
Nie chce mi się o tym pisać. Wczoraj też mi się nie chciało, ale miałem nadzieję, że do dzisiaj mi przejdzie. Nie przeszło. Ile można zmuszać się do studzenia emocji, do racjonalizowania sobie rzeczy, które wydają się być z gruntu absurdalnymi? Ile można powtarzać sobie, że ma się dosyć?
Okazuje się, że można. Tylko czy trzeba? A jeśli nie trzeba, to co w zamian?
Cała rozprawa trwała piętnaście minut. Standardowa odpytka, czy strony coś zmieniają w sprawie oświadczeń z poprzedniego sezonu.
– Nie.
– Nie.
Kiedy sędzia zaczęła wertować akta sprawy w duchu ucieszyłem się, że nareszcie coś się ruszy. Zacznie w końcu wypytywać nas o jakieś argumenty, szczegóły, powody, o cokolwiek, żeby stwierdzić jak sprawy się mają w stosunku do tego co już sobie wymyśliła i podjąć jakąś wiążącą decyzję.
– W jaki sposób zapadł wyrok odnośnie alimentów jakie pan płacił do tej pory?
– W trakcie sprawy rozwodowej Wysoki Sądzie. Na zasadzie umowy między nami. Ona zaproponowała, a ja się zgodziłem. Zostało to wpisane do orzeczenia o rozwodzie i do czasu kiedy nie zdecydowałem się wrócić do kraju i podjąć leczenia, miesiąc w miesiąc przez siedem lat, a w zasadzie więcej, bo przelewałem pieniądze dla dzieci od kiedy Paranoja Żółć się wyprowadziła zabierając je ode mnie. Nie czekałem na żadne sprawy o alimenty, czy rozwód.
Sędzia spojrzała pytająco na moją ex, ta nie zaprzeczyła.
– Czy któreś z państwa jest w stanie podać mi numer tej sprawy?
Co?! Po co to? Do czego to niby tu ma być potrzebne? Podobne pytania malowały się na twarzy mojej byłej żony.
– Nie? Ja muszę zobaczyć to orzeczenie. Sąd odracza sprawę o kolejne dwa miesiące w celu zapoznania się z aktami sprawy rozwodowej, na której została ustalona wysokość alimentów.
Kolejne dwa miesiące czekania. Kolejne dwa miesiące zarobku komornika, mojego nie wiadomo czego i wkurwiania się. I strachu. Za tydzień komornik oficjalnie ogłosi treść wyceny mojego mieszkania. Następnym krokiem, ostatnim, jest licytacja. Straciłem kolejne dwa miesiące. Mnóstwo nie tylko czasu.
Nie rozumiem. Po prostu nie rozumiem.

