LX Gwiazda z psychiatryka

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– Musicie nie tylko pozbyć się starych nawyków i rutyn, musicie wyrobić w sobie nowe. – mówiła do nas Migotka – Nie możecie sobie pozwolić na to, by po opuszczeniu ośrodka żyć, robić ze sobą i swoim czasem tak, jak przed terapią, i tylko nie pić. To najprostsza droga do zapicia. Dlatego, podkreślam, musicie wpoić sobie nową rutynę dnia, tygodnia, miesiąca. Unikać rytuałów, jakie wyrobiły się w was w trakcie picia. Mało tego, musicie uważniej się przyglądać rzeczom i sprawom dookoła was. Dlatego należy pozbyć się z domu naczyń służących do spożywania alkoholu. Kieliszki, lampki, kufle, wszystko to najbezpieczniej jest po prostu wywalić z szafek i z mieszkania. Koszulki z reklamą piwa też nie powinniście już ubierać. Te wszystkie drobne pierdoły w skrajnych przypadkach mogą poruszyć pierwszy kamyk, który spadnie na was lawiną, a przecież nie chcecie ryzykować. O takich oczywistościach jak unikanie imprez gdzie wiecie, że będzie alkohol wspominać nie muszę? Przynajmniej na początku sobie je odpuśćcie, póki nie nauczycie się bezpiecznie poruszać w świecie, gdzie alkohol po prostu jest, i spotykamy go w zasadzie wszędzie. Wystarczy wam bodźców z nim związanych z wystaw i półek sklepowych, mediów, nie wystawiajcie się na bezpośredni kontakt w sytuacjach towarzyskich. To może być za dużo.

– Czyli nie mam iść na wesele wnuczki? – zapytał Kaszub, chyba najstarszy z nas na terapii – Jak mam jej powiedzieć, że przepraszam kochanie ale ja nie przyjdę? Przecież serce jej pęknie, albo się wręcz obrazi!

– Nie obrazi się jeśli zrozumie, wytłumacz jej dlaczego tak a nie inaczej. Nikt ci nie mówi że masz nie iść na ślub do kościoła, czy do urzędu. Nawet wpadnij na wesele, na obiad i jej pierwszy taniec. Poproś może, aby alkohol wjechał na stół chwilę później. Zatańcz z wnuczką, złóż młodej parze życzenia i gratulacje. I idź do domu nie czekając aż całe towarzystwo się podpije i zacznie ci chuchać wódką w twarz.

– O matko… ale jak to?

– Tak to. Przyszedłeś tutaj, bo potrzebowałeś zmiany. To jest część tych zmian. Wypadałoby to zaakceptować. Tak samo nie możesz jeść wszystkich ciast i kupować sobie każdych słodyczy. Przecież zdajecie sobie sprawę, że wiele jest podlewanych spirytusem, a niektóre wręcz alkohol mają jako najistotniejszy składnik. Już nie dla was baryłki czekoladowe z rumem i inne bomboniery, ani tiramisu.

Słuchałem tego wszystkiego i się zastanawiałem, jak sok pomidorowy z kufla po tyskim ma mi zaszkodzić. Jak cukierek przyprawiony koniakiem ma mi zaszkodzić, skoro nawet alkomat po kilku chwilach tego nie wykaże, nie wspominając o tym, że upić się tym po prostu nie da. Wystarczy dziób dobrze przepłukać i wydmuchasz 0,00. Trąciło mi to jakąś grubą paranoją.

– Czy to wszystko aby nie jest przesadą? – rzuciłem do Terapeutki – W końcu przyszliśmy tu, przynajmniej w większości, z własnej woli. Wiemy już, że nie chcemy więcej pić i jesteśmy co do tego przekonani. Jak to ma się do zwykłego ciasta, jakiegoś tortu pokropionego na jakimś etapie spirytem? Przecież to bomba kaloryczna, a nie z promilami.

– I do tego myślenia piję właśnie mówiąc o zmianie nawyków i rutyn. Sam podstawisz sobie pod nos zapach alkoholu. Sam włożysz sobie do ust jego smak. Niby nie pijesz, ale już włączasz poszczególne zmysły, które siłą przyzwyczajenia powiedzą ci, że właśnie pijesz. Dasz sobie sto procent gwarancji, że pozostałe zmysły nie będą chciały tego też poczuć, a te które już czują, nie zechcą tego naprawdę? Jesteś pewien, że to nie wyzwoli w tobie pragnienia prawdziwego napicia się, którego nie zwalczysz?

– Kurczę, serio? Tak to się może skończyć? Niemożliwe? Przecież wiem czego chcę, a czego nie. To w sumie cholernie niepokojące co mówisz. Jestem, aż tak bezwolny?

– Piliście przez bardzo długi czas. Latami. Pewne rzeczy stają się przy takim trybie funkcjonowania automatyczne. Wchodzą, nomen omen, w krew. – puściła do mnie oko uśmiechając się sama ze swojego żartu, który i ja po chwili załapałem. – Takie pragnienie może wziąć nad wami górę na poziomie niemal komórkowym, i zanim się obejrzycie, nawet nie wiedząc kiedy, będziecie w połowie butelki. Dlatego musicie bardzo uważać. I tak jak obcowanie z pijącym towarzystwem może z czasem przychodzić wam coraz łatwiej, choć z doświadczenia wiem, że po pewnym czasie nawet jeśli trzeźwiejący alkoholik daje sobie z tym bez problemu radę, rezygnuje z pijanego towarzystwa już w przedbiegach, bo w zasadzie po co mu one, tak na pewne rzeczy już nigdy nie będziecie mogli sobie pozwolić. Jak amen w pacierzu.

I nie pozwalam sobie. Nie mam w domu kieliszków ani kufli. Nie przyjmuję prezentów w postaci flaszki, ani przysłowiowej, ani tym bardziej dosłownej. Nie przepuszczam przez próg mojego domu butelek z alkoholem. Przejrzałem swoje kosmetyki, czy aby przypadkiem jakiś nie jest na alkoholu. Muszę uważać jaki perfum czy inną wodę po goleniu znajduję pod choinką. W sklepie chyba jestem jednym z niewielu, jeśli nie jedyny, czytający dokładnie skład czekolad, batonów i wafelków. Przynajmniej na początku po wyjściu z ośrodka, teraz znam te składy na pamięć i wiem których kolorowych papierków zawierających łakoć unikać. Nawet ocet do, przecież tak przepysznej, kury w galarecie przebieram jak opętany, aż znajdę na półce bez oznaczenia 6, 8, czy 10%. Musiało być bez tych znaczków. No właśnie, musiało. Aż tak dałem się sam sobie wkręcić.

Wspominałem, że na każdej rozprawie, a kilka ich już było, bez przerwy jestem oskarżany o łamanie swojej abstynencji, kłamanie co do mojej terapii i trzeźwości, i o parę innych rzeczy, w tym momencie akurat nieistotnych. Zawsze mam przeciw tym oskarżeniom swoje słowo i generalnie siebie. Zawsze na rozprawie, zawsze schludnego, czystego, można by rzec nawet, że grzecznego i sympatycznego. Niech mam. Niestety, nic ponadto. Robię wszystko by mi uwierzono i nie robię nic by zasiać choć cień wątpliwości. Przynoszę na każdą rozprawę świeże kwitki od terapeuty i z ośrodka, że ciągle uczestniczę, że się nie migam, że proces trzeźwienia idzie w jak najlepszym kierunku. Ale nie mam nic więcej. Do niedawna.

Zaświtał pomysł, by uzbroić się w dokument potwierdzający moją permanentną trzeźwość. Jak? Codziennie rano i codziennie wieczorem dmuchnąć w alkomat i zbierać potwierdzenia wyników. Próbowałem przy pomocy terapeutów namówić lokalną komendę do współpracy, ale okazali się bardzo oporni.

– Oczywiście, że może pan przychodzić do nas i dmuchać w alkomat. Nie tylko rano i wieczorem, ale i pięć razy dziennie i my te wszystkie wyniki zapiszemy w raporcie.

– Ale raportu nie dostanę?

– Nie.

No i co teraz? Cały sens tego mojego dmuchania jak w kij dmuchał.

– Niekoniecznie. – powiedział Duży, mój terapeuta z grupy wsparcia, na jaką chodziłem przez ostatni miesiąc będąc na L4.

Chwycił za telefon i zadzwonił do ordynatora oddziału psychiatryka, w dwóch słowach wyjaśnił o co chodzi i po sprawie. Dostałem zgodę, by co rano i co wieczór wmieszać się w tłum pacjentów oddziału psychiatrycznego i skorzystać z alkomatu jaki na tym oddziale mają.

– Wydrukuj sobie jakąś tabelkę i po badaniu podstaw pielęgniarce do wypełnienia. One mają swoje imienne pieczątki, więc użyj swojego uroku osobistego i poproś by każde badanie przybiły na kartce. Będzie piękny dokument z imponującą ilością zer, pieczątek i podpisów do pokazania w sądzie, jak znowu wyjadą ci z popijaniem cichaczem.

Panie na lokalnym oddziale zdrowia psychicznego przyjmowały mnie z uśmiechem i nie robiły żadnych problemów z wypełnianiem tabelki, ochoczo waląc pieczątkami rano i wieczorem. Ponoć cieszą się z takiego pacjenta-ewenementu. Całe zawodowe życie musiały wciskać tubkę do dmuchania niechętnym delikwentom niemal na siłę, a tu się trafia taki, co sam przychodzi i z bananem na twarzy się o alkomat prosi. Miła odmiana. Dla pacjentów też. Jakiś zapaleniec wpada z miasta sam jak w zegarku. Odrobina rozrywki w nudnym szpitalnym życiu pod kluczem.

– Bierzcie z niego przykład! Widzicie jak można? – wytykały piguły pensjonariuszom wprawiając mnie w odrobinę zażenowania, ale skłamałbym, jeśli bym powiedział, że przyjmowałem to bez zadowolenia.

Od prawie trzech tygodni codziennie wstaję o pół godziny wcześniej, by zdążyć przed pracą odwiedzić pielęgniarki i ich pacjentów na oddziale i dmuchnąć. To samo wieczorem przed snem. Nie da się wydmuchać 0,00 o szóstej rano po dwóch piwach łykniętych po 22:00. Z resztą, nawet jeśli, pokażcie mi alkoholika który zatrzymałby się po dwóch piwach. Może za pierwszym razem tak. Może i za drugim i trzecim też. Może. Ale raczej prędzej niż później, równocześnie z pierwszym łykiem niemożliwe byłoby dojechanie do ostatniego. Picie trwałoby bez końca. Tak już z tą chorobą jest. Jeden kieliszek to za dużo, a potem to i wiadra mało.

W ostatni poniedziałek, ten mój ulubiony dzień tygodnia, kiedy jestem na nogach od absolutnie nieprzyzwoitej piątej rano, tuż przed dmuchnięciem w te cudo techniki zakończone rurką, włosy stanęły mi na karku dęba.

Przez cały dzień jadłem niezbyt wiele. Ciągle na chybcika, a to bułka, a to baton, a to jakiś kabanos. Jedynie z synkiem porządny talerz zupy, no ale to zupa, przeze mnie przelatuje i zaraz znowu jestem głodny.

Tuż przed wieczornym testem miałem ze trzy momenty żeby w końcu usiąść i coś zjeść. Padło na galaretę, oczywiście z octem, oczywiście z jabłkowym, a nie winnym, że o spirytusowym nie wspomnę. Właściwie, to padło na galaretę, którą pochłonąłem łapczywie i dopiero potem przypomniałem sobie, że pora śmigać na psychiatryk dmuchnąć. Już w drodze zaczęło do mnie docierać co jadłem i co to może zrobić z alkomatem. Czy aby ocet jabłkowy nie ma żadnych procentów? No bo jednak ten spirytusowy to może nawet i 10%! Struchlałem z palcem na dzwonku do izby przyjęć. A co jak mi wykaże?

– Pani kierowniczko, bo ja dzisiaj tak z duszą na ramieniu ten test…

– Pił pan?

– Nieeeee. No skąd? Ale jadłem galaretę w occie i mam stracha że coś pokaże – i zacząłem słowotok, że przez cały dzień mało jadłem i że wieczorem ten cholerny ocet i że…

– Wie pan, że tłumaczy się pan ni mniej, ni więcej, klasycznie jak po zapiciu?

– Eeeeee… Tak?

– Tak. Cała gama wytłumaczeń, a jeszcze nawet pan nie dmuchnął.

– No nie.

– A wie pan, że ocet nie pokaże promili przy teście bo nie zawiera alkoholu? Jest produktem na bazie alkoholu. Procenty na etykietkach to stężenie kwasu, a nie procent alkoholu. Proszę się uważnie przyjrzeć etykietce następnym razem. No, dmuchamy. 0,00. Dobranoc.