 – Tata, a taką zabawkę mi kupisz? A tą? A zobacz jakie to jest super i ja bardzo chcę to mieć. Kupiiiiiiiiiiiiiisz? – pokazywał mi kilku Strażaków Samów, wszystkich czworonogów z Psiego Patrolu, jakieś półtorej miliarda zestawów lego i playmobil i koniec końców, dziesiątki gazetek z jakimiś niemal odpustowymi, niepoważnymi zabawkami, za poważne pieniądze. 49,99 za jakiś miniaturowy traktorek z plastiku z wściekle kolorową gazetką liczącą stron 12?! Ktoś to powinien zgłosić do ONZ i UNICEF za praktykowanie przemocy ekonomicznej na skalę globalną, a mimo to poczułem się jak sknera.

 – Synku, wiesz co, myślę, że kupimy taki traktor w innym sklepie i za rozsądniejszą cenę, bo na tą taty nie stać. Jest za droga i w dodatku malutka, znajdziemy coś większego i fajniejszego. Ok?

 – Tata, ale ja przecież też jestem mały, a ty i babcia mówicie, że jestem drogi. No, kupiiiiiisz?

     Skubaniec! Kiedy to się stało, że w jego głowie zaczęły się wykluwać takie koncepty? Zaśmiałem się w głos, a w głowie miałem roladę z dumy i z oburzenia na małego cwaniaka.

     Chodziliśmy też pobiegać dookoła wszystkich fontann w mieście. Dzisiaj też przy jednej z nich stanąłem. Od dłuższej chwili kropiło, ale wcale mi to nie przeszkadzało tkwić nad wodotryskiem, a chwilę później dalej przechadzać się uliczkami naszego miasteczka. Tego wieczora samemu. Po dwóch tygodniach spędzonych z moim najmłodszym synkiem, odwiozłem go do jego mamy i po powrocie jakąś godzinę temu, cisza i spokój jakie panowały w domu jakoś powodowały, że poczułem się w nim nieswojo, może nawet obco. Jakbym wylądował na księżycu. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie włączyć bajek, które z młodym oglądaliśmy codziennie, ale stwierdziłem, że to bardzo melodramatycznie bezsensowne.

    Wróciłem do mieszkania w momencie, gdy właśnie powinienem napuszczać mu wody do wanny i przygotowywać go do snu. Wrzucałem małego do wanny, a sam zabierałem się za golenie. Mały podczas swoich zabaw w wannie pełnej piany kontrolował mnie i moje postępy w usuwaniu szczeciny.

 – Tato ale piana na szyję też. A uszy golisz? A nos? A daj ja ciebie posmaruję, a ty posmaruj mnie. A ja mogę się też ogolić?

     Zdarzyło się nam że siedzieliśmy w łazience dobre pół godziny. On się bawił łódkami i ludzikami, ja dolewałem mu gorącej wody słuchając przygód, jakie urządzał Buzzowi Astralowi i Chudemu i kremowałem sobie twarz balsamem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak długo chodziłem regularnie ostrugany. Nie miałem wyjścia. Szopen kładąc się po kąpieli do wyrka sprawdzał moje policzki, czy aby nie pokłuję go dając buziaka i przytulając sto tysięcy razy na dobranoc. To był bardzo fajny rytuał jaki wyklarował się w czasie tych kilkunastu dni. Kąpiel, golenie, bajka, przytulanie i sen. Najczęściej nie słodki, choć przecież na pewno nie gorzki. Nie będę pierwszy w historii, który spanie ze swoim młodym przypłacił snem na baczność i kuksańcami. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, że ten dzieciak nie zleciał nigdy z łóżka, choć potrafił całą noc się kręcić, jakby orbitował w stanie nieważkości, co, chcąc, nie chcąc, musiało skutkować kilkoma kopniakami w moje żebra. I tak się cieszę, że to żebra, a nie organ odpowiadający za powołanie go do życia.

     Bałem się trochę tych dwóch tygodni. Bałem się, że młody nie wytrzyma i któregoś wieczoru rozhisteryzuje się płacząc z tęsknoty za mamą. W końcu dwa tygodnie, to nie dwa dni. No i zdarzyło się raz i drugi, że chlipnął już leżąc w łóżku, że tęskni za mamą. Nic dziwnego. Tuliliśmy się wtedy do siebie mocno i opowiadałem mu o planie na jutro, albo o kosmosie, albo o torcie jaki zjemy na deser następnego dnia, albo o dinozaurach sprzed miliona lat. Raz się nawet przebudził w środku nocy z płaczem i to była noc najbardziej na baczność jaką w życiu miałem. Dosyć szybko zasnął uspokojony, ale ja już nie bardzo. Zastanawiałem się długo, czy taki dwutygodniowy maraton to nie za głęboka woda jak na pierwszy raz dla niego. Potem zaraz pomyślałem sobie, że może im szybciej przyzwyczai się do jedynie mojej obecności przez dłuższy czas tym lepiej. Potem znów, że to dla małego tortura psychiczna, takie oderwanie od matki. Potem, że starszaków też zabierałem od ich mamy na wakacje i wszystko było ok. Mentlik w mojej głowie trwał i trwał i nie znalazłem prawidłowego rozwiązania tej kwestii, dopóki Szopen sam mi go nie podsunął.

    – Nie, nie, lody na śniadanie to nie jest dobry pomysł. – powiedziałem mu, kiedy jeszcze leżeliśmy w łóżku, a sam w zasadzie zastanawiałem się dlaczego jestem taki pryncypialny i w co tak na prawdę złego jest w lodach na śniadanie?

     – Ale ja chcę lody na śniadanie. – wiadomo, każdy by chciał, to on też chce.

     – Nie synuś, zjemy kanapeczki, albo jajecznicę. Mogą być też naleśniki, lody dopiero później. – I po cholerę ja się tak upieram? Przecież naleśniki są już na tej samej stronie menu co lody, a ja jak ten wół. Nie i koniec.

     – Ja chcę do maaaaaaaaamyyyyyyyy!!! – młody rozwył się w niebogłosy a ja lekko wpadłem w panikę. Po cholerę się upierałem przy tych lodach.

    Stoję jak ta sierota i nie wiem co mam zrobić. Przez głowę przelatuje milion myśli, a Szopen się wydziera. Wydziera i wydziera, ale jakoś łezka nie leci mu z oka, tylko mi się przygląda. Bada mnie?

    – No i co? Będziesz tak krzyczeć? Chodź do mnie, przytulimy się i się trochę uspokoimy. – usiadłem na brzegu łóżka i wyciągnąłem do niego ręce.

     Przestał na chwilę się drzeć i zapytał.

     – Mogę lody na śniadanie?

     – O ty, skubany jeden, ty!? Taki z ciebie cwaniak? Starego będziesz szantażować? Wcale nie chcesz do mamy, tylko kombinujesz jak mnie zmiękczyć. – na usta wpełzł mu szelmowski uśmiech i sekundę później wtulił się we mnie ile tylko miał sił w swoich drobnych ramionach.

     – Nie ma tak młody. Lody po śniadaniu, teraz jajówa, czy kanapki?

     – Jajka… i lody! – pewnie gdyby umiał, zrobiłby piękne oczy żywcem wyciągnięte od Kota w Butach ze Shreka, ale nie musiał. Wcinał na śniadanie jajecznicę i popijał czymś podobnym do lodowego szejka. Niech mu będzie lżej, tak jak mi, gdy przekonałem się, że ta nocna tęsknota za mamą to coś niegroźnego, z czym ani on, ani ja sobie nie poradzimy i wróci spokojnie do mamy. A potem znów wróci do mnie. A potem będzie już wiedział, że i tu, i tu może zostać kiedykolwiek i ile będzie mu się chciało.

     Po tygodniu zgodnie z rozkładem jazdy przyszła kolej na wycieczkę do Małej Mi i Cześka. Nie liczyłem na nic, a obawiałem się, że Szopen może być świadkiem jak Paranoja rzuca na lewo i prawo stekiem różnych wyzwisk w moją, a nie daj boziu, w naszą stronę. Niestety, albo stety, nie zastaliśmy nikogo, mimo, uprzedzałem o tym, że przyjadę po dzieci zabrać je na tydzień. Albo właśnie dlatego. Odczekaliśmy kilka chwil między dzwonkami, spróbowaliśmy jeszcze raz, i jeszcze. Szopen wrzucił do skrzynki pocztowej dwa lizaki, jakie mi kazał dla nich kupić zanim wybraliśmy się na tę krótką wycieczkę i pojechaliśmy do domu.

     – Tata, a dlaczego nie ma Małej Mi i Cześka? – mały pytał mnie kilkakrotnie, a ja nie wiedziałem co mam mu odpowiedzieć.

     – Nie wiem synku. Może nie dostali wiadomości, że do nich przyjedziemy?

     – To zadzwoń, albo napisz im sememsemesa.

     – Dobrze Skarbie, jak przyjedziemy do domu to pomożesz mi napisać.

     Wysyłaliśmy starszakom kilka razy wiadomości z fotkami z naszych poczynań wakacyjnych, z pozdrowieniami, całusami i tęsknotami. Raczej ich nie widziały, może kiedyś zobaczą, jeśli będzie mi dane im pokazać.

      Po kolejnym tygodniu pojechaliśmy jeszcze raz. Tym razem wypadały urodziny Cześka. Uzbroiliśmy się w prezenty, większy dla Czesia, mniejszy dla Małej Mi oraz oczywiście w lizaki dla każdego i znowu wsiedliśmy do samochodu. Mieliśmy odrobinę szczęścia, bo gdy podjeżdżaliśmy pod ich dom, akurat równocześnie podjechali urodzinowi goście, dziadkowie ze strony Paranoi i zastaliśmy bramę wjazdową otwartą na oścież i Cześka witającego ich na podwórku. Zawołaliśmy go ale nie dotarł do nas. W każdym razie nie do końca. Stanął przed zamykającą się bramą.

     – Cześć synku.

     – Cześć tata. Cześć Szopen. Piąteczka.

     – Nie otworzysz? Nie wyjdziesz do nas?

     – Chyba śmieszny jesteś. – odezwała się Paranoja, która jak cień podążyła za Cześkiem do bramy – Prosisz dziecko by otworzyło ci furtkę?

     – Nie rozumiem co miałoby być w tym śmiesznego? Ciebie coś tu bawi?

     – Wszystko. To bardzo śmieszne. Jak cały ty.

     – Darowałabyś sobie takie teksty. Są Cześka urodziny. Nie rób scen.

     – Coś chyba chciałeś? Długo masz zamiar nam zawracać głowę?

     Zrezygnowany podałem starszemu synowi prezent i poprosiłem, by zawołał siostrę.

     – Mała Mi nie chce przyjść – powiedział gdy wrócił po chwili.

     – Przykro nam synku. Daj jej to od nas – wyciągnąłem przez płot mniejszy pakunek i mu podałem. – Wszystkiego najlepszego dla ciebie i przekaż całusy swojej siostrze. Kocham cię i siostrze też powiedz, że ją kocham.

     – Ja też kocham – odezwał się mały wisząc mi na ręku wyciągając się do Cześka przez płot.

     Przybiliśmy sobie wszyscy po piątce nie mogąc się przytulić i życzyliśmy Cześkowi super imprezy. Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy. I znów mały zadawał pytania o starsze rodzeństwo, a ja znów nie wiedziałem co mam mu powiedzieć.

     – Nie wiem Serducho dlaczego Mała Mi nie wyszła do nas. Kiedyś jeszcze wszyscy pójdziemy na lody i będziemy razem oglądać bajki i się bawić. Jeszcze nie teraz, ale się doczekamy.

     Śniadania, obiady, kolacje. Lody, soki, soczki, herbatki. Spacery, place zabaw, granie w piłkę, zabawa w chowanego, nauka jazdy na rowerku. Bajki w telewizji, bajki czytane, opowiadane. Baza z koca i poduszek, jaskinia z kołdry, no i oczywiście podłoga to lawa. Nuda. Najsłodsza nuda na świecie, w rytm chrupanych paluszków, popcornu i chipsów, kawałków jabłek, gruszek i bananów. Zleciały te dwa tygodnie w tempie niespodziewanie szybkim. Zbyt szybkim.

    Dzisiaj napuściłem wody sobie. I tak nie zajmę się niczym produktywnym. Nawet naczyń nie pomyję po całym dniu z młodym, mam to gdzieś. Jutro ogarnę temat. Dzisiaj tylko spróbuję zasnąć.

LXXXIX Niebo nad…

 – Tato, a mama po mnie mówiła, że przyjdzie.

 – Cześć synuś. Stęskniłem się za Tobą. Gdzie mamusia?

 – Poszła do pracy swojej. Ale przyjdzie po mnie na noc.

 – Aha. Przytulimy się? – kucnąłem przed Szopenem w progu domu, a ten wpadł mi w ramiona i się mocno wtulił.

 – A ja będę tutaj u Ciebie spać?

 – Tak Serce, będziemy mieli super wakacje i będziemy grali w piłkę i robili bazę Strażaka Sama i Psiego Patrolu i jak będzie ciepło będziemy się kąpać przez cały dzień w baseniku i oglądać bajki.

   Spojrzał na mnie i widziałem jak układa sobie wszystko w tej małej blond główce. Patrzył na mnie badawczo jeszcze przez chwilę i znowu się przytulił, ciągle trzymając w ręce swój malutki plecaczek, w którym znalazłem pół tuzina zabawek i tenisówki.

   Nie mogłem uwierzyć, że Złośnica nawet nie poczekała żebym otworzył drzwi i się przywitał, tylko na dźwięk otwieranego zamka zrejterowała zostawiając małego przed drzwiami. Nigdy się nie przyzwyczaję do takich drobiazgów.

   Po kilku chwilach przybyła niezawodna Babcia, powtórzyliśmy sobie plan dnia i zaraz zrywałem się do pracy. Jeszcze kilka chwil, a potem w końcu urlop i upragnione całe dni z Szopenem. Najchętniej popchnąłbym wskazówki zegarka do szesnastej i miał z głowy ciągłe zadawanie sobie pytania – ile jeszcze z tej dniówki zostało? Przeleci.

   Babcia zostanie z nami na jeszcze jeden dzień, a w zasadzie na dzień i noc, bo jutro, odwlekana z przyczyn tzw. niezależnych, nocna wycieczka na najwyższy w powiecie punkt widokowy, by przy pomocy lokalnego nauczyciela fizyki i astronoma-pasjonatę, zapoznać się bliżej z kometą Neowise. Wykąpię małego, zjemy kolację, poczytamy bajki i jak zaśnie, wyfrunę na dwie godziny zostawiając go pod opieką mojej Mamy, by zadrzeć głowę w górę i posłuchać o ciałach niebieskich, skoro do różowych mi w sumie jeszcze dalej.

   Wysłałem na numery mojej starszej dwójki wiadomość, że udało mi się zorganizować taką nocną eskapadę i że jeśli mają ochotę, to niech poproszą mamę, by ich puściła. Równocześnie wysłałem Paranoi podobną informację z prośbą, by im na to pozwoliła i przyjechała z nimi. Nie wiem, czy wiadomości jakie wysyłam regularnie do Małej Mi i Cześka do nich dochodzą. Do niej doszła, bo po kilkunastu minutach odpowiedziała, że mam zorganizować sobie czas na wycieczkę do biura paszportowego i kasę na zaległe alimenty. Wścieka się, bo mimo ustalonych kwot przez sąd i wyrównania przeze mnie wszystkich zaległości, nie jest w stanie zaakceptować takiego obrotu sprawy i uważa, że póki nie zakończy się proces apelacyjny, powinienem bez przerwy uznawać poprzednią wysokość alimentów uzgodnioną gdy zarabiałem jeszcze w Molochu. Nie wiem czy to jej opór, czy jej adwokat nie umie jej wytłumaczyć na czym polegała klauzula natychmiastowej wykonalności zawarta w wyroku. Co zaś do biura paszportowego, to kilka dni wcześniej wysłała mi zawiadomienie, że mam się tam udać, by wyrazić zgodę przed urzędnikiem, na wydanie dzieciom paszportów. Nie wie że już jestem umówiony i sprawa się toczy. Nie chcę jej tego mówić, nich się choć przez kilka dni poczuje jak ja, kiedy natykam się bez przerwy na mur ignorancji, gdy zależy mi na czymś, na kimś, tak bardzo, że odchodzę niemal od zmysłów. Dla niej to tylko wycieczka. Mam nadzieję, bo sam nabawiam się różnych paranoi rozmyślając co mogłaby zrobić by uniknąć konsekwencji swoich postępków, a przecież skoro sąd już jej obiecał, że dobierze jej się do skóry… Wiem, że to chore myślenie i że w gruncie rzeczy, sam robię sobie tym krzywdę, ale czy dałbym głowę, że nie jest do tego zdolna, skoro w zasadzie codziennie potrafi udowadniać, że nie liczy się z niczym i z nikim, byle tylko zrobić mi na złość, upodlić, upokorzyć i postawić na swoim za wszelką cenę.

   W następny weekend przypada początek jednego z dwóch moich tygodni ze starszą dwójką, jaką mam „zapewnioną” sądownie w czasie wakacji. Powiem jej, że bez dzieciaków do paszportowego nie pojadę i mam nadzieję, że pójdzie na ten handel. Mam? Nie, nie mam. Łudzę się resztkami sił, nie licząc absolutnie na powodzenie. Świeci mi jednak nad głową myśl, że moglibyśmy mieć ze sobą, w czwórkę, cały tydzień. CAŁY TYDZIEŃ! Chyba jak już jutro będę bliżej tych gwiazd, to je poproszę, żeby ta jedna właśnie spadła mi z nieba.

   Mały już śpi. Cały weekend ogarniałem mieszkanie, żeby od dzisiaj mógł je masakrować konsekwentnie przez całe dwa tygodnie. Jak ręką odjął, minęły mi myśli kuszące do powrotu do Molocha, które nawiedzały mnie raz po raz ostatnimi czasy. Jakoś tak wkręcały mi się tylnymi drzwiami znaki zapytania, czy aby na pewno było warto zostawiać ten swój świat dla tej gehenny, kaprysów ex i niebycia w świecie starszych dzieci już przez ponad półtorej roku? Chyba zwariowałem. Jak mógłbym zrezygnować ze słyszenia tego spokojnego oddechu z pokoju obok?! Jak miałbym odpuścić nadzieję na to, ze do tego trzy i pół letniego śmiechu dołączą jeszcze dwa prawie nastoletnie? Albo wcale, albo z nimi, a wtedy miejsce miałoby drugorzędne znaczenie. Mógłby być Moloch, Berlin, Tokio, albo Łódź.

   Wylataliśmy się dzisiaj z najmłodszym jak wariaty, jakbyśmy przez minimum pół roku byli trzymani pod kluczem. Ilość kalorii jaką przyjął dzisiaj na kolację zaskoczyła nawet mnie. Mały worek bez dna. Cóż, geny. Padł jak bez ducha zaraz po kolacji, nawet nie obejrzał jednego odcinka Psiego Patrolu. Nawet nie zająknął się, że miała przyjść po niego mama. Za kilka chwil do niego dołączę. Jeszcze tylko przygotuję mu sok na nocną zmianę. A jutro? Witajcie kuzyni i kuzynki, witajcie wujki, i Wujki, i „wujki”, witajcie sąsiedzi i niech wakacje trwają. Bez względu na tę kapryśna pogodę.

LXVIII Wpis o czymś zupełnie innym

      Siedzę sobie resztką sił. Ciężki dzień w pracy. Naprawdę ciężki. Niby nic nadzwyczajnego, ale jakoś tak się stało, że jestem wyczerpany. Nie zmęczony. Wyczerpany. Najchętniej zwinąłbym się w kłębek na łóżku, w którym jeszcze wczoraj o poranku wygłupiałem się z Szopenem, oglądałem z nim bajki, wcinaliśmy przekąski i czytaliśmy wierszyki dla dzieciaków ilustrowane przez Bohdana Butenkę.

     Nie mogę. Nie mogę sobie na to pozwolić. Na pierwszy rzut oka widać, że coś jest ze mną nie tak. Potwierdza to kilka pytań zadanych przez osoby jakie spotkałem po drodze z pracy, czy paląc przed domem fajkę zanim wszedłem do domu.

 – A ty co? Kaca masz?

 – Popiłeś wczoraj?

 – Wyglądasz jakbyś miał nadaktywny weekend. Ostro było?

     I jeszcze wszyscy robią konspiracyjną minę, jakby dobrze wiedzieli o czym mówią, niejednokrotnie mrugając do mnie porozumiewawczo okiem.

     Już nawet nie chce mi się tłumaczyć. Macham tylko ręką, że przyjąłem komunikat i odwracam się na pięcie, rzucając na odchodnym, że wszystko ok.

     Nie jest ok. Jestem wyczerpany i już chyba nawet nie chodzi o ten ciężki dzień w pracy. Nie chodzi o ciężki dzień, tak po prostu.

     Nie mogę mieć ciężkiego dnia. Nie mogę mieć gorszego nastroju. Nie mogę nie mieć ochoty na zamknięcie się w czterech ścianach i niewidzenie nikogo. Nie mogę zejść poniżej pewnego, cholera wie przez kogo ustalonego poziomu, bo jest to podejrzane. Jak to podejrzane? Po prostu.

 – Dlaczego nie odbierasz telefonu? Coś się stało?

 – Nie, nic się nie stało.

 – Jak to nic? Dzwonię do ciebie od rana, jest już południe. Wszystko gra?

 – Gra, chciałem dłużej pospać i poleniuchować? Nie odbierałem od nikogo.

 – Na pewno wszystko w porządku? Nie słyszałeś telefonu?

 – Nie, nie słyszałem, bo wyciszyłem go, żeby nie słyszeć i nie odbierać.

 – Dobrze się czujesz?

 – Tak, nic mi nie jest.

 – Jest ktoś u ciebie? Ty byłeś u kogoś?

 – Co? Kto? Co to za pytanie w ogóle?

 – Nie zapiłeś?

 – Nie, po prostu, chciałem, dłużej, pospać, i, pobyć, sam.

 – Nie podoba mi się to.

 – A mi kurwa bardzo! Przynajmniej podobało mi się do tej rozmowy! Chciałeś coś konkretnego?

 – Nie, tak, pogadać.

 – No to pogadaliśmy. Cześć.

Powyżej pewnego poziomu też z resztą nie bardzo. No bo jakże to? W aż tak dobry nastrój to można się wprawić, a nie po prostu mieć.

– A ty co? Zacząłeś ćpać, że tak cię nosi?

– Słucham?

– No bo przecież nie pijesz, to pewnie coś innego bierzesz? No, chyba, że zacząłeś sobie pozwalać na normalne picie? Super!

     Moja pamięć o drobnostkach też musi być w porządku. W lepszym porządku, niż u przeciętnego Kowalskiego. Kowalski może w niedzielę wieczorem zorientować się, że nie ma  wystarczającej ilości papierosów. Może, przez nikogo niepokojony udać się na stację benzynową, bo te trzy sklepy na krzyż, w zabitej dechami dziurze są już zamknięte i kupić paczkę swoich ulubionych szlugów i zapalić w drodze powrotnej. Ja nie mogę. To znaczy mogę, ale alkoholik, szczególnie ten trzeźwy od jakiegoś czasu, w niedzielę wieczorem idący na stację benzynową na obrzeżach miasta, gdzie te zwykle się znajdują, nie wygląda dobrze. A jak jeszcze zachce mu się hot-doga? No nie, zdecydowanie nie wygląda to dobrze. Tym gorzej im później.

     Obudzić się z bólem głowy też nie powinienem. A jeśli już tak się dzieje, to olaboga jeśli nie mam tabletek gdzieś w szafce kuchennej. Muszę mieć. Nie mogę po drodze do pracy wejść do byle sklepu po ibupromy i paracetamole. Ibupromy i paracetamole przed siódmą rano kupuje się na kaca, a nie na ból głowy.

 – Co, boli, boli?

 – Słucham?

 – Główka boli?

 – Głowa. Boli.

 – To może piwko pomoże, mamy promocję. – I znów ten porozumiewawczy uśmiech i  konspiracyjne mrugnięcie okiem – Co się pan będzie męczył?

 – Nie, dziękuję. Tabletki wystarczą.

     Zabieram pudełeczko do kieszeni i wychodząc zapamiętuję, by do rezerwowej paczki fajek dopisać tabletki od bólu głowy. Żelazna, apokaliptyczna rezerwa. Co jeszcze? Co powinienem mieć w domu, żeby nie podpadało, pod chore, ogólnopolskie, podpite stereotypy?

     Przesada. Kto normalny może się takimi pierdołami przejmować? Normalny pewnie się nie przejmuje. Ale czy ja jestem normalny?

     Kochać też powinienem skrycie. Jak może szczerze kochać ktoś, kto dwie kobiety miał i stracił? Dwie? A te podboje, a te miłostki, a te przygody i te zakochania meandrujące między seksem, bliskością, rewanżem, upodleniem i odkupieniem? A co gdy znowu mi się odwidzi? A co, gdy już nie umiem? A co gdy tak naprawdę nigdy nie umiałem? Może znowu będzie nietrafione, nieprawdziwe, albo najprawdziwiej pełne strachu? Przecież to są pytania bez odpowiedzi, jakie zadają sobie wszyscy normalni ludzie. Zawsze. Cholera, normalni.

     Uda mi się kiedyś być znowu normalnym, w tych wszystkich oczach jakie na mnie patrzą?

LXXXVII Puzzle na później

Kard pochodzi z filmu Batman Forever /1995, reż. Joel Schumacher/

 Wieczór, siedzę sobie przed domem z książką na kolanach. Plastikowe krzesło z marketu nagrzane całodziennym słońcem jest wygodniejsze niż zwykle. W bose stopy grzeje mnie ciepło uzbierane w ten sam sposób w kostce chodnikowej. Gorąca, gorzka kawa rozpływa się po języku potęgując smak tytoniu z papierosa.

 Godzinę temu odwiozłem najmłodszego do jego mamy. Oddałem jej wyprane dzień wcześniej ubranka, które młody umorusał niemiłosiernie przy stole jedząc ogórkową, albo wprowadzając sobie tylko znane, urbanistyczne plany w piaskownicy, na ogrodzie, na podwórku. Zanim usiadłem pozbierałem koparki i wiaderko z grabkami i łopatką, piłkę do nogi, czy raczej do nóżki, bo to miniatura z mistrzostw Europy, które właśnie powinny się zaczynać, rowerek biegowy i całe stadko resoraków. Artefakty świadczące o dzieciństwie przeżywanym pod adresem z mojego dowodu osobistego. Dzisiaj zbieram je do domu, a nie wrzucam do piaskownicy, jak wcześniej, bo zobaczę się z małym dopiero za cztery dni, w niedzielę, choć powinienem dopiero w poniedziałek.

 – Cześć, mam prośbę. – mówię do słuchawki rozmawiając ze Złośnicą – Mógłbym wziąć Szopena w niedzielę popołudniu poza naszym  rozkładem jazdy? Moja chrześnica ma urodziny i zaprasza nas na kawałek tortu.

 – W niedzielę? Na którą?

 – Po południu. Wpadłbym w okolicach piętnastej. Ok?

 – Dobra, zadzwoń w sobotę wieczorem z przypomnieniem, to go wyszykuję.

 – Tak zrobię. Dzięki.

 Patrzyłem się po raz kolejny w ekran rozłączonej rozmowy i zadawałem sobie pytanie, czy mam omamy, czy to się dzieje naprawdę. A może zaraz się obudzę i wyskoczę z łóżka jak guma z kalesonów, by nie spóźnić się do pracy. Nie uszczypnąłem się, by sprawdzić czy to jawa, czy sen, zamiast tego wykręciłem numer kuzyna by poinformować go, że w niedzielę będzie chrzestny plus jeden.

 W czasie ostatniej wizyty u mojej psycholog, odpuściliśmy sobie całą metodykę, warsztat i w zasadzie poopowiadaliśmy sobie co słychać. Brakowało tylko stolika nakrytego jakimś deserem i otwartej przestrzeni, by poczuć się jak na spotkaniu dwójki znajomych na mieście, a nie na sesji terapeutycznej. Kolejną mam wyznaczoną dopiero za trzy tygodnie.

 – Finiszujesz Mick. Siedzi przede mną inny facet od tego, który przyszedł tu po raz pierwszy. Radzisz sobie beze mnie i widzę to na pierwszy rzut oka. Nie ma ci co głowy zawracać.

 – Nie mam tobie głowy zawracać? – uśmiechnąłem się, nie wiem, czy bardziej do niej, czy do siebie. – Czas zrobić miejsce innym?

 – Tak. Mój kalendarz nie jest z gumy.

 W sumie, to w głębi siebie czułem to, o czym mówiła Terapeutka. Przedostatnie spotkanie nawet przegapiłem. Przypomniałem sobie o nim dobę po czasie. Trochę przez galimatias ze swoim kalendarzem, gdzie wpisywałem nasze spotkania obok urodzin, godzin pracy, zadań specjalnych i wszystkich innych duperelek, o których nie miałem zapominać. Wysypał mi się mój cyfrowy pomagier, a dodatkowo, czas poświęcony Szopenowi wciągnął mnie tak bardzo, że nawet nie pomyślałem, że powinienem się z nią spotkać i omówić tę czy inną kwestię, zrzucić coś z siebie. Najzwyczajniej nie czułem takiej potrzeby. Wszystko układało się jak w puzzlach jakie z małym trenuję namiętnie niezliczoną ilość razy.

 – To naprawdę widać, że czas spędzony z synem działa na ciebie lepiej niż jakakolwiek terapia. Aż promieniujesz tą radością. On z resztą też, to aż wypływa z waszych zdjęć.

 – Taaaaaak. To taki mój power bank. Z resztą mały też je lubi oglądać. Często gramoli mi się na kolana i każe wyciągnąć telefon. – Tata, pokaż zdjęcia! Kurcze, zawsze jak dochodzi do tych najstarszych, gdzie jesteśmy w czwórkę, razem z Cześkiem i Małą Mi, to mi miękną nogi. Pokazuje na nich, nazywa po imieniu i każe do nich zadzwonić. Dzwonimy. Zawsze jest zajęte. Zawsze. Chyba maja mój numer zablokowany. Ciekawe, czy to ona, czy oni sami?

 – Bez znaczenia Mick. Sądy ruszają. Tam też siedzą ludzie, którzy widzą i słyszą, czują. Jestem niemal pewna, że podejmą w waszej sprawie właściwą decyzję. Doczekasz się.

 – Niemal… Cholera, zawsze jest ten wszawy margines, gdy okaże się, że nie jestem dla nich człowiekiem, że moje dzieci nie są dla nich ludźmi. Że będziemy statystyką do odhaczenia i załatwią naszą sprawę, byle załatwić, niekoniecznie tak jak powinni. Co wtedy?

 – Wtedy się odwołasz i zaskarżysz wyrok. Wtedy. Teraz się tym nie martw. Nie martw i bądź dobrej myśli. Ciężko na to wszystko co już masz zapracowałeś. Tylko nie przestawaj, a będzie dobrze.

 Chodnik tracił swoje ciepło, więc przerzuciłem nogi na krzesło naprzeciw, gdzie jeszcze sięgało zachodzące już słońce. Zapaliłem następnego papierosa i przerzuciłem kartkę książki na następny rozdział. No co tam dalej drogi panie bohaterze straceńczy? Akcja trochę siadła, a tarapaty same się nie rozwiążą. Dasz radę to wszystko pozbierać do kupy? Będzie happy end?

LXXXVI (Bez)Względność czasu

 Taka sztuczka, przebiegła jak cholera, czas zwalnia jak serce misia w śnie zimowym. Miarowo, wręcz niedbale, odmierzane sekundy, minuty, godziny i dni, zlewają się w monotonny ciąg zaplatających się nawzajem zdarzeń i nagle okazuje się, że minął miesiąc. Kiedy?! Jak to się stało, że jeszcze przed chwilą było wtedy, a teraz jest teraz? Że już?!

 Myślę, że każdy rodzic zajmujący się dzieckiem wie dokładnie o czym mówię. Od miesiąca jestem rodzicem zajmującym się dzieckiem trochę więcej niż na pół etatu. RE-WE-LA-CJA!

 To jak potoczyły się sprawy w ogóle do mnie nie docierało w pierwszej chwili. W pierwszych kilku dłuższych chwilach. Teraz to już norma i nie mam zamiaru zaprzątać sobie głowy tym, dlaczego tak a nie inaczej. Grzecznie dziękuję losowi i liczę coraz mniej po cichu, że tak już zostanie, albo będzie jeszcze lepiej.

 Po majowym weekendzie miałem tak naładowane baterie, że mógłbym przenosić góry, pokażcie tylko które i dokąd. Przestało mnie też uwierać to, że od dwóch miesięcy muszę chodzić do swojego biura bez przerwy na drugą zmianę, ale i tu los miał dla mnie miłą niespodziankę. Po ogłoszeniu przez obóz TKM etapowego rozluźnienia restrykcji związanych z wirusem i pandemią nie tylko żłobki i przedszkola mogły ruszyć od nowa, u mnie w pracy też dokonano powrotnych zmian i już w tym samym tygodniu  zacząłem pracować w zwyczajowych godzinach, od rana do popołudnia. Zakończyło się moje wyrwanie ze społeczeństwa z korzeniami. U złośnicy jak się okazuje też.

 – Słuchaj, mówiłeś, gdy odwoziłeś małego po weekendzie, że skoro pracujesz na drugą zmianę, to się nim zajmiesz do popołudnia gdybym musiała wrócić do pracy. – Złośnica, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu znowu do mnie dzwoniła. – Uważam tak jak ty, że jeszcze za wcześnie by Szopen wracał do przedszkola.

 Cholera! I co teraz?

 – Generalnie bardziej niż chętnie, tylko że ja też właśnie zostałem przywrócony na zwykły tryb pracy. – Cholera! Cholera! Cholera! – Ale nie widzę problemu, by w czasie naszej pracy moi rodzice zajęli się małym. Oni dalej są emerytami i dalej siedzą w domu. – zacisnąłem kciuki najmocniej jak się dało i czekałem na jej reakcję.

 – Taaaak?

 – No pewnie! Ucieszą się jeśli Szopen spędzi z nimi tyle czasu. Oboje mieszkają rzut beretem od twojej pracy, odbierzesz go po drodze do domu jak będziesz kończyć.

 – No to ok. Od poniedziałku będę zaprowadzać małego do twojej mamy. W poniedziałki i środy odprowadzisz go wieczorem do mnie a resztę tygodnia ja go będę odbierać. Zgoda?

 – Jasne. Super.

 Mały był wniebowzięty, babcia i dziadek oczywiście rozpuszczali go jak dziadowski bicz, no ale od czego są dziadkowie. Cieszyłem się, że w końcu, chociaż z jednym z mich dzieci będą mieli swój czas, aż po dziurki w nosie. W końcu będą mieli swojego tak wytęsknionego wnuka tylko dla siebie. No i ja na tym tez trochę skorzystam, poza tymi moimi poniedziałkami i środami.

Kończę teraz pracę o piętnastej, Złośnica o szesnastej, więc zawsze mam tę godzinę z synkiem zanim ona się pojawi go odebrać. Tym bardziej, że młody zażyczył sobie, by Babcia po śniadaniu się z nim spakowała i codziennie śmigają do mnie. Nie musze po pracy nigdzie zachodzić, gnam prosto do domu i jestem z Szopenem. Dzień w dzień.

 Pierwszy poniedziałek był w ogóle bonusem nie z tej ziemi. Siedziałem sobie z małym przy puzzlach i usłyszałem powiadomienie o smsie.

 – Tato, twój telefon ma semememesa. – zakomunikował mi Szopen.

 Poszedłem do kuchni i zerknąłem na ekran.

 – O której przyprowadzisz małego? – pytanie od Złośnicy.

 Dziwne, przecież wie na jakie godziny sąd wydzielił nam czas.

 – Normalnie, wpadniemy o 19.

 – To może niech zostanie u ciebie na noc? Masz wszystko co potrzeba, czy ci cos dowieźć? – odpisała po kilku sekundach, jakby nawet nie odłożyła telefonu z ręki, czekając na moją wiadomość.

 Nie rozumiałem. Oczywiście, że chciałem aby mały został u mnie znowu na noc, ale przecież ona nie chciała mi go zostawiać w tygodniu nawet na popołudnia. O to miała być właśnie ta cała jej nieszczęśliwa apelacja od wyroku z lutego. Zbaraniałem, ale czym prędzej odpisałem, że mam wszystko co trzeba i odbierze naszego syna ode mnie jutro po swojej pracy.

 – Ok. – I tyle. To wszystko co od niej dostałem. Niebywałe. Nieprawdopodobne. Niesamowite.

 Zakomunikowałem Szopenowi, że dzisiaj zostaje na noc i zapytałem co chce na kolację. Przyjął do wiadomości tak po prostu, jakby od zawsze nocował u mnie i zażyczył sobie parówek i bułki z masłem i ogórkiem. Wszystko co sobie zamówił miałem w lodówce, więc nawet nie musieliśmy wychodzić do sklepu. Dokończyliśmy puzzle, parę razy wykoleiliśmy pociąg świętego Mikołaja i przyszła czas na kąpiel, a po niej na bajkę na dobranoc. Znów wybrał tę w telewizorze a nie czytaną, ale ja zamiast odłożyć książkę na swoje miejsce, po włączeniu telewizora, położyłem się z nią na kolanach obok niego. Patrzył się w telewizor na Świnkę Peppę, ale co chwilę zerkał na książkę. Po kilku minutach poprosił.

 – A poczytasz mi?

 – Czyli co? – Zapytałem, zamiast odpowiedzieć wprost. – Wyłączamy telewizor i otwieramy książkę?

 – Nie. Czytaj, a ja będę oglądał bajkę. Ty mi czytaj.

 – To może chociaż ściszymy, żebyś słyszał co czytam?

 – Tak. Ściszaj.

 Wyłączyłem dźwięk i zacząłem czytać mu o Nudzimisiach. Po kilku zdaniach przestał patrzeć na telewizor i skupił się tylko na czytanej bajce. Kilka razy zapytał o to i tamto, dlaczego Nudzimiesie śpią w hamakach, albo jedzą z liści, ale zanim przewróciłem czwartą kartkę już go nie było. Spał z głową na poduszce o psim patrolu.

 Nie mam pojęcia jak i kiedy zleciały te tygodnie, codzienne spotkania z moim synkiem, nawet te krótkie, godzinne, są najważniejszym momentem mojego dnia. No chyba, że zadzwoni do mnie do pracy. Moja mama któregoś razu nie mogła poradzić sobie u mnie z telewizorem i bajkami, gdy mały ją prosił by mu włączyła, więc zadzwoniliśmy do siebie na whatsapp, abym mógł szybko jej wytłumaczyć co i jak ponaciskać, żeby na ekranie pojawili się Pidżamersi, albo jego ukochany Psi Patrol. Od tamtej pory Szopen regularnie prosi babcię by zadzwoniła do taty i mamy swoje, już w zasadzie tradycyjne telekonferencje. Po cichu liczę, że wejdzie mu to tak w krew, że i będąc ze swoją mamą wywrze jej odpowiedni nacisk, by się przełamała i też dała nam pogadać z wideo.

 Sprawy toczą się od dobrego do jeszcze lepszego. Mam nadzieję, że widząc co się dzieje i jak mały jest szczęśliwy odpuści sobie apelację, a nawet jeśli nie, to będzie ona zwykłą zbyteczną formalnością do odbębnienia i zostanie między nami dokładnie tak jak być powinno. A tfu! Żeby nie zapeszyć.

 Ruszyły, chociaż właściwszym byłoby określenie „drgnęły”, sprawy z Małą Mi i Cześkiem.

Co jakiś czas wysyłamy im z Szopenem zdjęcia ze wspólnych zabaw, spacerów, kąpieli i posiłków. Chcę by widzieli, że ich młodszy brat bez przerwy spędza czas z tatą i jest zadowolony. Uśmiechamy się do nich z tych zdjęć, wysyłamy buziaki, machamy, życząc dobrych, kolorowych snów. Liczę, może naiwnie, ale co tam, że te zdjęcia do nich docierają, że nie mają zablokowanych przychodzących wiadomości, czy nie są one wykasowywane, zanim mogliby je zobaczyć. Nie, nie przesadzam.

 Dzisiaj, kolejny raz byłem u nich. Z ponad miesięcznym (!!!) poślizgiem dostałem informację z sądu, że kurator przydzielony nam na wniosek Paranoi został odwołany i moje widzenia z dziećmi są przywrócone i ponownie bez nadzoru. Pierwsze z czego zdałem sobie sprawę, to to, że i sądy powoli ruszają. Mały krok dla ludzkości, wielki krok dla Micka. Ucieszyłem się bardzo, że tuż przed Dniem Dziecka. Jeszcze bardziej ucieszyłem się, gdy zorientowałem się, że to dla ex niespodzianka, bo do niej te informacje jeszcze nie dotarły, więc nie miała jak się do mojego barbarzyńskiego najazdu przygotować. Miałem dla nich specjalny prezent, książkę. Książkę o takich młodziakach jak one same, zdolnych dziewczynach i chłopakach z niesamowitymi pomysłami, których historię pozbierała pewna świetna dziennikarka specjalizująca się właśnie w młodzieży i edukacji. Nawet udało mi się zdobyć jej imienną dedykację dla Cześka i Małej Mi. Gdy im wręczałem ten prezent i powiedziałem co zawiera, zobaczyłem ten szczególny błysk w ich oczach. Cieszyli się. Nie dbam o to, że po raz N-ty odjechałem spod ich domu bez nich. Po raz pierwszy od sierpnia zeszłego roku mogłem im wręczyć prezent. O to, że prezent wręczałem przez płot, bo ich mama nie zechciała otworzyć furtki, też nie dbam. Ja, już nie.

LXXXV Paranoid android

/kadr pochodzi z ekranizacji „Autostopem przez galaktykę” Douglasa Adamsa w reżyserii Gartha Jenningsa/

 Bułki, muszą być bułki. Mrożone, koniecznie, potem tylko hop do piekarnika i są świeże na stole. Plasterki, trzeba plasterki na bułki kupić, bo masło jest w lodówce. Po dziesięć plasterków jakiejś szynki, polędwicy, może bekon na jajecznicę. O właśnie! Jajka.

 Jasna cholera! Nie dam rady, nie zdążę!

 Papryka, koniecznie czerwona, rzodkiewka, ogórek, no i wiadomo, pomidory. Praliny, po jakieś 10 deko każdego rodzaju. Ciacha są, paluszki są. Jogurty, jeszcze jogurty, o, i mleko. Lody mam, soki owocowe mam. Kurczę blade, apiat do mięsnego, zapomniałem o serdelkach.

 Spóźnię się na siedemnastą do pracy. Nie wyrobię. Najwyżej będę się tłumaczył. Trudno. Chociaż może zdążę?

 Znowu w mięsnym, to może skrzydełka na zupę, przecież musi być zupa. Oczywiście, że musi być zupa. Włoszczyznę kupię po drodze w zieleniaku. Jest trochę drożej, ale przynajmniej nie jest poowijana w tonę plastiku. Świeże owoce też tam kupię.

 Ciekawe czego zapomnę. Nie, nie! Nie zapomnę, przecież zawsze w CV wpisywałem, że doskonale radzę sobie w pracy pod presją. Nie zapomnę niczego i zdążę na popołudniową zmianę na czas.

 Latałem po mieście jak oszalały i ciągle zachodziłem w głowę, jak to się wszystko stało?

 W czwartek, przed majowym długim weekendem, o piętnastej zadzwoniłem do Złośnicy w nadziei na krótką rozmowę z Szopenem. Liczyłem się z tym, że po raz kolejny dostanę krótkiego smsa z informacją w stylu „mały śpi”, albo „mały się bawi”, „nie chce gadać przez telefon”. O dziwo już po kilku sygnałach usłyszałem go w słuchawce.

 – Cześć tata.

 – Cześć Szopen, co porabiasz synuś?

 – Bawię się klockami. Robię pociąg.

 – Pociąg? Super! Dokąd pojedziesz pociągiem? Kogo zabierzesz ze sobą?

 – Dinozaury. To jest dionopociąg.

 – Super, a wszystkie dinozaury się zmieszczą?

 – No, tak. Bo robię duży dinopociąg.

 – A gdzie jedziecie?

 – No, na wycieczkę. Do parku. Będziemy oglądać zamek i szukać wiewiórek.

 Mały opisał mi trasę wycieczki z wszystkimi punktami programu, łącznie z ustawką z ninjago swojego Starszego Brata. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu, że ten brzdąc może tak nawijać do słuchawki.

 – Tato, patrz, tutaj będzie obóz i wszyscy będą jeść pizze. Chcesz przyjść do nas na pizzę?

 – Bardzo chętnie synku, ale musimy spytać, czy mama się zgodzi, bo na razie jeszcze trochę nie wolno nam się spotkać, musimy ciągle nosić maseczki i nie podchodzić do nikogo na spacerach.

 – Ja też mam maseczkę. O psim patrolu, a Starszy Brat ma maseczkę o Bat-Manie. A ty masz maseczkę?

 – Pewnie, że mam. Ja mam o uśmiechniętych barankach.

 – A pokaż.

 Aż mnie ścisnęło. Mały po raz kolejny chce coś mi pokazać, albo prosi, żebym ja mu coś pokazał, a jego mama ni w lewo, ni w prawo, nie będzie połączeń wideo i kropka.

 – Nie mogę ci pokazać synku, bo rozmawiamy przez telefon i się trochę nie da. Zrobię ci zdjęcie i wyślę do mamy i ona potem ci pokaże. Ok?

 – Ok, a ja ci wyślę zdjęcie z moim psim patrolem.

 – Świetny pomysł Szopen. Będę czekał.

 – Papa tato.

 – Pa skarbie, tęsknię za tobą. Bardzo cię kocham. Papa, buziaki sto dwa.

 – Ja też ciebie kocham tata, papa, buziaki sto dwa.

 – Mick, poczekaj – to Złośnica odezwała się zanim się rozłączyliśmy. Dziwne, bo wcześniej nawet na moje usilne prośby o chwilę rozmowy reagowała jedynie i wyłącznie, właśnie jej rozłączeniem.

 – Tak?

 – Chcesz małego w ten weekend?- Zatkało mnie, aż oderwałem słuchawkę od ucha i popatrzyłem na ekran ze zdziwieniem, jakby potrafił wyjaśnić mi wszystko w kilku słowach na swoim wyświetlaczu. – Chcesz? Jesteś tam? – usłyszałem ponownie w telefonie.

 – Tak, jasne. Oczywiście, że chcę. Coś się stało? – za późno ugryzłem się w język gdy pytanie samo wyskoczyło z mych ust.

 Bierz baranie póki dają. O nic nie pytaj. Bierz!

 – Nic się nie stało. Zaczynają luzować tą całą izolację. Zaraz mają otwierać przedszkola.

 – To może, skoro już się decydujemy, to wezmę Szopena w piątek, tak jak orzekła sędzia?

 – Ale to nie jest prawomocne.

 – Jak to nie? Minęło grubo ponad dwa miesiące od rozprawy.

 – Złożyłam apelację.

 Kurwa mać, po co? Nie masz nic, żadnych argumentów, wszystko zostało powiedziane po kilka razy na rozprawach. Tylko przedłużasz ten niepotrzebny syf. Zagotowało się we mnie na chwilę.

 – Rozumiem…

 – Możemy zrobić tak, że weźmiesz Szopena na sobotę i niedzielę z noclegiem. Niech ci będzie.

 Nie wierzyłem w to co słyszę. Serio? Wszystkie alarmy zawyły w mojej głowie i nakazały wzmożoną czujność. O co tu chodzi? Gdzie jest haczyk? Spokojnie, może jest po prostu zmęczona tym wszystkim. Dwa miesiące z dwójką malców i swoją zrzędzącą matką to nie lada wyzwanie. Może czekała na jakiekolwiek zarządzenie miłościwie nam panujących, dające jej taką możliwość, bez przymusu wywieszenia białej flagi?

 – Ok. Będę więc w sobotę o stałej porze po małego. Cześć.

 Mój ojciec i brat wprost mi mówili, że odbija mi palma i przesadzam.

 – Przecież Szopen ma być u ciebie raptem na jedną noc. To jedno dziecko a nie pół przedszkola. Nie szarżuj.

 – No nie, to nie tak. Musi być wszystko. Nie może usłyszeć ode mnie, że czegoś nie ma. Ma być i już. Przecież się nie zmarnuje nawet jeśli nie ruszy. I tak miałem zrobić jakieś większe zakupy, więc spokojnie.

 – No właśnie, spokojnie. – kiwali głową, niby z politowaniem, ale widziałem, że i oni się cieszą, że sprawa przybrała taki obrót.

 – Piżamka! Muszę kupić piżamkę. Z tym już na pewno nie zdążę. Jutro wszystko zamknięte, a w sobotę mam o dziesiątej być po małego. To przecież te godziny dla seniorów. Szlag!

 – Ja ci kupię. Mnie do sklepu wpuszczą. – odezwał się ojciec – Powiedz tylko jaki rozmiar i co ma być na piżamce.

 – Hulk, Spider-Man, Lego Ninjago albo Myszka Miki. Z resztą, jak będziesz już na miejscu, to się z nami połączysz i mały sam wybierze z tego co nam pokażesz. Niech bogi błogosławią XXI wiek i jego technologię.

 Zanim pojechaliśmy po Szopena, wypaliliśmy z Padre tradycyjną fajkę na podwórku.

 – Kurczę, Padre, boję się.

 – Spokojnie, nie ma czego.

 – A jeśli to jest jej jakiś kolejny wybieg? Mam obawy, że dzisiaj po szesnastej zadzwoni z pytaniem gdzie jest Szopen i dlaczego jeszcze go nie odstawiłem? Już dosłownie widzę jak gliny podjeżdżają pod dom. Przecież mam motyw i argumenty, bo chcę sobie odbić dwa miesiące niewidzenia się z synem. To się idealnie układa pod taki manewr.

 – Jeśli zadzwoni popołudniu, to go odwieziemy. Jeśli nie zadzwoni, to ciesz się synem. Pewnie ma swoje plany na ten weekend i dzieci tylko by jej w tym przeszkadzały. Ot, cała tajemnica. Wykorzystuje sytuacje na swoją modłę. Jak zawsze. Sam mówiłeś, że ojciec Starszego Brata też niespodziewanie dostał go na weekend. Was dwóch chce załatwić?

 Ciężka było odmówić mu racji, ja jednak wciąż nie mogłem uwierzyć, że tak bezinteresownie i z własnej woli oddaje mi Szopena i to na noc. Chyba sam staję się już paranoikiem, grzebiąc swój zdrowy rozsądek w ogródku za domem.

 Spędziliśmy z małym doskonałe dwa dni. Graliśmy w nogę, budowaliśmy miasta z klocków, układaliśmy dziesiątki puzzli, oglądaliśmy bajki. No i oczywiście jedliśmy zupę. Szopen nawet zażyczył sobie dokładki. Mój zuch!

 Trochę chlipnął wieczorem za mamą, ale udało mi się zażegnać kryzys kąpielą z Buzzem Astralem i Chudym z lego od wielkanocnego zająca. Chciałem poczytać mu do snu, ale najwidoczniej dwa miesiące przerwy w kontakcie z książkami i dominacja bajek z telewizora zrobiła swoje. Nie wykazał najmniejszego zainteresowania, wręcz dość żywo oponował i skończyliśmy dzień Świnką Peppą. Trudno, popracujemy i nad tym.

Rano obudziły mnie szturchnięcia małej rączki.

 – Tato, tato, czy już jest dzień?

 – Tak synuś, już jest dzień. – odpowiedziałem radośnie podnieconej buzi.

 – Chodźmy układać puzzle! – Szopen już się gramolił z łóżka.

 – Może najpierw śniadanko?

  – Ale ja nie jestem głodny. Tato chodź!

 Zdążyłem zrobić nam piżamowe selfie w wyrku i używając jeszcze jednej karty sim kupionej w tylko tym właśnie celu, wysłałem mmsy na numery Małej Mi i Cześka z pozdrowieniami, uściskami i całusami od nas, życząc im cudownej majówkowej niedzieli. Mam nadzieję, że je zobaczą. Za nimi też cholernie tęsknię, Szopen z resztą również o nich pytał.

 Po tej fantastycznej majówce dalej czekam. Czekamy.

LXXXIV Przestań mendzić!

kadr pochodzi z filmu Miś – reż. Stanisław Bareja, 1980

 – Jeśli nie przestaniesz wydzwaniać, oskarżę cię o nękanie. Mam dosyć twoich telefonów. Myślisz, że nie mam nic innego do roboty, tylko czekać, aż zadzwonisz? Twój syn śpi. Twój syn nie chce z tobą rozmawiać. Jesteśmy zajęci. Nie mam telefonu przywiązanego do ręki i nie muszę zgłaszać się za każdym razem, gdy dzwonisz. Przestań mędzić i skomleć.

 Nie mam już siły. Bezlik wymówek jakie otrzymuję od Złośnicy już przestał mnie irytować. Teraz zadziwia. Już nawet jej adwokat nie jest w stanie wpłynąć na nią. Nie rozumiem. To się w ogóle da zrozumieć? Jakby to, że dwa, czy o zgrozo, nawet trzy razy w tygodniu przez kilka minut pogadam z Szopenem przez telefon miało ją cokolwiek kosztować. Jakby niemożliwe było wygospodarować te kilka chwil w kalendarzu, by poświęcić je ojcu dziecka. Poświęcić? Wybór tego słowa to skrajne nadużycie. Chociaż może tylko mi w czasie wymuszonego dystansowania społecznego trudno zapełnić kalendarz i innym czasu nie staje na wszystko co zaplanują?

 – Obawiam się, że niewiele pan zdziała. – odezwał się głos mecenasa Dębskiego w słuchawce – Czasu nikt nie cofnie i już go pan nie odzyska, a sąd nie rozpatrzy pana skargi teraz. Będzie pan musiał poczekać, aż cała ta wirusowa izolacja zelżeje na tyle, że zaczną pracować w trybie choć zbliżonym do normalnego. Sąd nie ma żadnych narzędzi, aby wpłynąć tu i teraz na zachowanie matki pana najmłodszego dziecka. Jedyne co pan zyska to zwrócenie uwagi na wciąż istniejący problem, tak że w przyszłości być może będzie miał pan mniejsze problemy z ewentualnym wyegzekwowaniem należytego zachowania z jej strony. Z akcentem na być może.

 Próbowałem też zadzwonić do Małej Mi. Kupiłem kartę i wykręciłem numer który od dawna nie odpowiada na moje smsy i telefony. Po kilku sygnałach połączenie zostało odebrane.

 – Halo? – usłyszałem głos Paranoi w słuchawce.

 – Dzień dobry, chciałbym porozmawiać z Małą Mi.

 – A kto mówi? – nie poznała mnie po głosie?

 – Jej ojciec. Dasz mi ją do telefonu?

 – Ona nie chce z tobą rozmawiać.

 – Przestań być jej adwokatem. Możesz jej dać słuchawkę?

 Nie doczekałem się. Kiedy spróbowałem ponownie po dłuższej chwili, nikt nie odebrał. Nie włączyła się również poczta głosowa. Najprawdopodobniej ten numer również był już zablokowany. Nie było sensu kupować kolejnej karty sim, zapewne znów odbierze matka a nie Mała Mi. Ma w domu wszystko i wszystkich pod kontrolą, totalną i absolutną, bez wyjątku.

 Jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu. Historia zatoczyła koślawe koło i wróciłem do punktu wyjścia. Zaraz po tym gdy wydawało mi się, że w końcu wychodzę na prostą. Złość z bezsilności. Łzy, wściekłość i jeszcze więcej bezsilności. Frustracja i apatia.

 Czternaście lat temu, w roku 2006, w Kanadzie, został zainicjowany Dzień Świadomości Alienacji Rodzicielskiej, przypada na 25. kwietnia. Ma zwracać na powszechne, jak świat długi i szeroki praktyki matek, odcinających dzieci od ojców. Tak, matek, nie rodziców. Oczywiście ja tak twierdzę, bo wszędzie mówi się o „jednym z rodziców”. Ojcowie też uprawiają ten proceder, to oczywiste, że faceci też potrafią być potworami. Natomiast gdy przyjrzałem się statystykom, jak często sprawy wnoszone są przez matki, jak często przez ojców oraz jak często, czytajcie – jak łatwo, skazywani są faceci, a jak kobiety, stwierdziłem, że spokojnie w nosie mogę mieć poprawność polityczną i zostawić ojców z boku, gdyż mieszczą się jako prowodyrzy i winowajcy w granicach błędu statystycznego i nie wypełniają go do końca, a ten wynosi przecież całe 3%.

 Najgorsze w tym wszystkim wcale nie są te statystyki. Przerażające jest coś całkiem innego.

Powszechność wiedzy na temat tych wszystkich metod i sposobów jakie wykorzystują matki by odciąć dzieci od ich ojców jest ogromna. Te wszystkie działania są tak schematyczne, że gdyby nie ich skutek, można by powiedzieć, że wręcz nudne. I co? I nic. Dosłownie nic. Jakby nikomu nie zależało na tym, by doprowadzić sytuacje do jakichś akceptowalnych ram. Jakby ktoś zakładał, że to status quo jest w zasadzie ok.

 Jest jeszcze jedna rzecz która wywołała na mojej twarzy smutny uśmiech. Parental Alienation Awareness Day został powołany do zaistnienia w kalendarzu czternaście lat temu, w Kanadzie, kraju gdzie prawa obywatelskie i porządek prawny ma nieco większe znaczenie niż w kraju ciemności i zabobonu w którym żyję, a i tak musiał być powołany, bo okazuje się, że nie wszystko pomiędzy rodzicami po rozwodzie dzieje się jak należy i cenę za to płacą przede wszystkim dzieci. Ile lat będzie musiało upłynąć, by tutaj ktoś na serio pochylił się nad tym problemem?

 Kurwa mać!

LXXXIII Uziemienie

 Kolejny raz siadam na podłodze w pokoju jaki urządziłem dzieciakom. Dużo miejsca, na wszystko. Klocki, samochody, kolorowanki z kredkami, tory i pociągi. Żeby nie zwariować od gapienia się w ekran, co stanowiło, jak myślę, nie tylko moje główne zajęcie przez ostatnie tygodnie, kupiłem sobie puzzle. Tysiąc elementów układających się w panoramę Molocha. Ułożenie samych brzegów zajęło mi ponad dwie godziny, przy akompaniamencie radia, które mówi i z kubkiem cienkiej kawy. Zajęcie. Co jeszcze wymyślę, by nie czuć się jak w więzieniu? To przecież dopiero półmetek, o ile nie jeszcze gorzej.

 – Robinsonie! Jak dałeś radę przez 28 lat? Po ilu się przyzwyczaiłeś? Po ilu pogodziłeś?

 – Przecież to fikcja. Wymysł autora a nie prawda. O czym ty gadasz?

 – I ty to mówisz? Przyjrzyj się sobie!

 Powinienem to mówić chociaż do kota, a nie rozmawiać ze sobą wewnętrznym monologiem. Chociaż gdzieś czytałem, że to normalne, że ludzie samotni zaczynają mówić do siebie, tym bardziej w izolacji, więc nie mam się czym przejmować. Gorzej gdy zacznę mówić do kota, a ten zacznie mi odpowiadać. Póki co patrzy tylko na mnie, czasem nawet miałknie coś w odpowiedzi. Wszystko przede mną.

 Dzisiaj niedziela tego długiego weekendu, zwanego powszechnie Wielkanocą. Czyli jeszcze poniedziałek na podłodze w dziecięcym i już we wtorek będę mógł się przejść do pracy. Tymczasem połowa ludzkości świętuje zwycięstwo życia nad śmiercią. Dość osobliwe biorąc pod uwagę okoliczności.

 Rozmawiałem dzisiaj z Szopenem. To już trzeci raz w ciągu niecałych dwóch tygodni. Ciągle tylko przez telefon, ale lepsze to niż wcale, chociaż dałbym się pokroić, by móc go zobaczyć.

Niestety póki co Złośnica ma w poważaniu moje prośby o skype i odpisuje bardziej niż lakonicznie  – „nie używam”. Kiedy wspomniałem jej whatsapp, którego wiem, że używa oraz  inne możliwości wideo-rozmowy, już nie odpisała wcale. I tak cud, że raz, czy drugi, odbierze mój telefon i poda słuchawkę małemu. Jej adwokat przemówił jej o tyle do rozsądku. Skontaktowałem się z nim, gdy moje prośby kierowane bezpośrednio do niej trafiały w próżnię i powiedziałem, że gdy tylko sprawy wrócą o tyle o ile do normy, w sądzie wyląduje moje pismo odnośnie jej postępowania, więc niech zadba o to bym miał jak najmniej do powiedzenia na temat jego klientki w czasie kolejnej rozprawy, o którą na pewno wniosę .

 – Ludzie! Dlaczego wy się nie chcecie dogadać?! – usłyszałem głos mecenasa Brody w słuchawce.

 – Nie jest pan jej adwokatem od wczoraj i powinien pan już wiedzieć, że niewiele zależy tu ode mnie. Z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz.

 Odpowiedział mi milczeniem, musiał zdawać sobie sprawę od dawna z jakim materiałem ma do czynienia.

 – Poprosi ją pan w moim imieniu, by nie robiła dalszych przeszkód? Chcę tylko kilku chwil z moim dzieckiem. Ile trzylatek może wisieć na telefonie? Niech mam szansę powiedzieć mu że go kocham i za nim tęsknię oraz życzyć kolorowych snów. To chyba nie jest zbyt wiele?

 – Dobrze. Porozmawiam z nią.

 Samą rozmową z Szopenem byłem bardzo zdziwiony. Oczywiście pozytywnie. Mały berbeć nawijał przez telefon jak stary. Opowiedział mi, że ma piżamę w Psi Patrol, że jest już duży i siada na nocnik (nareszcie!), że oglądał ze starszym bratem Strażaka Sama i mam mu kupić kolejny wóz strażacki. Że jadł płatki czekoladowe z mlekiem, że jadł parówki z keczupem, że jadł suchą bułkę. Że kąpał się z klockami i z motorówką, że był z mamą, bratem i ich psem na spacerze.

 – Tato, jutro do ciebie przyjadę i będziemy gasić pożar Strażakiem Samem. – jedno krótkie zdanie, a ja już miałem świeczki w oczach.

 – Nie synuś. Jeszcze nie. Jutro nie możesz przyjechać. Wszyscy musimy zostać w domku. – niemal fizyczny ból sprawiały mi te słowa, wypowiadane do mojego syna – Ale już niedługo się zobaczymy. Doczekamy się, prawda?

 – Tak.

 – Zuch! Kocham cię bardzo Szopen i mocno za tobą tęsknię.

 – Ja ciebie też. – usłyszałem jak wysyła mi przez telefon buziaki

 – Bądź grzeczny i słuchaj mamusi. Cierpliwie wytrzymamy i się zobaczymy, prawda? Pa! Mój smyku.

 – Tak. Papa tato.

 Tyle hałasu, tyle zachodu, tyle złości o mniej niż kwadrans, a tak właściwie o kilka sekund. Wystarczyło, że podała mu słuchawkę z odebraną rozmową i z głowy. Cóż prostszego? Nie chcę się zastanawiać. Nie będę się taplał w tym błocie, tym bardziej, że musiałbym w dwóch bajorach naraz.

 Ze starszymi w dalszym ciągu nie mam kontaktu. Również próbowałem przez skype. Nawet się połączyłem. Ale nie usłyszałem ani słowa od dzieci, a sama kamera była skierowana w okno, jakby ktoś postawił laptop na biurku tyłem na przód. Po chwili tylko usłyszałem faceta Paranoi.

 – Sory Mick. Dzieci nie chcą z tobą rozmawiać. Może innym razem. – i połączenie zostało zerwane.

 Od dłuższej chwili codziennie wysyłam do byłej żony sms prosząc o to by pozwoliła dzieciom wejść na skype, albo wręcz by go włączyła i pozwoliła mi do nich mówić. Mniej więcej co trzy, cztery dni dostaję wiadomość zwrotną, że dzieci dalej nie chcą ze mną gadać.

 Cierpliwie czekam, nie tylko na koniec zamieszania z wirusem. Przecież poprosiłem najmłodszego, by grzecznie wytrzymał. Muszę teraz dać mu przykład.

LXXXII Kalkomaniak

  Dosyć spokojnym, może nawet leniwym krokiem szedłem do domu. Nie spieszyło mi się, bo i do czego miałbym się spieszyć? Cztery ściany i drobniejsza piąta, podpięta do prądu i talerza na dachu. Pogoda taka sobie, wilgoć w powietrzu rosła z każdą minutą, a gdy tylko słońce zaczęło tulić się do horyzontu i zrobiło się dostatecznie ciemno, spadł deszcz. Teraz mżyło i pewnie nie przestanie do poranka. Taka pora roku.

 Dotarłem do swoich drzwi i wyciągnąłem z kieszeni drobny pęczek kluczy. Przekręciłem klucz w zamku i nacisnąłem, a potem pchnąłem klamkę do przodu. Przez chwilę stałem w progu, przyglądając się przedsionkowi i reszcie wnętrza mieszkania, jaką można było objąć wzrokiem bez wchodzenia do środka. Drzwi do pokoi po jednej stronie, do kuchni i łazienki po drugiej. W przejściu półka na buty, szaliki i czapki, odkurzacz i kilka innych klamotów, wieszak z moimi kurtkami. Zimową i trzema jesienno-wiosennymi. Całoroczna skóra, moja ramoneska, którą kupiłem sobie tuż po rozwodzie, bo Paranoja nigdy wcześniej nie chciała się zgodzić bym nosił „taką szmatę”, zawiśnie tam zaraz po tym, jak wejdę do środka, lecz ciągle tego nie robiłem, jakby coś odpychało mnie od przestąpienia progu.

 – Kochanie! Jestem w domu! – powiedziałem głośno robiąc w końcu krok do przodu – Cholera, znowu zapomniałem, że nie jestem już żonaty. – mruknąłem do siebie pod nosem zamykając za sobą drzwi. Odgrywałem sam ze sobą i dla siebie po raz stutysięczny ten suchy skecz, mimo, że przestał być śmieszny już lata temu. Sam nie wiem dlaczego, co jakiś czas, ciągle to robiłem.

 Kolejno wyciągałem z kieszeni portfel, klucze, papierosy i zapalniczkę odkładając je na szafkę. Torba spoczęła na swoim miejscu, tak samo kurtka, buty i arafatka używana jako szalik. Mój rytuał logowania się w domu. Oparłem się o framugę w wejściu do pokoju i obrzuciłem pomieszczenie wzrokiem. Na dłużej zatrzymałem się na telewizorze i sprzęcie grającym. Co dzisiaj? Na pewno nie książka. Zmęczenie i rozdrażnienie nie pozwolą mi się skupić. Nie namyślając się długo chwyciłem pilot od tv i włączyłem pudło. Nawet nie starałem się zerknąć w ekran. Nie interesowało mnie zbytnio co leci. Najprawdopodobniej będzie to powtórka filmu, który i tak już widziałem, zapewne więcej niż raz. Poszedłem do kuchni po czystą szklankę. Wyciągnąłem ją z suszarki i wróciłem do pokoju. Usiadłem na łóżku podkładając pod plecy i głowę poduszki. Schyliłem się po butelkę stojącą na zaimprowizowanym stoliku nocnym i wprawnym ruchem odkręciłem kapsel. Nalałem do szkła porcję i nie odstawiając butelki opróżniłem szklankę jednym, wielkim, łapczywym haustem, po czym nalałem ponownie i szybko uniosłem szkło na powrót do ust. Ciecz ponownie zatańczyła chropowatego walca po moim języku i spłynęła do gardła. Dopiero teraz zerknąłem na to co leciało w telewizji i poszukałem wzrokiem pilota. Przełączyłem kilka kanałów w poszukiwaniu czegoś ciekawego, na czym mógłbym zawiesić wzrok na dłuższą chwilę. Zauważyłem obok szklanki, którą w końcu odstawiłem, jeszcze na wpół pełną, kapsel od butelki. Chwyciłem go i zakręciłem dość solidnie butelkę. Bardzo nie lubiłem gdy woda zbyt mocno się wygazowywała.

 Nie podobały mi się te ostatnie dni. Nie podobały mi się jeszcze bardziej, niż te wcześniejsze, kiedy wracałem do pustego domu. Od tygodnia wracam z pracy bardzo późno. Zbyt późno, aby móc zadzwonić do kogokolwiek chociaż na krótką pogawędkę. Wszyscy właśnie kładli się spać, o ile już nie spali od kilku chwil.

 Ta wymuszona przez wirusa izolacja uderzała we mnie w dwójnasób. Nie dość, że teraz już nawet z moim najmłodszym dzieckiem nie mogłem spędzić nawet chwili, odcięła również moje i tak znikome kontakty towarzyskie na amen. Kiedy ja byłem w domu, wszyscy inni z moich znajomych byli w pracy. Kiedy ja zaczynałem pracę, oni do domów wracali. Nawet nie było jak zadzwonić, żeby nie przeszkadzać. Sen, dom, praca, sen, dom, praca. Gdybym teraz zamienił butelkę z gazowana wodą na wódkę, wypisz, wymaluj, dostałbym obrazek moich samotnych, pijanych dni, tygodni i miesięcy w Molochu. Bardzo mnie ta refleksja uderzyła i im dłużej to trwa, tym bardziej mnie dołuje.

 Kilka razy próbowałem podsunąć pomysł Złośnicy, że może wejdzie z małym na skype, albo chociaż włączy to i ustawi tak, bym choć przez kilka minut mógł go zobaczyć, skoro tak bardzo nie chce wpuścić mnie do siebie do domu, że o daniu mi go do mnie nie wspomnę. Oczywiście nie odpowiedziała słowem. Nawet nie odmówiła. U Paranoi podobnie. Żadnego odzewu.

 Moja terapeutka zażartowała sobie w czasie sesji jaką odbyliśmy przez telefon, że jeśli bóg jest, to chyba uparł się, żeby mnie sprawdzić na wskroś i dlatego, gdy mi się już wydawało, że wychodzę na prostą, wymyślił sobie zarazę. Zabawne. Bardzo kurwa zabawne.

 …Ale na wszelki wypadek przepraszam za kłopot. Bardzo przepraszam was wszystkich siedem i pół miliarda.

LXXXI Cierpliwość w czasach zarazy

Ogród rozkoszy ziemskich – H. Bosch

 Dzisiaj po raz pierwszy  idę do pracy na popołudnie. Dzisiaj po raz pierwszy w historii firmy mój dział będzie miał popołudniową zmianę. Nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych rozwiązań. Podzielili nas na pół i część będzie przychodzić jak zwykle rano i pracować do popołudnia, część zaś wejdzie do biura dopiero, kiedy ci pierwsi przetrą wszystko płynem dezynfekującym i sobie pójdą. Ja nie będę nic przecierać po zakończeniu pracy, bo od dwudziestej drugiej do szóstej rano ewentualnie pozostawiony przeze mnie wirus sam zginie.

 Zaproponowana przez władze samodzielna kwarantanna zaczyna dla mnie nabierać jeszcze głębszego wymiaru. Może to i dobrze, bo spędzając samotne popołudnie w domu, niemalże bezczynnie, bo ile można prać i sprzątać, moja irytacja rosła do takiego poziomu, że zaczynałem się martwić.

 Dwa dni temu, teoretycznie, uprawomocniło się orzeczenie Sądu Rodzinnego przyznającego mi czas o jaki prosiłem, by móc go spędzać z Szopenem. Sporo czasu. Teoretycznie, bo cały obieg dokumentów jest spowolniony przez ograniczenie działania wielu instytucji, w tym sądów i poczty, do minimum, więc tak naprawdę, nikt nie jest w stanie dać mi 100% pewności, że jakieś zażalenie nie tkwi jeszcze na poczcie, czy w biurze podawczym i za tydzień nie okaże się, że stan rzeczy jest kompletnie inny niż mi się wydaje. Ze względów oczywistych nie widziałem się od ponad tygodnia z Szopenem ani chwili i nikt nie wie jak długo ta sytuacja potrwa. Pesymiści twierdzą, że i dwa, a nawet trzy miesiące. Optymiści, że góra do świąt wielkanocnych. Nie chcę zgadywać kto może mieć rację. Tak czy inaczej, w zbyt długich tygodniach muszę liczyć, ile czasu minie zanim znowu zobaczę się z synkiem.

 Oczywiście złoszczę się na cały świat, że dzieje się jak się dzieje, chociaż to bez sensu, a już na pewno w niczym mi nie pomoże, ale ciężko mi przejść do porządku dziennego nad tym, że Złośnica nic sobie nie robi z moich próśb o choćby wizytę u naszego dziecka, rozmowę, cokolwiek, kwitując je krótkim, „a kto ci otworzy drzwi jak zapukasz?” Zostaję ze swoją tęsknotą sam i pozostaje mi czekać. Znowu.

 Kurator, który cały czas jest zobowiązany do co dwutygodniowych wypraw ze mną po moją starszą dwójkę, Małą Mi i Cześka, wysłał mi wiadomość, że w najbliższy weekend wizyta jest odwołana ze względu na ogłoszony stan pandemii. Tak samo wszelkie rozprawy i terminy odsuwają się co najmniej do końca kwietnia. Nie mam pojęcia kiedy ruszy sprawa jaką uruchomił Sąd w kwestii Paranoi. Siedzieć i czekać. Jakby przez ostatnie półtorej roku było mi tego mało. Tyle w tym wszystkim dobrego, że niejako weszło mi to czekanie w krew i siłą przyzwyczajenia jakoś sobie z tym poradzę. Oby.

Tak w ogóle to czuję się schizofernicznie. Moje boje na sądowych salach się pokończyły. No może nie do końca, ale jednak pewne sprawy zostały podomykane i znalazły swój finisz. Ciągle stająca okoniem Złośnica już nie będzie miała wyjścia, jak zastosować się do dokumentu i o ile nie zagra jak Paranoja, idąc w zaparte i na przekór wskazaniom, podzielimy się opieką nad naszym dzieckiem niemal pół na pół. Fantastycznie! Ciągnąca się jak lasagnea sprawa z obniżeniem niebotycznych alimentów, znalazła w końcu swój finał i w dodatku są jakieś przesłanki ku temu, że być może uda się osiągnąć w tym temacie jeszcze więcej. Dług z dnia na dzień zmalał o niebagatelną sumę i mimo, że wciąż będę zostawiał absolutną większość swojej wypłaty komornikowi, który po odliczeniu swojej doli przekaże resztę moim dzieciom, jakoś dam radę uciułać na rachunki i skromniutkie życie. I to też nie wszystko.

 – Udało się! Masz kredyt! – mówiła do mnie przez telefon Mama. – Za chwilę pieniądze będą na twoim koncie.

 Mam kredyt? Nie. Oni mają. W życiu żaden bank nie dałby mi złamanego grosza. Nie w sytuacji kiedy dwie trzecie mojej pensji ma przeznaczenie w postaci alimentów. Nawet komornik nie musiałby na nich siedzieć, żebym dla banku był niewypłacalnym klientem, nie wspominając, że tenże komornik jest wpisany w księgach wieczystych z zajęciem mojej nieruchomości. Moja rodzina, z Mamą na czele, zaciągnęła ten kredyt dla mnie, ja go musze tylko spłacić. Tylko. Nie mam pojęcia jak to zrobię. I to nie jest „jeszcze nie mam pojęcia”. Po prostu, nie mam pojęcia. To łyżka dziegciu w tej beczce słodyczy, radości z tego, że nie zostanę pozbawiony dachu nad głową, że ciągle ten dom może być domem moim i dzieciaków. W sumie tego przecież chciałem. Zyskać czas, aby poradzić sobie z tymi zobowiązaniami, które exy żądały, bym załatwił teraz, zaraz, od ręki. No, to do roboty. I znów, jak?! Jak mam się zabrać do roboty, tej dodatkowej, by dołożyć do swojej pensji, kiedy cholera wie jak długo każą nam siedzieć w domu? Tak naprawdę, to nie wiem, czy przypadkiem za dzień, lub dwa, nawet tej pracy, którą mam, nie zostanę pozbawiony, bo przecież pół świata zaraz będzie stało na pauzie ze wstrzymanym oddechem. I to niemal dosłownie.

 Niby tyle spraw mi się udało załatwić, niby tyle rzeczy się wyprostowało i w końcu słońce wyszło zza chmur. Niby. Stoję przed lustrem w łazience w pustym domu, golę się i tłumaczę sobie, że odwaliłem kawał dobrej roboty i że jestem dużo bliżej, niż dalej. Patrzę sobie w oczy i jedna myśl krąży mi po głowie.

 – Pyrrus by się uśmiał.

LXXX Koniec zestawu obowiązkowego

/kadr pochodzi z filmu „Miś” – reż. S. Bareja 1980/

 – Cześć. Tak sobie myślałem o obecnej sytuacji w naszym kraju, w Europie i w ogóle, i zastanawiam się, czy nie odpuścilibyśmy małemu przedszkola? Wiesz, twoja mama pracuje na zmiany, moi są już na emeryturach, może zorganizujemy małemu dni tak, żeby nie musiał pojawiać się w przedszkolu, tak na wszelki wypadek. Dmuchanie na zimne.

 – Chyba się za dużo telewizji naoglądałeś i panikujesz.

 – Nie, nie oglądam telewizji. Czasem posłucham radia.

 – Ale ty wiesz kim ja jestem z zawodu? Wiesz, że pracując w aptece jestem w samym środku tego i wiem najlepiej czy trzeba, czy nie trzeba podejmować jakiekolwiek kroki i działania. Nic takiego nie planuje.

 Kolejny raz rozłączyła się nawet nie mówiąc kurtuazyjnego „do widzenia”. Próbowałem się dodzwonić do niej jeszcze raz, ale połączenie od razu zostało odrzucone. Westchnąłem tylko licząc na to, że jeśli zacznie się cokolwiek dziać, placówka sama zdecyduje o swoim zamknięciu i pozostanie jej się tylko podporządkować. Po raz nie wiem już który przekonałem się, że nie było sensu próbować z nią negocjacji w żadnej kwestii, gdyż nie ma najmniejszej woli porozumienia z jej strony. Energia i czas na straty. Ale czyste sumienie. Co z tego? Nic.

 Wróciłem ze spaceru zmarznięty i mocno niepocieszony reakcją Złośnicy. Chyba przeczuwała co usłyszy jutro na sali sądowej w orzeczeniu i zawczasu odbijała sobie na mnie niezadowolenie. Szkoda tylko, że mały znowu może wziąć za to rykoszetem. Oby nie.

 Jeszcze zanim dotarłem nazajutrz na sądowy korytarz, w radiu usłyszałem komunikat o zamknięciu żłobków, przedszkoli i szkół w całym kraju. Zaśmiałem się tylko pod nosem. Nie minęły nawet 24 godziny od kiedy do niej zadzwoniłem z propozycją.

 – Cześć. – przywitałem Złośnicę pod wejściem do Sali rozpraw – Dalej uważasz, że panikuję od oglądania telewizji?

 – Spieprzaj. I nie myśl, że twoja matka i ojciec zobaczą się z małym. Zostaję z nim w domu. – odpowiedziała i ruszyła w głąb korytarza.

 Tak jak przypuszczałem Sędzia przychyliła się do niemal wszystkich moich próśb. Zreferowanie orzeczenia wraz z uzasadnieniem zajęło jej jakieś dziesięć minut. Dziesięć minut, na które czekałem ponad rok. Wakacje, ferie, święta jedne i drugie, urodziny, dni powszednie w tygodniu oraz weekendy. Wszystkie terminy o jakie prosiłem zostały zachowane, z jedną drobną różnicą, która była mi bardzo nie w smak. Prosiłem o co drugi weekend, tak abym miał Szopena w te same weekendy co Małą Mi i Cześka, ale Sędzia postanowiła zostawić je tak jak w zabezpieczeniu na czas procesu, czyli pierwszy i trzeci weekend miesiąca. Niestety więc, nie wszystkie weekendy przeznaczone na mój wspólny czas z dziećmi spędzimy w czwórkę. Zastanawialiśmy się z mecenasem Dębskim, czy nie apelować. Jest nawet kilka argumentów przemawiających za tym by spróbować, ale stwierdziłem, że jestem zbyt zmęczony, aby dalej to ciągnąć. Tym bardziej, że zaistniały nowe okoliczności.

 Parę dni temu otrzymałem zawiadomienie z Sądu Rodzinnego, że wszczyna się z urzędu postępowanie ograniczające prawa rodzicielskie wobec rodziców małoletnich Małej Mi i Cześka oraz o ponowne ustalenie kontaktów małoletnich ze mną.

 – To bardzo dobra wiadomość panie Jakubiak-Zoski. Świetnie! – ucieszył się Dębski, gdy przeczytał list.

 – Jak to? Przecież jeśli jej ograniczą prawa, to dzieciaki mogą wylądować w jakiejś cholernej rodzinie zastępczej! Wie pan co ona teraz im mówi? Że przez tatę mogą zostać pozbawione mamy. Stawiam dolary przeciw orzechom, ze właśnie taki komunikat wpaja teraz naszym dzieciom.

 – Mam nadzieję, że nie. Musi być przecież w kontakcie ze swoim prawnikiem i ten jej pewnie wytłumaczył, że taki scenariusz jak rodzina zastępcza, to raczej ostateczność, o ile w ogóle możliwe, że tak się kiedykolwiek stanie. Sąd zapewne zadecyduje, że skoro Paranoja nie wpuszcza kuratora nawet do domu, by ten zamienił słowo z dziećmi, tylko sama mu komunikuje, że dzieci nigdzie nie chcą jechać, kiedy pan przybywa po nie w jego towarzystwie, to zostanie na nią założona pełna kuratela, tak, że kurator rodzinny będzie miał prawo przebywać u niej od świtu do zmierzchu. Nie będzie mogła już mu powiedzieć, że go nie wpuści. Tak zazwyczaj wygląda pierwszy krok ograniczenia władzy rodzicielskiej w takich przypadkach jak pański.

 – To jej na pewno nie powstrzyma przed tym, by straszyć dzieci, że zostaną odebrane jej przez moje poczynania.

 – Ale to przecież nie pan, tylko sąd sam z siebie zadecydował o tym ruchu.

 – Jak wyżej. Nie powstrzyma jej to.

 – Przesadza pan.

 – Nie. Ani na jotę. I radzę mi uwierzyć, bo tym razem nie dam się przekonać adwokatowi do jego wizji mojej byłej żony i jak się z nią rozprawić w sądzie. Za dużo do tej pory na tym straciłem słuchając adwokatów przyznawanych z urzędu. Każdy radził bym podszedł ulegle, zgiął kark i grzecznie brał co dają i głośno dziękował. Jak jeden brali za pewnik, że to i jedną i drugą udobrucha i będziemy odtąd żyli długo i szczęśliwie. Nic takiego się nie wydarzyło jak pan wie, wręcz zostało to wykorzystane i dokręcano mi śrubę jeszcze bardziej i jestem po roku tu gdzie jestem. Sam pan przyznał, że alimenty są odrobinę za duże i spokojnie mogłyby zostać zasądzone mniejsze bez szkody dla nikogo. To, że nadzwyczaj długo się to wszystko ciągnie z widzeniami z dziećmi też pan zauważył nie raz.

 Dębski popatrzył na mnie uważnie i pokiwał głową.

 – Dobrze, będę panu wierzył w każde słowo, ale za to pan musi mnie słuchać. Bezwzględnie. Mamy drugie otwarcie z pana byłą żoną i obawiam się, że będzie decydujące i ostateczne. Myślę, że ma pan dużo mocniejsze karty w tym rozdaniu, ale jak już się skończy, obawiam się, że trzeciego podejścia nie będzie.

 – Dlatego tym razem zabieram pana ze sobą na salę.

Mecenas Dębski uśmiechnął się do mnie i przytaknął. Te sprawy ciągnące się od długich miesięcy finiszowały, przynajmniej tak wyglądało i się te przewidywanie sprawdziły. Bez sensu byłoby na linii mety pokazywać exom, że już nie jestem sam na ringu. Teraz, w tej najważniejszej sprawie jaka została do załatwienia na sali sądowej, będę z prawnikiem i już nie będę się obawiał braku obycia z kruczkami prawnymi, a zapewne i mecenas Paranoi nie będzie mógł sobie pozwolić na wszystko co do tej pory uchodziło mu na sucho. Nie oszukujmy się. Sędzia też. Wielokrotnie czułem, że już jest zmęczona nami, tym tematem i ciągnącymi się godzinami rozprawami i pragnie, może i nawet wbrew sobie, żeby to wszystko już się skończyło. W świetle tego, że moja była żona atakowała mnie jedynie pomówieniami, przy braku dowodów na moje rzekome przewiny, było im na rękę zmęczenie prowadzącej sprawę. Niby ryzykownie, ale wciąż nie poniosła ani jednej konsekwencji swoich postępowań.

 Tak, czy inaczej, nie będę apelował o te nie do końca trafione weekendy w sprawie widzeń z Szopenem. Poczekam na rozwiązanie sprawy z Małą Mi i Cześkiem i jeśli zajdzie taka potrzeba, zawnioskuję od początku.

Póki co… Nie, nie strzelą korki od szampana. Z przyczyn obiektywnych. Od dosyć już dawna świętuję wuzetką i kawą z papierosem na dokładkę, dla złamania słodyczy. Po wtóre, to jeszcze nie koniec, o czym przypomniała mi smsem mama mojego najmłodszego pod wieczór, w dniu ogłoszenia orzeczenia w sądzie.

 – Mam podpisaną osobistą opiekę nad Szopenem przez najbliższe dwa tygodnie. Chyba nie musze ci tłumaczyć nic więcej.

LXXIX Papierosy, kawa i ja

/kadr pochodzi z epizodu „Kawa i papierosy” – reż. Jim Jarmusch 1992/

 Jestem ojcem trójki, jak powszechnie wiadomo, najfajniejszych dzieci we wszechświecie. Małej Mi, Cześka i Szopena. W jeszcze moim domu, ściany mam obwieszone ich zdjęciami. Ze mną, z moimi rodzicami, z ich kuzynami. Z wakacji, ze szkoły i przedszkola, z ognisk i przyjęć, z naszego domu. Starszą dwójkę, w ciągu ostatnich czternastu miesięcy widziałem dwa razy, nie licząc przypadkowych spotkań na mieście, których też z resztą było raptem kilka, czy życzeń urodzinowych składanych im przez płot domu, w którym mieszkają z ich matką. Najmłodszego widuję od roku niemal regularnie. Przelewam na niego całą moją ojcowską miłość i staram się jak mogę, by nie dostrzegł w moich oczach żalu, że jest tylko on. Że nie będzie czuł mojego rozżalenia, że ma jeszcze rodzeństwo, którego tak naprawdę nie zna, bo co taki maluch może powiedzieć o dwójce dzieciaków, które zna prawie tylko ze zdjęć. Tylko na niektórych z nich są wszyscy razem w kadrze. Staram się chować to dojmujące uczucie najgłębiej jak się da i cieszyć się na 100% każdą spędzaną z nim chwilą, ale jest to dla mnie trudne, i bynajmniej nie jest to biadolenie malkontenta. Z resztą Szopen rośnie i z każdym dniem staje się mądrzejszy i bystrzejszy. Prędzej, czy później dostrzeże we mnie tę nostalgię. Może też ją poczuje w jakiś sposób? Co wtedy? Nie wiem. Póki co odpycham od siebie tę myśl, mając ogromną nadzieję, że zanim mały będzie w stanie nazwać takie uczucie, sprawy rozwiążą się, czy to przy pomocy sądu, czy same z siebie, po mojej myśli i nie będę więcej dzielił czasu, na spędzony z nim i bez nich, bo będzie tylko ten wspólny, całej naszej czwórki.

 Wczoraj moja córka kończyła trzynaście lat. Bogowie wszyscy razem wzięci! Jestem ojcem nastolatki, pannicy z szóstej klasy! I nic o tym nie wiem. Może nawet gdyby tu była, wiedziałbym o tym niewiele, bo mogę tylko zgadywać, czy zechciałaby się podzielić tym, co ma w swojej głowie, jak mijają jej dni i tygodnie. Co ją cieszy, fascynuje, co wkurza lub złości. Chciałbym spróbować, przekonać się na własnej skórze, czy sztama, jaką, wydaje mi się, mieliśmy, przetrwała przez ten czas, w którym zawiesiła nas jej matka.

 – Podjadę do dzieci o 17. Chciałbym złożyć Małej Mi życzenia i dać jej prezent. Mam też drobny upominek dla Cześka. – wysłałem wiadomość do Paranoi. Wolałbym pojechać w ciemno, ale zobowiązał mnie do tego sąd. Mam uprzedzić ich mamę o swoim przyjeździe w dzień urodzin dzieci.

 – Zapraszam na 18. – przyszła odpowiedź po dłuższej chwili.

 Dobrze. Niech będzie po twojemu. – pomyślałem sobie i poszedłem do kuchni zaparzyć sobie mała kawę. Sprawdziłem, nie pamiętam który już raz, czy papier na pakunku z prezentem dla młodej równo leży, czy nigdzie się nie zadarł, i czy taśma nigdzie nie puszcza. Wszystko grało, tak jak na samym początku, zaraz po spakowaniu. Torba dla mojego syna też nie zmieniła swoich właściwości. Zadzwoniłem do ojca, że wycieczka na drugi koniec naszej mieściny odbędzie się godzinę później, ale jeśli chce, to może wpaść o umówionej porze, bo właśnie wstawiłem na kawę.

 Już z kubkiem w dłoni wyszedłem przed dom. Odpaliłem papierosa, zaciągnąłem się niedbale i po chwili posmakowałem łyk gorącego naparu. Stałem na ganku klatki schodowej pod daszkiem i nie ruszyłem się na krok dalej. Ściana wiosennego deszczu oddzielała mnie od całego świata. Cisza i ja. Bardzo by mi się podobały takie okoliczności przyrody, gdyby nie bez przerwy atakująca mnie myśl – co dzisiaj wywinie Paranoja? Nie – czy dzisiaj wywinie, choć lekko tliła się we mnie nadzieja, że to w końcu urodziny córki i nie zrobi jej tego, ale właśnie „co?”. Wiem, wiem. Można by pomyśleć, że wywołuję wilka z lasu, że już osądzam, zanim jeszcze się stało, projektuję jej zachowania jako tej złej w moich oczach i wręcz wróżę z fusów kawy, którą właśnie trzymam w dłoniach. Nie, ja ją po prostu znam.

 Nie czułem upływającego czasu. Zatopiony w myślach o wszystkim i o niczym zapaliłem kolejnego papierosa a po chwili dołączył do mnie Padre.

 – Jedziemy, czy palimy? – zapytał stając obok mnie pod daszkiem na ganku.

 Zerknąłem na zegarek. Nie przypuszczałem, że tyle czasu minęło od kiedy wyszedłem przed dom. Było kwadrans do osiemnastej.

 – Zapal sobie tato i pojedziemy. – powiedziałem i poszedłem do domu zostawić pusty kubek po kawie i narzucić na siebie kurtkę. Ciągle padało, jeśli przyjdzie nam choć chwilę czekać pod bramą Paranoi, przemoczymy się do suchej nitki. Tam nie ma się gdzie schować, chyba że w samochodzie.

 Podjechaliśmy kilka minut przed wyznaczonym przez ex czasie. Mimo to, nie czekając udałem się z auta prosto do bramy i nacisnąłem dzwonek. Jak wiele razy poprzednio odczekałem około minutę i kiedy nikt się nie pojawił nacisnąłem guzik ponownie. Pomiędzy dzwonkami przeszedłem się wzdłuż płotu. Zerknąłem w okna pokojów Małej Mi i Cześka. Wszystkie, dosłownie wszystkie okna miały pozaciągane żaluzje, łącznie z uchylnymi oknami w spadzistym dachu i tym drobnym okienku w łazience na piętrze. Kompletne zaciemnienie. Co najmniej, jakby się spodziewała nalotu. Nomen omen. Wróciłem do samochodu tylko po to by wysłuchać w radiu końcówki piosenki, kilku reklam suplementów diety, cudownego środka na grypę dla dzieci i stabilizatora męskości, a zaraz potem usłyszeć charakterystycznych piknięć oznajmiających pełną godzinę i jingla rozpoczynającego wiadomości. Wyszedłem z samochodu i po pięciu sekundach zobaczyłem Paranoję wychodzącą zza rogu jej domu. Zbliżyła się opatulona w szalik i kaptur do bramki.

 – Twoja córka nie przyjdzie do ciebie. Nie chce.

 – Nie wierzę.

 – Nie interesują mnie twoje wierzenia. Nie chce ciebie widzieć i nie chce od ciebie prezentu.

 – Kłamiesz. Mogę wejść do was na próg i ją zawołać? Przekonam się sam.

 – Nie, nie możesz. Żegnam. – rzuciła, po czym odwróciła się i pomaszerowała z powrotem do domu.

 – Proszę cię, to są jej urodziny. Nie rób jej tego. – Zdążyłem tylko krzyknąć za nią zanim zniknęła za rogiem nie zatrzymując się.

 Zastanawiałem się co robić. W głowie huczały mi słowa mecenasa Dębskiego.

 – Tylko niech pan nie robi nic głupiego, żadnych krzyków, żadnych awantur, a już nie daj boże próby wtargnięcia. Sąd będzie musiał pana za to ukarać, nawet jeśli racja jest po pana stronie. Niech pan, cokolwiek by się nie działo, przyjmuje dotychczasową taktykę. Do bramki, przyjąć co ma do powiedzenia na klatę, podziękować i od bramki.

 Jeszcze chwilę postałem na deszczu zastanawiając się, czy nie zatrąbić, nie zawołać, może jak mnie przez okno zobaczą to wyjdą? Bez sensu. Przecież ich matka miała i ma plan i nawet jeśli usłyszą, to tylko dostaną kolejny rozkaz i będzie jeszcze gorzej. Teraz pewnie nawet nie wiedzą, że tu jestem. A może wiedzą? A może rzeczywiście nie chcą?

 Zadzwoniłem na policję poinformować ich, że matka kolejny raz nie dotrzymała warunków ustalonych w sądzie i po przyjęciu raportu przez oficera dyżurnego ruszyliśmy do domu.

 Dołożyłem prezent dla Małej Mi i ten drobny dla Cześka do tych, które leżały przez kilka tygodni pod choinką. Jeśli będę musiał do nich dołożyć tegorocznego Wielkanocnego Zająca, to zacznie mi brakować miejsca na dnie szafy. I pęknie mi serce. Po raz kolejny.

 Mój ojciec nie za bardzo wiedząc co mógłby powiedzieć podreptał trochę w przedsionku i nie chciał nawet kawy.

 – Nieeee, za późno już trochę na kawę. Trzymaj się. Wszystko będzie dobrze. – podał mi rękę, założył czapkę i wyszedł.

 Ja za to nie zważając na porę, zaparzyłem sobie jeszcze jedną małą czarną. Ciśnienie mam i tak nakręcone do granic, że i bez niej długo nie zasnę. Znów stanąłem na wejściu do klatki. Gorący, aromatyczny dym z kubka mieszał się z tym papierosowym. Od całego świata oddzielała mnie ściana wiosennego, rzęsistego deszczu.

LXXVIII Pół żartem, pół serio

 Od prawie dwóch godzin leżę z nogami do przodu. Nie, nie w „tym” sensie. Miałem nadzieję się zdrzemnąć, ale nie było mi dane. Od momentu kiedy wróciłem dzisiaj do domu, ciągle muszę opowiadać co dalej z tym galimatiasem. Z resztą, sam nie wiem czy bym rzeczywiście usnął. Jestem tak wyczerpany, że sen może nie nadejść, zapewne znacie ten stan. No i adrenalina, ta z reguły rzadko kiedy pozwala na sen.

 Dzisiaj zakończyła się, mam nadzieję, sprawa o widzenia z Szopenem, jaką wniosłem przeciwko jego mamie. Trwała rok, miesiąc, dwa tygodnie i dwa dni. Tyle czasu musiało minąć, żeby sąd mógł ustalić czy mam prawo, a jeśli mam, to kiedy, widywać się ze swoim dzieckiem. Tyle czasu, a w zasadzie dużo więcej, bo przecież zanim złożyłem wniosek również deptałem ścieżki do mamy mojego najmłodszego dziecka, próbowałem dogadać się poza sądem ze Złośnicą. Do samego końca, bo nawet zanim weszliśmy na salę, próbowałem z jej adwokatem, mecenasem Brodą, dojść do porozumienia. Z uporem godnym podziwu, wszelkie próby wyjścia poza schemat „raz na dwa tygodnie”, odbijały się od nich jak piłeczka tenisowa od ściany. Forsowali to bez przerwy tak w próbach mediacji, negocjacjach nieoficjalnych, jak i na Sali sądowej.

 – Wysoki sądzie – opowiadał jej mecenas – próbowaliśmy wielokrotnie negocjować z powodem idąc na wiele ustępstw, ale wszelkie próby kończyły się fiaskiem i odrzuceniem naszych propozycji.

 – Wysoki Sądzie to manipulacja – niemal wykrzyknąłem ze swojego miejsca. – Każda próba tych niby negocjacji ze strony mamy nie wychodziła poza to, co już zostało powiedziane tutaj, na wcześniejszych rozprawach.

 – Uważam, że wielu ojców – to znowu on – byłoby bardzo zadowolonych z tego, że może mieć swoje dziecko na cały weekend co dwa tygodnie.

 Kiedy to usłyszałem, zirytowałem się po raz kolejny. Zacząłem się energicznie rozglądać dookoła siebie. Teatralnie spojrzałem za ławę na której siedziałem i już miałem się schylić, by zerknąć pod, gdy usłyszałem jak sędzia zadaje pytanie.

 – Co pan robi?

 Spojrzałem na nią i zobaczyłem jej wzrok utkwiony we mnie. Patrzyła na mnie z wysoko uniesionymi brwiami.

 – Wysoki Sądzie, szukam wielu ojców, bo chyba nie rozumiem o czym pan mecenas do mnie mówi. Szopen miał, ma i będzie miał jednego ojca i stoję właśnie tutaj. Z tego co pamiętam, również na wniosku widnieje tylko moje nazwisko. Więc…

 – Proszę wybaczyć – papuga Złośnicy zaczął się tłumaczyć – chodzi o to, że żądania powoda niemal zahaczają o opiekę naprzemienną, a z mojej praktyki wynika, że ta ewentualność nie jest zasądzana gdy opieka nad dzieckiem jest przyznana jednej ze stron.

 – A gdzie pan wyczytał, że opieka nad dzieckiem jest przyznana jednej ze stron? Czy chce pan powiedzieć, że mam niekompletne akta sprawy, lub ich nie znam? – ofuknęła Brodę kobieta prowadząca naszą sprawę.

 – Nie Wysoki Sądzie, skądże znowu, ale synek jest przy matce i z nią mieszka, więc niewskazane byłoby, żeby teraz rozchwiać mu poczucie stałości i bezpieczeństwa.

 – Przedmiotem sprawy nie jest ustalenie miejsca pobytu dziecka oraz pieczy nad nim i nigdy takiej sprawy nie było, więc proszę nie sugerować, że stan faktyczny jest inny niż jaki jest. Poza tym, dziecko od roku regularnie spędza czas z ojcem i nie przypominam sobie, by uczestniczka wnosiła jakiekolwiek zażalenia co do sposobu sprawowania opieki przez ojca niepełnoletniego.

 – Ależ oczywiście, wnosiła i to całkiem sporo.

 – Mówimy tu o zażaleniach dających się w jakikolwiek sposób uwzględnić. – skwitowała krótko.

 – Panie mecenasie, – wykorzystałem chwilę milczenia jaka zapadła po wygłoszeniu przez Sąd ostatniej kwestii – może i proszę o wiele, choć mam inne zdanie na ten temat, to odnośnie opieki naprzemiennej, nawet jeśli takie rozwiązanie wcześniej nie zapadały, to ktoś pewnie usłyszy takie ustalenie widzeń jako pierwszy, i nie obrażę się, jeśli miałbym to być ja. Przypomnę panu argument, który pan niestety zbagatelizował kilkukrotnie w czasie naszych rozmów, kobiety i czarni, kiedyś nie mogli ani głosować, ani się kształcić, a teraz jak wiemy, wygląda to z goła inaczej. Ktoś to kiedyś zmienił.

 – Dziękujemy panu za lekcję historii. – uśmiechając się pod nosem sędzia zanotowała coś w aktach sprawy i pokręciła głową –  Tymczasem może wróćmy do sprawy.

 – Oczywiście, – podjął mecenas – pan Jakubiak – Zoski próbuje wziąć na swoje barki kolejne zobowiązania, a zdaje się, te nałożone na niego dotychczas nie są należycie wypełniane. Czy może pan powiedzieć w jakiej kwocie ma pan zasądzone alimenty na Szopena?

 Ty gnoju! W takie tony uderzasz? Dobrze wiesz, że zasądzone alimenty są ponad moje możliwości i próbujesz zrobić ze mnie skurwiela migającego się od płacenia?

 – Wysoki sądzie, proszę o uchylenie pytania. Wszystkim obecnym tu na Sali, z Wysokim Sądem włącznie, znane są wszelkie kwoty o jakie mecenas pyta, a ja tylko przypomnę, że sprawę o alimenty mamy za sobą od ponad pół roku, a dzisiaj rozpatrujemy moje kontakty z moim synkiem.

 – Uchylam pytanie.

 – W takim razie, – kontynuował niezrażony Broda – niech pan powie, czy podejmowane przez pana prace dorywcze, dodatkowe nie będą panu przeszkadzać w wykonywaniu opieki nad państwa synem i ilość czasu o jaki pan zabiega, by z nim spędzać, w gruncie rzeczy stoi w sprzeczności z interesem małoletniego.

 Zagotowało się we mnie, dosłownie poczułem jak robię się czerwony na twarzy.

 – Jeśli chce mnie pan zapytać o nasz lokalny rynek prac dorywczych, to chyba nie muszę się zbytnio rozwodzić nad tym, że wygląda on bardziej niż kiepsko, a ja robię co mogę by dorobić gdzie i kiedy tylko się da. Co do czasu, Wysoki Sądzie, między innymi dlatego z uporem maniaka domagam się, aby weekendy z Szopenem były liczone jako co drugi, jak w przypadku zasądzonych widzeń z dwójką moich starszych dzieci, a nie jak chce mama Szopena, w pierwszy i trzeci weekend miesiąca, by nie tylko dzieci miały zapewniony kontakt ze sobą nawzajem, czego obie panie w ogóle nie biorą pod uwagę, ale również, bym co drugi weekend miał do swojej dyspozycji i miał więcej czasu na kolokwialnie zwane fuchy, które są mi niezbędne, abym mógł się utrzymać, nie mówiąc o płaceniu alimentów moim dzieciom.

 Sędzia zrobiła kolejną notatkę i pokiwała głową. Dopytała mnie o dziesiątki szczegółów moich wcześniejszych zajęć zarobkowych, nauki na studiach a nawet hobby. Zapytała też, czy w chwili obecnej dzielę z kimś gospodarstwo domowe.

 – Tak Wysoki Sądzie. – ex usiadła na baczność i zrobiła oczy jak pięć złotych – mieszkam z kotem.

 W tym momencie protokolantka prychnęła próbując powstrzymać swój śmiech przykrywając usta dłonią.

 – Sędzia po raz kolejny pokręciła głową, ale z uśmiechem poprosiła o potwierdzenie..

 – Mieszka pan z kotem, tak ma się znaleźć w protokole.

 – Tak Wysoki Sądzie, można dodać, że mój kot, jak wiele innych jest fantastycznym antydepresantem, którego używam na co dzień.

 – Co jeszcze pan robi w ramach walki z depresją i alkoholizmem?

 – Stosuję się do zaleceń, jakie mi wpojono w czasie terapii w Dolinie Muminków oraz sesji z psychologiem po wyjściu z ośrodka. Spotykam się z takimi ludźmi jak ja na mitingach. Spotykam się z nimi również na płaszczyźnie towarzyskiej. Unikam miejsc, które mogły by wpłynąć na moje głody alkoholowe, by narażać się jak najmniej, lub pojawiam się w takich miejscach tylko w towarzystwie osób wiedzących o mojej chorobie, lub z innymi trzeźwymi alkoholikami. W kupie siła Wysoki Sądzie.

 Sędzia tym razem już nie kryjąc rozbawienia pytała dalej.

 – Co jeszcze pan robi dla swojej trzeźwości?

 – Ułożyłem sobie całkiem fajną rutynę tygodnia. Dlatego tak bardzo mi zależy na obecności syna w moim życiu ile tylko się da i walczę o to samo, by w końcu móc w tę rutynę włączyć dwójkę jego starszego rodzeństwa z mojego pierwszego związku. Moje dzieci są dla mnie największą motywacją. Nie sądzę by to kogokolwiek mogło zdziwić i powinno być rozumiane samo przez się. Proszę nie karać Szopena ograniczeniem widzenia się z tatą, tylko dlatego, że nie jego rodzice nie potrafią się ze sobą dogadać.

 – Rozumiem. Sąd zakończył dzisiejsze posiedzenie i zamyka rozprawę. Wyrok zostanie ogłoszony za dziewięć dni.

 Nie miałem za bardzo czasu by dojść do konkluzji, że znowu jestem w sytuacji, kiedy wszystko już wiadomo, tylko nie wiadomo mi i muszę czekać. Z sądu wystrzeliłem jak guma z kalesonów. Chwyciłem tylko odpis wyroku ze sprawy sprzed trzech tygodni z Paranoją i w te pędy puściłem się do przychodni gdzie zapisane są moje dzieci, na spotkanie z Lekarką Kierowniczką. Byłem spóźniony ponad pół godziny. W życiu nie przypuszczałem, że na dzisiejszym posiedzeniu sąd będzie maglował Złośnicę i mnie odnośnie widzeń z Szopenem, przez bite trzy godziny.

 Umówiłem się z szefową przychodni, by wyprosić u niej możliwość dowiadywania się o stanie zdrowia mojego dziecka telefonicznie, ponieważ jego mama albo mnie o tym nie informuje, albo informuje bardzo zdawkowo, albo wręcz kłamie na temat diagnozy jaką usłyszała. Nie uśmiecha mi się za każdym razem umawiać na wizytę lekarską, by usłyszeć diagnozę i odpowiedź na pytanie, czy małego można przewozić samochodem, czy powinien zostać w domu.

 – Ale czego pan ode mnie oczekuje? Ja nie mogę telefonicznie pana informować o niczym, to wbrew prawu.

 – Nie może pani informować osoby, której nie może zidentyfikować jako uprawnionej do otrzymania takiej informacji.

 – Nie będę robić dla pana wyjątku, a potem tułać się po sądach.

 Ręce mi opadły. Nie przemówił do niej nawet argument, że to ona poda mi hasło jakim będę się identyfikował przez telefon, jakiś ciąg liter i cyfr, bez którego odprawią mnie z niczym.

 – Proszę zrozumieć – uderzyłem w błagalny ton – bez tego, mama Szopena może sama sobie ustalić kiedy mały choruje i na co i nie wydać mi dziecka na widzenie.

 – No ale skoro mały choruje to o jakim widzeniu mowa?

 – U mnie w domu. Przecież sama pani mówiła, że czasem jak jest dziecko chore, to nawet wskazane jest żeby wyszło na spacer, a przewiezienie go samochodem nie stanowi problemu w ogóle, jeśli nie gorączkuje i stan generalnie jest dobry.

 – Jak jest chore, to ma leżeć w łóżku. I koniec!

 – Trzylatek? W łóżku? Przez cały dzień? Gdyby rzeczywiście tak było, w życiu nie wpadłbym na pomysł żeby pakować go w samochód. Proszę mi pomóc. Ile ma pani takich sytuacji, że musiałaby pani dla mnie robić wyjątek? Ktoś jeszcze w ogóle o takie coś zabiegał oprócz mnie?

 – To bez znaczenia. Nie, to nie. Już powiedziałam.

 Odeszła mi chęć na wszystko. Nie docierało do niej o co proszę. Wstałem i podziękowałem za poświęcony czas, nie było sensu dalej się prosić i tłumaczyć. Musiałem przyjąć swoją porażkę.

 Na parkingu przed budynkiem czekał na mnie mój Padre.

 – Dawaj, dawaj. Mamy góra kwadrans.

 Nie ociągając się wsiadłem do samochodu i ruszyliśmy do komornika z odpisem wyroku. Formalność do załatwienia po poprzedniej sprawie. Musze go powiadomić o zmianach w swoim zadłużeniu alimentacyjnym względem Małej Mi i Cześka, bo ex na pewno tego nie zrobi. Zdążyliśmy na czas i od tej chwili mój debet rozciągnięty do monstrualnych rozmiarów, nieco się skurczył. Chata niestety dalej pozostaje zagrożona zlicytowaniem. Nie ma zmiłuj. Nie od niej.

 Kiedy już wszyscy się rozeszli i zostałem w domu sam, przez nie wiem jak długo leżałem na łóżku gapiąc się w sufit. Nawet nie włączyłem radia, bo pilot leżał o jakieś pół metra za daleko. Nie byłem w stanie po niego sięgnąć. Jedynym odgłosem jaki mi towarzyszył było burczenie mojego pustego żołądka. Mimo że wyszedłem na rozprawę bez śniadania, bo i tak niczego oprócz kawy bym nie przełknął, a kiszki od dłuższej chwili grały mi marsza, do lodówki też było za daleko.

 Dziewięć dni oczekiwania na orzeczenie. Znowu zawieszenie w próżni. Nie wytrzymam tak przecież. Muszę coś zjeść. I w końcu zapalić papierosa.

LXXVII Ruchome dno

/kadr pochodzi z filmu Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki – 2008 reż. S. Spielberg/

 – Cia-ste-czko? – mlask, mlask – Masz o-cho-tę? – sylabizował Wujek z ustami pełnymi bomby kalorycznej, stojąc w progu.

 – Pomyślałem, – kontynuował, gdy już przełknął – że osłodzę ci tę nerwówkę na ostatniej prostej przed jutrzejszym wyrokiem.

 Facet pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wdzięczny mu jestem za te drobne gesty, dowcipkowanie, czasem nawet bardzo na siłę, z tej całej mojej sytuacji i pokazywanie swojej twarzy, do której mogę mówić.

 W rzeczy samej, ostatnie dwa tygodnie zszargały mi nieco nerwy. Choć bardzo chciałem i wiedziałem, że powinienem, nie umiałem przejść do porządku dziennego nad tym, że mam cierpliwie czekać, bo nic nie mogę zrobić. I kropka. Ha, ha, ha. Całe to moje miotanie się z samym sobą, jak głodny lew po pustej klatce, uzmysłowiło mi ile jeszcze pracy przede mną. Kolejny raz przypomniało, że alkoholizm jest nieuleczalny i choćbym nie wiem jak dobrze się czuł, muszę się pilnować, muszę ciągle uważać na siebie i nie ustawać w pielęgnowaniu swojej trzeźwości, bo niezaopiekowany nadmiar emocji mnie wykolei. I tak myślę sobie że jest całkiem nieźle, skoro mimo tej nerwówki i wszystkiego, co sam sobie w związku z nią niepotrzebnie fundowałem, umiałem to zobaczyć i choć próbowałem to wytłumiać.

 Przed salą rozpraw byłem niecałe dziesięć minut przed czasem. Na wokandzie, po raz kolejny, wyświetlono numer sprawy z moim nazwiskiem i Cześkiem jako pozwanym. Znowu bez Małej Mi i ich matki jako przedstawicielki ustawowej. Wyglądało to co najmniej fatalnie i z tego fatalnego wyglądu skorzystała Paranoja, robiąc przed pierwszą rozprawą zdjęcie ekranu z wokandami i pokazując je Cześkowi.

 – Zobacz, tata tak cię kocha, że pozywa ciebie do sądu. Widzisz? Zapamiętaj sobie i zapytaj tatę przy najbliższej okazji dlaczego ci to robi. Wstydu nie ma?

 Jego matka pochwaliła się tym co zrobiła, na korytarzu sądowym, tak bym to usłyszał. Oczywiście ani na krztę nie wierzyłem w to co mówi. Zapisałem jej to na próbę wyprowadzenia mnie z równowagi przed wejściem na salę rozpraw, co musze powiedzieć, nie do końca po mnie spłynęło. Niestety, po jakimś czasie, kiedy jeszcze miałem możliwość porozmawiać z dziećmi  telefonicznie, Czesiek przestał podchodzić do słuchawki i rozmawiałem tylko z Małą Mi.

 – Co się dzieje córcia, dlaczego młody nie chce gadać?

 – Jest na ciebie zły?

 – Zły? Na mnie? O co?

 – Mama opowiedziała nam o rozprawie i pokazała, że go pozwałeś. Wkurzył się i popłakał.

 Spędziłem z nią na telefonie kawał czasu, tłumacząc na czym ten nieszczęsny trik polega i dlaczego to musi brzmieć jak brzmi. Co to wokanda, opiekun ustawowy, pozywający, pozwany. Dwunastolatce. Nie brzmiała w czasie tej rozmowy, jakby potrzebowała specjalnych wyjaśnień. Rozumiała co do niej mówię i zadawała pytania, które to potwierdzały. Zanim się rozłączyliśmy, powiedziała, że spróbuje to Cześkowi wytłumaczyć. Biorąc pod uwagę jego obecne zachowanie, ich matka wydaje się mieć większy dar przekonywania od swojej córki.

 Stałem na korytarzu sam. Ani żywego ducha. Paranoja nawet nie przysłała swojego adwokata, nie mówiąc o pojawieniu się jej samej. Obecność na odczytaniu wyroku nie jest obowiązkowa. Ciągle się zastanawiam, czy jej nieobecność będzie nonszalancją, czy moje pojawienie się nadgorliwością? Nieważne.

 – Proszę wejść, odbędzie się odczytanie wyroku sprawy nr… z powództwa… przeciwko… – zabrzmiało z głośnika nad drzwiami Sali.

 – Proszę zająć miejsce. – powiedziała do mnie sędzia, gdy już wszedłem do środka.

 Szybko odprawiła formalności i zaczęła czytać wyrok wraz z uzasadnieniem. Tak mi się wydawało. Najpierw przypomniała mój wniosek i argumenty jakie przytoczyłem, by go uwzględnić, potem argumenty jakie podniosła ex, by go odrzucić. W końcu dowiedziałem się, co zawierał ten pieprzony punkt czwarty, który już dwa tygodnie temu został wystrzelony w kosmos bez prawa powrotu przez co mącił skutecznie mój spokój. Ex nie zostanie obciążona kosztami procesu, czyli, jak wytłumaczyła sędzia, dzieci nie będą obciążone. Widzę to dokładnie odwrotnie, ale to moja złość przyprawia mnie o taką optykę…

 – Powód z własnej woli zrezygnował z pracy zagranicą i porównując z obecnymi warunkami, pozbawił się prawie trzech czwartych środków do życia, argumentuje to swoim stanem zdrowotnym, czyli depresją oraz chorobą alkoholową, którą skutecznie leczy, od dwóch lat

Pozostając w trzeźwości. Ponadto przeprowadzka do kraju i rodzinnego miasta wiąże się z jego wolą ponownego, pełnego udziału w życiu i wychowaniu swoich dzieci, co sąd uznaje za argumenty będące podstawą, by uwzględnić jego zmianę sytuacji bytowej na gorszą i obniżyć kwotę alimentów, z klauzulą wykonalności od dnia złożenia wniosku, do kwoty pomniejszonej o niecałą jedną czwartą pierwotnej sumy.

 Pomniejsza o jedną czwartą?! To żart? Przecież to połowa mojej wypłaty, a gdzie jeszcze pieniądze dla Szopena? A co ze spłatą zaległości? Kurwa! A rachunki za prąd, wodę, czynsz?

A bułka z masłem?

 Pieprzona cha-cha. Dwa do przodu, jeden w tył. Znowu, jak w cholernym déjà vu, z rozprawy ze Złośnicą. Alimenty obniżone, czyli twój dług dalej będzie rósł, tyle, że trochę wolniej. Co się zbliżę do dna i zbieram się żeby w końcu się porządnie odbić, jakaś siła z rechotem je obniża. Kurwa mać. Ile razy jeszcze?!?

 – Rzeczywiście panie Mick, – powiedział mecenas Dębski siadając naprzeciwko mnie za stołem – trochę dużo, na pewno więcej niż się można było spodziewać. Ale spokojnie, już jest jakiś krok do przodu. Sama kwota zaległości dosyć znacznie zmalała. Przynajmniej jako całość, w skali półtorej roku, jakie panu się ta sprawa ciągnęła. Śmiało zaryzykowałbym apelację.

 Im dłużej mówił, zadawał pytania o uzasadnienie jakie słyszałem od sędzi, tłumaczył poszczególne niuanse, tym byłem spokojniejszy. Wiedza. Wiedza poparta konkretnymi przepisami recytowanymi przez mojego adwokata działała jak skondensowana melisa. Luksus, którego nie miałem od początku moich przygód na sali sądowej.

 – Najważniejsze, że z chwilą odczytania wyroku, komornik, nawet jeśli dojdzie do licytacji, może panu zabrać o parę ładnych tysięcy mniej. Zmniejsza się panu dług mimo, że wyrok nie jest prawomocny, bo ma klauzulę natychmiastowej wykonalności. Niech pan to próbuje wykorzystać, może uda się teraz panu spłacić tę zaległość?

 – Nie mam z czego. Nie mam z czego tego uzbierać. Nawet na bieżące kwoty, te pomniejszone, mnie nie stać. Nikt, ani exy, ani Sąd, nie chce czekać aż poważnie stanę na nogi. Gdyby nie te cholerne długi, pewnie za jakiś rok, może trochę dłużej, dałbym radę takim sumom, ale teraz?

 – Spokojnie – powtórzył Dębski – załatwimy apelację, może uda się coś ugrać.

 – Może…

 – Dopilnuję formalności, by rozpocząć odwołanie, a tymczasem, musimy pana przygotować na poniedziałek. Zajmiemy się teraz pana najmłodszym synkiem.

 One step at a time.* Cierpliwości chłopaku, cierpliwości.

___________

*ang. – w tłumaczeniu dosłownym „jeden krok na raz”, znaczy tyle samo, co polskie „spiesz się powoli”

LXXVI Monolog w stereo

/kadr pochodzi z filmu Dark Knight – reż. Christopher Nolan 2008/

 Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

 Mam na imię Mick i jestem wściekły.

 Mam na imię Mick i jestem idiotą.

 Minęło z górką półtorej roku od złożenia wniosku o obniżenie alimentów. Za tydzień usłyszę wyrok, tydzień temu zamkniętej sprawy. Klamka zapadła, wszystko jest już ustalone. Żadne nowe fakty, żadne fakty niedopowiedziane, nic już nie wpłynie na podjętą przez sąd decyzję. Decyzję, której jeszcze nie usłyszałem.

 Na ostatnim posiedzeniu Sąd maglował moją byłą żonę i mnie, ale mam wrażenie, nie wiem czy słuszne, że tylko dla formalności. Że zdążył sobie wyrobić opinię na temat już wcześniej, i teraz tylko odhacza punkty niezbędne by ewentualna apelacja nie przeszła w sądzie wyższej instancji.

 – Sąd zamyka sprawę i ogłosi wyrok za dwa tygodnie o godzinie 14:30. Punkt czwarty wniosku został odrzucony. Dziękuję państwu.

 Jaki punkt czwarty do cholery? Nie pamiętam swojego wniosku. Nie mam do niego dostępu. Pisała go i składała mecenas, która „prowadziła mnie” jeszcze zanim trafiłem do Doliny Muminków. Robiła to tak skutecznie, że przez ponad połowę mojego pobytu na terapii nie mogłem się do niej dodzwonić. Długie dni i tygodnie bez żadnego znaku od niej. Terapeuci podpowiadali mi napisanie na nią skargi do Okręgowej Rady Adwokackiej. Położyła mi sprawę o złagodzenie kary za prowadzenie samochodu po spożyciu alkoholu, nie odzywając się w czasie rozprawy  ani razu oraz podobnie wystrzeliła w kosmos apelację od alimentów i komornika nałożonego przez Zazdrośnicę, nie pojawiając się na rozprawie, już w czasie kiedy ja byłem w ośrodku. Mistrzowska robota.

 – Co tam mogło być, co miał zawierać punkt czwarty? Skąd aż tyle tych punktów we wniosku o obniżenie alimentów? Obniżenie samo w sobie, to jeden. Obniżenie od dnia złożenia wniosku, to dwa. Nieobciążanie kosztem procesu, względnie obciążenie nim stronę przeciwną, to trzy. Skąd do cholery cztery?!? I przede wszystkim, dlaczego Paranoja po krótkiej pogawędce ze swoim adwokatem po rozprawie tak szyderczo się do mnie uśmiecha. Dobra mina do złej gry, czy może w tym nieszczęsnym punkcie czwartym była prośba o uwzględnienie obniżenia alimentów od dnia złożenia wniosku? Jeśli tak, to jestem w czarnej dupie już na pewno. Nie wyjdę z długów przez eony, jeśli w ogóle.

 – Przestań idioto! Przecież brałeś to pod uwagę, liczyłeś się z tym. Jesteś w tej dupie już od tak dawna, że zdążyłeś ułożyć sobie kilka scenariuszy wyjścia z niej. Żaden z nich nie jest fajny i żaden nie jest łatwy. Wszystkie do zrealizowania. Prawie wszystkie. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale nie będzie to niewykonalne.

 – Ale mogło być już tak, że jakiś kawałek drogi byłby już za mną, a teraz muszę zapieprzać od początku.

  – Od jakiego początku popaprańcu?! Czyś ty na głowę upadł? Nie widzisz jak długą, męczącą i krętą masz za sobą ścieżkę? Sam masz ochotę to wszystko wypieprzyć do kibla? Męczennika będziesz z siebie robił? Nie głupio ci?

 – Ale ona się cieszyła, śmiała mi się prosto w twarz, musiało być po jej myśli.

 – A co to znaczy, że po jej myśli? Z resztą, póki co, wszystko jest po jej myśli. Po wtóre, jeśli jest po jej myśli, to dzieciakom nie będzie na mózgownice wchodzić, że ją ich ojciec wykolejeniec ręką sędziowską znowu oszukał, okłamał i wykpił.

 – I tak będzie im wchodzić, póki się nade mną, albo nad nią wieko nie zamknie. Takie gadanie, jakby nie dość sobie na mnie nie poużywała i jeszcze nie poużywa.

 Od tygodnia łażę jak podminowany i nie umiem się uspokoić. Co robi alkoholik, kiedy cokolwiek nie idzie po jego myśli? Złorzeczy całemu światu, śmiertelnie się obraża i cierpi za miliony. A jakże! I co ja robię? Wściekam się. Wszystko mnie wkurwia, bo powiedzieć, że wkurza, to zbyt mało. Wiem, że to kompletnie bez sensu i że nic w ten sposób nie wskóram a szarpię się sam ze sobą jak jakiś kompletny wariat. W głowie burza taka, że krew się gotuje. Oczywiście znajduję dziesiątki obiektywnie winnych takiemu, a nie innemu obrotowi sytuacji i najchętniej bym ich wszystkich zlinczował. Tak, tego faceta, który nie przepuścił mnie swoim zdezelowanym gratem na pasach też. Gnojek!

 – Uspokój się! Przecież sam sobie robisz krzywdę. Nakręcasz się jak budzik po koksie a wystarczy, że poczekasz jeszcze drugie siedem dni i będziesz wiedział na czym stoisz. I nie ma znaczenia, na czym rzeczywiście staniesz, bo wachlarz możliwości znałeś od samego początku. Po co te nerwy?

 – Po nic. Spięty jestem strasznie i nie radzę sobie z tym. Wiem że to bez sensu, ale nie umiem tego przeskoczyć.

 – To usiądź i przeczekaj. Uspokój się.

 – W grobie kurwa będę spokojny!

 – Już?

 – Nie!

 – A teraz?

 I tak od świtu do zmierzchu i przez pół nocy. Wmawiam sobie, że mam sobie dać na wstrzymanie, ale moc tego całego stresu dosłownie wywala mnie z butów. Chyba dopiero teraz czuję, ile od tego wyroku zależy. Jak bardzo ciężko mi przez to wszystko brnąć, i boję się, że to wszystko co sobie wypracowałem do tej pory, to będzie o wiele za mało i jeszcze wiele orki w gównie przede mną. I co wtedy?

 – Będziesz orać. Zaciskać zęby i orać.

LXXV Straż! Straż!

/kadr pochodzi z filmu „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” reż. M. Koterski 2006/

oto widać idą ludzie przy wystawach

i o cudzie myślą i nareszcie

nad głowami anioł leci

od tej pory komuś w życiu będzie znacznie lepiej… /Raz, Dwa, Trzy – W wielkim mieście/

 Wspominałem już, że czas niebezpiecznie mi się kurczy i jego brak jest moją największą bolączką. Z wielu względów.

 Przede wszystkim chodzi o Małą Mi i Cześka. Już od ponad roku nie mam swojego czasu z nimi, mimo zawartej w sądzie ugody, mimo dwóch wygranych spraw, jednej z mojego, a drugiej z powództwa ich matki. Czas gra tu kluczową rolę, bo mimo wyroków nakazujących matce wydanie dzieci ojcu na widzenie pod groźbą kary, nic takiego się nie dzieje. Ma to w nosie i idzie w zaparte. Mało tego, pierze naszym dzieciom mózgi do tego stopnia, że one same odmawiają chęci spotkania ze mną kuratorowi, który je odwiedza, mimo, że wcześniej, zanim matka wpadła na tak karkołomny pomysł regularnie wypraszały u niej czas spędzany ze mną poza rozkładem jazdy ustalonym w sądzie.

 Nie pierwszy i zapewne nie ostatni taki przypadek w historii napieprzania się rodziców po rozwodzie. Na pewno smutny.

 Dzieci dochodzą, bardzo logicznie z resztą, do takiego momentu, by nie znajdować się w rozdarciu, ciągle między młotem a kowadłem, że odpuszczają swoje własne emocje i poddają się biernie narracji z zewnątrz. Przejmują widzenie spraw z punktu widzenia osób im bliskich. Osób z ich codziennego otoczenia.

 O ten czas właśnie mi chodzi. O tę codzienność w ich otoczeniu, do której nie mam dostępu nawet na chwilę. Mała Mi i Czesiek nawet na krótki moment nie są wstanie skonfrontować perspektywy przejętej od matki z jakąkolwiek inną. Nie miały tej możliwości od ponad roku i nie mam pojęcia na jak długo jeszcze zostaną tego pozbawione.

 Mądruję się, co? Muszę. Muszę patrzeć na to w ten sposób, tak jak opisują takie przypadki psychologowie i pedagodzy, bo inaczej zapadnę się sam w siebie. Muszę wierzyć, że scenariusz wskazywany w zdecydowanej większości przypadków przez specjalistów od dziecięcych umysłów rozgrywa się w głowach moich dzieci, bo najprawdopodobniej już dawno wszystko bym odpuścił. Gdybym odpuścił, moje malce dostałyby bardzo jasny, jednoznaczny komunikat, że to co stara się wpoić im ich matka na temat ojca jest prawdą. Gdybym odpuścił, powiedziałbym im wprost, że już nie są dla mnie ważne.

 Czas gra bardzo na moją niekorzyść. Im dłużej to wszystko trwa, tym bardziej wszyscy są tym zmęczeni. Dzieci, exy, ja, nasze rodziny. Im bardziej wszyscy są zmęczeni, tym bardziej, niemal odruchowo, szukają jakiegokolwiek rozwiązania na teraz i na już. Rozwiązania niekoniecznie dobrego, ale na pewno kończącego tą gehennę, którą każdy, nawet wydawałoby się pozbawiona uczuć ex, przeżywa od zbyt dawna. Wiele razy zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby spakować swój mandżur i przenieść się z powrotem na Wyspy Prosperity, do Molocha. Dać dzieciakom spokój, odpuścić, odżałować i zacząć żyć sam sobie.

 – Chciałby pan wrócić do picia po tym wszystkim co pan osiągnął? – zapytała mnie na takie rewelacje psycholog, z którą wciąż mam sesje.

 – Czy ja wiem, czy od razu pić? Żyć swoim życiem. Nie byłbym pierwszy, który zaczyna od nowa.

 – Prawda. Niech jednak mi pan przypomni, z jakiego powodu zaczął pan pić? Nie sądzi pan, że świadomość odcięcia się od swoich dzieci, zostawienia ich, co przecież odnotują, a ich mama na pewno od czasu do czasu im to przypomni, nie spowoduje takiej katastrofy w pana emocjach, że znowu pan sięgnie po chemiczne wyregulowanie nastroju?

 – Przecież teraz już wiem, że to tak się dzieje. Nie umiałbym tego sobie racjonalnie poukładać? Nie wytrzymałbym?

 – O zapewne na początku tak. Rok, może dwa, kto wie, może i nawet trzy, choć nie sądzę. Niech pan nie zapomina, że zerwałby pan relacje również z najmłodszym, która przecież mimo przeszkód rozwija się wręcz wzorowo. Jest pan jego ojcem na pełen etat, żadne tam doskakiwanie, a wiele wskazuje, że będzie jeszcze lepiej.

 Prawda. Z najmłodszym, mimo, że jego mama od czasu, do czasu również potrafi sprawić przez nikogo nie przewidziane problemy, widuję się regularnie z tytułu zabezpieczenia widzeń na czas rozprawy. Na ostatniej dostałem, jak mi się wydaje, dosyć jasny sygnał, że mój wniosek ma spore szanse zostać rozpatrzony pozytywnie, więc tego czasu z małym będzie jeszcze więcej. Muszę jeszcze chwilę poczekać. Trzy tygodnie. To dosłownie chwila w perspektywie roku, od kiedy te wszystkie historie się toczą. Bardzo liczę na to, że usłyszę w końcu ostateczny wyrok i… I przecież nie spieprzę tego w tym momencie kapitulacją i ucieczką, już nawet abstrahując od zagrożenia jekie to może mi przynieść. Nie ma mowy.

 Za dwa tygodnie usłyszę jak się sprawy mają z obniżeniem alimentów. Nareszcie! Jeśli myślicie, że tu chodzi o kasę, to macie rację. Ale zapewniam, że nie w tym sensie jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.

 Time is money. Czas to pieniądz. Tak, o to mi chodzi.

 Od jakiegoś czasu powoli staję na nogi. Nie wierzyłem, że to jest możliwe, by w wieku ponad czterdziestu lat zacząć żyć od nowa. Nie dopuszczałem do siebie takiej możliwości, dopóki nie poznałem ludzi z AA. Opowiadałem już o tym, że spotkałem na swojej drodze chodzące i żyjące, ba! całkiem nieźle żyjące, przykłady wcielenia w życie powiedzonka, że nigdy nie jest za późno. Nie jest. Sam staję się tego przykładem. Nie jest łatwo i nie jest szybko. Nie jest dobrze, ale jest coraz lepiej. Z czołem podniesionym wysoko i bez wstydu odwiedziłem komornika gdy podjąłem pracę, by zakomunikować mu, że od teraz ma skąd ściągać moje wciąż rosnące zadłużenie. Zmieniłem pracę na lepszą, nieznacznie lepszą, żadna spółka skarbu państwa, niestety, ale kolejny krok do przodu. Ponownie odwiedziłem komornika z dokumentami. Dług alimentacyjny znów nieco spowolni. Czas, czas nie zwolni ani na chwilę.

 Nigdy przez czas od kiedy rozstałem się z mamą Małej Mi i Cześka nie przeszło mi przez myśl, że przestanę dokładać się do ich wychowania, nie tylko finansowo. Po urodzinach Szopena z dwójki dzieciaków jakie miało to dotyczyć, zrobiła się trójka. Powoli, odwiedzając regularnie sale sądowe w moim mieście staram się to udowodnić i pewnie swój cel w jakimś tam stopniu osiągam. Powoli. A jakże inaczej. Musi być powoli. Obie exy uzbrojone w adwokatów w jednym narożniku i ja kompletnie zielony w temacie chociażby zachowania na sali sądowej w drugim. Dawid i Goliat. W dodatku, nawet jeśli z procą, to bez pojęcia jak jej użyć.

 Walczę z exam, dwoma, walczę z matkami wychowującymi dzieci, walczę ze stereotypem alkoholika, walczę z machiną systemu, dla którego wszystkie nasze sprawy są po prostu kolejnymi statystykami, jednymi z wielu, w dodatku niezbyt atrakcyjnymi. Walczę ze swoim brakiem wiedzy na temat procesów i prawa jako takiego. Nie ma wyjścia, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka nie wygląda to dobrze, na drugi też nie. W dodatku, z tych wszystkich walk wynika ta najważniejsza. Walczę z czasem.

 Walczyłem.

 Od teraz, będziemy walczyć.

 – Cześć, z tej strony Bierny Czytelnik, trafiłem na twojego bloga jakiś czas temu i teraz, można powiedzieć, że śledzę stale. – odezwał się do mnie głos w telefonie z messengera.

 Fajnie, pomyślałem sobie, zawsze to miło usłyszeć, że pisanina jaką uprawiam znajduje czytelnika, a nie ląduje w szufladzie, nawet jeśli jest to szuflada nieprzebytego odmętu Internetu. W dodatku czytelnik jest na tyle pisaniną poruszony, by dać osobiście o tym znać.

 – Cześć. Czy mogę jakoś pomóc? – odezwałem się, w zasadzie niemal z rozpędu. Kilka razy się zdarzyło, że ludzie trafiający na bloga zapytywali mnie jak mają zacząć swoje leczenie z tego paskudnego choróbska, jak pomóc bratu, żonie…

 – Wiesz, w zasadzie, to ja chciałbym zaoferować swoją pomoc tobie – odpowiedział Bierny.

 – Przepraszam, ale jak to mam rozumieć?

 – Zwyczajnie, tak jak mówię. Chciałbym zaoferować pomoc. Czytam, jak już mówiłem, i widzę wiele podobieństw w sytuacjach jakie opisujesz, do tego co sam przechodziłem i przechodzę. Wiele razy twój blog podtrzymywał mnie na duchu. Bywało, że w dołku sięgałem po twoje wpisy i je czytałem, czasami nawet w kółko i dzięki temu znajdowałem oparcie i jakoś udawało mi się dać radę.

 Zamurowało mnie. To nie był komentarz pod postem, to był żywy głos w słuchawce. Mówił do mnie.

 – Wiesz, tylko mogę domyślać się jak może być ci ciężko, bo nawet jeśli nasze sytuacje są w jakiś sposób podobne do siebie, ja w porównaniu z tobą miałem i mam naprawdę lightowo. I wkurza mnie to strasznie, że musisz radzić sobie sam, bo nie stać cię na profesjonalistę, który najzwyczajniej w świecie nie pozwoli tym kobietom z ich papugami na co tylko chcą, a i na sędziach też wywrze niezbędne minimum presji. Może mając kogoś takiego byłbyś w tej chwili już po wszystkim.

 – Pewnie masz rację. To fakt, czuję jak mój brak wiedzy powoduje obsuwy. Wiem, że pewnie przynajmniej w kilku miejscach osoba obeznana w temacie mogła by odrzucić jakiś wniosek, z jakimś innym sama się zgłosić. Byłoby lżej mieć kogoś takiego obok.

 – No i ja właśnie z tym chciałbym ci pomóc. W jednym z ostatnich wpisów wspominasz mecenasa Dębskiego, nie chciałbyś z nim zacieśnić współpracy?

 – Cóż, nie zawsze chcieć, to móc.

 – Potraktuj to jako odwdzięczenie się za dobre słowo odczytane z twojego bloga. Ja zapłacę za jego usługę. Poważnie. Niech weźmie wszystkie sprawy jakie masz otwarte, niech ciebie reprezentuje w sądzie. Niech każdą jedną poprowadzi do końca, do zamknięcia tematu. Uważam, ze nikt nie zasługuje na skazywanie go za przeszłość. Udowodniłeś ponad wszelką miarę, że zasługujesz na drugą szansę. Dawaj nr konta pana Dębskiego. I masz za swoje, jest jeden do jednego. Ja przy twoim blogu też płakałem.

 Łzy od kilku chwil bez przerwy cisnęły mi się do oczu. Nie wierzyłem, że to słyszę. Nie wierzyłem, że to się dzieje. Działo się. Działo się w tempie błyskawicznym. Mecenas Dębski poinformował mnie, że na jego koncie zaksięgowana została wpłata z tytułem „za reprezentację ojca trójki malców” i że czeka na podpisane przeze mnie pełnomocnictwo.

 W życiu, tym nowym, jakie teraz wiodę, trzeźwiejącego alkoholika, nie pomyślałem, że hasło „ja stawiam” spowoduje jeszcze kiedykolwiek we mnie tyle radości i nawałnicy pozytywnych emocji. Prawdziwych pozytywnych emocji, bez samooszukiwania się.

– Dziękuję!

LXXIV Jeszcze krótsze negocjacje

/grafika pochodzi z filmu Star Wars episode I Phantom Menace/

 – Cześć, tu Złośnica… Chciałabym z tobą porozmawiać o Szopenie.

 A to nowość, pomyślałem sobie, gdy usłyszałem matkę swojego najmłodszego w słuchawce.  Ciekawe co chce ugrać? Ułamek sekundy potem skarciłem sam siebie za takie podejście i przełknąłem te słowa zanim je wypowiedziałem. Chce porozmawiać, to porozmawiaj. Tyle razy chciałeś i to ona nie miała na to ochoty, więc teraz spróbuj złapać cokolwiek. Działaj człowieku!

 – Cześć. Ok. Dokładnie o czym chcesz porozmawiać?

 – Wiesz, jestem już zmęczona tym łażeniem do sądu. – oczywiście, że jesteś, wiem to – może spróbujemy się dogadać i niech po prostu sędzia przyklepie to, co ustalimy.

 – Byłoby świetnie. – Chciałem dodać, że od samego początku za tym przecież optowałem, tylko bez przerwy trafiałem na mur, ale po raz drugi ugryzłem się w język. – Też uważam, że nikomu z nas nie jest to do niczego potrzebne. Masz jakieś propozycje jak rozumiem?

 Swoją drogą ciekawe, że jedna po drugiej wpadają na pomysł, by odsunąć sprawy od Sędzi i załatwić je bez ich udziału. Przypadek, czy staję się powoli paranoikiem?

 – Tak, mam. Myślę, że zgodzę się na te twoje weekendy. Zabierałbyś małego w piątek popołudniu i odstawiał w niedzielę wieczorem.

 – Świetnie, – powtórzyłem, a w duchu tylko czekałem na cenę tego ustępstwa z jej strony, bo na sali sądowej o nocowaniu małego u mnie nie chciała słyszeć. – mam nadzieję, że co drugi weekend, tak by Szopen mógł się spotkać również z Małą Mi i z Cześkiem, a nie jak do tej pory?

 – W co drugi. Tak jak chciałeś.

 Już chciałem kolejny raz powiedzieć świetnie, gdy w słuchawce ponownie zabrzmiał jej głos.

 – Ale bez poniedziałków i śród. Tylko weekendy.

 – Dlaczego?

 – Bo nie.

 – Nie, to nie jest argument. Złośnica, Szopen od roku spędza u mnie poniedziałki i środy i dobrze wiesz, że żadna krzywda mu się z tego powodu nie dzieje. Więcej, sama mówiłaś w sądzie, że wraca ode mnie w aż nazbyt dobrym nastroju. Odbieranie nam tego nie ma najmniejszego sensu.

 – Nie. Przecież dostaniesz w zamian te swoje cholerne nocki w weekendy!

 – Spokojnie. Proszę nie krzyczmy do siebie. Te weekendy stałyby się takie, z nocowaniem, naturalnie. Przecież mały jest coraz starszy. Z resztą, od początku twierdzę, że wożenie go do ciebie by położyć go spać i potem rano znowu zabrać jest nonsensowne.

 – Po mojej apelacji do województwa skrócili ci te godziny. Nie wozisz go teraz do mnie tylko na noc.

 – Owszem, od października. Po tym jak apelację uwzględnili po ponad półrocznym poślizgu. I to jest tylko lekka zmiana samych zabezpieczeń widzeń, a nie widzeń jako takich. Raczej nie założysz się, że w wyroku końcowym będzie inaczej. Prawda?

 – Po co ci te poniedziałki i środy? Chcesz mi zrobić na złość? Nie możesz wziąć sobie tych weekendów i się odczepić?

 Wiedziałem, że na weekendy się zgodzi, choć nie sądziłem, że inaczej niż na sali sądowej w obecności kobiety, która będzie na nas patrzyć srogim wzrokiem. Rozmawiałem z ojcem jej pierwszego synka. Trochę zachodu mnie to kosztowało by do niego dotrzeć, ale okazało się, że świat jest dużo mniejszy niż nam wszystkim się wydaje i mieć wspólnych znajomych z człowiekiem z miasta oddalonym o kilka godzin jazdy samochodem, nie jest niczym nadzwyczajnym. Facet właśnie jest w trakcie konstruowania nowego pozwu o ustalenie widzeń ze swoim dzieckiem, ponieważ sytuacja zmieniła się na tyle, że przyznane mu przez sąd terminy dłużej nie mogą być realizowane. Odpadnie jej argument, że bracia nie będą się widywać wcale w weekendy, bo te, które ja chciałbym spędzać z Szopenem są inne niż te, kiedy jej starszy synek widuje się ze swoim ojcem, czym zasłaniała się do tej pory. Dogadaliśmy się, z drugim tatą, że poprosi o dokładnie te same terminy jakie znajdują się w moim wniosku.

 Oczywiście na prośbę z jego strony o tę zmianę, Złośnica zareagowała we właściwy sobie sposób, czyli zignorowała go kompletnie, bo to, jak ją zacytował, nie jej zmartwienie. Wręcz uśmiechnąłem się pod nosem gdy usłyszałem jak mi to mówił, nie z rozbawienia, bynajmniej. Kompletny brak instynktu samozachowawczego z jej strony, lub co najmniej niemałe ryzyko.

 W tej chwili była w oczach Wysokiego Sądu jedną z dwóch matek „broniących” swoje dzieci przed ich własnym ojcem, rysowanym jako, delikatnie mówiąc, „nieroztropny wariat”. Oczywiście w ciągu roku ta cała narracja uległa rozmyciu, może nawet poważnemu zachwianiu, czego bardzo bym sobie życzył, bo okazało się, że nie taki straszny diabeł jak go malują i to już powoli zaczyna, myślę, wychodzić jak szydło z worka. Teraz jednak, Złośnica stanie się matką dzieci, z którą dwóch ojców ma problem, by dogadać się z nią co do możliwości widzeń ze swoimi maluchami. Co nieco salto mortale, a nawet jeśli nie, to mam nadzieję, jej zachowanie zastanowi osoby decydujące o ludzkich losach na ten krótki moment, by zmącić obraz ogromnie zatroskanej matki lękającej się o swoje dziecko w obliczu ojca wykolejeńca. Jeśli o mnie chodzi, takie opowiadanie o swoich motywacjach Złośnicy mogło ujść za prawdopodobne, ale już z Papay’em, drugim byłym, nie. Tata starszego dziecka Złośnicy nigdy nie miał problemów z alkoholem, ani z żadnymi innymi używkami. Nie pali, nie pije nawet kawy i prowadzi całkiem aktywny tryb życia. Wręcz sportowy. Co mamy więc ze sobą wspólnego, że zainteresowała się nami, tak od siebie różnymi facetami ta sama kobieta? Oboje jesteśmy od niej starsi, trochę więcej niż trochę, oboje całkiem przyzwoicie zarabialiśmy kiedy zaczęła się nasza znajomość z przyszłą mamą naszego dziecka i, na koniec, oboje krótko po narodzinach potomka zostaliśmy wywaleni z życia i dziecka, i mamy. Papay, z tego co mi opowiadał, nie był brany pod uwagę przez Złośnicę jako pełnoprawny tata. Wyprowadziła się od niego z dnia na dzień, słowem nie informując, że znika, ani gdzie się udaje. Zostawiła niemal wszystko, oprócz ciuchów swoich i ich dziecka. Tylko domyślił się, że wróciła do rodzinnego miasta. Nie zgadzała się na jego widzenia z synem w ogóle. Jeździł facet te kilka godzin w jedną mańkę na rozprawy sądowe i też mu się te historie odrobinę ciągnęły, bo to, że wypadła z domu niemal tak jak stała, użyła  w sądzie jako dowód na ucieczkę przed niesympatycznym narzeczonym. Oczywiście do czasu, gdy okazało się, że to normalny facet. Aż się dziwię, że tym razem mu nie odpuściła, wiedząc, że przecież skończy się na drodze sądowej, a jeden taki front ma w tej chwili otwarty. Bardzo się dziwię.

 – Nie rozumiem twojego założenia, że chcę się widzieć z małym, by zrobić tobie na złość. To jest kuriozalne i nie mam pojęcia skąd czerpiesz natchnienie dla takich pomysłów. Szopen to mój syn, chcę z nim spędzać czas, bo go kocham. Tak ciężko ci to zrozumieć?

 – Tak, ty kochasz swoje dzieci, to dlaczego nie chcesz ich utrzymywać? Żal ci kasy na dziecko? Tak je wszystkie kochasz?

 – O czym ty mówisz? Przecież komornik zabiera mi kasę co miesiąc i przekazuje je tobie i Paranoi. Sam do niego poszedłem jak tylko zacząłem pracować. Z Wysp Prosperity wysyłałem ci kasę na małego bez żadnych nakazów sądowych, jeszcze zanim zdążyłaś podać mnie o alimenty, bo było ci sto złotych za mało, kiedy jeszcze przed narodzinami Szopena pomstowałaś na wysokość alimentów jakie płacę na Małą Mi i Cześka… Nieważne, schodzimy z tematu. – zreflektowałem się, że weszliśmy na grunt, który nie da nam się porozumieć – Co ze świętami, wakacjami i feriami, jak to widzisz?

 – I taka z tobą gadka, ja wychodzę do ciebie z propozycją, a tobie mało i ciągle chcesz więcej. Zrezygnujesz z widzeń w tygodniu?

 – Wiesz co? – odparłem zrezygnowany – To nie ma sensu. Wiesz dokładnie o co proszę i równie dobrze zdajesz sobie sprawę, że nie masz ani jednego argumentu, by to o co proszę odrzucić. Jeśli chcesz się dogadywać, to podeślij mi mejlem swoje propozycje w całości, a ja postaram się do tego odnieść. Przynajmniej obędzie się bez zbędnych emocji, które nam ewidentnie nie pomagają. Same suche fakty w punktach.

 – Nie. Za późno. Miałeś swoją szansę. – rozłączyła się.

 Popatrzyłem na telefon z niedowierzaniem. Serio? Nawet krótkie negocjacje Qui-Gon Jinn’a i Obi-Wan Kenobiego z Federacją Kupiecką były dłuższe. O co tym kobietom chodzi?

LXXIII Krótkie negocjacje

 – Dzień dobry. Z tej strony mecenas Dwojga Nazwisk, reprezentuję pańską byłą żonę. Dzwonię poinformować pana, że odrzuciła pańską propozycja rozwiązania sporu odnośnie długu alimentacyjnego i jednocześnie zaprosić pana do kancelarii na spotkanie mediacyjne. Pani Paranoja ma swoją własna propozycję, którą chciałaby panu przedstawić.

 – A to nie możemy tego załatwić przez telefon? Moją ofertę w ten sposób pan usłyszał i ją jej przekazał. Słowa chyba nie nabiorą większej wagi gdy usłyszę je osobiście, niż teraz, gdy usłyszę je od pana przez telefon.

 – Pani Żółć wolałaby przekazać je panu w moim towarzystwie.

 – A może pan mi przedstawić chociaż jakiś zarys, coś nad czym mógłbym się zastanowić zanim się spotkamy. Myślę, że to oszczędziłoby nam wszystkim czasu i…

 – Nie. Tak jak mówiłem, moja klientka chce to panu zakomunikować w odpowiednich warunkach.

 – A co nie spodobało się mojej byłej żonie, że odrzuciła chęć rozwiązania kwestii w sposób jaki panu przekazałem?

 – Obawiamy się, że po uwolnieniu pana nieruchomości, pan zniknie i nie będzie ani pieniędzy, ani nieruchomości, którą da się spieniężyć.

 – Przecież to niedorzeczne. Dobrze pan wie, że mam co najmniej trzy powody by nie znikać, z czego dwa mieszkają z nią pod jednym dachem, a po drugie, nawet jeśli, wystarczy złożyć do sądu skargę pauliańską, i nieruchomość wróci pod komornika, nawet bez mojego udziału.

 – Tak, tak, wiem. Ale wiem również, że takie procesy potrafią trwać latami.

 – Może i potrafią. Siedzi pan natomiast w tej sprawie na tyle długo, że zdaje pan sobie sprawę, że w tym przypadku jest to nieprawdopodobne, by tak się stało. Z wielu względów.

 – Być może, pewności jednak nie mam, a moja klientka w ogóle nie dopuszcza takiej możliwości. Zapraszam za tydzień. Czy możemy liczyć na to, że pan się pojawi?

 – … dobrze, będę.

 Nie wiedziałem co sobie o tym wszystkim myśleć. Odrzuciła moją propozycję, nawet nie próbując z jej założeniami dyskutować, ani w lewo, ani w prawo. Nie, i już.

 Poprosiłem ją by uwolniła mój dom z egzekucji komorniczej, co pozwoliłoby mi na kredyt hipoteczny. Oczywiście „pozwoliło mi”, mówiąc w uproszczeniu. Z długiem komorniczym i zaległymi alimentami nie mam zdolności kredytowej nawet na to, aby wziąć sobie telefon na umowę. Ale już posiłkując się rodziną, jako żyrantem, albo wręcz kredytobiorcą, już tego problemu bym nie miał. Oddałbym dzieciom całą należność za jednym zamachem, a kredyt powoli sobie w spokoju spłacił. Przecież nie chodzi mi o możliwość uniknięcia spłaty, a o czas na realne poradzenie sobie z narośniętym długiem.

 „Zniknąć z pieniędzmi i z nieruchomością.” Nawet ja nie wierzę w to, że ona myśli o mnie w takich kategoriach. Odpuszczę sobie dzieci. Odpuszczę Małą Mi i Cześka, odpuszczę Szopena. Serio uważa, że byłoby mnie stać na coś takiego?

 Zaczynam się wkręcać w to myślenie i zastanawiam się, czy skoro ona dopuszcza do siebie, że ja tak bym postąpił, miałoby znaczyć, że ona by tak potrafiła. Niedobrze mi się robi od tego wszystkiego. Przecież to wszystko jest do cna chore.

 Porzucam te idiotyczne dywagacje. Muszę zająć się spotkaniem, które ma się odbyć za tydzień. Jak ja mam się na to przygotować? Jak odeprę to co zostanie na mnie przygotowane? Bo to, że będę musiał dać odpór jest niemal pewne. Jestem w tak fatalnym położeniu, że w zasadzie nie mam żadnego atutu. Jak ja sobie z tym sam poradzę, kiedy dosłownie postawią mnie pod ścianą i będą cisnąć we dwójkę. Albo i w trójkę, bo pewnie jej facet też tam będzie.

 Może powinienem odpuścić? Przecież sprawa za dwa tygodnie i mam ogromną nadzieję, że to będzie już ta ostatnia. Jakkolwiek miałaby się skończyć, to właśnie się skończy. Oby.

Zapadnie wyrok w kwestii obniżenia alimentów i obojętnie jak nie będzie brzmiał, będę musiał go wziąć na klatę.

  Nie mogę odpuścić. Powiedzą wtedy w sądzie, że nawet nie podjąłem próby mediacji, z którą oni wspaniałomyślnie wyszli, szukając rozwiązania zadowalającego wszystkich. Musze się tam zjawić.

 – Dzień dobry, Jakubiak- Zoski, kłaniam się. Czy ma pan teraz chwile by porozmawiać?

 – Witam pana, Mick. Jak mogę pomóc?

 Żałowałem bardzo, że nie stać mnie na wynajęcie mecenasa Dębskiego, by zajął się całościowo moimi perypetiami sądowymi.  Specjalista od pomagania w sprawach beznadziejnych. Facet rzeczowy do bólu i z ogromnym doświadczeniem. Co najważniejsze, jeden z tych prawników, którzy ze swej natury brzydzą się szwindlom ubranym w togi i majestat prawa.

 Kilka razy zwracałem się do niego z prośbą o radę, czy pomoc w napisaniu odpowiedniego pisma procesowego. Kasował mnie stosunkowo niewiele, czyli tyle, ile zaskórniaków udało mi się uzbierać ze swoich nędznych resztek po nędznej wypłacie, uszczuplonych solidnie przez komornika.

 W kilku słowach wytłumaczyłem o co chodzi i poprosiłem go o konsultacje, jak również o personalne wsparcie w czasie wizyty w kancelarii mecenasa Dwojga Nazwisk. Bałem się, że będąc tam sam dam się wpuścić w coś, na co według litery prawa, nie powinni mi nawet wysuwać propozycji. O tym, że pod naporem siły złego puszczą mi nerwy i powiem, lub nie dajcie bogi, zrobię coś głupiego, nawet nie wspominam.

 – W piątek po południu?! – upewnił się co do terminu pan Dębski – Czy oni sumienia nie mają? Przecież o tej porze ludzie powinni się wyłączać z trybu zadaniowego, a nie rozważać sprawy decydujące o czyichś losach na lata.

 – Nie ja wymyśliłem ten termin panie mecenasie. Mogę na pana liczyć?

 – No pewnie, że pan może. Niech pan jeszcze dzisiaj prześle mi wszelkie pisma i protokoły jakie pan ma z tych spraw. Przejrzę sobie to dla przypomnienia. Proszę przyjść do mnie, powiedzmy godzinę przed spotkaniem u nich. Ustalimy sobie pewne ponderabilia i pójdziemy ich wysłuchać.

 Przeglądając akta spraw i robiąc im zdjęcia telefonem, by przesłać je do prawnika, na nowo odczytywałem te wszystkie obelgi jakimi mnie obsypywała przez ostatni rok. Wszystko przed sądem, wszystko obalone, za żadne nie ukarana. Zrobiło mi się gorzko. Jak to jest, że można człowieka pomówić o każdą, najpodlejszą nawet rzecz, a gdy ta okaże się nieprawdziwa, nie ma za to kary. Jest uznawana za niebyłą i puszczana w niepamięć. Jest?

 Dotarłem do kancelarii mojego mecenasa punktualnie o wskazanej przez niego godzinie.

 – Panie Micku, – przeszedł od razu do rzeczy – co jest dla pana ważniejsze? Dom, czy dzieci?

 – To chyba jasne, że dzieci. W ogóle skąd to pytanie?

 – Bo idzie pan negocjować możliwość uchronienia starty dachu nad głową.

 – Oczywiście. Jestem z tymi metrami kwadratowymi emocjonalnie związany. To moje miejsce urodzenia. Mój dom od trzech pokoleń, dzieci są czwartym. Chyba naturalne, że chcę zrobić wszystko co w mojej mocy, by dalej było w rodzinie. To moja jedyna spuścizna, jaką dzieci w tej chwili mogą po mnie odziedziczyć.

 – Rozumiem. Musiałem to od pana usłyszeć.

 Zaczął mi zadawać pytania o zarobki, o wydatki, o używki, o rozrywki. O wszystko. Przemaglował mnie jak najpodlejszy prokurator, oskarżający mnie o defraudację pieniędzy na moje własne dzieci.

 – Wygląda pan fatalnie. – podsumował mnie jednym zdaniem, gdy zakończył.

 – A powie mi pan coś czego nie wiem.

 – Myślę, że sąd widzi, że robi pan co może, by tą sytuację zmienić, jak również to, że pana była robi wszystko, by panu tego nie ułatwić.

 – To dlaczego tak długo jej na to pozwala?

 – Też mnie to zastanawia, ale liczyłbym na to, że chce się upewnić, nie tyle co do pana, bo to wygląda dosyć przejrzyście, ile co do pana byłej żony. Jak bardzo rzeczy jakie ona mówi, kwoty jakie wymienia, są prawdziwe, a jak bardzo chce pana puścić w skarpetkach. Albo i bez. – Dodał z lekkim uśmiechem.

 Mi jakoś jednak nie było za bardzo do żartów.

 – Sądzę, że ona i jej adwokat również to wiedzą – kontynuował – i dlatego zapraszają pana do siebie na pogawędkę. Z papierów i ogólnego oglądu sprawy, nie ma pan zbyt silnej pozycji negocjacyjnej, więc chcą pana przycisnąć teraz, by na Sali sądowej podać Sędzi papier. Wtedy, już z pana wstępną zgodą na cokolwiek, jej opinia już nie będzie miała takiego znaczenia.

 Już się cieszyłem, że zdecydowałem się na jego wsparcie i nie pójdę tam sam.

 – Chciałbym pana poprosić o coś, panie mecenasie. Generalnie wolałbym się nie odzywać w czasie tych całych negocjacji. Wie pan już co jest dla mnie ważne i na co mogę pójść. Wypytał mnie pan chyba  wszystko. Nie chciałbym niczego spieprzyć, a już na pewno dać im choć najmniejszy powód do tego, by w sądzie mogli powiedzieć, że zachowywałem się chamsko i agresywnie, czyli do jej stałej śpiewki na mój temat.

 – Bardzo dobrze, sam chciałem to zaproponować. – odrzekł Dębski.

 – Jeśli usłyszy pan od nich coś, co warte byłoby przyjęcia jako część umowy, niech ich pan poprosi o kilka minut sam na sam ze mną, natomiast jeśli okaże się, że to tylko wybieg i zawracanie głowy, albo co gorsza próba przekonania mnie do czegoś niedorzecznego, niech pan powie coś w stylu, że będziemy się z państwem kontaktować i ewakuujemy się.

 Dębski zaśmiał się w głos.

 – Za dużo filmów się pan naoglądał, Mick. – a po chwili dodał – Tak zrobimy. Filmy filmami, ale właśnie tak zrobimy.

 Na miejscu byliśmy trzy minuty przed czasem. Do kancelarii mecenasa Dwojga Nazwisk wpuściła nas sekretarka.

 – Panowie razem?

 – Tak, – odpowiedział mój adwokat – jestem przedstawicielem pana Jakubiaka-Zoskiego i będę brał wraz z nim udział w mediacjach na jakie został zaproszony.

 – Rozumiem. Proszę usiąść. – wskazała miejsca na obszernej, skórzanej kanapie. – Poinformuję pana mecenasa, że panowie już są.

 Po około dziesięciu minutach oczekiwania pan Dwa Nazwiska wyszedł i zaprosił do swojego gabinetu, gdzie czekała na nas Paranoja wraz ze swoim facetem. A jakże?! Przedstawił sobie moją byłą żonę i mojego adwokata i wskazał na krzesła. Usiedliśmy.

 – Rozumiem, że jest pan adwokatem pana Jakubiaka-Zoskiego, – Dwa Nazwiska zwrócił się do mecenasa Dębskiego – czy mam się pana spodziewać na rozprawie za tydzień?

 – To bez znaczenia, dzisiaj jestem tutaj i proponuję byśmy przeszli do rzeczy. Rozumiem, że ma pani propozycję dla mojego klienta, czy pani ją przedstawi?

 – Nie. O wszystkim opowie pan Dwa Nazwiska.

 – Jak pan zapewne wie, pani Żółć odrzuciła propozycję swojego byłego męża. Nie ufa mu, a wręcz jest pewna, że to tylko fortel mający na celu uniknięcie ciążącego na nim zobowiązania. Nie podlega to dyskusji.

 – Czy jest pan w stanie określić,- ciągnął dalej zwracając się już bezpośrednio do mnie – jakiej wysokości ratami mógłby pan spłacać zaległe alimenty?

 – O jakich ratach mówimy? – zapytał mecenas Dębski – mój klient jest obciążony zajęciem komorniczym pensji w wysokości sześćdziesięciu procent. Nie stać go na dodatkowe raty. To chyba jest jasne.

 – Niech pan nie żartuje. – odparował jej adwokat – Zdrowy facet, w sile wieku, bardzo inteligentny, z fachem w ręku i biegłą znajomością języka angielskiego w mowie i piśmie przyznaje się do zarabiania około dwóch i pół tysiąca na rękę? Przecież to niewiarygodne.

 – Proszę wziąć pod uwagę możliwości naszego rynku pracy. Nie ma w tym nic niewiarygodnego. – spokojnie odpowiedział Dębski.

 – Nie musi pracować w kraju. – wtrąciła się Paranoja – W Molochu zarabiał całkiem nieźle. Może przecież tam wrócić.

 O to ci chodzi, pomyślałem patrząc na jej zaciętą minę.

 – Nie może wrócić. – również mój adwokat patrzył na nią. – Oprócz dwójki dzieci z panią, ma dziecko z innego związku i wobec niego również ma zobowiązania, nie tylko finansowe, tak samo jak względem państwa dzieci. Wie to pani.

 – Nie interesują mnie inne jego dzieci. – odparła ex.

 – Jeśli pan zadeklaruje satysfakcjonującą kwotę zaległych rat – to znowu jej adwokat wprost do mnie – pani Żółć zobowiązuje się do wstrzymania egzekucji z nieruchomości, na czym z tego co się orientuje najbardziej panu zależy.

 – Wstrzymaniu, czy wycofaniu? – dopytał Dębski

 – Wstrzymaniu. O wycofaniu nie ma mowy. Nie dopóki dług nie zostanie w znacznej części spłacony, a bieżące zobowiązania w pełni pokrywane.

 – O jakiej „znacznej części” mówimy? Na jaką kwotę chcą państwo ustanowić bieżące alimenty?

 – A ile są państwo w stanie zaproponować?

 – Mój klient zadeklarował w sądzie po podjęciu pracy kwotę. Znają ją państwo. Nie ma żadnej możliwości by uległa zmianie. Nie w tej chwili.

 – Mama żąda na Małą Mi i Cześka po sto złotych więcej.

 – Państwo chyba zapominają, że Szopen również dostaje od ojca alimenty.

 Matka mojej starszej dwójki uniosła się na swoim krześle.

 – Już mówiłam, że nie interesuje mnie to dziecko, tylko moje dzieci. Niech wyjedzie zagranicę zarabiać. Będzie go stać na wszystkie.

 – Powiedzmy, że wyjedzie, co wtedy z zasądzonymi przecież już widzeniami z państwa dziećmi?

 – Ma wycofać wszystkie roszczenia. Wszystkie.

 Mecenas Dwojga Nazwisk uniósł w kierunku ex dłoń w uspokajającym geście.

 – Trzecim i ostatnim warunkiem pani Żółć, jest wycofanie roszczeń względem widzeń z dziećmi, zaniechania dalszych prób egzekwowania kar za brak obecnych widzeń i pozostawienie tej kwestii do pełnoletności dzieci, kiedy one same podejmą decyzję, czy chcą ojca widzieć, czy nie. Będzie wtedy mógł wyjechać za granice i znikną jego problemy finansowe i z utratą nieruchomości.

 Nie wierzyłem w to co słyszę. Krew momentalnie zawrzała mi w żyłach. Musiał to zobaczyć również mój adwokat ponieważ podniósł się z fotela i stanął przede mną.

 Wstała również Paranoja.

 – Nie pozwolę ci się widywać z dziećmi. Jesteś pijakiem i agresywnym wariatem. Zniknij z ich życia, zniknij z mojego.

 Wszyscy oprócz mnie wstali ze swoich miejsc.

 – Pani Paranoja żółć – odezwał się ponownie jej adwokat – mając na względzie dobro dzieci odmawia swojemu byłemu mężowi możliwości kontaktów z dziećmi, ponieważ same dzieci tego nie chcą, boją się swojego taty. Może kiedy dorosną, to zrozumieją i zechcą się wtedy z nim widywać.

 Po tych słowach Dwóch Nazwisk spojrzałem na niego pytająco. Chyba zdał sobie sprawę z tego co właśnie powiedział i zamilknął.

 Nawet ty zakłamany papugo wiesz dokładnie co tu jest grane. Wiesz i pozwalasz jej na to. Pomagasz jej w tym. Gardzę tobą.

 Setki myśli kłębiły się w mojej głowie. Zacisnąłem ręce na oparciach krzesła tak, że zbielały mi knykcie. Poczułem dłoń Dębskiego na swoim ramieniu.

 Powoli wstałem z krzesła i powiedziałem:

 – W ciągu kilku dni skontaktujemy się z państwem. – zabrałem kurtkę i nie czekając na swojego adwokata wyszedłem z kancelarii tej gnidy reprezentującej moją ex.

LXXII …patrzeć jak wszystko zostaje w tyle

/grafika pochodzi z bajki „Tomek i przyjaciele”/

 Z małym w foteliku podjeżdżamy pod dom Cześka i Małej Mi. Godzinę później niż tradycyjnie, bo to ferie, a nie regularna sobota.

 Liczyłem na to, że ex zapomni o tym szczególe i uzna, ze pora chowania dzieci w domu minęła i się nie przeliczyłem.

 Gdy wysiadam z samochodu dwójka moich starszych dzieci jest na podwórku wraz ze starszymi domownikami. Mała Mi się kręci tu i tam, a gdy mnie zauważa staje i otwiera ze zdziwienia buzię, moment później uśmiecha się szeroko. Uśmiech natychmiast znika z jej twarzy, gdy orientuje się, że jej mama zauważyła to samo co ona, czyli mnie z Szopenem i dziadkiem przy bramce. Spuszcza głowę i co chwilę spogląda na swoją matkę, jakby czekała na reprymendę za tą niekontrolowaną odrobinę radości.

 Czesiek nie przerywa swojej pracy. Odkurza zapamiętale samochód, mimo, że Mała Mi dwukrotnie komunikuje mu, że podjechał tata.

 Serce kłuje mnie po raz pierwszy.

 – Cześć dzieciaki! – Mówię do nich przez zamkniętą bramę. – Przywiozłem wam braciszka. Podejdziecie?

 Młoda znowu patrzy pytająco na matkę.

 – Nie powinno was tu być. Zaraz zadzwonię na policję za najście. – ta rzuca do mnie.

 – Cześć. Dzwoń. – mówię do niej, a potem kontynuuję – Chodźcie, chociaż się przywitamy. Może otwórzcie furtkę i wyjdźcie do nas, żebyśmy normalnie mogli pogadać, a nie przez deski w płocie.

 Czesiek nawet nie odwraca się do nas, ani na moment nie przerywając odkurzania.

 Serce kłuje mnie po raz drugi.

 Ex z telefonem w dłoni, w połowie drogi do ucha, zatrzymuje się, ledwo słyszalnie przy tym przeklinając. Przerywa połączenie. Widocznie sobie przypomniała jakie ustalenia są zapisane w dokumencie z sądu sprzed ponad roku.

 – Chodź córcia. – Odzywam się raz jeszcze, tym razem już tylko do niej.  – Chodź skarbie. Nie masz się czego obawiać. Nikt nie może ci zabronić przywitać się z bratem, tatą i dziadkiem. Nikt.

 Kolejny raz zerka na matkę. Powoli rusza w naszą stronę i widzę, że w oczach zaczynają zbierać jej się łzy.

 Serce kłuje mnie po raz trzeci.

 Paranoja natychmiast rusza za nią. Gdy Mała Mi podchodzi przytulam ją i szepczę jej do ucha, żeby nie chlipała, że to bez sensu i niepotrzebnie, że w sumie to przecież fajny moment, bo może się przytulić z braciszkiem, że bardzo się cieszę, że ją widzę, że wszyscy się stęskniliśmy.

 Gdy podchodzi do Szopena i przy nim kuca, automatycznie się rozchmurza. Wierzchem dłoni ściera sobie łzy z polików. Mały jest wniebowzięty, ona też. Teraz ja mam mokre oczy.

 – Słuchaj skarbie, to jest nasz czas, może w końcu go razem spędzimy? Co ty na to? Wsiądź z nami, pojedziemy do domu, pójdziemy sobie na miasto. Zrobię obiad, pobawisz się z Szopenem. Będzie naprawdę fajnie. To jak?

 – Chyba sobie żartujesz. – wtrąca się ex – Jeśli myślisz…

 – Mamo… – młoda stara się ją uciszyć.

 – Proszę nie wtrącaj się, – również nie chcę by kończyła swoją myśl – daj mi porozmawiać z córką chociaż przez chwilę.

 – Tato, a Czesiek?

 Serce kłuje mnie po raz czwarty.

 – Czesiek chyba zadecydował i żadne z nas nie może na siłę zmieniać tego za niego. Bardzo chciałbym, żeby pojechał z nami, ale… – wzruszam ramionami w geście bezradności – Może, kiedy ty dzisiaj z nami pojedziesz, i zobaczy, że wrócisz zadowolona, to następnym razem też się zdecyduje i w końcu spędzimy trochę czasu wszyscy razem?

 Znowu patrzy pytająco na matkę, a ja próbuję udawać spokojnego, jak gdyby nigdy nic, choć tak naprawdę, wszystko we mnie aż kipi od emocji.

 – Chodź dziecko. Przecież wiesz, że te wszystkie strachy to bzdura. Przecież pamiętasz każdy moment jaki spędziliśmy razem, gdy przylatywałem z Molocha. Stało się kiedykolwiek coś niedobrego?

 – Nieeee…

 – Chodź serce. Jeszcze stoi choinka a pod nią wasze prezenty. Pomożesz nam ją rozebrać, a my pomożemy ci je rozpakować. – sięgam po przekupstwo, ale wcale się z tego powodu źle nie czuję. – Jeśli w którymkolwiek momencie zechcesz wrócić, to tak się stanie. Bez problemu. Masz moje słowo.

 Wiem, że nie zechce wrócić. Ex też to wie. Zapewne oboje jesteśmy właśnie w stanach przedzawałowych.

 – Na jak długo chcesz ją zabrać?

 – Na tak długo, jak będzie chciała.

 – To nie jest odpowiedź.

 – Ma możliwość zostać z nami przez cały tydzień.

 – Chyba zwariowałeś. Za dwie godziny maksymalnie ma być z powrotem.

 – Jeśli tylko ona tak zadecyduje, to tak właśnie się stanie.

 – Chodź się ubrać. – Paranoja zwraca do córki – Porozmawiamy też z Cześkiem.

 – Co ty próbujesz zrobić? – oponuję – Przecież jest ubrana, a porozmawiać z Cześkiem poradzisz sobie sama. Nie potrzebujesz jej asysty.

 – Nie pyskuj. Musi ubrać czapkę. Mała Mi, idziemy! – rzuca rozkaz tonem nie znoszącym sprzeciwu i wyciąga przed siebie rękę, wskazującym palcem dyktując Małej Mi kierunek marszu.

 – Sama przynieś jej czapkę. Poczekamy.

 – Mówiłam już, nie pyskuj. I-dzie-my!

 Nasza córka rusza karnie do domu.

 Serce kłuje mnie po raz piąty.

 Czekamy, już w samochodzie, gotowi do odjazdu, mały co kilka chwil wychyla się z fotelika i pyta:

 – Gdzie Mała Mi?

 – Zaraz będzie, już za chwilkę, poszła ubrać czapkę synuś.

 Minuty ciągną się w nieskończoność.

 – Tata, gdzie Mała Mi?

 – Już idzie, zaraz pojedziemy razem z twoją siostrą.

 W radiu kończy się już drugi kawałek a jej dalej nie ma. Wychodzę z samochodu, nie dam rady dłużej usiedzieć na miejscu. Dostrzegam ich w drzwiach domu, podchodzą, Mała Mi z czapą na głowie i ze łzami w oczach. Ex tuż przy niej, trzymając ją pod rękę. Zaraz za nimi facet Paranoi.

 – Córcia, co się stało? Nie chlip.

 – Tato, ja może pojadę za tydzień, jak będzie pan kurator.

 – Boisz się kochanie?

 Cisza. Młoda tylko spuściła głowę.

 – Chyba widzisz, że się boi. – to on wysunął się przed nie, mężnie zasłaniając kobiety przed niebezpieczeństwem. – Po co tu przyjeżdżasz bez zapowiedzi? Mieszasz tylko dzieciom w głowie, straszysz je. Zabieraj się z naszego podjazdu.

 Przesuwam się w bok, by widzieć córkę.

 – Serce, chodź, proszę, wszyscy na ciebie czekamy.

 – Małą Mi, idź do domu, nie musisz słuchać jak tata się kłóci i krzyczy. – to znowu on, stając tak byśmy nie mogli siebie widzieć.

 Mój ojciec wysiada z samochodu gotowy iść z odsieczą, ale zatrzymuje go gestem ręki. Podbiegam do płotu z drugiej strony, żeby zbliżyć się do odchodzącej córki.

 – Kochanie nie szkodzi, nic się nie stało, jeszcze zdążymy ze wszystkim. Obiecuję. Kocham cię i nie chlipaj serducho. Uściskaj Czesia i powiedz mu, że za nim też tęsknimy.

 Serce kłuje mnie po raz szósty.

 Mała Mi znika w domu a za nią ex. Koleś podchodzi do płotu gdzie stoję.

 – Wypieprzaj z mojego podjazdu, bo zadzwonię po policję.

 – Pierdol się kmiocie. To nie twój podjazd, nawet nie jesteś tu zameldowany. – nerwy kompletnie mi puszczają i w sumie cieszę się, że ten płot jest między nami, bo chyba bym go rozszarpał gołymi rękoma.

 – Powinniście się leczyć u psychiatry. – rzucam na odchodnym cały roztrzęsiony i wsiadam do samochodu.

 – Tato, a gdzie Mała Mi? A gdzie Czesiek? – mały znowu zasypuje mnie pytaniami o rodzeństwo, które bardziej zna ze zdjęć i opowiadań, niż ze spotkań z nimi.

 – Musieli zostać kocie, zobaczymy się z nimi kiedy indziej. Jeszcze trochę musimy poczekać. Ja też za nimi tęsknię, wiesz skarbie?

 – Ja też. – przytakuje mi Szopen.

 Serce kłuje mnie po raz siódmy.

 – Gdzie jedziemy? – pyta mnie mój ojciec.

 – Do domu. – odpowiadam – Zrobię obiad, zjemy i się trochę pobawimy. Jestem na później umówiony z Wujkiem. Zabierze nas na małą wycieczkę.

 W domu włączyłem Szopenowi Strażaka sama i wyciągnąłem mu pudło z klockami, a sam zająłem się drobnym posiłkiem, który z obiadem nie miał nic wspólnego. Mały musiał coś zjeść, ja w sumie też, ale czas nas trochę gonił.

 Gdyby choć Mała Mi z nami była, plan dnia wyglądałby nieco inaczej, ale musiałem zrobić coś, żeby najmłodszy nie myślał już o tym zdarzeniu spod domu starszego rodzeństwa. Samej wizyty nie mogłem ominąć, ryzykowałbym, że Paranoja poleciałaby z kwitami do sądu, że nie zgłaszam się na wyznaczone terminy. Wiem, że tak by zrobiła.

 Wrzuciliśmy coś szybkiego na ząb i po chwili podjechał Wujek. Wskoczyliśmy do samochodu i już byliśmy w drodze na Kaszuby.

 – A gdzie jedziemy? – zapytał Szopen z fotelika.

 – Do twoich kuzynek smyku, a potem będzie niespodzianka.

 – A kto to kuzynek?

 – Kuzynka. Kuzyn, kuzynka. Kuzynki. To takie fajniejsze koleżanki, tylko że od cioci i wujka, prawie jakby twoje siostrzyczki.

 – Acha… Jedziemy do przedszkola?

 – Nie. Jedziemy do cioci i wujka. I do kuzynek.

 – Acha… ale Wujek tu jedzie.

 – Tak synuś, masz rację, ale jedziemy do drugiego wujka i do cioci.

 – Acha… Do przedszkola, do wujka?

 I tak przez pół godziny. Cała droga zajęta objaśnianiem koligacji rodzinnych i wszystkiego dookoła. Głód wiedzy trzylatka jest nieposkromiony, z czego niemałą radochę czerpał Wujek za kółkiem, co chwilę zanosząc się śmiechem.

 Spędziliśmy z Szopenem super popołudnie u mojego kuzyna i jego rodziny. Mały, gdy zobaczył moją córę chrzestną i jej młodszą siostrę, swoje kuzynki, powoli poukładał sobie w głowie twarze i szybko okazało się, że czuje się jak u siebie.

 Po zabawie i obiedzie u nich, podrzucili nas na stację kolejową. Niespodzianka!

 – A gdzie jedziemy? – znowu wypytywał z fotelika mały.

 – Niespodzianka, zaraz zobaczysz.

 – A co zobaczę?

 – Jak już zobaczysz, to będziesz wiedział. Teraz nie mogę ci powiedzieć, bo wtedy już by nie było niespodzianki.

 – Masz cierpliwość. – powiedziała uśmiechając się od ucha do ucha mama mojej córy chrzestnej – ja bym już odpadła na etapie zabaw domowych. Małe znów będą marudzić, że chcą do ciebie jechać.

 – Jedźcie. Zapraszam bez przerwy, kiedy tylko chcecie. A co do cierpliwości, to sam się zastanawiam, czy dałbym tak radę codziennie.

 – Dałbyś.

 Tylko się uśmiechnąłem dziękując za komplement, a w duchu, bardzo pragnąc takiego wyzwania, nawet jeśli miałbym nie podołać.

 Wysiedliśmy na stacji akurat w momencie, gdy jeden z pociągów zagwizdał.

 – Ciuchcia!!! – krzyknął Szopen – Tata, to ciuchcia!

 – Tak synuś, jedziemy na wycieczkę ciuchcią. Chodź, pomożesz tacie kupić bilet.

 Pożegnaliśmy ciocię i poszliśmy do kasy po bilet. Dałem go młodemu do ręki, a on dumnie kroczył trzymając go przed sobą w uniesionej na wysokości oczu dłoni, aż do momentu gdy usiedliśmy w wagonie.

 – Jedziemy! Jedziemy! – krzyknął zadowolony gdy skład ruszył z miejsca.

 W sumie byłem zdziwiony, że siedział na swoim fotelu i ani razu nie próbował wstać. Tak, czy siak, większość drogi tkwił przyklejony do szyby opowiadając co widzi.

 – Tata, droga! Tata, auta! Tata, las, krowa, rower, pan! – buzia nie zamykała mu się ani na moment od uśmiechu. Za każdym razem, kiedy maszynista gwizdnął, mały mu wtórował – Ciuuuuuuciuuuuuch!

 – Tata, a po co stoimy?

 – To stacja. Teraz wsiadają następni ludzie, tak jak ty i ja wcześniej wsiedliśmy i teraz będą jechać z nami.

 – Do domu?

 – Tak. Do domu, albo do pracy, albo do wujka i cioci w odwiedziny.

 – Na wycieczkę?

 – Tak synuś, na wycieczkę.

 Podeszliśmy do przodu, do przeszklonych drzwi maszynisty.

 – To są tory. – pokazał palcem drogę przed nami – Jedziemy po torach.

 – Masz rację. Pociąg jedzie po torach.

 Maszynista pomachał do niego zza sterów i po chwili wróciliśmy na swoje miejsca.

 Podszedł do nas konduktor i poprosił o bilet. Wskazałem mu kawałek papierka, który bez przerwy ściskał w dłoni.

 – Daj to panu. Pan musi skasować nasz bilet.

 Szopen spojrzał nieufnie na człowieka z wąsem, a potem na mnie, a na końcu na bilet w swojej dłoni. Ostatecznie podał go konduktorowi, a ten kliknął go maszynką i mu go oddał, życząc miłej podróży.

 – Co się mówi? – zagadałem do niego i mrugnąłem okiem.

 – Dziękuję. – powiedział mały i obejrzał bilet – Co to? – zapytał pokazując na pieczątkę zrobioną przez konduktora.

 – To znaczy, że dzisiaj Szopen i tata jechali pociągiem z Kaszub, do domu.

 Mały pokiwał głową ze zrozumieniem i dalej trzymał bilet tuż przed sobą.

 Nasza podróż nie trwała długo, akurat tyle, aby debiut pasażera pociągu nie zaczął się nudzić. Wysiedliśmy na stacji naszego miasteczka i szliśmy do domu mamy Szopena. Mieszkali krótki spacer od stacji.

 – Jak ci się podobało?

 – Lubię pociągi.

 – Ja też synuś.

 – Ja też. – powtórzył potwierdzając, tak jak miał w zwyczaju.

 – Tata, a czemu Czesiek i Mała Mi z nami nie jechali?

 Serce pękło mi na tysiąc kawałków.

LXXI Cha-cha, czyli dwa do przodu, jeden w tył.

 – Jutro jedziemy po dzieciaki? – zapytał mnie ojciec jak co piątek.

 Mimo tego, że od ponad roku wozi mnie i po Szopena, i po Cześka i Małą Mi, wciąż nie może spamiętać kiedy, po które. Szczerze mówiąc, ja sam miewałem momenty gdy musiałem się chwilę zastanowić, który to tydzień, jaki weekend, czy przypada na najmłodszego, czy na dwójkę starszych? Czy na ich wszystkich razem, czy może na żadne z moich pociech? Popieprzone i pokręcone to wszystko. Mam za swoje.

 Kiedy jedna i druga sędzia usłyszały o mnie, każda na swojej otwierającej rozprawie, że jestem alkoholik, że wariat, agresywny, leczony psychiatrycznie, na ciężkich lekach i do tego przecież facet, to żadna nie uwzględniła moich próśb o to, by i jedna i druga mama dawała mi dzieci w tym samym terminie, aby rodzeństwo mogło się spotkać nie tylko ze mną, ale i ze sobą, bo mamy ściśle współpracują ze sobą tylko w ramach walki ze mną, ale już rodzeństwo od siebie izolują. Stanęło więc na propozycjach na jakie ostatecznie musiały zgodzić się matki dzieci.

 Panie w sędziowskich togach nie wierzyły, lub co najmniej ze sporym dystansem podeszły do moich tłumaczeń, że tylko pierwsza z ciurkiem wymienianych przez exy moich przewin, jest prawdziwa, a reszta to kłamstwa i pomówienia. I się wcale nie dziwię. Gdybym nie znając siebie, usłyszał o sobie od dwóch różnych kobiet te same zarzuty, też miałbym problem by uwierzyć, że nie jestem aż taka nędzną szują i zapewne bym się zastanowił zanim podał sobie rękę na powitanie, zamiast z pogardą i odrazą odwrócić wzrok.

 Tak więc teraz, już nawet po tym, kiedy wyszło, że delikatnie mówiąc, obie mamy moich dzieci konfabulowały, z Szopenem mam widzenie w pierwszy i trzeci weekend miesiąca, zaś z Małą Mi i Cześkiem mam, czy w zasadzie powinienem mieć, w co drugi. Raz się pokrywają, raz wymijają te terminy, i tak to trwa od roku. Żaden sędzia nie zmieni swojego pierwszego postanowienia, bo można by pomyśleć, że się wycofał z tego powziętego wcześniej w wyniku pomyłki, a jak wiadomo, sędzia się nie myli. Póki więc nie będzie ostatecznego wyroku, który może brzmieć kompletnie inaczej niż półśrodek w postaci zabezpieczenia widzeń, jakie mam z najmłodszym od roku właśnie, musze cierpliwie czekać. I czekam.

 W tym tygodniu miałem kolejną sprawę ze Złośnicą Zazdrosną, mamą najmłodszego.

 Rozprawialiśmy na Sali sądowej, w niewygodnych ławach przez ponad godzinę. Znowu słyszałem o sobie wiele nieciekawych rzeczy, i znowu oprócz słów, oskarżających mnie o to samo co na początku, ex nie miała nic, by te rewelacje potwierdzić. Jej adwokat też nie miał.

 Według ich relacji, bez przerwy ją wyzywam, oczywiście przy dziecku. Rzucam się z rękoma, nie tylko do niej, ale również do jej matki. Notorycznie zabieram dziecko i nie oddaję na czas, w dodatku brudne i bez zmienionej pieluchy. No i bez przerwy łamię abstynencję.

 Cierpliwie słuchałem tych wywodów, czekając na swoja kolej. Gdy ta nadeszła, pokazałem Sędzi plik kartek. Testy alkomatem, które robiłem dwa razy dziennie przez miesiąc, przed rozprawą z drugą z exów. Świadectwo ukończenia czternastomiesięcznego okresu terapii na uniwersytecie w Dolinie Muminków. Świstek od psychologa z którym powoli zaczynamy zamykanie cyklu sesji, bo stwierdza, że radzę sobie na tyle dobrze, że możemy zjechać z liczbą spotkań do jednego w miesiącu, już tylko w ramach kontroli, i że to w zupełności mi wystarczy.

 Oprócz tego ze szczegółami opowiedziałem o tym jak wygląda mój dzień z Szopenem, Odpowiadałem na dziesiątki pytań Sędzi, która upewniała się, że nie kłamię mówiąc o tym, że trzylatek już powinien radzić sobie bez pieluchy, co staram się mu wprowadzić, bo mama nie bardzo ma ochotę się tym zająć, więc skoro biega u mnie bez pampersa, to nie może go zanieczyścić. Jeśli się usmaruje, to raczej przy zupie, lub innej konsumpcji, ale wtedy się po prostu przebieramy, a koszulkę, bluzkę, czy spodnie, zgodnie z życzeniem mamy, oddaję jej w reklamówce, zamiast włożyć do pralki

 – Czy tata dziecka przyprowadzając dziecko regularnie wręcza pani reklamówki z brudnymi rzeczami syna?

 – Tak. Mniej więcej co drugi raz. Raz rzadziej, raz częściej.

 – To jak dziecko ma być brudne, skoro ojciec je przebiera?

 – Bo czasem nie przebiera.

 – Co pan na to? Przebiera pan zawsze, czy nie przebiera?

 – Tylko gdy jest ubrudzone Wysoki sądzie.

 – A te notoryczne spóźnienia? Dlaczego się pan spóźnia? Zna się pan na zegarku?

 – Miałem w czasie ostatniego roku dwa spóźnienia. Raz mały zażyczył sobie kolacji na krótko przed wyjściem, napisałem wtedy do mamy co się dzieje i mieliśmy poślizg około kwadransa. Innym razem, w weekend, była impreza dla dzieci w mieście, Mikołajki. Napisałem mamie Szopena gdzie jesteśmy i co robimy. Nawet wysłałem zdjęcie syna z jednym z przebierańców i zaprosiłem ją ze starszym synem, by do nas dołączyła, oferując jednocześnie, że ją z dziadkiem Szopena po wszystkim razem z dziećmi odwieziemy do domu. Nie chciała skorzystać. Kiedy przywiozłem małego z ponad półgodzinnym spóźnieniem, otrzymałem po odjeździe smsa, że przez to spóźnienie, następne widzenie odbędzie się z trzydziestominutowym przesunięciem. Oto dowód, wydruki smsów ze zdarzeń jakie przed chwilą wspomniałem.

 – Czy strona ma coś do powiedzenia w tej kwestii? – zapytała ją i jej mecenasa Sędzia po chwili, którą dała im na zapoznanie się z wydrukiem smsów.

 Szeptali sobie kilka chwil, po czym jej adwokat wstał i wyrecytował.

 – Nie mamy żadnego komentarza ani pytań, ale… – Spojrzał na Złośnicę, a ta na niego i przez chwilę tak tkwili, póki moja ex nie pokręciła głową. – Nie, nie mamy.

 Poruszyłem też kwestię świąt, kiedy to kolejny raz nie miałem okazji spędzić chwili z małym. Jego mama natychmiast odparowała, że mały był ciężko chory, na szkarlatynę i nie mogła mi go dać.

 – Wiem wysoki sądzie jak to wygląda, ale mały po prostu pechowo ciągle choruje przed świętami. Mi samej to nie pasuje, bo nie mogę się nigdzie w święta ruszyć, więc to dlatego odmawiam ojcu wydania syna. Ciężka choroba.

 Podałem Sędzi kolejne kartki. Przejrzałem w przychodni kartotekę syna i wydrukowałem kilka interesujących mnie wizyt. W żadnej z diagnoz nie przewinęła się szkarlatyna, ani żadna inna „ciężka choroba”. Co więcej, za każdym razem gdy dowiadywałem się, że mały ma L4 od przedszkola, maszerowałem do przychodni, by się dowiedzieć, co się z nim dzieje. I te moje wizyty wywiadowcze również zostały ujęte w kartotece, a tam czarno na białym lekarka wypisała odpowiedź na moje pytanie: „Czy są przeciwwskazania do przemieszczania dziecka samochodem od matki do ojca na widzenie?” – „Nie ma przeciwwskazań.”

 – Chce to pani jakoś skomentować?

 – Jestem technikiem farmacji, znam się na chorobach i wiem co dziecku dolega.

 – Lepiej niż wykształcony w tym kierunku lekarz?

 – Moim zdaniem mały miał szkarlatynę, z resztą, jeden z leków jakie są tam wymienione podaje się na szkarlatynę.

 – Rozumiem. – skwitowała Sędzia – Dziękuję.

 Ja też zrozumiałem.

 Sprawa się toczy, kolejne kwestie lądują na tapecie. Ona przedstawia swoje racje, nie popierając ich żadnym dowodem, ja przedstawiam swoje racje wyciągając kolejne kartki, przywołując osoby mogące poświadczyć o zdarzeniu, o słowach, o zachowaniach.

 Po godzinie sędzia ma już dosyć.

 – Co jest nie tak z czasem jaki dziecko ma spędzać z ojcem w poniedziałki i w środy?

 – Mały ciągle ma zawaloną rutynę dnia. Od ojca przychodzi w dobrym nastroju i średnio ma ochotę na spanie, na drugi dzień ciężko mi go dobudzić i potem cały dzień jest marudny.

 – Ma to sens. Czy musi pan koniecznie widywać się z dzieckiem w tygodniu. Może oddawałby pan dziecko wcześniej? – zapytała mnie kobieta zza sędziowskiej ławy.

 – Wysoki Sądzie, to nie jest kwestia tego czy muszę, tylko że chcę. Mama Szopena sama oprócz tego wspomniała, że syn wraca w dobrym nastroju, więc to chyba dobrze, że w ten sposób spędza ze mną czas. Co do godzin, już na poprzedniej rozprawie deklarowałem, że mogę oddawać dziecko wcześniej, i nadal to podtrzymuję, ale po jej apelacji godziny zostały mi skrócone i mogę teraz zabierać dziecko godzinę później, co, gdybym oddawał syna godzinę wcześniej, spowodowałoby, że spędzalibyśmy razem 90 minut wliczając drogę w obie strony, mały zjadłby u mnie posiłek, ułożylibyśmy jedne puzzle i za chwilę musiałbym go odstawić. Odrobinę mało. Małemu już jest mało. Nie raz, gdy się ubieraliśmy do wyjścia, to oponował, chciał jeszcze się bawić, zostać u mnie.

 – Rzeczywiście, to trochę krótko… Może w takim razie, niech pani obarczy ojca obowiązkiem położenia go spać o odpowiedniej porze i nazajutrz obudzenia i zabrania do przedszkola?

 – Nie! Nie ma mowy. Nie zostawię u niego dziecka na noc.

 – Dlaczego nie chce pani oddać syna ojcu na noc? Przecież chłopiec ma już trzy lata i od roku regularnie spędza czas z ojcem. To chyba dobrze, że tata szuka i chce kontaktu z dzieckiem?

 – Ale ja mu nie ufam Wysoki Sądzie.

 – Tak, to możemy czekać do osiemnastki małego. – wypalam ja, jak diabeł z korkowca.

 Sędzia popatrzyła na mnie z dezaprobatą, a protokolantka tylko zakryła usta dłonią, by ukryć swoje rozbawienie.

 – Nie, nie będziemy czekać do osiemnastki. – stwierdziła Sędzia – Sąd podejmie decyzję za państwa, skoro nie umiecie się dogadać, a pani tamuje porozumienie swoimi subiektywnymi odczuciami. Odraczam rozprawę na dwa miesiące. Zostaną wezwani świadkowie o jakich wspominał ojciec dziecka.

 Znowu!? Nie mogłem uwierzyć. Usiadłem na ławie i tępo patrzyłem się w podłogę. Nawet nie zarejestrowałem daty i godziny następnej rozprawy. Znowu, dowody, rzeczowe argumenty, zaświadczenia, poświadczenia i cholera wie co jeszcze. Łapanie ex na kłamstwie i przeinaczaniu faktów na swoją modłę. I mało.

 Co się musi wydarzyć, aby uwierzyć niepijącemu, trzeźwiejącemu alkoholikowi?

LXX Panta rhei

Kadr pochodzi z filmu Piraci z Karaibów /reż. Gore Verbinski/

          Regularne wycie, jak z dna piekielnych kręgów zabiera mi resztki snów o pięknie, jakie na jawie jest dla mnie nie do osiągnięcia. A może jest?

          Chwila w toalecie, obmywam twarz stojąc jeszcze w spodniach od piżamy nad umywalką. Nienawidzę zimnej wody. Tym razem nawet jej lodowate chluśnięcia nie przywołują na spojrzenie z lustra naprzeciwko trzeźwości. To będzie trwało przynajmniej do pierwszej kawy.

          Spodnie, koszula, buty. Dokumenty i telefon. Śniadanie i lunch. Klucze.

          – Cześć Miałek, pilnuj domu sierściuchu, i nie otwieraj nieznajomym.

          – Miaaaaauu… – żegna mnie mój kocur, jakby rozumiał wszystko co do niego mówię.

          Po drodze wchodzę do sklepu po papierosy i szneka z makiem. Ustawiam się z papierosem w ustach pod sklepem i cierpliwie zaciągam się raz za razem, czekając na kumpla z pracy.

          Wszystko płynie. Sznur samochodów, pierwsi zaspani jak ja przechodnie, ekspedientki za ladą, które widzę przez ogromną witrynę sklepową dyskontu herbu płaz. One też są jeszcze przed pierwszą kawą.

          Podjeżdża Krótki, pozdrawia mnie machając zza szyby samochodu. Nie wyłączając silnika wysiada z auta.

          – Cześć. Wskakuj, ja tylko kupię jakieś buły i fajki, i jedziemy do biura.

          Wsiadam i od razu oblewa mnie ciepło nagrzanego samochodu. Po chwili pojawia się Krótki i ruszamy. Płyniemy przez miasto między innymi samochodami i ich pasażerami w ciepłych azylach.

Wszystko płynie. Minuty, kwadranse, godziny, klucząc bez ustanku między mejlami, rozmowami telefonicznymi i krótkimi przerwami na papierosa.

Noc, którą dla lepszego samopoczucia nazywamy porankiem, zamienia się w południe, południe w wieczór, a wieczór w noc.

Pióro zamienia się w pilota telewizyjnego, ekran komputera w ekran telewizora. Dokumenty zamieniają się w książkę, a w kubku zamiast kawy stygnie earl grey, już od tak bardzo dawna bez mleka.

– Co słuchać? – pytam Wujka, Prawego, Górę, Lady Gagę.

– A dzięki, wszystko w porządku. Tata zdrowieje, dzieci w szkole, w przedszkolu, pakują się na ferie. Firma się kręci, ja na urlopie, wróciłem z wakacji, zakup tego samochodu to był dobry pomysł.

Wszystko Płynie. O pierwszym tygodniu nowego roku wszyscy mogliśmy usłyszeć i przeczytać we wszelkiego rodzaju mediach, że ktoś widział, że słyszał, ponoć, bo my sami jakoś nie. Przyszedł i poszedł niezauważony, jak ninjago, którego mój starszy syn nie mógł znaleźć zaraz po tym jak przypadkiem roztrzaskał swój pierwszy zestaw z tej serii, który razem z nim zbudowałem.

Dobrze, że jest praca. Z wielu powodów dobrze, że jest praca. Między innymi, mogę mimowolnie zarejestrować zmiany dat i na czas zorientować się że kolejna rozprawa tuż.

Piszę kolejne wiadomości do córki.

– Tęsknię Mała Mi, przekaż uściski od starego Cześkowi. Byliśmy z Szopenem lepić dzisiaj bałwana. To jego pierwsza w życiu zabawa na śniegu, bardzo się cieszył. Czekam aż poszalejemy w białym puchu wszyscy razem.

Nie wiem czy te wiadomości do nich docierają. Nie wierzę nawet znacznikowi odczytanej wiadomości. Nie raz przekonałem się, że to nie Mała Mi je odczytuje. No chyba, że to ona włącza whatsapp o 23:18.

Wszystko płynie. Klatka po klatce, seriale meandrują w kierunku niezbyt potrzebnego, kolejnego sezonu, choć sam muszę przyznać, że ja też przyzwyczaiłem się do obecności tych postaci w moim domu.

Kibicuję im, i na zmianę, zżymam się, na koleje ich losu, na siłę ludzkich wytworów czyjejś wyobraźni. Bywa, że jedynych, właśnie ludzkich głosów w moim domu, jeśli nie liczyć moich krótkich monologów w stronę futrzastego czworonoga, które najczęściej kwituje słynną dla swojego gatunku ignorancją, czasem tylko miauknie.

Półmisek z karmą dla niego, talerz z jajecznicą dla mnie. Do popicia muszę mu puszczać kapiące krople spod prysznica. Od kiedy poznał smak bieżącej wody, gardzi bestia tą odstałą w misce przy lodówce. Jemu też musi płynąć.

Wszystko płynie. Spokojnie  i bez perturbacji. Wszystko w ciszy, swobodnie, wręcz leniwie, płynie. Oprócz tego, co pod kapslem z akcyzą. Tutaj flauta.

LXIX Tabliczka liczenia

   Obejrzałem wczoraj fascynujące zakończenie fascynującej sagi, w której przez ponad czterdzieści lat kolejne pokolenia mogły śledzić widowiskową walkę dobra ze złem, i nabierać przekonania, że to pierwsze zawsze zwycięży. Ale to film. Życie to nie film.

   Już kupując bilety, nie tylko przecież dla siebie, liczyłem się z tym, że jednak Mała Mi i Czesiek nie będą mi towarzyszyć podczas tego seansu. Może naiwnie, bo święta, choinka, święte Mikołaje i cała ta otoczka powodująca, że człowiek chce wysupłać z siebie i dać wszystkim w około jak najwięcej dobrego, sądziłem, że ich matka jednak nam, a przede wszystkim im, tego nie zabierze. Zabrała.

   Znowu dopadła mnie niezbyt ciekawa mieszanina frustracji, złości, bezsilności i bezradności. Niby na wszystko co się wydarzyło byłem przygotowany. Mało, miałem pewność, że będzie właśnie tak, a nie inaczej, a mimo to nie umiem tego przełknąć i przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego.

   W czasie terapii w ośrodku przygotowywali nas na najróżniejsze, fatalne zrządzenia losu. Nikt nie obiecywał, że po wyjściu i utrzymaniu abstynencji będzie różowo. Wręcz ostrzegano nas, że pomimo najcięższej nawet pracy nad swoją trzeźwością, zdarzy się nie raz i nie dwa, że będą przeszkody i będą przeszkadzający. Obiecano za to, że jeśli tylko się nie poddamy, i dalej będziemy ciągnąć ten wóz, to zacznie ich ubywać.

   Byłbym bardzo naiwny jeśli sądziłbym, że exy wejdą całe na biało i wstaną razem z całym autobusem i zaczną klaskać. Byłbym naiwny, jeśli sądziłbym, że choć trochę odpuszczą. Kara musi być. I nie chodzi mi tu o jakiś truizm, że skoro narobiłem syfu, to teraz mam za to płacić. Wiedziałem, że gdy opowiem otwarcie o terapii, alkoholizmie i przyznam się do wszystkiego, walną we mnie jak w pusty bęben, i to nie raz. Wypłacą mi z nawiązką, i jeszcze dołożą na zapas. Wcale nie jestem tym zdziwiony, i jestem gotowy znosić te wszystkie razy.

   Może zabrzmi to okrutnie, ale dopuszczałem do siebie myśl, że dowalą mi przy pomocy dzieci, używając ich jako żywej tarczy i swojej broni najcięższego kalibru do strzelania do mnie, bez liczenia się z nimi samymi. Miałem ogromną nadzieję, że mimo wszystko oszczędzą sobie sięgania po takie zagrywki, ale świat widział i słyszał takie historie niezliczoną niestety ilość razy, i nie raz jeszcze usłyszy. Wstyd i hańba. I bezsilność.

   Nikt jednak nie przygotował mnie na to, że ciosy przyjdą nawet ze strony, z której się nigdy nie spodziewałem. Od ludzi, którzy co do zasady, mieli zawsze być po mojej stronie. Mieli dbać o to, by nigdy nie zabrakło pomocnej dłoni, po którą będę chciał sięgnąć.

   Umiesz liczyć? Licz na siebie. I tylko na siebie. Ważna lekcja, której nie było w planie zajęć terapii, ani w czasie sesji odbytych z psychologiem, ale jak się okazało, trzeba było odrobić. Chichotem losu jest, że odbyła się w Dolinie Muminków, a udzielił mi jej Muminek właśnie.

   Kontrakt terapeutyczny podpisywany przez pacjentów przed przyjęciem do Ośrodka obowiązywał czternaście miesięcy, dwa miesiące terapii zamkniętej i dwanaście miesięcy po niej. Oczywiście był też drobny druk. Aby wypełnić swoje zobowiązanie kompletnie, należało między innymi, pojawiać się przez te dwanaście miesięcy po opuszczeniu Doliny Muminków na co dwumiesięcznych zjazdach. Ominięcie jednego takiego zjazdu automatycznie przedłużało kontrakt o kolejne dwa miesiące.

   Wielu z nas odpuszczało sobie sięganie po glejt alkoholika dyplomowanego, wielu po wyjściu z ośrodka odpuszczało sobie nawet trzeźwienie. Wielu wręcz przeciwnie, opuścili Ośrodek obiecując samym sobie, że nie zmarnują tego czasu i wiedzy, i zrobią wszystko tak jak należy od początku do końca. Ja również się zawziąłem i potraktowałem daną sobie obietnicę zmiany serio.

   Co dwa miesiące wsiadałem raz w pociąg raz w samochód i jechałem na krótkie odwiedziny do Doliny Muminków. Dwukrotnie wiązało się to z ugłaskiwaniem mamy Szopena, aby zmieniła termin mojego weekendowego spotkania z malcem, bo akurat się pokrywał ze zjazdem. Raz mi się udało wyprosić tę zmianę, raz nie.

   – Trudno, magisterkę z trzeźwienia odbiorę z poślizgiem. – powiedziałem Muminowi przez telefon. – Co się odwlecze, to nie uciecze.

   – A nie dasz rady wpaść do nas z synkiem? Chociaż na chwilę, co?

   – No, nie wiem. To jednak kawałek drogi dla takiego brzdąca, no i musiałbym organizować samochód, kierowcę i cały ten galimatias. Poza tym, wiadomo, że brzdąc nie usiedzi z nami na spotkaniu, nawet jak mu zabiorę pięć samochodów i worek klocków. Sami obcy dookoła, wiesz jak może się skończyć.

   – Wiem. Postaraj się. Jak się nie uda, to się nie uda. Jak się uda nawet na chwilę, to ja ci ten zjazd normalnie zaliczę. Pokażesz młodym, że warto się starać, dasz przykład. – podpompował mi ego Mumin – Jakby co to do zobaczenia w weekend. Cześć!

   No i zacząłem się starać, i się wystarałem.

   Pojechałem z kumplem o wyznaczonej godzinie po Szopena, potem uzbrojeni w soczki, chrupki kukurydziane, jabłka, winogrona i oczywiście w jajka niespodzianki, z zapasem pieluch i ciuszkami na zmianę, w drogę na zjazd.

   Mały oczywiście z miejsca stał się gwiazdą imprezy. Tylu cioć i wujków żaden berbeć na świecie nie doświadczył. Aż zacząłem się martwić, że za dużo tego wszystkiego, ale Szopen był dzielniejszy niż się spodziewałem i całą tą atencję przyjmował ze stoickim spokojem. Zuch! Do czasu.

   Tak jak przewidywałem, nie mogło to potrwać zbyt długo, i już po godzinie na powrót siedzieliśmy w samochodzie i kumpel wiózł nas z powrotem do domu.

   Dwa zjazdy później zadowolony z siebie jechałem ze świadomością, że zaliczyłem kolejny etap w drodze po lepszego siebie. W nagrodę wybrałem się nawet z Buką z Doliny Muminków na koncert, to był fantastyczny wieczór.

   Nazajutrz dobry humor tryskał ze mnie na lewo i prawo, aż do momentu wręczenia symbolicznych dyplomów wieńczących zakończenie terapii. Kolejne osoby, kolejne uśmiechy, uściski i życzenia oraz gratulacje. Beze mnie.

   Coś mi się pomyliło? Źle policzyłem. Nie! Przecież para która właśnie dziękowała wszystkim za wsparcie i dobre słowa, zamieszkała w Dolinie Muminków jakieś dwa tygodnie po mnie. Nie mogło mi się pomylić w obliczeniach. Powinienem właśnie stać obok nich.

    Zamiast tego stałem przed Muminem żegnając się z nim na odchodne, nie wiedziałem co powiedzieć.

   – Przecież powiedziałeś, że miałem się wtedy pokazać choćby na chwilę… – zwróciłem się do niego.

   – Stwierdziłem, że zjazd, na który przyjechałeś z małym nie może być zaliczony, byłeś zbyt krótko. – rozwiał moje wątpliwości – Z czystym sumieniem wręczę ci dyplom i pogratuluję za dwa miesiące. – Nie wierzyłem w to, co usłyszałem.

   Summa summarum Migotka podjęła decyzję, że Mumin nie powinien był zmieniać zdania i ostatecznie dostałem zaświadczenie o ukończeniu pełnego kontraktu terapeutycznego, a ten świstek przydał mi się bardzo na najbliższej rozprawie z ex. Sąd przyjął go z uznaniem i zamknął usta Paranoi, gdy tylko napomknęła o mojej niestabilnej trzeźwości i podejrzeniach o łamanie abstynencji.

   Co do mnie wtedy dotarło, to to, że moja trzeźwość jest tak naprawdę ważna tylko dla mnie. Ktoś może kibicować, trzymać kciuki i życzyć jak najlepiej, ale jak przyjdzie co do czego, nie będzie to miało dla niego znaczenia.

   Czy to sędzia, terapeuta, czy przyjaciel, gdy zniknę z horyzontu, odwróci się i zacznie żyć swoim życiem, przecież swojego ze mną nie dzieli. Zamknie za mną drzwi i pójdzie bawić się ze swoim dzieckiem, czy wnukiem. Otworzy książkę tam gdzie skończył ją wczoraj, włączy sobie film, albo puści płytę ulubionej kapeli. Nie wiem nawet, czy zdawał będzie sobie sprawę z wagi swojego osądu, nakazu czy zakazu, opinii, lub jej braku. Gdy już padnie, zostanę z nią sam. I tylko ja będę ją dźwigał, i wiedział, jak bardzo jest ważna.

LXVIII …i po świętach

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

   Ja pierniczę! Dosłownie. Kolacja składała się głównie z piernika, do tego oczywiście makowiec i do pełnego obrazu menu brakuje jeszcze orzechowca. Jeśli powiem, ze pochłonąłem kilogram ciast popijanych earl greyem, to śmiało mogę przyjąć, że zeznania nie doszacowałem.

   Trzecia wizyta na tronie, w sumie nie dziwi nic. Już dnia pierwszego świętowania, zasiadając do wigilijnego stołu zamiast zjeść odrobinę każdej z dwunastu potraw, jadłem za dwunastu. Patologia. I ciąża gastronomiczna.

   I… dalej nie mogę. Chciałem zabawnie i z biglem opowiedzieć o wigilii i całych świętach. Bo generalnie było zabawnie, nawet radośnie. Mimo, że niby byłem mentalnie przygotowany na to, że będzie jak będzie, ciągle nie umiem się pogodzić z takim a nie innym obrotem spraw.

   Było wszystko tak, jak miało być. Opłatek, życzenia, i kolacja, w czasie której rzeczywiście się nie oszczędzałem. Rodzinne śmichy-chichy przy stole i w kuchni. Najmłodszy Bratanek jako samozwańczy elf pomocnik Świętego Mikołaja. Dzióbnął mały skubaniec wszystkiego po trochu, żeby nikt mu nie mógł zarzucić złamania jakiegokolwiek punktu tradycji i już czekał ustawiony przy choince gotowy wyciągać po kolei paczki i torebki.

   – Już? Mogę? Gwiazdka jest na niebie, i to nawet niejedna, kolację zjadłem.

   – Ale musisz poczekać, aż wszyscy zjedzą. – powiedział dziadek nakładając sobie słuszną porcję pierogów i sałatki warzywnej.

   – O nie! Na ciebie nie będę czekać, bo byśmy musieli siedzieć przy choince do rana. – odparł rezolutny młodzian wzbudzając śmiech wszystkich biesiadników.

   Nie czekając na nic i na niczyje pozwolenie zaczął kolejno recytować z bilecików przypiętych do opakowanych prezentów, podając je kolejnym obdarowanym.

   – Mama… – Tata… – Babcia… – recytował i kolejno podchodził do osób przy stole, których imię właśnie odczytał.

   – Czesiek… – spojrzał na mnie, wstał i powoli podszedł z pakunkiem – wujek, ja naprawdę chcę żeby moje życzenia ci się spełniły.

   Kiedy łamaliśmy się opłatkiem i przyszła jego kolej by do mnie podejść, cicho i prosto do ucha, tak by nikt nie usłyszał, wyszeptał:

   – Życzę ci wujek żeby ciocia już nigdy nie zabraniała Cześkowi i Małej Mi do ciebie przychodzić. Żeby przestała już się na nas wszystkich gniewać.

   I mimo że solennie sobie obiecałem, że nie będę siedział z nosem na kwintę, a zamiast tego cieszył się wieczorem z rodziną, świadomość tego że właśnie ich nie ma, gniotła mój spokój bez ustanku. Przecież to właśnie mój syn powinien razem z Bratankiem wyciągać ustawione tam wcześniej prezenty. Zawsze tak było. Nie umiałem pozbyć się tych ciążących mi myśli na dobre. Z tyłu głowy cały czas mi dźwięczało, że nawet nie miałem szansy złożyć dzieciakom życzeń, uściskać ich i wręczyć prezentów. Nawet ich nie zobaczyłem. Ani starszej dwójki, ani najmłodszego. Pierwszy raz, w ten wyjątkowy wieczór w roku, od kiedy się urodzili.

   Po małego nawet się nie wybierałem, po tym co usłyszałem od jego matki na dzień przed 24 grudnia nie było najmniejszego sensu.

   – Małego nie dostaniesz w święta, moja matka nie zgadza się byś odwiedzał u niej Szopena, to jej dom, ona ustala zasady, nie przychodź. Zobaczycie się potem, jak wyzdrowieje. – Babka i choroba. No przecież nie ona.

   W wigilię i w drugi dzień świąt, jak w dzień świstaka, o wskazanej w dokumencie z sądu godzinie nacisnąłem dzwonek na bramie domu gdzie mieszka Paranoja z naszymi dziećmi. Po kilku minutach wyszła ze swoim facetem. Stanął za nią, jakby się bał że siłą sforsuję kutą z żelastwa furtkę i przemocą zmuszę matkę moich dzieci by je mi wydała.

   – Dzieci nie chcą byś tu przyjeżdżał. Masz stąd odjechać. Teraz.

   – Przejdź się po nie do domu, chciałbym z nimi porozmawiać, złożyć im życzenia.

   – Dzieci nie chcą byś tu przyjeżdżał. Masz stąd odjechać. Teraz.

   – Zdajesz sobie sprawę z tego, że to jest twój obowiązek przygotować je na dzień z ojcem?

   – Ty też masz swój obowiązek na nie płacić i też masz to w dupie. Wesołych świąt. – odwróciła się i ruszyła do domu, jej facet podążył za nią jak cień.

   Siedzę w domu, oglądam jakieś mniej czy bardziej udane seriale. Próbuję w miarę możliwości skupiać się na fabule, choć wychodzi mi to rzadko. Po książki nawet nie sięgam, mimo, że ku mojej uciesze, Bratanek wyciągnął mi spod drzewka kilka ciekawych tytułów. Nie ma szans. Musze poczekać na spokój w głowie, aby przewracanie kartek miało jakiś sens. Wyjście na spacer, całe szczęście bardziej wiosennie niż jesiennie tej zimy i dzisiaj nie pada deszcz.

   Jutro do pracy.

   Na weekend mam kupione bilety na nowe Gwiezdne Wojny dla Cześka, Małej Mi i siebie, To przecież ta moja sobota.

LXVII Pierwsza gwiazdka

kadr z filmu Grinch /2000 R. Howard/

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– No to sobie polepszyłeś. Ja pieprze, po jaką cholerę w ogóle tu się przenosiłeś? Nie żałujesz? – Taka salwę wystrzelił we mnie, wraz z papierosowym dymem, kumpel z pracy.

– Serio? Wydaje ci się, że choć w jednym miejscu mnie olśniłeś, i są to komunikaty, których chcę słuchać?

– Heheee – zaśmiał się nerwowo – no racja, sorry. Nie pomyślałem.

Z jednej strony miałem ochotę mu przywalić, albo co najmniej obrócić się i pójść w swoją stronę, z drugiej zaś, miał po prostu rację.

Za chwilę święta, ale jak je poczuć? Nawet choinki nie chce mi się ubierać, jak w Molochu, kiedy już dzieci nie mieszkały ze mną. Wcześniej, zawsze robiłem to z nimi i dla nich. W tym roku prawie jestem pewien, że nie zobaczę ich, ani w dzień Wigilii Bożego Narodzenia, ani w same święta. W Sylwestra i Nowy Rok też nie będzie mi dane złożyć im życzeń. Pomiędzy jednymi i drugimi prazdnikami też pewnie obejdę się smakiem. Jak co roku.

Paranoja przyzwyczajała mnie do tego, że mimo iż przylatywałem na dość długi urlop świąteczno-noworoczny, ze starszą dwójką od lat widywałem się tyle co kot napłakał, a mój powrót do kraju na stałe, jak śmiało orzekł mój znajomy, tylko sprawę pogorszył.

Najbardziej brakuje mi wspólnego z dziećmi rozpakowywania prezentów po odejściu od stołu. Od kiedy Paranoja zabrała je wyprowadzając się z Wysp Prosperity do kraju, nie miałem ani razu szansy, by móc się z dziećmi do woli pobawić nowymi podarunkami spod ozdobionego drzewka. Albo miałem je na kilka godzin wigilijnego wieczoru, albo od rana do dosyć wczesnego popołudnia, co powodowało, że ustanowił się u mnie nowy zwyczaj, zasiadania do śniadania wigilijnego, nawet jeśli nieco spóźnionego, bo w okolicach południa, to w dalszym ciągu, bliżej do śniadania niż kolacji.

Życzenia z opłatkiem, barszcz, uszka, pierogi i przez nikogo nietknięta ryba, i na całkiem długo przed pierwszą gwiazdką na niebie, kolejno wyciągane pakunki spod choinki.

Od lat bolał mnie fakt, że nie mogę spędzić z nimi na podłodze, czy sofie, wystarczająco dużo czasu na układaniu nowych lego, wypróbowując mazaki, kredki i farbki, robiąc rewię mody z nowymi koszulkami i bluzami, albo przeglądając z nimi nowe książki, że o wspólnym ich czytaniu przed snem nie wspomnę. Teraz to już chyba nawet trochę za późno na to ostatnie. Za stare już są, by czytać im do snu jak kiedyś. Sam chyba bym się z tym dziwnie czuł, na siłę nadrabiając tyle z tych straconych momentów. Uwielbiałem im czytać przed zaśnięciem.

Oczywiście choinkę ubiorę, położę pod nią prezenty, może nawet raz, czy drugi zapalę lampki, żeby poczuć tę cholerną magię świąt mimo braku śniegu. Braku śniegu i w sumie wszystkiego co tradycyjnie, w każdym normalnym domu, święta ze sobą niosą.

To jutro ten dzień, kiedy stroję drzewko. W tym roku na niebiesko, będzie pasować do nowych, wciąż niezbyt odwiedzonych przez nich, ścian w ich pokoju. Nie wiem czy będę stroił z nimi, czy sam. Ciągle się łudzę, że może jednak, że święta, że to ten czas w roku…

Na pewno nie będę stroił zielonej panny z lasu z najmłodszym.

– Jest chory, mówiłam ci, bierze antybiotyki i nie będę go nigdzie puszczać.

– Przecież wezmę go tylko do samochodu, i potem z samochodu do domu. Nie mam zamiaru latać z nim po sklepach.

– Nie. Szopen zostaje na całe święta w domu.

I nie ma dla Złośnicy znaczenia fakt, że lekarka dosyć wyraźnie powiedziała, że nie ma przeciwskazań by mały odbył wspomnianą przeze mnie podróż, tym bardziej, że mamy wyjątkowo ciepły grudzień. Najcieplejszy od czasu kiedy takie pomiary są dokonywane.

Nie szkodzi. Tak jak nie szkodziło w zeszłym roku, bo tak się złożyło, że również i wtedy przed samymi świętami się rozchorował.

Prezentu na święta też mu nie dam.

– Nie przychodź do nas, dasz mu prezent w innym terminie. Nic się nie stanie, jeśli kilka dni poczeka.

Na nic tłumaczenia, prośby, groźby. Nic nie zmąciło spokoju na jej twarzy. Powtarzała beznamiętne „nie” jak przeskakująca płyta.

– Poczekacie, zobaczycie się po świętach.

Znów to cholerne czekanie. Ciągłe czekanie. Jak dzieci, na pierwszą gwiazdkę. Tylko, że one się doczekują, nawet jeśli przez miniony rok nie zawsze i nie całkiem były grzeczne.

LXVI M(a)MA

 Tak naprawdę, to nie mam już sił nawet płakać. Nie mam już sił kląć, choć wszystkie kurwy świata same pchają się na język.

 – Panie Micku, syna nie ma w domu, jest na wycieczce szkolnej, a córka nie chce nawet do pana wyjść. – tak brzmiał oficjalny komunikat kuratora, gdy wyszedł z domu Paranoi i wsiadł na powrót do samochodu.

 Milczałem. Tak jak milczałem słuchając jej utyskiwań na mnie, kierowanych właśnie do niego.

 – Ja mu się boję dać dzieci, bo mu nie ufam. Jak mam mu zaufać? Skąd ja mam wiedzieć, czy on im nie zrobi krzywdy. Ja nie wiem co temu niezrównoważonemu psychicznie człowiekowi do głowy strzeli.

 – Dlatego ja tu jestem, zgodnie z pani życzeniem. – odpowiedział jej Pan Postawny. – Ja mam być i jestem gwarantem bezpieczeństwa pani dzieci w czasie ich spotkań z ojcem.

 Nic nie odpowiedziała na ten argument, a po chwili podjęła:

 – Sam pan widział, córka stwierdziła, że nie chce jechać do ojca, nawet za moją namową.

 – Oczywiście, widziałem. Do widzenia pani.

 Przyglądałem się temu wszystkiemu w milczeniu, a z bezsilności krew ścinała mi się w żyłach. Miałem ochotę rzucić się na nią i rozszarpać na strzępy, zamiast tego tylko skinąłem głową i wydusiłem z siebie ciche „do widzenia” wsiadając razem z kuratorem do samochodu.

 – Sędzia będzie zmuszony odwiesić pana byłej żonie zagrożenie karą i nałożyć na nią sankcje. Dzieci prawdopodobnie trafią na badania do RODK.

 – Po jaką cholerę te badania? Co one wykażą, ponad to co widać gołym okiem? Serio, konieczne jest fundowanie dzieciakom dodatkowego stresu? Wie pan co ona zrobi tym dzieciakom przed badaniami, żeby wypadły tak jak ona chce? Przecież to będzie dla nich tortura! Psychiczne łamanie kołem!

 – Spokojnie panie Mick. Nie taki diabeł straszny jak go malują.

 – Nie?! Sądzi pan, że ona tak spokojnie do tego podejdzie? Do końca wypierze im mózgi, żeby nie zostawić cienia szansy na to, że mogę po tych całych badaniach coś osiągnąć. Chyba  nie sądzi pan, że ona to robi z troski o nie?

 – Nie, robi to, żeby panu dogryźć.

 – I będzie to robiła do samego końca. Bez względu na cenę. Tym bardziej, że tak naprawdę to przecież nie ona płaci. I nie zapłaci.

 – Dlatego to bardzo ważne co pan teraz zrobi.

 – Do cholery?! Ja?! Dlaczego znowu całe odium odpowiedzialności ma spadać na mnie? Ten babsztyl robi sobie co chce i w głębokim poważaniu ma już trzeci wyrok sądowy, i to nadal ja mam czuć odpowiedzialność jako jedyny? To jest przecież jakaś kpina… Czasami mam wrażenie, że to był fatalny błąd, że zagrałem w otwarte karty i przyznałem się do swojego alkoholizmu. Nikt nie wiedział i nie musiał wiedzieć, że się poddałem terapii, a teraz jak się okazuje to doskonały argument by mogła walić we mnie jak w bęben. – machnął tylko ręką na moje żale.

 – Wiem jak to wygląda z pana perspektywy, ale to nie był błąd, proszę mi wierzyć, że wręcz przeciwnie. Za to, ktoś musi w tym wszystkim zadbać o dzieci. Ze strony pana byłej raczej nie ma tego co oczekiwać.

 – I właśnie dlatego to ja mam być znowu obarczony wszystkim?

 – Przecież pana dzieci rosną, stają się już nastolatkami, samodzielnie myślącymi. Widzą co się dzieje i za kilka chwil zaczną same domagać się od matki egzekwowania swoich potrzeb.

 – Jasne. O ile matka im tego nie wytłumaczy przez kolejne dwa, czy trzy lata, że nie jestem ich żadną potrzebą.

 – Niech pan nie uprawia czarnowidztwa. Przecież dzieci nie są jakieś głupie i potrafią obserwować i z tych obserwacji wyciągać wnioski.

 – Pan jej nie zna. Nie ma pan pojęcia do czego jest zdolna. Z resztą, co chce mi pan powiedzieć, że ta cała batalia nie ma sensu, że powinienem siedzieć z boku, przyglądać się i czekać, aż dzieci podrosną i same załatwią sprawę? Nie dbać o to żeby mieć z nimi kontakt, móc porozmawiać, przytulić, po prostu pobyć?

 Głęboko westchnął, popatrzył na mnie, potem odwrócił wzrok.

 – Nie wiem. Tutaj każde rozwiązanie jest równie dobre, jak złe.

 – To dlaczego sąd nic z tym nie robi?

 – Nie robi? A skąd ja się tu wziąłem?

 – Po roku! Jakby wcześniej nie było widać co jest grane.

 – Niech pan nie pospiesza, bo jak pójdzie dalej na noże, to sąd może nawet zażądać przejściowego okresu opieki nad dziećmi u rodziny zastępczej.

 – Co?! To jakiś absurd!

 – Nie. Odbiorą jej prawa rodzicielskie, a panu jeszcze nie wrócą ich w pełni i tak to się właśnie skończy.

 – Niech pan nie gada bzdur. Przecież przypadki odebrania władzy rodzicielskiej matce to wyjątek. Więcej niż wyjątek. Takie wyroki dotąd zapadały chyba tylko po to, żeby przyszli juryści mogli sobie o nich poczytać, że są.

 – Nie docenia pan Sądu Rodzinnego panie Zoski.

 – Nie. Na razie nie za bardzo mam po czym. Zgodzi się pan.

 – Cierpliwości, proszę pana. Cierpliwości.

LXV Nie wychodź bez parasolki

 Byłem strasznie poirytowany, kiedy dowiedziałem się, że musze oddać książki, jakie zabrałem sobie na ten dwumiesięczny pobyt w Ośrodku. Wziąłem raptem trzy sztuki. W sam raz na leniwe tempo czytania.

 – Musisz je oddać. Nie można mieć swoich książek w czasie terapii. Gazet też nie. – zawyrokował Muminek.

 – Ośrodek jest otwarty, nie ma bram, krat, fosy z krokodylami i żywopłotu z trującym bluszczem, ale nie możesz opuszczać terenu bez zezwolenia, a już w ogóle przed upływem połowy terapii. Po tygodniu możesz wyjść na pół godziny do parku. Samowolne opuszczenie ośrodka równa się z zerwaniem kontraktu terapeutycznego.

 – Ja pieprzę, czyli tak naprawdę więzienie?

 – Nie. Z więzienia musiałbyś uciekać kombinując. Stąd możesz w każdej chwili wyjść. – ciągnął dalej, mając niezły ubaw, zapewne za każdym razem recytując te reguły nowoprzybyłym.

 – Możecie się odwiedzać w pokojach, ale tylko panie panie, i panowie panów. Nawet jeśli będzie przyzwoitka, pani do pana nie może wpaść na herbatkę. Jak chcecie popracować nad zadaniami terapeutycznymi w parach mieszanych, to zapraszam na świetlicę.

 Ładnie, okazuje się, że Dolina Muminków jest strefą szariatu.

 Wielu, jeśli nie wszyscy z nas, pieczołowicie odliczało czas do końca terapii, kiedy będzie można w końcu odetchnąć pełną piersią. Nie wstawać na czas z łóżka, nie kłaść się na czas do niego. Nie dość, że pójść po gazetę kiedy się chce, to jeszcze poczytać ją trochę inaczej niż w ukryciu, udając poobiednią drzemkę. W spokoju pójść przed dom, czy na balkon, lub chociaż do kuchennego okna, na ostatniego papierosa przed snem, o którejkolwiek godzinie miałoby to nie być, a nie miotać się z przemyconą pastylką z nikotyną, bo tych oczywiście też nie wolno mieć, albo po harcersku tkwić przy kibelkowym okienku, gdy już naprawdę przyciśnie.

 – Jeszcze dwa tygodnie i wolność…

 – Jeszcze dziesięć dni…

 – Jeszcze cztery…

 – Jutro! – Te wszystkie terminy wybrzmiewały z wielu ust po wielokroć przez całe dwa miesiące pobytu w Dolinie Muminków. Z moich również. Do ostatniego dnia.

 I w końcu wychodzisz. I rzeczywiście, w pierwszej chwili cieszysz się, jakbyś na serio wyrwał się z odsiadki w cholernym łagrze. Ostatnia fajka tuż przed trzaśnięciem drzwiami, na do widzenia ze współkuracjuszami, pierwsza po podróży, pod domem, na swojej ulubionej ławeczce, w progu, gdzie bądź, byle wyraźnie sobie zaznaczyć kompletnie inną czasoprzestrzeń.

 Oczywiście nocne markowanie nikotynisty też musiało być należycie odcelebrowane. Mimo, że tak naprawdę, siłą rozpędu i przyzwyczajenia, chwilę po dwudziestej trzeciej i tak ładujesz się do wyra. No, może przeciągniesz sobie dobę o jakieś pół godziny, bo jeszcze rozdział, bo jeszcze końcówka filmu, na co w Ośrodku też nie pozwalali, bo światło ma zgasnąć, o której ma zgasnąć.

 Wycieczka w miasto, raz, drugi, trzeci. Tyle tego miasta u mnie, że zdrowo trzeba by się namęczyć, by spędzić na pieszym patrolu więcej niż godzinę, no, może półtorej. Jeśli wejdziesz do sklepu tu i tam, to nawet ze dwie.

 Wolność! Wolność i spory bagaż optymizmu, wręcz zahaczającego o zawiadiactwo, a jakże, przecież alkoholik ma to, nomen omen, we krwi.

 Straszyli cię przez dwa miesiące, że w życiu codziennym napotkasz alkohol na każdym kroku, i na każdym kroku będziesz musiał być czujnym.

 Media, te elektroniczne, papierowe, te mrugające ekranem na niebiesko. Jak nie reklamują, to mają lepszą wódę jako rekwizyt aktora grającego główną rolę.

 Kolesie, ci twoi, starzy, od szklanki, ci których znasz tylko z widzenia, ci których nie znasz w ogóle, oni wszyscy dalej tak samo czerwonoskórzy, tak samo chwiejni w kroku.

 Śmieci. W tym kraju śmieci leżą nie tylko pod śmietnikami i koszami zamiast w nich, są symbolem naszej cywilizacji, jej niedorozwoju, są wszędzie, i większość to puszki i butelki po alkoholu.

 Wreszcie sklepy z alkoholem, a po prawdzie, to sklepy w ogóle. Przecież teraz alkoholu nie kupisz tylko w zabawkowym i księgarni, bo nawet w dewocjonaliach stoi wino mszalne.

 Przed tym wszystkim zostałem ostrzeżony wielokrotnie, jak każde z nas w czasie terapii. I jak każdy zapewne, jedną z pierwszych wycieczek w miasto, ni to przypadkiem, ni celowo, jakoś tak, po prostu, otarło o monopolowy dział tego czy innego supermarketu.

 No, są. Są i stoją jak stały. I będą stać. Nie mam pojęcia czy chciałem się upewnić, wypróbować swoją siłę woli, przyjść i spojrzeć z góry, stwierdzić z wyższością, że nie robi na mnie wrażenia ten rząd przedmiotów oznaczony procentami. Może chciałem sprawdzić, czy nie porazi mnie światło odbitych w nich sklepowych jarzeniówek, jak wampira słoneczny blask. A może chciałem się pożegnać? A może… Nie mam pojęcia o co mi samemu wtedy chodziło. Wiem, że dzisiaj śmieję się z tej wycieczki i wolałbym spuścić na nią zasłonę milczenia, ale tego też nie robię. Pamiętam i nie zapominam, by więcej nie robić rzeczy bez sensu.

 Do teraz zostało mi chodzenie spać o porze, jaką narzucił mi pobyt na terapii. Oczywiście bywają wyjątki, bo czasem nie mogę oderwać się od książki, lub filmu, ale to, jak mówię,  wyjątki. Dużo częściej zdarza mi się w ogóle nie włączać telewizora, a już na pewno nie skaczę po kanałach dla zabicia czasu. Dzisiaj wolę, gdy w domu brzęczy radio, jest dużo lepszym tłem dnia, niż to pudło z ruchomymi obrazkami.

 Nawet gdy jestem sam, próbuję nie być sam, choć różnie to wychodzi, niestety. Staram się wykorzystywać dobrodziejstwo jakie daje Internet, jego dziesiątki możliwości kontaktów. Znowu zacząłem traktować telefon, nie jako narzędzie do załatwiania spraw, a jako przedmiot przybliżający mnie do kogoś, kto w rzeczywistości jest bardzo daleko ode mnie. Ktoś zawsze odbierze. Najczęściej.

 No i buty na nogach. Wkładam je na nie, by się przejść, czasem bez wyraźnego celu. Zrobić kilka kroków, zadrzeć głowę i zobaczyć coś więcej niż sufit swojego mieszkania. Zdziwilibyście się, ilu alkoholików takich jak ja, trzeźwych, można przypadkiem spotkać na niezaplanowanym spacerze. Nawet w tak niewielkim miasteczku jak moje, bo o tym, że wszędzie nas pełno już wspominałem.

 Dzisiaj raczej nie spotkam, ale o to też bym się nie założył. Kilku z nas pojechało w odwiedziny do Ośrodka, spotkać się i poplotkować w swoim własnym gronie. Ja po raz pierwszy od kiedy opuściłem mury tego uniwersytetu dla mistrzów destrukcji, zostałem w domu. Miałem swój czas z Szopenem, wyśmienity czas. Jednak mimo to, że spędziłem go doskonale, gdy odwiozłem syna do jego mamy, moje myśli od razu powędrowały do Ośrodka i ludzi właśnie dzisiaj i właśnie tam zebranych.

 Kurczę blade, tęsknię za nimi. Lubię z nimi być. Chyba nikt nie jest w stanie mnie tak zrozumieć jak oni, ci co musieli przejść, przez coś takiego jak ja. Nie myślcie tylko, że osoba nie dotknięta tą chorobą jaką jest alkoholizm, jest dla mnie kimś nieważnym. Chodzi o coś innego. Może zabrzmi to śmiesznie, ale porównanie z braterstwem broni, wspólnym pobycie na froncie, jest jak najbardziej na miejscu. Wysłali mi fotę z „koszar” z pozdrowieniami, ja im swoją zza linii frontu, i chociaż tak naprawdę, każdy ma teraz swoją własną, bez dwóch zdań czuję się jakbyśmy szli razem zwartą tyralierą.

 W Dolinie Muminków włożyli mi do plecaka parasolkę i paradoksalnie, przez naście lat mieszkania na Wyspach Prosperity, nazywanych nie bez powodu Krainą Deszczowców, prawie nigdy takiej ze sobą nie miałem, choć przydawałaby się aż nadto często. Tutaj, nawet przy najlepszej z możliwych pogodzie, nigdzie się bez niej nie ruszam, nawet gdy wiem, że na pewno mi się nie przyda. Nie szkodzi. Nie jest mi ciężarem, wręcz przeciwnie, powoduje, że mój plecak jest dużo lżejszy.

LXIV Ściana

Głośno, głośniej, jeszcze głośniej. To, nie to, to też nie. Może to, może to. Nie. Bez znaczenia. Pass, wyłączyłem muzykę. Wybieram dzisiaj ciszę.

 Leżę pogrążony w tej ciszy, gęstej, że aż dzwoni mi w uszach. W ciszy tak przygniatającej, że nie pozwala mi wstać z łóżka nawet po to, by zajrzeć do lodówki, chociaż ssanie w żołądku przyprawia już o ból głowy i niemal doprowadza mnie do wymiotów.

 Zamiast tego świstu w uszach, powinienem dzisiaj słyszeć odgłosy skrytobójczych działań avatarów Fortnite’a, albo machania kilofem z Minecraft’a. Sprzeczki z kotem, który za nic ma  kuszenie frykasami z torebki i zaczepek jedną z jego piłek. A może rozbrzmiałyby zabawne dialogi Ralpha Demolki z Venellopą? Nie wiem. I nie wiem czy się dowiem za kolejne dwa tygodnie, albo za dwa następne.

 – Panie Zoski, zrobiłem co mogłem. Jest pan w fatalnej sytuacji i przez trzydzieści lat mojej kariery zawodowej sądowego kuratora rodzinnego, spotkałem się raptem kilkukrotnie z takimi przypadkami jak pański. Przykro mi. Mogę jedynie obiecać panu, ze tego tak nie zostawię i trzymać za pana kciuki.

 Podziękowałem za słowa otuchy i pożegnałem Pana Postawnego. Obiecał mi skontaktować się ze mną, gdy tylko porozmawia z Sędzią na temat tego co zobaczył i usłyszał w domu i pod domem Paranoi, gdy zjawiliśmy się odebrać Małą Mi i Cześka na widzenie.

 Niecałe dwa tygodnie temu, na rozprawie z powództwa Paranoi, Sędzia odrzuciła wszelkie żądania zawarte w jej wniosku, które miały ukrócić moje kontakty z córką i synem i iście salomonowym wyrokiem, przydzieliła mi na czas widzeń w co drugą sobotę kuratora rodzinnego. Co zabawne, kuratelą nie zostały objęte żadne inne z widzeń wynikające z papieru podpisanego przez Sąd rok temu. Urodziny dzieci, święta, ferie i wakacje mieliśmy spędzić bez żadnego nadzoru. Sam Pan Postawny skwitował to z uśmiechem.

 – Ja tu jestem tylko po to, żeby załatwić panu papier nie do podważenia przez pana byłą żonę, przy pana staraniu się o rozszerzenie widzeń w przyszłości i przywróceniu panu pełni władzy rodzicielskiej nad małolatami. Nikt nie ma najmniejszej wątpliwości, że nie stanowi pan żadnego zagrożenia dla swoich dzieci. Dopnie pan tego.

 – Dopnę? Jak mam to zrobić, gdy one same odmawiają chęci spędzenia ze mną czasu. Przekręciła je.

 – Oczywiście, że tak. Nie pierwsza i nie ostatnia taka sytuacja. Jeśli panu się wydaje, że walczył pan w sądzie, to musze pana wyprowadzić z błędu. Tam, czyścił pan sobie jedynie przedpole i zbierał sojuszników. Walka dopiero teraz się zaczyna, ale przynajmniej wie pan, że nie jest już sam.

 Niby jest się z czego cieszyć. W końcu jeden z drugim urzędnicy przekonali się, że moje wycieczki do sądu nie są wynikiem jakichś fanaberii i chęci utarcia nosa ex, tylko po prostu, chcę spędzać z dziećmi czas. Z wszystkimi dziećmi. Jasne stało się nareszcie, że skoro od roku regularnie zajmuję się najmłodszym Szopenem, to i starszymi chcę się zająć, tak samo, jak miało to miejsce gdy, przylatywałem do nich wcześniej z Wysp Prosperity.

 Rok, to przeogromna chwila. Czas w którym może zdarzyć się wszystko, również wszystko co najgorsze, i jak się okazuje, zdarzyło się. A tak naprawdę, ktoś to zdarzył.

 Po raz pierwszy od kiedy zacząłem trzeźwieć trzęsły mi się ręce. W zasadzie cały drżałem. Nawet głos mi się załamywał gdy jechałem z człowiekiem przydzielonym przez Sąd po dzieci a on wypytywał mine o te czy inne szczegóły ze sprawy.

 Gdy zaparkowaliśmy pod domem Paranoi, poprosił mnie bym został przy samochodzie, a sam udał się do bramy i zadzwonił. Po chwili pojawiła się moja była żona i wpuściła go na podwórko, a po chwili rozmowy weszli do domu. Nie było go kilka minut, które mi zdawały się trwać wieczność. Gdy wyszli z domu, razem z dziećmi, poprosił Paranoję by ta wpuściła mnie na podwórko. Podszedłem do Cześka i Małej Mi, mieli spuszczone głowy i nawet na mnie nie spojrzały.

 – Hej, cześć dzieciaki! – ukucnąłem przy nich.

 Cisza.

 – Tato, nie chcemy jechać z tobą. – dzieci pochlipując, wyrecytowały do mnie przez łzy, patrząc w ziemię.

 – Dlaczego? Co się stało? Czegoś się lękacie, macie jakieś obawy?

 – Nie.

 – To chodźmy.

 – Nie.

 – Pojedźmy. W domu porozmawiamy, na spokojnie i nie na podwórku. Spędzimy ze sobą chwilkę, i jeśli dalej nie będzie wam się chciało zostać, razem z panem kuratorem odwieziemy was z powrotem do mamy. Ok?

 Dwa ogromne grochy łez spłynęły Małej Mi po policzku, gdy pokręciła głową. Czesiek też się nie odezwał, tylko zaprzeczył patrząc sobie w buty. Mi po raz tysięczny w ciągu tych kilku chwil pękło serce.

 – Panie Micku, chyba powinniśmy jechać. – usłyszałem zza pleców głos kuratora.

 Natychmiastowo ogarnęła mnie panika i dostałem nóg jak z waty. Jak to jechać? Przecież w końcu tu jestem i rozmawiam z dziećmi. Byłeś tam człowieku. Byłeś w środku i rozmawiałeś z nimi i ich matką. Przecież znasz już sprawę i widzisz co się dzieje. Pomóż mi do cholery zabrać stąd moje dzieci. Daj mi z nimi moment sam na sam i się wszystko wyjaśni. Jak mają stanąć matce na przekór, gdy ta stoi pół kroku za ich plecami i tupie nogą.

 – Dziękuję pani za swój czas, cześć dzieciaki, do zobaczenia. – to znowu on. Położył mi rękę na ramieniu.

 Wstałem, jak skazany. Przytuliłem najpierw córkę, potem syna.

 – Kocham was, tęsknię za wami. Bardzo!

 – Tak tato, wiemy. – usłyszałem na odchodnym. – My ciebie też.

LXIII Profesór, doktór, Wiktór z Krakowa, zaczynamy kawalerka od nowa

 Siedzę sobie w domu. Nawet przez myśl mi nie przeszło by włączać telewizor i zatopić się w jakiś mniej, czy bardziej na siłę wynajdywany serial, o programie z ramówki nie wspominając, wszak od lat nie uznaję telewizji jako takiej i barwy logotypu nie mają tu najmniejszego znaczenia.

 Włączam radio. Przed sitkiem siedzi Piotr Stelmach, czyli gra moje ulubione Radio Piotrków, ostoja normalności i redakcyjnego profesjonalizmu najwyższych lotów w dobie odwracania wszystkiego tyłem na przód i stawiania na głowie. I normalności w ogóle. Uwielbiam ich, panów Piotrów, spokojny głos, ich nienachalne muzyczne wybory, niebanalne opowiadania pasjonatów dla pasjonatów. Budują mi schron ze ścian dźwięków, gdzie schowany czuję się bezpiecznie i nic nie może mi zagrozić. My music is my castle.

  Pojechałem do malców z Siorką. Dosyć wyjątkowo, bo przeważnie jeżdżę z ojcem, a tym razem akurat nie mógł. Wyruszyliśmy o wiele za szybko, fura leciała już na oparach i trzeba było zatankować. Poprosiłem o wcześniejszy start na wypadek, gdyby do dystrybutora ustawiła się jakaś niecodzienna kolejka.

 Podjechaliśmy na pusty plac przed stacją benzynową, wysiadłem, włożyłem wlewak do dziurki z przekreślonymi literkami Pb na burcie samochodu. Nacisnąłem spust i patrzyłem jak cyfry na wyświetlaczu dystrybutora podskakują jak inflacja. Niespiesznie oboje weszliśmy do niewielkiego budynku stacji by zapłacić. Niespiesznie wyciągnąłem portfel a z niego banknoty. Odliczoną resztę również bez pośpiechu włożyłem do portfela a ten, do kieszeni. Wsiedliśmy do samochodu.

 – To co? Jedziemy?

 Spojrzałem na Siorkę i kiwnąłem głową.

 – Jedziemy.

 Trasa która w zwykłym tempie zajmuje nieco więcej niż pięć minut dzisiaj została pokonana w blisko piętnaście. Jechaliśmy rozmawiając o niczym, co chwilę rzucając jedno do drugiego jakieś suchary, z których obydwoje nerwowo się podśmiewaliśmy.

 Na miejsce dotarliśmy kilka minut przed czasem. Zaśmiałem się gorzko na wspomnienie, kiedy Czesiek ubrany i gotowy do wyjścia krzyczał do mnie przez uchylone drzwi balkonowe.

 – Tato, jeszcze siedem minut, mama kazała powiedzieć, że przyjechałeś za wcześnie.

 Nie obraziłbym się ani trochę, gdyby Paranoja powtórzyła ten patent z dziećmi dzisiaj. Nie czekając na pełną godzinę podszedłem do bramki i nacisnąłem dwukrotnie dzwonek. Przeszedłem do zatoczki przed wjazdem na podwórko i zadarłem głowę do góry, by spojrzeć w okna dzieci. Firanki ani drgnęły. Wróciłem po chwili do dzwonka i znów go nacisnąłem.

 Siorka otworzyła okno od strony pasażera.

 – I co? Dzwonisz na komendę?

 Spojrzałem na zegarek.

 – Jeszcze nie, właśnie jest równa godzina, mam nadzieję, że małostkowo czeka na pełną i dopiero teraz się zacznie dziać. Idę jeszcze raz nacisnąć dzwonek.

 Powtórzyłem cały rytuał jeszcze raz. Dom pozostał martwy jak wcześniej, lecz mimo to poczekałem jeszcze kilka dłuższych chwil i znów zadzwoniłem. Cisza. Nie ma ich.

 Na pytający wzrok Siorki odpowiedziałem przystawiając słuchawkę do ucha.

 – Dzień dobry, moje nazwisko Mick Jakubiak-Zoski, chciałbym zgłosić nieobecność matki w miejscu i terminie wyznaczonym przez sąd, do przekazania nieletnich na widzenie z ojcem.

 – Aaaaaaa, dzień dobry, dzień dobry. Co tam Panie Mick, dalej uparta?

 – Ano dalej. Nic nie poradzę.

 – A kiedy pan w końcu założy jej sprawę? Dzwoni pan do nas i nic z tym nie robi dalej.

 – Sprawa zakończyła się w poprzedni piątek, sąd przyznał mi rację, dostała wyrok.

 – … ale, jak to? Dostała wyrok i dalej nic?

 – No, nic.

 – No to ja nie rozumiem.

 – No, ja też niewiele.

 – I co pan teraz zrobi.

 – Wygląda na to, że powtórka z rozrywki. Nowy wniosek, nowe fakty, stara obsada. Mam nadzieję, że tym razem jednak pójdzie nieco szybciej, niż za pierwszym podejściem.

 – No życzę tego panu. Zgłoszenie przyjąłem, i jeśli tylko sąd się zgłosi od razu je przedstawimy na sprawę. Powodzenia panie Mick! Do widzenia.

 – Nie dziękuję. Do widzenia.

 Chowając telefon do kieszeni oznajmiłem Siorce, że ze wszystkich tych dzisiejszych fatalnych scenariuszy, ten był według mnie najlepszy. Nie wierzę, że dzieci nie zechciałyby ze mną pojechać, pewnie Paranoja też w to nie wierzyła, dlatego je zabrała. Wie, że doczeka się, że jej prawdy wkładane dzieciakom do głowy skonfrontują się z rzeczywistością.

 Spędziłem większość dnia z Szopenem. Dołączył do nas Bratanek, mimo, że Czesiek i Mała Mi jednak nie zjawili się dzisiaj w moim domu. Młody nie wytrzymał u siebie i przyleciał do nas, chyba podskórnie też wolał podzielić swój żal i rozczarowanie z kimś, kto go dokładnie rozumiał. Bratanek, równolatek Cześka i jego najlepszy przyjaciel, również tęsknił za dwójką moich starszych malców, tak jak cała rodzina.

 Mimo, że w gruncie rzeczy nie było ze mną tak źle, jak się obawiałem, wolałem zapuścić się w swój azyl, gdy przyszło zostać ze sobą sam na sam. Stery w radiu przejął Piotr Metz i wypełnił przestrzeń wokół mnie delikatnie przesterowanymi gitarami.

 Mam do napisania kolejne pismo procesowe do sądu, ale nie ruszę się z miejsca. Nie dzisiaj. Nie teraz. Nie zmarnuję tych nut budujących moją twierdzę.

______________

*Tytuł jest wyjątkiem z tekstu Kazika – O kuchwa! /12 groszy; SP Records 1997/

prawa autorskie do grafiki należą do mixmag.net

LXII Danie dnia

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– Nie jutro! Dzisiaj! Wpadnij koniecznie dzisiaj. Ja muszę to wszystko usłyszeć od ciebie i teraz. Zrobię ci kanapki z paprykarzem na kolację! – trajkotała jak karabin maszynowy moja Siorka zanim się rozłączyła.
Podłożyłem jeszcze kilka konkretnych szczap do pieca, odczekałem nie do końca wystarczająco długo, aż się w nim porządnie rozpali, przymknąłem drzwiczki za ledwo buchającym płomieniem i pognałem przez wilgotny i zimny wieczór podzielić się ostatnimi wiadomościami z najmłodszą w rodzinie w moim pokoleniu.
Kiedy się pojawiłem w jej progu, jej syn, JunioR, z przekąsem poinformował mnie, że przeze mnie mama nie będzie miała z czego mu zrobić kanapek do szkoły, po czym przybiliśmy sobie piątkę i wrócił do tabletu, by zabijać śmiertelnych wrogów galaktyki online.
– Mów! – powiedziała do mnie Siorka zabierając się za przygotowywanie dla mnie bułek – Mów wszystko po kolei, albo nie po kolei, ale wszystko. Paranoja mocno wkurwiona?
– Czy mocno to nie wiem, ale na moje „cześć, do widzenia”, odpowiedziała krótkim „spierdalaj”.
– No co ty? W sądzie? Na korytarzu? Przecież ktoś mógłby ją usłyszeć i cały misternie budowany wizerunek kulturalnej pani pedagog z przedmieść runąłby jak domek z kart. Pozwoliła sobie?
Uznałem pytanie za retoryczne i wzruszyłem tylko ramionami.
– No mów!
– Ale w zasadzie, nie wiem co? Cała rozprawa trwała jakieś dziesięć, no może piętnaście minut. Po tradycyjnym wstępniaku Sędzia zapytała o to, czy mamy jakieś wnioski do przedstawienia, oświadczenia i takie inne. Podałem zaświadczenie od Migotki, że ukończyłem cały kontrakt w Ośrodku, wypełniając go co do joty i to wzorowo, i że całkiem nieźle rokujący ze mnie misiek. Standard dla kogoś kto trzyma się rok po zakończeniu terapii stacjonarnej ustaleń terapeutycznych, i regularnie wpada do Doliny Muminków dać znać co u niego i pokazać młodszym, że dawanie rady jest możliwe. – Siorka potakiwała, jakby do rytmu tego co i jak mówiłem.
– Dołożyłem, jak na przykładnego pracownika biurowego przystało, tabelkę stworzoną w Excelu, którą przez cały miesiąc panie pielęgniarki cierpliwie wypełniały szeregiem zer, podpisami i pieczątkami ze swoimi nazwiskami i numerami seryjnymi. Same zera, bez wyjątku. Dwa razy dziennie, przed pracą i przed pójściem spać, dmuchanie, wynik, wpis do tabelki, pieczątka. 0‰ od góry do dołu, przez prawie pełne trzy strony. Nawet na Sędzi, która przecież widziała i słyszała już chyba wszystko, zrobiło to wrażenie.
– A ex co na to?
– Powiedziała, że to tylko miesiąc, a na zeznania jej świadków na poprzedniej rozprawie nawet nie zaprzeczyłem, więc uznaje, że jestem trzeźwy od miesiąca.
– Serio? Ale jak ty się miałeś odnieść, jak nie ty byłeś odpytywany?
Machnąłem ręką.
– Nie ważne. Pani Żółć po raz kolejny stwierdziła, że mój wniosek jest bezzasadny, bo za każdym razem, bądź niemal za każdym razem, proponowała mi alternatywę dla widzeń, a nawet, jak stwierdziła, widziałem się z dziećmi poza sądowym rozkładem jazdy z jej inicjatywy. Dwa razy.
– Co?! Kiedy niby ona dała Ci dzieciaki? Poza kolejnością i sama z siebie?
– No właśnie. Przypomniałem Sędzi i jej, że gdy wpadła z dziećmi po część szkolnej wyprawki, to to był mój pomysł, o co z resztą prosiłem przez kilka dni, a kiedy jej facet przyjechał z dziećmi na rowerach to ja umawiałem się z nim, nawet nie z nią. A że i za pierwszym i drugim razem nie byli zadowoleni to już nie moja wina. Dzieciaki miały chociaż odrobinę frajdy. Ja na pewno. Nie wiem co chcieliby żeby się wydarzyło, żeby poszło po ich myśli, i na pewno tego nie rozumiem.
– I wiesz co? – kontynuowałem – To było w zasadzie wszystko. Jeszcze tylko pokazałem sms od nich, gdy wspomniała, że regularnie zapraszają mnie na negocjacje i ciągle wyciągają rękę do kompromisu.
– Tego gdzie wyzywają cię od pijaków z przerośniętym ego?
– Tego.
– I co? Jak zareagowała Sędzia?
– W pewnym sensie nijak. Ogłosiła przerwę i po kolejnych dziesięciu minutach odczytała wyrok z uzasadnieniem.
– Rzeczywiście szybko ta końcówka poszła, jak na tak przeciągającą się gehennę. Jesteś zadowolony z wyroku?
– Poważnie musisz pytać? Jestem wniebowzięty! Jak cholera! Tym bardziej, że pozostałe sprawy są przecież niemal bliźniacze, więc chyba nie mogą w nich zapaść sprzeczne ze sobą wyroki. Sędzia z resztą pośrednio już się do nich odniosła. Orzekła, że żądanie ex co do widzeń pod jej kontrolą jest niedopuszczalne do wykonania i Paranoja nie ma na nie co liczyć.
– No brat, doczekałeś się! – powiedziała Siorka kładąc mi pod nosem talerz z bułkami, na których leżały szynka, ser i pomidory.
– A gdzie obiecany paprykarz?
– Zjadłam. Dobry był. Smacznego.

LXI Zoo z Doliny Muminków.

 Dzisiaj dzień wyjątkowo melancholijny. Czy jest się osobą wierzącą, czy nie, zawsze ma się kogoś, o kim szczególnie chce się pamiętać, wspominać, kogoś kogo brakuje mocniej niż na co dzień. Atmosfera tych wspominek jest wszędzie, nie trzeba wybierać się na cmentarz by ją poczuć, by jej doświadczyć. W telewizji, w Internecie, prasie drukowanej oraz mediach społecznościowych, wszędzie, co i rusz przewijają się osoby przywołujące w swoich opowieściach inne osoby, których już niestety nie ma.

 Z zasady nie chodzę na cmentarze, co nie znaczy, że nie miałbym do kogo. Ot taka pokrętna filozofia, bo tak naprawdę właśnie uważam, że nie mam, bo ich już nie ma. Po prostu twierdzę, że miejsce pochówku jest bardzo umownym punktem, gdzie mielibyśmy się spotkać z tymi, którzy już od nas odeszli. Nie? A co mają powiedzieć ci, których najukochańsi odeszli gdzieś wysoko w górach, lub głęboko w morskich otchłaniach i ich ciał nie ma?

 Nieważne. Dygresja na wstępie poszła żyć swoim życiem nieco zbyt daleko, a ja chciałem tak naprawdę tylko zaznaczyć, że opowiem dzisiaj kilka słów o tych co wciąż tu są i swoim byciem potrafią być dla mnie nieustającą inspiracją. Nie mówię o takich oczywistościach, jak rodzina, a o przypadkowych osobach, które w ten czy inny sposób przewinęły się przez moje życie, ledwo potrąciły jego strunę, ale zagrały na niej tony, które na długo, jeśli nie na zawsze, pozostaną ze mną. Co więcej, oni sobie z tego swojego zbawienno-magicznego wpływu na mnie w ogóle nie zdają sprawy.

 Opowiem o przegrywach, o wykolejeńcach, o wiecznych utrapieńcach, spędzających sen z powiek swoim rodzinom. Opowiem wam o alkoholikach jakich poznałem w Ośrodku w Dolinie Muminków. Opowiem o ludziach, którzy niemal umarli za życia, ale coś spowodowało, że powstali i zbudowali się od nowa, i dzisiaj są chodzącymi zaprzeczeniami stereotypu alkoholika znaczącego mniej niż zero.

 Od niemal pierwszego dnia mojego pobytu w Ośrodku złapałem wspólną melodię z Krokodylem, facetem o bardzo wyraźnych poglądach na wszystko, jak to ma przecież każdy Polak. Jak bardzo niewielu naszych rodaków, on potrafił jednak czasem krótko i zwięźle swoją opinię wyrazić jednym zdaniem.

 – Kurwa, no nie wiem, bo nie znam się.

 Gdy zaś się znał, umiał to jasno i wyraźnie wyartykułować w kilku zdaniach, które nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości co do tego, że się rzeczywiście zna. Przynajmniej brzmiał tak po kilku dłuższych dniach w Ośrodku. Mumin opowiadał mi, że Krokodyl przez pierwszy tydzień swojego pobytu nie potrafił wypowiedzieć płynnie jednego, krótkiego nawet zdania. Memłał niezrozumiałe zgłoski pod nosem na zmianę z przekleństwami. Terapeuci bali się, że z gościem nie będzie w ogóle kontaktu, bo wóda zżarła mu kompletnie mózg i jego funkcjonowanie ograniczy się do przemieszczania z miejsca na miejsce, i pochłaniania, a potem wydalania pokarmu. Tym bardziej byli zdziwieni, gdy przyłapali go kiedyś na czytaniu w łóżku bibuły, czyli książek spoza ośrodkowej biblioteczki, które cholera jedna wie dlaczego, były zakazane.

 Kiedy spotkałem go na jednym z ostatnich absolwenckich zjazdów naszego uniwersytetu potwornego dostałem od niego krótki i zwięzły opieprz, po tym jak co nieco pożaliłem się nad swoim losem.

 – Kurwa chłopie nie zazdroszczę ci, masz sytuację tak przejebaną, że nawet nie ma się tu z czego nabijać, ale nie możesz się zachowywać jak reprezentacja Polski na mistrzostwach. Do chuja! Możesz przegrać, niestety to jest możliwe, ale nie możesz się poddać bez walki. Zobacz, ile zrobiłeś?! Teraz przychodzi ci ochota rzucić ręcznik? Ani się waż! – po czym przytulił mnie po ojcowsku, by po chwili od siebie odsunąć i dokończyć – Dasz radę, i o tym bardzo dobrze wiesz, tylko czasem zapominasz. Nie zapominaj, do jasnej ciasnej!

 Facet dzisiaj zajmuje się budowlanką artystyczną. Jak sam twierdzi, inną nie może.

 – A dajże spokój, przy zwykłej glazurze ludzie wymagają tempa przy pracy. Raz, raz i ma być kibel wykafelkowany. A przy fikuśnej dupie Maryni, to ja się mogę z tym pierdolić ile chcę i nikt nie popędza, a jeszcze skasuję porządny pieniądz. Nie ma opcji, trzeba wymyślać. Nie  dość, że wóda zabrała kawał sił, to latka też już poleciały.

 Z innym, z Synkiem, też szybko złapałem sztamę. Z resztą koleś jest taki, że z nim nie da się sztamy nie złapać. Złoty chłopak. Zawsze z otwartą duszą, co z resztą często go gubiło, twardziel o gołębim sercu. Zawsze był pierwszy do zabawy u siebie na dzielnicy i często za tę zabawę z wszystkimi, pierwszy musiał płacić, nierzadko nie tylko pierwszy, ale i jedyny i nie zawsze płacił pieniędzmi. Przepił kobietę, dziecko i swoje zdrowie. Ale tak kompletnie. Lekarze do dzisiaj się dziwią, że jeszcze żyje, bo dał radę wytrzymać kilkanaście ataków alkoholu na podroby, gdzie statystycznie trzeci jest śmiertelny, często już drugi.

 Wprowadzając się do Doliny Muminków, zaczynał od głębokiego debetu. Kobieta nie chciała go znać, bo wolał wódę od niej i ich dziecka, rodzeństwo wyzywało od słabeuszy, bo stwierdzili, że chyba nie jest facetem, skoro przyznał się do niemocy wobec alkoholu. Lokalna policja zacierała ręce, bo szykował im się błogi odpoczynek od narkotykowego dealera i złodziejaszka samochodowych sprzętów grających, żegnali go czule.

 – Idź, idź. Wrócisz. My odpoczniemy, ty odpoczniesz, a potem znów kilku z nas na tobie dostanie awanse. Do zobaczenia!

 Wrócił. Długo deptał ścieżkę do panny z dzieckiem na ręku. Potem jeździł, gdy otrzymał na powrót prawo jazdy utracone za wybryki pod wpływem alkoholu. Jeździł też do pracy. Ciężkiej, nieprzyjemnej i fatalnie płatnej.

 Od ponad pół roku spotyka się regularnie ze swoim dzieckiem bez zbędnej opieki mamy, no chyba że mama chce, i on chce, bo w zasadzie spotyka się też z mamą dziecka. Mama ich dziecka zaczęła mu mówić znowu do ucha to najważniejsze słowo na „K”. Podpowiem, że nie chodzi o kawę.

 Synek, który zanim rzucił picie, a wcześniej kobietę i dziecko, rzucił też szkołę. Dzisiaj korzysta z dobrodziejstwa edukacji dla dorosłych i planuje kształcić się co najmniej do matury. Ten facet zrobił to wszystko w rok po opuszczeniu naszego Oxfordu. Mistrz świata!

 Last, but not least*, Ruda i Mały. Dlaczego mówię o nich razem, a nie pojedynczo? Po pierwsze pewnie już się domyślacie, po drugie już inaczej się nie da. Muminkowe bliźniaki. Wprowadzili się do ośrodka tego samego dnia, wcześniej spędzając niecałe dwa tygodnie razem na detoksie. Od samego początku trzymali się trochę bardziej razem. Niektórzy, łącznie z resztą ze mną, wróżyli im urlopy dziekańskie z naszej uczelni, bo nie można łączyć się w pary. Ba! Nawet nie wolno panu przyjść do pani na kawę i ciasteczko. Kolejny absurd obowiązujący w tego typu ośrodkach, zaraz po nielegalnej bibule.

 Gdy zobaczyłem pierwszy raz Małego, nie mogłem uwierzyć, że chodzi, je i oddycha o własnych siłach w ziemskiej atmosferze, bez wspomagania skafandra i hełmu, jak na obcej planecie ufoludkowi przystało. Był niebiesko-fioletowy, przynajmniej tyle ile wystawało z t-shirta i krótkich spodenek.

 Ruda bała się swojego cienia, niby uśmiechała się do każdego szeroko, ale wystarczyło przejść obok niej by zauważyć, że za każdym razem niepewnie się kuli, dosłownie wstępowała się w siebie.

 Dostosowali się. Nikt ich z ośrodka nie urlopował. Razem przyszli i razem poszli. I dalej idą też razem, Ruda cięższa o zaręczynowy pierścionek a Mały oprócz tego że w skowronkach, bo powiedziała „TAK”, to w kolorach jak najbardziej z gamy zwykłego różu, ani pół tonu w tę czy we w tę. 

  I jedno i drugie, jak każde z nas zamieszkałych w Ośrodku, powoli, dzień po dniu, stawaliśmy się na powrót zwyczajni, normalni, ludzcy. Nie tylko z zewnątrz, również w środku. W głowach, w sercach, w duszach.

 Ci ludzie, o których opowiadam, ale również ci inni, których spotkałem w Ośrodku, czy w AA, wykonują codziennie tytaniczną pracę, by wrócić. By znowu być w rodzinie, w kręgu znajomych i przyjaciół, w pracy. By być również, choć właściwie przede wszystkim, dla siebie.

 I dla mnie. Jesteście moją niewyczerpalną kopalnią sił, pomysłów, parcia do celu, wiary, że się da. Dziękuję!

____________

*ang. Czyt. Last bat not list – Na koniec, lecz nie mniej ważni/ważne

Kadr pochodzi z filmu E.T. the Extra-Terrestrial, w reżyserii Stevena Spielberga

LX Gwiazda z psychiatryka

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– Musicie nie tylko pozbyć się starych nawyków i rutyn, musicie wyrobić w sobie nowe. – mówiła do nas Migotka – Nie możecie sobie pozwolić na to, by po opuszczeniu ośrodka żyć, robić ze sobą i swoim czasem tak, jak przed terapią, i tylko nie pić. To najprostsza droga do zapicia. Dlatego, podkreślam, musicie wpoić sobie nową rutynę dnia, tygodnia, miesiąca. Unikać rytuałów, jakie wyrobiły się w was w trakcie picia. Mało tego, musicie uważniej się przyglądać rzeczom i sprawom dookoła was. Dlatego należy pozbyć się z domu naczyń służących do spożywania alkoholu. Kieliszki, lampki, kufle, wszystko to najbezpieczniej jest po prostu wywalić z szafek i z mieszkania. Koszulki z reklamą piwa też nie powinniście już ubierać. Te wszystkie drobne pierdoły w skrajnych przypadkach mogą poruszyć pierwszy kamyk, który spadnie na was lawiną, a przecież nie chcecie ryzykować. O takich oczywistościach jak unikanie imprez gdzie wiecie, że będzie alkohol wspominać nie muszę? Przynajmniej na początku sobie je odpuśćcie, póki nie nauczycie się bezpiecznie poruszać w świecie, gdzie alkohol po prostu jest, i spotykamy go w zasadzie wszędzie. Wystarczy wam bodźców z nim związanych z wystaw i półek sklepowych, mediów, nie wystawiajcie się na bezpośredni kontakt w sytuacjach towarzyskich. To może być za dużo.

– Czyli nie mam iść na wesele wnuczki? – zapytał Kaszub, chyba najstarszy z nas na terapii – Jak mam jej powiedzieć, że przepraszam kochanie ale ja nie przyjdę? Przecież serce jej pęknie, albo się wręcz obrazi!

– Nie obrazi się jeśli zrozumie, wytłumacz jej dlaczego tak a nie inaczej. Nikt ci nie mówi że masz nie iść na ślub do kościoła, czy do urzędu. Nawet wpadnij na wesele, na obiad i jej pierwszy taniec. Poproś może, aby alkohol wjechał na stół chwilę później. Zatańcz z wnuczką, złóż młodej parze życzenia i gratulacje. I idź do domu nie czekając aż całe towarzystwo się podpije i zacznie ci chuchać wódką w twarz.

– O matko… ale jak to?

– Tak to. Przyszedłeś tutaj, bo potrzebowałeś zmiany. To jest część tych zmian. Wypadałoby to zaakceptować. Tak samo nie możesz jeść wszystkich ciast i kupować sobie każdych słodyczy. Przecież zdajecie sobie sprawę, że wiele jest podlewanych spirytusem, a niektóre wręcz alkohol mają jako najistotniejszy składnik. Już nie dla was baryłki czekoladowe z rumem i inne bomboniery, ani tiramisu.

Słuchałem tego wszystkiego i się zastanawiałem, jak sok pomidorowy z kufla po tyskim ma mi zaszkodzić. Jak cukierek przyprawiony koniakiem ma mi zaszkodzić, skoro nawet alkomat po kilku chwilach tego nie wykaże, nie wspominając o tym, że upić się tym po prostu nie da. Wystarczy dziób dobrze przepłukać i wydmuchasz 0,00. Trąciło mi to jakąś grubą paranoją.

– Czy to wszystko aby nie jest przesadą? – rzuciłem do Terapeutki – W końcu przyszliśmy tu, przynajmniej w większości, z własnej woli. Wiemy już, że nie chcemy więcej pić i jesteśmy co do tego przekonani. Jak to ma się do zwykłego ciasta, jakiegoś tortu pokropionego na jakimś etapie spirytem? Przecież to bomba kaloryczna, a nie z promilami.

– I do tego myślenia piję właśnie mówiąc o zmianie nawyków i rutyn. Sam podstawisz sobie pod nos zapach alkoholu. Sam włożysz sobie do ust jego smak. Niby nie pijesz, ale już włączasz poszczególne zmysły, które siłą przyzwyczajenia powiedzą ci, że właśnie pijesz. Dasz sobie sto procent gwarancji, że pozostałe zmysły nie będą chciały tego też poczuć, a te które już czują, nie zechcą tego naprawdę? Jesteś pewien, że to nie wyzwoli w tobie pragnienia prawdziwego napicia się, którego nie zwalczysz?

– Kurczę, serio? Tak to się może skończyć? Niemożliwe? Przecież wiem czego chcę, a czego nie. To w sumie cholernie niepokojące co mówisz. Jestem, aż tak bezwolny?

– Piliście przez bardzo długi czas. Latami. Pewne rzeczy stają się przy takim trybie funkcjonowania automatyczne. Wchodzą, nomen omen, w krew. – puściła do mnie oko uśmiechając się sama ze swojego żartu, który i ja po chwili załapałem. – Takie pragnienie może wziąć nad wami górę na poziomie niemal komórkowym, i zanim się obejrzycie, nawet nie wiedząc kiedy, będziecie w połowie butelki. Dlatego musicie bardzo uważać. I tak jak obcowanie z pijącym towarzystwem może z czasem przychodzić wam coraz łatwiej, choć z doświadczenia wiem, że po pewnym czasie nawet jeśli trzeźwiejący alkoholik daje sobie z tym bez problemu radę, rezygnuje z pijanego towarzystwa już w przedbiegach, bo w zasadzie po co mu one, tak na pewne rzeczy już nigdy nie będziecie mogli sobie pozwolić. Jak amen w pacierzu.

I nie pozwalam sobie. Nie mam w domu kieliszków ani kufli. Nie przyjmuję prezentów w postaci flaszki, ani przysłowiowej, ani tym bardziej dosłownej. Nie przepuszczam przez próg mojego domu butelek z alkoholem. Przejrzałem swoje kosmetyki, czy aby przypadkiem jakiś nie jest na alkoholu. Muszę uważać jaki perfum czy inną wodę po goleniu znajduję pod choinką. W sklepie chyba jestem jednym z niewielu, jeśli nie jedyny, czytający dokładnie skład czekolad, batonów i wafelków. Przynajmniej na początku po wyjściu z ośrodka, teraz znam te składy na pamięć i wiem których kolorowych papierków zawierających łakoć unikać. Nawet ocet do, przecież tak przepysznej, kury w galarecie przebieram jak opętany, aż znajdę na półce bez oznaczenia 6, 8, czy 10%. Musiało być bez tych znaczków. No właśnie, musiało. Aż tak dałem się sam sobie wkręcić.

Wspominałem, że na każdej rozprawie, a kilka ich już było, bez przerwy jestem oskarżany o łamanie swojej abstynencji, kłamanie co do mojej terapii i trzeźwości, i o parę innych rzeczy, w tym momencie akurat nieistotnych. Zawsze mam przeciw tym oskarżeniom swoje słowo i generalnie siebie. Zawsze na rozprawie, zawsze schludnego, czystego, można by rzec nawet, że grzecznego i sympatycznego. Niech mam. Niestety, nic ponadto. Robię wszystko by mi uwierzono i nie robię nic by zasiać choć cień wątpliwości. Przynoszę na każdą rozprawę świeże kwitki od terapeuty i z ośrodka, że ciągle uczestniczę, że się nie migam, że proces trzeźwienia idzie w jak najlepszym kierunku. Ale nie mam nic więcej. Do niedawna.

Zaświtał pomysł, by uzbroić się w dokument potwierdzający moją permanentną trzeźwość. Jak? Codziennie rano i codziennie wieczorem dmuchnąć w alkomat i zbierać potwierdzenia wyników. Próbowałem przy pomocy terapeutów namówić lokalną komendę do współpracy, ale okazali się bardzo oporni.

– Oczywiście, że może pan przychodzić do nas i dmuchać w alkomat. Nie tylko rano i wieczorem, ale i pięć razy dziennie i my te wszystkie wyniki zapiszemy w raporcie.

– Ale raportu nie dostanę?

– Nie.

No i co teraz? Cały sens tego mojego dmuchania jak w kij dmuchał.

– Niekoniecznie. – powiedział Duży, mój terapeuta z grupy wsparcia, na jaką chodziłem przez ostatni miesiąc będąc na L4.

Chwycił za telefon i zadzwonił do ordynatora oddziału psychiatryka, w dwóch słowach wyjaśnił o co chodzi i po sprawie. Dostałem zgodę, by co rano i co wieczór wmieszać się w tłum pacjentów oddziału psychiatrycznego i skorzystać z alkomatu jaki na tym oddziale mają.

– Wydrukuj sobie jakąś tabelkę i po badaniu podstaw pielęgniarce do wypełnienia. One mają swoje imienne pieczątki, więc użyj swojego uroku osobistego i poproś by każde badanie przybiły na kartce. Będzie piękny dokument z imponującą ilością zer, pieczątek i podpisów do pokazania w sądzie, jak znowu wyjadą ci z popijaniem cichaczem.

Panie na lokalnym oddziale zdrowia psychicznego przyjmowały mnie z uśmiechem i nie robiły żadnych problemów z wypełnianiem tabelki, ochoczo waląc pieczątkami rano i wieczorem. Ponoć cieszą się z takiego pacjenta-ewenementu. Całe zawodowe życie musiały wciskać tubkę do dmuchania niechętnym delikwentom niemal na siłę, a tu się trafia taki, co sam przychodzi i z bananem na twarzy się o alkomat prosi. Miła odmiana. Dla pacjentów też. Jakiś zapaleniec wpada z miasta sam jak w zegarku. Odrobina rozrywki w nudnym szpitalnym życiu pod kluczem.

– Bierzcie z niego przykład! Widzicie jak można? – wytykały piguły pensjonariuszom wprawiając mnie w odrobinę zażenowania, ale skłamałbym, jeśli bym powiedział, że przyjmowałem to bez zadowolenia.

Od prawie trzech tygodni codziennie wstaję o pół godziny wcześniej, by zdążyć przed pracą odwiedzić pielęgniarki i ich pacjentów na oddziale i dmuchnąć. To samo wieczorem przed snem. Nie da się wydmuchać 0,00 o szóstej rano po dwóch piwach łykniętych po 22:00. Z resztą, nawet jeśli, pokażcie mi alkoholika który zatrzymałby się po dwóch piwach. Może za pierwszym razem tak. Może i za drugim i trzecim też. Może. Ale raczej prędzej niż później, równocześnie z pierwszym łykiem niemożliwe byłoby dojechanie do ostatniego. Picie trwałoby bez końca. Tak już z tą chorobą jest. Jeden kieliszek to za dużo, a potem to i wiadra mało.

W ostatni poniedziałek, ten mój ulubiony dzień tygodnia, kiedy jestem na nogach od absolutnie nieprzyzwoitej piątej rano, tuż przed dmuchnięciem w te cudo techniki zakończone rurką, włosy stanęły mi na karku dęba.

Przez cały dzień jadłem niezbyt wiele. Ciągle na chybcika, a to bułka, a to baton, a to jakiś kabanos. Jedynie z synkiem porządny talerz zupy, no ale to zupa, przeze mnie przelatuje i zaraz znowu jestem głodny.

Tuż przed wieczornym testem miałem ze trzy momenty żeby w końcu usiąść i coś zjeść. Padło na galaretę, oczywiście z octem, oczywiście z jabłkowym, a nie winnym, że o spirytusowym nie wspomnę. Właściwie, to padło na galaretę, którą pochłonąłem łapczywie i dopiero potem przypomniałem sobie, że pora śmigać na psychiatryk dmuchnąć. Już w drodze zaczęło do mnie docierać co jadłem i co to może zrobić z alkomatem. Czy aby ocet jabłkowy nie ma żadnych procentów? No bo jednak ten spirytusowy to może nawet i 10%! Struchlałem z palcem na dzwonku do izby przyjęć. A co jak mi wykaże?

– Pani kierowniczko, bo ja dzisiaj tak z duszą na ramieniu ten test…

– Pił pan?

– Nieeeee. No skąd? Ale jadłem galaretę w occie i mam stracha że coś pokaże – i zacząłem słowotok, że przez cały dzień mało jadłem i że wieczorem ten cholerny ocet i że…

– Wie pan, że tłumaczy się pan ni mniej, ni więcej, klasycznie jak po zapiciu?

– Eeeeee… Tak?

– Tak. Cała gama wytłumaczeń, a jeszcze nawet pan nie dmuchnął.

– No nie.

– A wie pan, że ocet nie pokaże promili przy teście bo nie zawiera alkoholu? Jest produktem na bazie alkoholu. Procenty na etykietkach to stężenie kwasu, a nie procent alkoholu. Proszę się uważnie przyjrzeć etykietce następnym razem. No, dmuchamy. 0,00. Dobranoc.

LIX” Biforek/Ruchawka/Afterek

 Nie chce mi się o tym pisać. Wczoraj też mi się nie chciało, ale miałem nadzieję, że do dzisiaj mi przejdzie. Nie przeszło. Ile można zmuszać się do studzenia emocji, do racjonalizowania sobie rzeczy, które wydają się być z gruntu absurdalnymi? Ile można powtarzać sobie, że ma się dosyć?

 Okazuje się, że można. Tylko czy trzeba? A jeśli nie trzeba, to co w zamian?

 Cała rozprawa trwała piętnaście minut. Standardowa odpytka, czy strony coś zmieniają w sprawie oświadczeń z poprzedniego sezonu.

 – Nie.

 – Nie.

 Kiedy sędzia zaczęła wertować akta sprawy w duchu ucieszyłem się, że nareszcie coś się ruszy. Zacznie w końcu wypytywać nas o jakieś argumenty, szczegóły, powody, o cokolwiek, żeby stwierdzić jak sprawy się mają w stosunku do tego co już sobie wymyśliła i podjąć jakąś wiążącą decyzję.

 – W jaki sposób zapadł wyrok odnośnie alimentów jakie pan płacił do tej pory?

 – W trakcie sprawy rozwodowej Wysoki Sądzie. Na zasadzie umowy między nami. Ona zaproponowała, a ja się zgodziłem. Zostało to wpisane do orzeczenia o rozwodzie i do czasu kiedy nie zdecydowałem się wrócić do kraju i podjąć leczenia, miesiąc w miesiąc przez siedem lat, a w zasadzie więcej, bo przelewałem pieniądze dla dzieci od kiedy Paranoja Żółć się wyprowadziła zabierając je ode mnie. Nie czekałem na żadne sprawy o alimenty, czy rozwód.

 Sędzia spojrzała pytająco na moją ex, ta nie zaprzeczyła.

 – Czy któreś z państwa jest w stanie podać mi numer tej sprawy?

 Co?! Po co to? Do czego to niby tu ma być potrzebne? Podobne pytania malowały się na twarzy mojej byłej żony.

 – Nie? Ja muszę zobaczyć to orzeczenie. Sąd odracza sprawę o kolejne dwa miesiące w celu zapoznania się z aktami sprawy rozwodowej, na której została ustalona wysokość alimentów.

 Kolejne dwa miesiące czekania. Kolejne dwa miesiące zarobku komornika, mojego nie wiadomo czego i wkurwiania się. I strachu. Za tydzień komornik oficjalnie ogłosi treść wyceny mojego mieszkania. Następnym krokiem, ostatnim, jest licytacja. Straciłem kolejne dwa miesiące. Mnóstwo nie tylko czasu.

 Nie rozumiem. Po prostu nie rozumiem.

LIX’ Biforek/Ruchawka/Afterek

LIX’
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


– Wooohooo! Łap! – ledwo się zorientowałem, gdy pojawiając się w progu szef biura zaatakował mnie cukierkiem.

– ??? – z głupawym uśmiechem stałem w drzwiach i nie wiedziałem co powiedzieć.

– No ty zawsze częstowałeś cuksem, to na powrót do pracy ja częstuję ciebie.

– Dzięki… – rzuciłem skórę na wieszak i podreptałem przywitać się z resztą towarzystwa.

– Dobrze, że jesteś. Naprawili?

– No wszystko wskazuje na to, że tak. Dzięki.

Zająłem miejsce za swoim biurkiem i powoli zagłębiałem się w papiery jakie uzbierały się przez miesiąc mojej nieobecności. Niezła kupka makulatury do przerobienia. Wykonałem też kilka telefonów do chłopaków w terenie zameldować swój powrót.

– Jesteś na dropsach? Dasz trochę? Podzielisz się prawda? Nie tylko tobie ma być fajnie w zespole. – słyszałem ich uśmiech przez słuchawkę. – Nareszcie wróciłeś, ogarnij ten burdel. Do roboty.

– Najpierw sami się ruszcie, koniec wakacji. Zarządca rejonu wrócił i nie słyszy żebyście mieli już odpaloną furę. – oczywiście wyśmiali mnie jak należy.

Parę osób zjawiających się w biurze później wpadało na chwilę klepnąć w plecy i uścisnąć dłoń.

Wróciłem do pracy, i jak na poniedziałek, w dodatku po czterotygodniowej przerwie, dobrze się z tym czułem. Nawet bardzo dobrze.

Po pracy odebrałem Szopena od Złośnicy i spędziłem z nim resztę dnia wciąż i wciąż i wciąż układając zwierzyniec i plac budowy z puzzli. Lekcja cierpliwości. Zazdroszczę mu.

Kiedy go odwiozłem musiałem zająć się sprawami jakich nie zdążyłem pokończyć w weekend. Ostatnie pismo procesowe do sprawdzenia i kilka innych do przejrzenia kolejny z ostatnich razów. Wszystko wygląda tak jak miało wyglądać, brzmi jak miało brzmieć… a i tak na myśl o jutrzejszej rozprawie jakoś ciśnie w dołku.

Nie dać się zwariować.

Wziąć prysznic.

Zasnąć, spać i się wyspać.

LIX Biforek/Ruchawka/Afterek

 Dzisiaj spać wcześniej. Dzisiaj spać dużo wcześniej.

 Grupowe zajęcia terapeutyczne na jakie chodziłem ostatni miesiąc zaczynały się o dziewiątej rano, w dodatku naprawdę za rogiem. Moje pierwotne postanowienie wstawanie zgodnie z wcześniejszą rutyną dnia sczezło na niczym. Spróbujcie wstawać ze słonkiem, gdy nie chce wam się wstać w ogóle, a słońce jako takie, jest tylko mglistym wspomnieniem dawnego kiedyś.

 Nawet potem, gdy już poczułem się nieco lepiej, stwierdziłem, że zdążę się nawrócić na kierat wstawania do pracy o należytej godzinie i pozwalałem sobie na odrobinę luksusu wstawania w okolicach ósmej. No i mam klops. Ale mam też mocne postanowienie nieignorowania budzika i pojawienie się w robocie na czas.

 Jutro nowy dzień pierwszy. Zobaczymy co mi przyniesie, oprócz worków pod oczami i zwiększonego przerobu kofeiny. Ciekawe jak zareagują w robocie na mój powrót po miesiącu. Mam nadzieję, że w ogóle nie zareagują… czyli jednak jakiegoś stresa mam.

 Jutro również pierwszy raz odbiorę mojego najmłodszego od jego mamy idąc po niego po pracy. Bedni moi rodzice. Odebrano im możliwość posiedzenia przez chwilę ze swoim wnukiem bez zbędnych rozpraszaczy, którym na pewno stawałem się gdy dołączałem do nich. Zabierali go ze żłobka, a potem przedszkola i mieli go tylko dla siebie, ale sąd odwoławczy wiedział lepiej, jak zorganizować nam wszystkim czas.

 Cały weekend poświęciłem na domykanie spraw przed wtorkiem. Przejrzenie szpargałów, pozbieranie papierów i zebranie notatek w jakiś przejrzy porządek. We wtorek rozprawa. Czyli ledwo idę do pracy a już znowu mnie nie będzie. Poślizg w majestacie prawa. Na pewno nie pomoże mi to w rozmowie z szefem o podwyżce. W zasadzie odepchnie tę rozmowę na jakiś czas. Sam nie będę próbował. Może przed Gwiazdką? No chyba, że sam mnie wywoła do tablicy. Czyli znowu decyzja poza mną i czekanie.

 Ex też się przygotowuje do rozprawy. Od jakiegoś czasu wysyła mi smsy z treściami, która nie wnosi nic nowego do naszego dyskursu. Powtarza w nich klepane od niemal roku tezy i oskarżenia, tak, by Sędzia mogła to przeczytać i wysnuć swoje wnioski. I straszno i śmiszno, liczę na przenikliwość Wysokiego Sądu nieco większą niż przeciętnego Kowalskiego, choć w zasadzie i ta niby powinna wystarczyć, aby przeczytać te dość grube ściegi fastrygowane między wierszami. I tak się trochę boję.

 Jaki będzie wynik? Jeszcze nie wiem, ale rozstrzygnięcie już wkrótce. Jeszcze zdążę zaparzyć earl greya z Krainy Deszczowców i wygodnie umościć się w fotelu przed pierwszym gwizdkiem. Oby naszym Orłom dzisiaj dopisało szczęście. Popatrzę na nich w telewizorze.

 A potem spać.

/c.d.n./

LVIII Żeby plusy nie przysłoniły minusów

 Bzdury opowiadają ci, którzy twierdzą, że przeciwieństwa się przyciągają, i ci którzy szukając swojej drugiej połówki, tej w miłości, nie w monopolowym, powinni zdać się na pulę osób różniących się od nich samych, tak aby w parze się uzupełniali.

 W życiu wygląda to jakby trochę inaczej. To nie fizyka, gdzie trwale może się połączyć tylko + i -. Pieniądz robi pieniądz. Agresja rodzi agresję. Tak samo zły nastrój, powoduje skomasowany najazd czarnych myśli. Wszystko wydaję się takie beznadziejne, i jakiekolwiek prognozowanie i próby projektowania przyszłości, zmierzają najczęściej w jedynym tylko słusznym kierunku. Ku przepaści. Tak właśnie w człowieku kiełkuje, rośnie, a potem zakorzenia się na dobre depresja.

 Jeśli tylko zły nastrój nie wynika ze wstawania lewą nogą, przypadkowego spięcia z jakimś dupkiem w kolejce po bułki, czy nieco przedłużającym się deszczem, lub inną niezbyt przyjemną,  tak po prostu, aurą pogodową, tylko rzeczywistymi niepowodzeniami, bezsilnością, bezradnością, i wszystkim innym co można wrzucić do pudła z naklejką „życie to ździra”, raczej ciężko jest na dłuższą metę układać jakiś plan naprawczy. Trudno sumiennie go wykonywać, i mimo niepowodzeń trzymać się go raczej ściślej lub luźniej. Modyfikować go, zaczynać znów od początku, poprawiać, zaczynać jeszcze raz, odsapnąć i znów spróbować ruszyć z takim samym zacięciem i werwą jak na początku.

 Niektórym udaje się pociągnąć tę szamotaninę dłużej, innym krócej, jeszcze inni wychodzą z tego pokancerowani ale z tarczą, inni na tarczy, niestety. Ile ludzi, ile przypadków, tyle różnych finiszów.

  – Mick, musisz podejść do sprawy racjonalnie. Nie masz łatwo, ale to wiesz. Przykleja się przez to do ciebie ogrom fatalnych emocji i nie nadążasz z ich spalaniem, więc najlepiej dla ciebie będzie poukładać je sobie po kolei. Zobaczyć skąd się wzięły. Obejrzeć z każdej strony, ponazywać. Zacząć rozdzielać je na te, z którymi jesteś w stanie powalczyć, i na te z jakimi nie masz szans.

Musisz oswoić te wszystkie potwory. Musisz sam oswoić się z nimi.

 – A to co ja robiłem i robię przez ostatni rok? – już napina mi się żyłka na czole. – Czym się do tej pory zajmowałem, jak nie właśnie tymi demonami?

 – Tak, i to z całkiem wymiernym skutkiem. Jesteś już kawał czasu trzeźwy i przeszedłeś ogromny kawał drogi…

 – I czuję, ze stoję w miejscu. Jaki to więc kawał drogi?

 Za dużo wątpliwości zasiało mi się w głowie ostatnimi czasy. Czy aby na pewno trzeźwieję? Czy przypadkiem nie jestem jedynie abstynentem? Co zmieniłem w sobie, co dookoła siebie? Zmieniłem? Zaczynam myśleć, zaczynam zastanawiać się czy poprzedni układ nie był lepszy.

 Miałem dobrą pracę, płaciłem na dzieciaki na czas. Odwiedzałem je tak często jak tylko mogłem. I piłem. Zapijałem każdą niewygodę i godziłem się z tym zapijaniem. Przyjmowałem te warunki jakie sobie sam tworzyłem. Cały żal topiłem w butelce. Tak, jak ja tego chciałem.

 Dzisiaj muszę stawiać czoła warunkom jakie wymyśla dla mnie ktoś inny. Nie dlatego, ze piłem, tylko dlatego, że się do tego przyznałem. Przecież mój alkoholizm zamykałem w czterech ścianach mieszkania w Molochu. Chodziłem do pracy, spotykałem się z ludźmi, latałem do dzieci. Dla matek moich dzieci nie było sprawy, wszystko grało. Dzisiaj, kiedy od dawna nie otwieram butelki, regularnie chodzę na mitingi i terapie, nie gra nic. Śrubują mi oczekiwania i standardy tak, że nie wiem czy ktokolwiek by im podołał. I nie mogę swoich złości i żalów utopić w wódzie. Muszę je przeżuć i przełknąć. Nie ma innej opcji. I tak, jak jeszcze niedawno byłem na to przygotowany i cierpliwie łykałem porcję za porcją, tak od jakiegoś czasu odbija mi się to czkawką. Jak długo jeszcze?!

 – Nie wiem Mick, ale rzeczywiście Ci się przejadło. Wcale, a wcale nie dziwię ci się, że masz dość i zaczynasz wątpić. Ale wiesz co? Przyszedłeś tutaj do mnie po pomoc, powiedziałeś wprost, że nie jesteś w stanie już sobie z tym poradzić, i mimo kołatania się po głowie myśli najczarniejszych i ostatecznych, jesteś tutaj i słuchasz. Nie uciekasz. Nigdzie nie uciekasz. To jest trzeźwość.

 Trochę komicznie się z tym czuję. Wygrać w wyścigu pierwszą nagrodę pocieszenia. Wow! Cisną się w głowę wszystkie truizmy świata. Porażka, to sukces odłożony w czasie. Litości!

 – Jaka porażka? O czym ty mówisz Mick? Przecież nic się nie skończyło, wszystko co rozpocząłeś się ciągle toczy.

 – Toczy się?

 – A zapadł jakiś wyrok? Jakikolwiek?

 – No nie.

 – Pracuj i czekaj. Odpoczywaj, pracuj i czekaj.

 Co pozostaje? Kawa, bułka z dynią, papieros, ten mój ulubiony, marki na którą od dawna mnie nie stać. I kot na kolanach. I odpoczynek.

 Paradoksalnie odstawienie się na miesiąc na boczny tor spowodowało, że całkiem sporo nadgoniłem. Siłą prawa przyciągania, o którym wspomniałem wyżej, od czasu kiedy trafiłem na intensywniejszą terapię mojej nieco bardziej niż zwykle zakłopotanej głowy, zaczynam wychylać głowę z czarnej dupy w jaką wpadłem. Odpoczynek i spokój narzucony mi przez terapeutów rozlały ten spokój na wszystko dookoła mnie. Naprawdę. Nawet list z Sądu Okręgowego Odwoławczego, który absurdalnie pozmieniał mi zabezpieczone godziny widzeń z moim najmłodszym, z Szopenem, nie wytrącił mnie z równowagi. Oczywiście, że się wściekłem, ale zaraz potem stwierdziłem, że załatwię to na najbliższej rozprawie tu na miejscu, gdzie tak naprawdę dzieje się wszystko co najważniejsze. Gdzie mam realne szanse aby wpłynąć na postanowienia i wyroki.

 I znów. Prawem serii, prawem przyciągania podobieństw. Kiedy wykluła mi się ta myśl w głowie, kiedy ułożył mi się zarys pomysłu co mam zrobić, a co odpuścić, by uprawdopodobnić szanse na jego powodzenie, zaraz za nim przyszedł następny. Jest plan A, jest plan B. Może pojawi się plan C, jeśli okaże się potrzebny. Tymczasem sprawa na półkę. Czekam. Biorę, a tak naprawdę sama się bierze na warsztat sprawa kolejna. Pomysł. Jeszcze jeden. Jeszcze jeden. Kolejna sprawa. Kolejna. Przychodzi Wujek i przynosi mi pomysł. Następne podpowiadają mi Mumin i Buka. Za chwilę Margolcia szczerzy swoje zęby w uśmiechu, bo ma jeszcze jeden.

 Okazuje się, że z wysokości poniżej poziomu morza, trochę ciężko było mi dostrzec, że jakieś pomysły są. Sporo się zużyło, a jeszcze więcej było nie do użycia? Bywa. Niestety. Ale zawsze są następne. Również, a w zasadzie przede wszystkim, te podrzucane przez przyjaciół.

 – I co teraz?

 – No, nie wiem… Zacznę od powrotu do pracy, a potem się zobaczy.

LVII Folwark

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


– Jak ja nie lubię mieć racji… – brzmi banalnie, jak kwestia z taniego filmu sensacyjnego, którego bohater to najprawdopodobniej policjant, obowiązkowo po rozwodzie i w głębokich tarapatach. No i oczywiście podupadający i nadużywający ostatnio alkoholu, z którą to słabością bohatersko walczy. – wiedziałem, że tak będzie!

Tanie, co? Jak natchnione memy ze złotymi myślami, przypisywanymi Paulo Coehlo, które codziennie na Facebooku kłują w oczy i w mózg. A jednak prawdziwe. Wykrakane ostatni raz wczoraj, przy tapetowaniu pokoju Wujka, a właściwie w pokoju jego syna.

Wielce niechętnie udałem się tam wczoraj popołudniu, by pomóc im dokończyć drobny remont, czym już od dosyć dawna się nie zajmowałem. Sporo wody w rzece płynącej przez Molocha upłynęło, od kiedy ostatni raz kleiłem papier na ścianie. Jednak nie dlatego niechętnie. Niechętnie, bo moja niechęć dotykała wszystkiego co mnie otaczało.

Wczoraj, po kolejnej rozprawie o widzenia z moimi dziećmi, miałem ochotę tuż po wyjściu z sali sądowej usiąść na byle czym i byle gdzie, zasnąć, i poczekać z pobudką, aż będzie po wszystkim, ale tak absolutnie po wszystkim.

Kolejne odroczenie. Kolejne przesunięcie w czasie, oczekiwanie, w dodatku na dobrą sprawę nie wiadomo na co. Bo już w tej chwili mogę być pewny tylko tego, że nie mogę być pewny niczego. Na samej sprawie znowu z ust Paranoi usłyszałem o tym, jak okropnie niebezpieczny jestem dla JEJ dzieci, jak bardzo agresywny jestem i jak ona strasznie się boi. Jak bardzo się stara, abym w końcu mógł spędzić czas z dziećmi, i jak bardzo jej starania i dobre chęci są przeze mnie odtrącane, krytykowane i niedoceniane. Aż się boję, że niedługo okaże się, że to ona napisała mój pozew przeciw sobie o widzenia z malcami, bo ja nie wykazywałem zainteresowania.

Dostała odroczenie, jak chciała, bo wpadła na pomysł, że pokaże smsy świadczące o tym, że w rzeczy samej, mam jej propozycje gdzieś. I jeszcze jej obecny partner też mógłby być przesłuchany, i będzie, bo przesłuchanie, jakie odbyło się kilka tygodni wcześniej w tej samej kwestii, chyba straciło ważność.

Przypominam sobie rozprawę z jej powództwa, kiedy ona oskarżyła mnie o niewywiązywanie się z uzgodnionych sądownie widzeń. Na nieco więcej niż miesiąc przed wakacjami letnimi poprosiła mnie o przesunięcie terminu jaki był zawarty w ugodzie, bo ma jakieś swoje plany wakacyjne. Jeszcze nie miałem zabukowanego lotu, więc zgodziłem się w zasadzie od ręki. Wszystkie szczegóły wymieniliśmy w mejlach i załatwione. Od razu zabukowałem lot i zapomniałem o sprawie.

Kolejne dwa tygodnie później prosi mnie o przesunięcie o jeszcze jeden tydzień, bo znów coś jej wypada i by było fajnie gdybym mógł. Sprawdziłem jak sprawa się ma ze zmianą rezerwacji, czy względnie z wykupieniem nowego lotu. Najtańsza opcja to nieco ponad 220 funtów. Mówię, że zgodzę się pod warunkiem, że będzie partycypować w kosztach, bo to jednak trochę dużo, dokładając do tego pieniądze już wydane na bilet.

– Nie mam mowy, to ty zarabiasz w funtach a nie ja.

– No właśnie, zarabiam, nie zbieram forsy z ulicy ile mi się podoba. Mam jedną wypłatę. Nie stać mnie na takie wydatki, kiedy bilet w samym środku sezonu wakacyjnego kosztuje tyle, ile kosztuje. Musze coś mieć na same wakacje z dziećmi, a alimenty, niemałe, zawsze też dostajesz na czas. Przykro mi. Jeśli nie dołożysz się do zmiany terminu, to raczej nic z tego nie wyjdzie.

– Nie? Lepiej to przemyśl. Uznałem, że nie mam za bardzo nad czym myśleć i temat zakończyłem.

Po jakichś trzech miesiącach, już dawno po wakacjach, przyszła laurka z pozdrowieniami z sądu.

W pierwotnym terminie wakacji zawierał się dodatkowy termin. Urodziny Cześka. Co drugi rok letnie wakacje zaczynały się w weekend poprzedzający jego urodziny i potem właściwy tydzień wakacji, co drugi rok ten tydzień następował w weekend po Cześka urodzinach. W tym fatalnym, wspominanym roku wypadał przed, a przez to, że poprosiła by nasz wakacyjny tydzień odbył się z przesunięciem, zrobiły się w jej mniemaniu dwoma osobnymi punktami w kalendarzu i powinienem pojawić się na urodzinowy weekend i potem w następnym tygodniu na wakacje.

Wykoncypowała sobie, że oskarży mnie o niestawienie się na urodziny dziecka. I oczywiście opisała jaka to trauma i zawód dla syna, że cały dzień siedział i czekał i się nie doczekał przyjazdu ojca.

Nie wspomniała w sądzie, że przyjęcie urodzinowe odbyło się na sto fajerek ale z tygodniowym poślizgiem, tak jak prosiła, a młody skakał radośnie wokół tortu ze świeczkami wraz z całą bandą kuzynostwa i kolegów z podwórka. Moje wyjaśnienia nie zrobiły w sądzie najmniejszego wrażenia, tak samo emaile z jej prośbą o zmianę moich wakacji z dziećmi, które przedstawiłem. Dostałem w sądzie po uszach, mimo że czarno na białym miałem napisane, kto był prowodyrem zmian i dlaczego.

Tym razem, jakoś nie ma w sprawie żadnych kwitów, wszystko co opowiada od długich miesięcy obalam, a sprawa ciągnie się jak lasagnea. Tamta, zajęła bagatela, około 25 minut.

Zaznaczę tylko, że nikt na tamtej sprawie ni słowem nie wspomniał o moim alkoholizmie, bo przyznałem się do tego wszem i wobec, dopiero w wakacje rok temu, a tak doskonale się z wszystkim chowałem, jak każdy alkoholik potrafi, że nawet nie wpadła na cień idei, by tym móc mnie w sądzie tym załatwić. Wystarczyło jej równouprawnienie.

Nie mam siły. Nie mam kurwa siły!

Całe szczęście znalazłem tej siły na tyle dużo, by nie odmówić, i nie wykręcać się sianem przed tapetowaniem pokoju u Wujka w mieszkaniu. I dobrze. Myśli skoncentrowały się na czymś zgoła innym, banalnym, wręcz przyjemnym w porównaniu z tym, co przeżyłem przed południem. No i jeszcze ta mina jego syna zadowolonego z dzieła dwóch staruszków. Jak to mówią spece od reklamy toksycznych kredytów – bezcenna.

Gniotą mnie te sprawy. Starałem się jak mogłem, naprawdę, a i tak nie mogę być do końca pewny jaki efekt to ma przynieść. Oby taki jak należy. Trzymam kciuki by tapeta trzymała dobrze i przez długie lata.

LVI Wszyscy jesteśmy Chrystusami

W związku z tym, że wciąż jesteś chory i zachowujesz się jak wariat, nie pozwolę byś spotykał się z dziećmi pod moją nieobecność. – Zagotowałem się jak tylko przeczytałem wiadomość od Paranoi. 

Oczywiście w pierwszych dwunastu odruchach chciałem zredagować wiadomość zwrotną. Każdą jedną wbijającą jej szpilę i mieszającą z błotem, wykpiwającą, i bezwzględnie pokazującą jej, że może sobie ciągnąć tę poronioną narrację w najlepsze, bo to sobie sra w cholewki. Potem, gdy już nieco ochłonąłem, wpadłem na kilka pomysłów, jak grzecznie zwrócić jej uwagę, że prawi od rzeczy, że znowu robiąc na złość mi uderza w dzieci, że to bez sensu, że proszę by się w końcu opanowała i dała spokój z tą beznadziejną przepychanką, bo najzwyczajniej w świecie zbyt drogo to kosztuje. Nie tylko ją i mnie.

  Ostatecznie usiadłem, nieco bardziej niż lekko przybity, i czekałem aż kompletnie zejdą ze mnie emocje. Nie odpisałem nic. Odpuściłem. Przecież to i tak nic by nie dało. No, może oprócz mojego kolejnego wkładu w dalsze eskalowanie tego absurdu. 

  Skoro już jestem stałym bywalcem sal sądowych, niech tam to się dzieje, i niech tam wybrzmiewa. Niech jak najmniej wycieka poza tamte mury. I tak wystarcza bym miał aż nadto przeciążoną głowę.

  Ciekawe, czy to jej ignorancja, czy zwykłe wyrachowanie. Robić wszystko, żeby mi nie polepszyć, dowalić i zdołować, a potem zasłaniać się moim stanem, by prewencyjnie nie dopuścić mnie do malców. Perpetuum mobile. Genialne! 

Tak swoją drogą, zastanawia mnie jakim cudem do niej dotarło, że moja psycholog wyprawiła mnie na wolne i zintensyfikowała terapię, by dać odpór depresji, która przypałętała się niezbyt przecież chciana. Małomiasteczkowe plotki, uwielbiam. Bursa miał lepiej, mógł mieć w dupie małe miasteczka, ja nie mogę.

  Przez ostatni tydzień chodziłem na terapię grupową i jeszcze przez kolejny mam tam uczęszczać. Nie wiem w zasadzie po co. Chyba tylko po to, aby odpoczywając od beznadziejnej roboty nie zalec w łóżku z wzrokiem utkwionym w płaszczyznę sufitu na cały dzień. Dostałem powód by się ruszyć z rana do kubka z kawą, a potem dalej. 

  Poznałem tam kilku nowych adeptów trzeźwienia. Siedzę między nimi i słucham rozpędzonego terapeuty wykładającego reguły pierwszych kroków na nowej drodze życia. Niby trochę wieje nudą, ale tak naprawdę, to co podsłuchuję utwierdza mnie, że wszystko co ze sobą robiłem i robię po wyjściu ze swojej terapii, jest zgodne ze sztuką i nie odchylam się za bardzo poza kanon przykazań dla alkoholików na pierwszej prostej. 

  I co z tego? Nic. Całe te zajęcia działają uspokajająco jak okład na rozbolałą głowę, ale raczej szybciej, niż później, po powrocie do domu powoli wszystko wraca do nie do końca radosnej normy ostatnich kilku tygodni. 

No dobra, trochę przesadzam. Powoli się podnoszę, w końcu to jednak regularne spotykanie się ze swoimi. Z ludźmi którzy czują to co ja, tak jak ja, i przez pryzmat choroby takiej jak moja. 

  Zagiąłem na siebie parol i wydałem rozkaz – podchodzisz do wszystkiego zadaniowo, aż do skutku, panie Miauczyński! – jak ochrzcił mnie Wujek, również trzeźwiejący kumpel, z którym ostatnimi czasy bardzo mi po drodze.

  Łatwo powiedzieć.

  Wstawanie bez przymusu pojawienia się w pracy na konkretną godzinę nie pomagało mi zwlec się z wyra na budzik. Musiałem włożyć w to odrobinę wysiłku, by nie pozwalać sobie na kolejne i kolejne „jeszcze pięć minut”. W nagrodę kawa i rozdział książki.

  Szybki rachunek sumienia i do roboty. Pranie. Kawa. Odkurzanie. Rozdział. Papieros. Przebieżka na terapię. Kawa. Rozdział. Papieros. Zmywanie. Rozdział. Wieszanie prania, drugie pranie. Kawa… 

  Lista sprawunków powoli wzbogacała się o kolejne haczyki. Zrobione, zrobione, zrobione. Nie powiem, z powrotem te wszystkie drobne sprawy zaczęły sprawiać mi mikroskopijną satysfakcję. Ziarnko do ziarnka i kolejnego wieczoru łykając pigułkę od doktora mogłem sobie powiedzieć, że dzisiaj było OK bardziej niż wczoraj. Kolejnego ranka wstawanie zajęło mi o jedno „jeszcze pięć minut” mniej. Kawa… 

  Spędziłem kolejne chwile z Szopenem. Ten brzdąc ładuje mnie najmocniej ze wszystkiego. Dla niego chce mi się zrobić obiad, wyjść na plac zabaw, układać najwyższą wieżę z klocków, nawet jeśli do siebie nie pasują i pięćdziesiąty raz oglądać Psi Patrol. 

  Powoli wracam na tory, w których czułem się w miarę komfortowo. Nie wiem ile w tym zasługi terapeutki, ile mojej pracy, ile wpływu chemii na receptę łykanej ponownie już od kilku dni. Pewnie wszystkiego po trochę. Ciągle jeszcze, jednak, nie mam pewności, o ile kiedykolwiek będę ją miał, że powoli, bo powoli, ale ze wszystkim zdążę.

LV Top Gear

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Próbowaliście kiedyś zatrzymać się w pół kroku? Noga już uniesiona, ciężar ciała, nie znowu tak powoli, przesuwa się w stronę w jaką poniósłby go pierwszy pomysł, ale już wiecie, że nie tędy droga. Nie cofniesz ruchu, bo już w nim tkwisz i jesteś w pewnym sensie rozpędzony. Ciało jeszcze nie wie, ale głowa właśnie podjęła zmianę decyzji co do kierunku i… w ten sposób dostajesz pałę z wu-efu za sprawdzian z dwutaktu, a jedyny nauczyciel w szkole, który przez okrągły rok chodzi w dresie, z galami rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego włącznie, nabija się z ciebie, że biegasz pod koszem jak po półlitrze.

Właśnie złapałem się na takim wykroku. Niby wszystko wiem, niby dokładnie planuję swoje kolejne kroki, wciąż badając grunt pod nogami ale jednak coraz śmielej. No i masz! Falstart, spalony, żółta kartka. I zataczam się po swoim własnym boisku, żeby złapać równowagę. Za wszelką cenę. Przecież nie chcę zaryć twarzą w bruk po takim czasie intensywnego treningu.Może zbyt intensywnego?

– Nie, nie! Mick, musi być intensywnie. W trzeźwieniu nie da się przetrenować!Serio?

Ja się właśnie zastanawiam, czy przypadkiem nie zafiksowałem się za bardzo, i nie umiem już siebie postrzegać inaczej niż przez pryzmat uzależnienia.

– Głupiś! Musisz się tak postrzegać, musisz o tym pamiętać, nigdy nie możesz o tym zapominać.

Ale co to właściwie znaczy? Że wszystko co robię musi być dyktowane, albo co najmniej rozważone z perspektywy alkoholika? No kurwa? Wybór filmu na wieczór też? Kupno biletu miesięcznego? To nie o to chodzi, że jak z każdą inną chorobą, mam uważać na to co i z kim jem, a w moim przypadku piję. Że wiem, że w pewne miejsca nie idę, lub przynajmniej nie idę bez obstawy. A może jak zobaczę Nicolasa Cage’a w Zostawić Las Vegas nawalonego z flachą za kółkiem, to mam zasłonić sobie oczy, jak robiła mi i bratu ciotka, gdy mieliśmy po mało lat, a na kineskopie wyświetliła się goła baba?

– Mick, ostrożności nigdy za wiele. Po jaką cholerę się kusić?

Kusić? Co to znaczy? Mam nie wchodzić do marketu po bułki, bo zobaczę całą nawę ustawionych w równym rządku butelek z alkoholem?

– Ale po co w takie ramki się wciskasz, nie możesz tak się spinać, żyj, zrób sobie z trzeźwienia przygodę.

Przygodę?! Kurwa… To w końcu mam uważać, czy kupić sobie siodło do nosorożca?

Czuję, że od jakiegoś czasu gonię w piętkę. Nie za bardzo wiem w jaką stronę się odwrócić, a te kierunki jakie obecnie eksploruję, powoli zaczynają mi się jawić jako ślepe uliczki. Cięgle nimi podążam, ale obietnica, że dokądś mnie zaprowadzą, staje się coraz bardziej mglista.

Sprawa widzeń z najmłodszym, Szopenem, cofnęła się dzięki zabiegom mecenas wynajętej przez Złośnicę, do samego początku, bo jakimś cudem apeluje od zabezpieczeń widzeń jakie zastosował sąd na początku tego roku. Szykuje się jazda od nowa, a kto wie, czy nie z pozycji jeszcze dalszej, jeśli okaże się, że sąd apelacje uwzględni.

Sprawa o widzenia ze starszymi utkwiła w martwym punkcie i w zasadzie sam nie wiem czego mogę się spodziewać. Zaraz minie rok od pierwszego posiedzenia sądu, a ja dalej nie widuję się z Cześkiem i Małą Mi, mimo, że mam na to glejt. To wkurza najbardziej. Myślę, że rok to wystarczająco dużo czasu aby pozwolić przekonać się chyba każdemu, że pracę nad sobą wziąłem na poważnie. Okazuje się, że ten rok przepadł. Stwierdzić, że nikt nam go nie zwróci, to truizm. Jak wielką stratą się okazuje nie chcę nawet pisać, bo na samą myśl o tym chce mi się wyć.

Jest wrzesień. Według wyliczeń znajomego, który zawodowo ociera się o komorników, kuratorów i sądy, to ostatni dzwonek abym załatwił sprawę długu alimentacyjnego, bo przygotowania do licytacji komorniczej mojego domu są najprawdopodobniej na finiszu. Na pewno raczej bliżej, niż dalej. Ja natomiast finansowo dalej po prostu leżę, i nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała ulec poprawie. Przez pół roku pracy zdążyłem się zorientować, jak zatrudniony jest traktowany w firmie, w mieście, w kraju. Rynek pracownika, dobre sobie. Za miskę ryżu.

Rozważałem przez chwilę, że wyjadę za kasą, na chwilę odpuszczę wszystko inne i zajmę się moją ekonomią wyklętą, ale na wspomnienie o tym pomyśle wszyscy, od terapeutów, przez znajomych z AA rodzinę i w zasadzie mnie samego włącznie, pukają się w głowę.

– Serio na własne życzenie chcesz sobie wrzucić wsteczny bieg we wszystkich sprawach jakie są dla ciebie ważne? W dodatku, zdajesz sobie sprawę z jakim ryzykiem to się wiąże? Zostaniesz na kawał czasu naprawdę, kompletnie sam. Absolutnie sam. Jesteś pewien, że byłoby komu wrócić do dzieci i rozpocząć batalię o nie od samego początku. I wiesz, że sędzia zapyta, czy tym razem znowu chcesz rozpętać burzę wokół nich, by co? By tym razem doprowadzić do końca, czy za chwilę znowu zniknąć? A dzieci jak to zrozumieją? Zrozumieją?

Jak się nie obrócę, dupa zawsze z tyłu. W sumie już sam się sobie nie dziwię, że od jakiegoś czasu lecę na oparach. Że odechciewa mi się chcieć. Że jestem potwornie zmęczony.

– Mick, nie uciągniesz za długo zasuwając bez przerwy na najwyższym biegu. Nie traktuj tego, że na chwilę zwolnisz, czy nawet się zatrzymasz, jako porażkę. Odsapnij, zbierz siły, zregeneruj się i jak się nadarzy moment ruszysz dalej. Nie ma człowieka, który dałby radę bez odpoczynku. Ty też nie dasz.

Nie dam.

LIV Brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś.*

Trochę się zapuściłem. Nie mam jakoś natchnienia, by zmyć naczynia, odkurzyć i zmyć podłogę, wyprać. Jak już wypiorę, to nie chce mi się wstać i to pranie rozwiesić, a gdy już rozwieszę, to nie ma tego komu ściągnąć, ze o prasowaniu nawet nie wspomnę.

Góra papierów sądowych, zawiadomień, strzępków zaświadczeń i ewentualnych dowodów odkładanych na „może przyda się później”, rośnie bez ładu i składu, i jak przyjdzie co do czego, będę do wtóru siarczystych przekleństw szukał i nie znajdywał. Panikował, jeszcze więcej klął i ponownie wertował tą stertę, by być może w końcu znaleźć coś, co wiem, że na pewno tam było.

Nie chce mi się jak cholera uporządkować w szafkach z pościelą i ręcznikami, nie chce mi się zmieniać pościeli i ręczników, przecież to też pranie, którego jak już wspomniałem, nie chce mi się robić.

Nie chce mi się robić zakupów, i nie ma znaczenia, że w lodówce tylko światło. Jedyny wysiłek na jaki mnie stać, to wyjście do sklepiku za rogiem po jakąś bułkę i maziajstwo do niej, żeby się nie udusić przełykaną na sucho, ale nawet wtedy czekam z tym mikroskopijnym spacerem póki nie kończą mi się papierosy. Wtedy już trzeba ruszyć dupę.

Nie chce mi się wstać i wyjść, zadzwonić do znajomych, włączyć telewizora, przerzucić kolejnej kartki w książce. Nie chce mi się już nawet gadać z moim kotem. Nawet on, z natury chadzający swoimi ścieżkami, uważa, że przesadzam i dopomina się o choć odrobinę mojego towarzystwa ładując się bez pardonu na moje kolana i wciskając swój łeb pod moją dłoń. Chyba tylko dzięki niemu jeszcze nie zacząłem pisać pożegnalnego listu.

– Mick, musi pan odwiedzić lekarza. Koniecznie! Wracamy do farmakologii i to od zaraz. 

– Muszę? Przecież już spory kawał czasu temu odstawiłem antydepresanty, po co mi to? Przecież było ok.

– No właśnie. Co się wydarzyło? Pan mi się w oczach rozsypuje. Ja to najchętniej zostawiła pana na oddziale. Martwię się o pana. Jest pan o krok od cofnięcia się do punktu skąd pan zaczynał, jak nie dalej.

– Jakiego cofnięcia się? Przecież nawet nie myślę o wódzie, piciu i w ogóle. Podoba mi się moje trzeźwe życie.

– …

– Nie, nie podoba mi się. Moje trzeźwe życie to czekanie, czekanie i czekanie. Na wszystko. A skoro czekasz na wszystko, to czekasz na nic. Równie dobrze mógłbym być warzywem przykutym do łóżka. Tyle samo miałbym z tego życia i trzeźwości. Tak samo by się ze mną liczono. Miałbym w identycznym stopniu wykorzystany swój potencjał.

– Umawiam pana z lekarzem.

________

* Kury – Jesienna deprecha; muzyka i słowa Tymon Tymański

LIII Za chwilę dalszy ciąg programu

Słońce zaczyna leniwie muskać dachy domów, które widzę ze swojego okna, a ja w dalszym ciągu nie mogę zmusić się by się ruszyć z mojego, nazbyt dzisiaj wygodnego fotela. Nie pomaga mi w tym ból wszystkich mięśni, szczególnie nóg. Nie umiem ich ułożyć tak, abym czuł, że daję im odpocząć. Każda pozycja już po kilku sekundach powoduje, że musze ją zmienić. Lewa noga na prawą, prawa na lewą, obie swobodnie wyprostowane, obie podciągnięte. Istny taniec świętego Wita w pozycji siedzącej. Jutro dojdą do tego zakwasy. Na karku też. Już ledwo mogę ruszyć głową.

Najchętniej położyłbym się spać, ale obawiam się, że przekimam kilka godzin, może nawet do północy, a potem co? Do pracy mam dopiero na siódmą.

Nie biegałem za piłką, rowów też nie kopałem. Wręcz przeciwnie, siedziałem blisko dwie godziny niemal bez ruchu, dwa, czy może trzy razy jedynie wstając z ławki, a cały pozostały czas tkwiąc w maksymalnym napięciu, jak biegacz w blokach startowych na ułamek sekundy przed hukiem wystrzału rozpoczynającego wyścig.

Opuściłem salę sądową ponad sześć godzin temu i nieco już zdążyłem ochłonąć po tym, co się tam wydarzyło. Nie zdążyłem ochłonąć po tym, co tam nie miało miejsca i jeszcze ciągle się nie wydarza.

Kolejna odsłona rozprawy, mającej na celu oddanie kompletnej kontroli nad moimi widzeniami ze starszymi dziećmi w ręce Paranoi, czyli de facto, pozbawienie mnie tych widzeń absolutnie.

Nie rozumiem tego co się w jej głowie dzieje. Nigdy tego nie zrozumiem. Nawet nie chcę próbować. Zaprzęgać machinę urzędniczą, najwyższą z możliwych, aby pozbawić swoje dzieci rodzica? Osoby, którą dzieci kochają bezwarunkowo. To jakiś obłęd.

Nie rozumiem Sądu, który w miesiąc po ustaleniach, które sam zaproponował, przyjmuje ponownie temat na tapet, i nie przyjmuje do wiadomości, że rzekoma przyczyna niepokojów matki jest wyssana z palca i tak naprawdę kwalifikuje się do procesu o zniesławienie.

– Dlaczego więc pan nie wytoczy takiego procesu?

– Bo mnie nie stać. Nie stać mnie na adwokata który to poprowadzi jak wedle prawideł sztuki prawniczej przystało. Nie mam tyle urlopu, aby w kolejnej potyczce pojawiać się tu co trzy miesiące, przez jeden bóg wie jak długo. Nie stać mnie na takie wydatki emocjonalne, bo te drenujące mnie w drodze do moich dzieci, już mnie sporo nadwyrężają.

Za to ją stać na kolejnego już adwokata, stać na konsultacje psychologiczne i psychiatryczne dla dzieci, które nie wiadomo po co są im fundowane. Stać ją na emocjonalne targanie dziećmi jak w rollercoasterze, i stać ją na to żeby ze spokojem i uśmiechem oglądać swoją twarz w lustrze.

Z sobie tylko znanej przyczyny pani psycholog wezwana przez nią jako świadka mającego potwierdzić traumy dzieci związane z osobą ojca, nie dotarła na salę sądową. W nagrodę dostała dwieście złotych mandatu, zaś całą rozprawę po raz kolejny odroczono o następne dwa i pół miesiąca. Czyli już wiem o ile dłużej na pewno nie zobaczę się ze starszymi dziećmi.

Zanim jednak doszło do odroczenia zostali przesłuchani inni świadkowie wezwani przez Paranoję. Jej ojciec, jej partner oraz Złośnica Zazdrosna. Tak, ona też.Wszyscy jak jedno, zeznali, a jakże, że jestem agresywny i łamię swoją abstynencję.

Żadne za to nie potrafiło powiedzieć kiedy i jak. Ani kiedy byłem agresywny, bo ogólnie jestem agresywny, jedynie przy dzieciach się mityguję, a gdy tylko znikają z pola widzenia puszczają mi wszystkie wodze i folguję sobie w kontaktach z nimi. Ani kiedy ponoć piłem.

– Czy kiedykolwiek wezwana została z tytułu agresywnego zachowania Pana Jakubiak-Zoskiego policja, a jeśli była wzywana, czy się pojawiała?

– Nie. Czasem, gdy nie zgadzaliśmy się na wydanie dzieci on wzywał policję i czasem przyjeżdżali żeby zebrać zeznania.

– I oczywiście zeznawaliście, że był agresywny.

– Tak, oczywiście.

– I policja nie pouczała go, nie aresztowała, nie groziła sankcjami.

– Nie, robili notatkę i odjeżdżali.

– A pani Zazdrosna, dlaczego pani nie wniosła sprawy o pobicie, skoro, jak pani twierdzi, miała zrobioną obdukcję to potwierdzającą?

– Adwokat mi odradził.

Co do mojego rzekomego pijaństwa, to okazuje się, że jedno raz widziało z samochodu, że idę dosyć dziwnym krokiem, ojciec ex tylko słyszał od żony i córki, no i wie, że piję, a Złośnica akurat słyszała od znajomych, że widzieli. Ach, partner Paranoi w czasie jednej z niewielu rozmów jakie ze mną osobiście odbył, odniósł wrażenie, że jestem pod wpływem.

– Jeśli nie był pod wpływem, to co najmniej był mocno wczorajszy. Z dzieckiem na ręku, ze swoim najmłodszym synem.

– I nie zgłosił pan tego na policję? Nie powiadomił pan nikogo, że małoletni dwu i pół latek jest pod opieką osoby nietrzeźwej?

– Nie wiedziałem co mogę zrobić.

– Nie dał pan znać o zajściu nawet matce dziecka?

– Akurat panią Zazdrosną poznałem dzisiaj przed rozprawą.

– I to, że pozwany był sekundy wcześniej u swojej córki na zajęciach plastycznych też pana nie zbulwersowało.

– No właśnie zbulwersowało.

– I dlatego rozmawiał pan z nim o ewentualnych próbach dogadania się poza sądem co do widzeń z dziećmi, zamiast o jego stanie, i bezczelności pokazywania się w takowym swojej córce, w dodatku z dzieckiem na ręku.

– …

– I zaproponował pan, że pójdziecie na ugodę jeśli w geście dobrej woli ojciec dzieci spłaci dziesięć tysięcy ze swojego długu alimentacyjnego?

– Nie pamiętam.

I takie gadki przez prawie dwie godziny, po to, żeby usłyszeć, że ciąg dalszy nastąpi. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że im dłużej to trwa, tym dalej do końca. Bardzo frustrujące uczucie, co najmniej tak samo, jak ból do granic możliwości napiętych wcześniej mięśni.

– Musisz czekać – powiedziała mi moja przyjaciółka – wszystkiego się doczekasz, wszystko w końcu do ciebie przyjdzie.

Nie lubię tego. Czekania. Wolę działać, choćby powoli i w mozole, strać się, zdobywać, ale nie biernie czekając.

Idę na spacer, zmuszę się trochę do rozprostowania nóg, rozruszania ich, choć odrobinę. Jutro posiedzę jeszcze więcej niż dzisiaj, prawie cały dzień za biurkiem w pracy i to moim mięśniom niezbyt pomoże w dochodzeniu do siebie. Może trochę częściej wyjdę przed biuro pospacerować paląc fajkę. Dla zdrowotności.

LII Kalendarzowe lato

Dzień przytulania, dzień bez stanika, dzień przyjaciela, spóźniania się, kawosza, dzień całowania, sexu, ze o tych standardowych i powszechnie znanych dniach górnika, kobiet, mamy, taty, babci i dziadka nie wspomnę. Cokolwiek kto lubi, obojętnie jak bardzo z przymrużeniem oka miałoby to być, w kalendarzu znajdzie. 

Dzisiaj przypada dzień optymizmu – poinformowała mnie przyjaciółka wiadomością poranną, gdy spóźniony do pracy, z językiem na wierzchu próbowałem bezskutecznie dogonić już na zawsze stracone pół godziny – wszystkiego najlepszego i uśmiechu życzę.

– Ha ha – pomyślałem sobie potykając się o własne nogi – dobre, naprawdę dobre. 

Nie żebym jakoś specjalnie mocno się przejął spóźnieniem, choć oczywiście wolę na czas zjawiać się w pracy, jednak kolejną ironię losu przyjąłem od niego z uznaniem. Touche cyniczny prześmiewco, udało ci się! Znowu!

Dzień mijał w swoim, ani za szybkim, ani za wolnym tempie. Sprawy w biurze załatwiały się niemal same, kolejno odhaczając upływające minuty i godziny.

Mama młodszego sama przypomniała się smsem, że Szopen będzie gotowy o ustalonej porze do odbioru. Miło. I optymistycznie, jak wypadałoby zaznaczyć właśnie dzisiaj.

Potem wydarzenia przybrały jeszcze bardziej niespodziewany obrót. Tym bardziej niespodziewany, że był to ciąg dalszy wszystkiego niespodziewanego z minionego weekendu. Ale po kolei.

Po siedmiu miesiącach, trzech tygodniach i jednym dniu w końcu udało mi się spędzić godzinę z dziećmi. Z wszystkimi moimi dziećmi. Całą trójką i całą godzinę.

W ten weekend przypadały moje sobota i niedziela z Szopenem, obecności dwójki starszych kompletnie nic nie zapowiadało. Pod koniec tygodnia jednak, dostałem wiadomość od Małej Mi. Osobliwą wiadomość. Dwadzieścia osiem pozycji, wymienionych jedna pod drugą. Wyliczanka, od zeszytów i długopisów przez farbki i plastelinę do plecaków i trampek na w-f. Kończyło się lakoniczną stwierdzeniem, że potrzebne są dwa takie komplety, dla niej i dla Cześka. Zbyt krótko i zbyt zwięźle, jak nie moja córka, która naturalny słowotok odziedziczyła ewidentnie po mnie, a nawet mnie przeskoczyła. W końcu kobieta.

Wkurzyłem się, że Paranoja zamiast napisać wprost co jest potrzebne dzieciakom do szkoły, znowu kręci i próbuje podchodzić bokami, w dodatku wykręcając się dziećmi, ale było kiedy przywyknąć.

Zrobiłem szybki rachunek, by sobie potwierdzić, że jestem bez szans na zakup wszystkiego z obszernej listy, ale nie jest tak źle, bym nie mógł w ogóle do kwestii podejść. 

Nie mam pojęcia jaki rozmiar butów w tej chwili noszą moje starszaki, a dane z końca zeszłego roku chcąc, nie chcąc, musiały się zdezaktualizować. Ale piórnik, zeszyty, i spora reszta nie dość, że jest w permanentnym użyciu i zużyciu, to ma jeden uniwersalny i zawsze słuszny rozmiar. Więc wycieczka na zakupy.

Najpierw chciałem poprosić brata, żeby mnie podwiózł do nich z całym tym papierniczym, ale dość szybko się zmitygowałem. Jeśli ona może czegoś zażądać, to dlaczego i ja bym miał nie móc? Napisałem do córy, że spora część wyprawki czeka i żeby poprosiła z bratem ich mamę o podwózkę do mnie po odbiór.

Komunikator pokazał mi po kilku chwilach, że wiadomość jest odczytana, jednak odpowiedź nie nadchodziła. Na drugi dzień odpuściłem czekanie i sam zadzwoniłem do ex z prośbą by podała słuchawkę Małej Mi i Cześkowi. 

– Czytałaś moją wiadomość?

– Nieee… Jaką wiadomość tato?

– No odpowiedź na pyanie o listę zakupów do szkoły.

– Jakie zakupy… Nie, nie czytałam, zaraz przeczytam.

Tylko uśmiechnąłem się do siebie i pokręciłem głową z telefonem przy uchu. Umówiliśmy się na niedzielne przedpołudnie, że ich przywiezie na dłużej i wracając zabiorą fanty z wyprawki.

Przyjechali. Ex wprosiła się na siłę twierdząc, że przecież sam zapraszałem ją do siebie i za nic miała moją sugestię by wpadła po nich za jakiś czas, albo określiła się kiedy mam ich odwieźć. Wzruszyłem ramionami, co było robić? Zaproponowałem standardowo kawęczyherbatę. Nie skorzystała. I jak stanęła w progu korytarza, tak utkwiła, na dobre. Szopen zaprosił Małą Mi do pokoju, ja wziąłem ze sobą Cześka jednocześnie wskazując ex miejsce za stołem w salonie. Ta dalej w progu. Dzieci jakby nie zauważyły, że matka się na krok nie rusza, zajęły się sobą, rozsiedliśmy się w czwórkę w dziecięcym.

Mała Mi nie mogła się od Szopena odczepić. Czesiek, z początku z lekką rezerwą, po kilku minutach też się rozkręcił. Cała moja trójka razem. Wzruszenie odbierało mi rozum, musiałem sobie co chwilę przypominać, żeby przestać się na nich gapić jak wół w malowane wrota. Czesiek zaproponował grę w gobbleta, wcześniej spędzaliśmy przy tym długie godziny robiąc familijne turnieje. Nie zapomniał trików jakie mu pokazywałem. Czas płynął szybko. Za szybko.

Przyszła pora obiadu, który między rozmową i zabawą z nimi powoli pichciłem. Oczywiście, niedzielny rosół. Rozstawiłem w salonie talerze i wyekspediowałem dzieciarnię do łazienki na grupowe mycie rąk. Paranoja dalej w progu. Wcześniej zapuszczała peryskop do pokoju, potem do kuchni, teraz do salonu. Już nawet nie chciało mi się tego komentować. Zaproponowałem jej poczęstunek, ale odmówiła. Gdy malce usiadły do stołu, stanęła za nimi i zaczęła zwracać im uwagę, jak siedzą i jak jedzą. Miałem dość.

– Usiądź z nami do stołu, nie musisz stać nad nami jak żandarm.

– Coś ci nie pasuje?

– Że stoisz nad nami jak żandarm.

– Nie życzę sobie takich uwag, lepiej siedź cicho.

– Nie uważam, żebyś w moim domu miała prawo mnie uciszać.

– Dzieci, zbieramy się. 

Krew w żyłach mi się ścięła w jednym momencie. Byłem zły na siebie, że dałem się wciągnąć w bezsensowną przepychankę słowną. Przecież tylko na to czekała. Dać jej powód, byle jaki, byle dać.

– Mamo, ale mieliśmy zostać dłużej – Mała Mi zgłosiła swoje pretensje.

– Bez dyskusji.

– Mamo! – córka nie dawała za wygraną

– … piętnaście minut.

Czesiek spuścił głowę i kompletnie odebrało mu apetyt.

– Synuś, wszystko ok? Nie przejmuj się niczym. Będzie w porządku. – próbowałem do niego zagadać. Tak samo Paranoja. Oczywiście nasze zapewnienia nie zrobiły na nim wrażenia. Dwójka dorosłych idiotów strzelających już nawet nie do siebie, ale na oślep. 

– Wychodzimy – ex rzuciła komendę takim tonem, że nasze dzieci stanęły prawie na baczność. Ubrały buty i wyszły.

Pobiegłem z Szopenem za nimi, poprosiłem by chwilę poczekały, bo i pożegnać się chcemy z małym i karton z zeszytami przecież do zabrania.

Staliśmy na parkingu przy samochodzie, niemo, bez ruchu. Na moment zastygliśmy w uścisku i już chwilę później odjeżdżali.

Z tego wszystkiego kompletnie zapomniałem o koszulkach, bluzkach i książkach jakie miałem dla nich uzbierane przez ten kawał czasu gdy byli nieobecni. Co jakiś czas na zakupach wybierałem dla nich drobiazg, który powoli wypełniał ich szuflady w dziecięcym pokoju.

Super moment zakończony jednym cięciem szalonego chirurga, bez znieczulenia. 

Resztę dnia Szopen co i rusz wspominał „MiMi” i „Siesia”. Chociaż jemu zbyt szybkie i niespodziewane rozstanie nie popsuło radości z tego spotkania. Muszę nauczyć się być jak on. 

Dzisiaj, w ten dzień międzynarodowo naznaczony optymizmem, ni z gruszki, ni z pietruszki dostałem smsa od faceta mojej byłej żony. Natychmiast zapaliły mi się w głowie wszystkie czerwone lampki. 

Jedziemy z Cześkiem na ryby, startujemy popołudniem, jest pomysł abyś się przyłączył, co ty na to? – przetarłem oczy ze zdumienia i przeczytałem wiadomość jeszcze raz. Potem znów. Gdzie jest, nomen omen, haczyk?

– Hola, hola, chłopie! Przecież nie musi być. Musi? 

– Musi, zawsze był. 

– A może jednak tym razem nie ma? 

– Jest. Jeszcze o tym nie wiesz, ale jest. 

– Podejdź optymistycznie, dzisiaj, to przecież ten dzień.

– Optymizm jest zawsze wynikiem niedostatecznych informacji.*

Tak bijąc się z myślami umówiłem się z nimi na popołudnie, summa summarum, kompletnie gdzie indziej i w innych okolicznościach, ale jednak. Umówiłem się.

Każda komórka mojego ciała krzyczała na zmianę z radości i na trwogę, że to jest fortel. Że nigdy nic od niej nie dostałem za darmo. Że w weekend też nie zjawiłaby się z dzieciakami, gdyby nie perspektywa zaoszczędzenia paru stówek na szkolnej wyprawce. I tak z resztą, lekką ręką zniszczyła całą radość z tego spotkania.

Właśnie! Może dzieciaki jej zrobiły w domu o to awanturę i teraz chce to im zrekompensować wyręczając się swoim facetem. A może… a może chce przekonać sąd, że spotkania pod jej, czy ich, kuratelą wcale nie są takim złym pomysłem, jak sądowi się wydaje? Przecież kolejna rozprawa już w przyszłym tygodniu. Nie ma argumentów, więc zbiera sobie asy gdzie tylko może, by rzucić je przed sędzią na ławę.

Nie wiem, i już nawet nie chcę zgadywać. Mam to gdzieś. Ważne, że znowu zobaczę się z dzieciakami. I znowu będzie też najmłodszy, czyli komplet. Trafiam kolejnego małego jackpota. Passo trwaj!

____________

*Jacques Tati (Jakow Tatiszczew) – francuski aktor, reżyser i scenarzysta rosyjskiego pochodzenia