LIX” Biforek/Ruchawka/Afterek

 Nie chce mi się o tym pisać. Wczoraj też mi się nie chciało, ale miałem nadzieję, że do dzisiaj mi przejdzie. Nie przeszło. Ile można zmuszać się do studzenia emocji, do racjonalizowania sobie rzeczy, które wydają się być z gruntu absurdalnymi? Ile można powtarzać sobie, że ma się dosyć?

 Okazuje się, że można. Tylko czy trzeba? A jeśli nie trzeba, to co w zamian?

 Cała rozprawa trwała piętnaście minut. Standardowa odpytka, czy strony coś zmieniają w sprawie oświadczeń z poprzedniego sezonu.

 – Nie.

 – Nie.

 Kiedy sędzia zaczęła wertować akta sprawy w duchu ucieszyłem się, że nareszcie coś się ruszy. Zacznie w końcu wypytywać nas o jakieś argumenty, szczegóły, powody, o cokolwiek, żeby stwierdzić jak sprawy się mają w stosunku do tego co już sobie wymyśliła i podjąć jakąś wiążącą decyzję.

 – W jaki sposób zapadł wyrok odnośnie alimentów jakie pan płacił do tej pory?

 – W trakcie sprawy rozwodowej Wysoki Sądzie. Na zasadzie umowy między nami. Ona zaproponowała, a ja się zgodziłem. Zostało to wpisane do orzeczenia o rozwodzie i do czasu kiedy nie zdecydowałem się wrócić do kraju i podjąć leczenia, miesiąc w miesiąc przez siedem lat, a w zasadzie więcej, bo przelewałem pieniądze dla dzieci od kiedy Paranoja Żółć się wyprowadziła zabierając je ode mnie. Nie czekałem na żadne sprawy o alimenty, czy rozwód.

 Sędzia spojrzała pytająco na moją ex, ta nie zaprzeczyła.

 – Czy któreś z państwa jest w stanie podać mi numer tej sprawy?

 Co?! Po co to? Do czego to niby tu ma być potrzebne? Podobne pytania malowały się na twarzy mojej byłej żony.

 – Nie? Ja muszę zobaczyć to orzeczenie. Sąd odracza sprawę o kolejne dwa miesiące w celu zapoznania się z aktami sprawy rozwodowej, na której została ustalona wysokość alimentów.

 Kolejne dwa miesiące czekania. Kolejne dwa miesiące zarobku komornika, mojego nie wiadomo czego i wkurwiania się. I strachu. Za tydzień komornik oficjalnie ogłosi treść wyceny mojego mieszkania. Następnym krokiem, ostatnim, jest licytacja. Straciłem kolejne dwa miesiące. Mnóstwo nie tylko czasu.

 Nie rozumiem. Po prostu nie rozumiem.

LIX’ Biforek/Ruchawka/Afterek

LIX’
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


– Wooohooo! Łap! – ledwo się zorientowałem, gdy pojawiając się w progu szef biura zaatakował mnie cukierkiem.

– ??? – z głupawym uśmiechem stałem w drzwiach i nie wiedziałem co powiedzieć.

– No ty zawsze częstowałeś cuksem, to na powrót do pracy ja częstuję ciebie.

– Dzięki… – rzuciłem skórę na wieszak i podreptałem przywitać się z resztą towarzystwa.

– Dobrze, że jesteś. Naprawili?

– No wszystko wskazuje na to, że tak. Dzięki.

Zająłem miejsce za swoim biurkiem i powoli zagłębiałem się w papiery jakie uzbierały się przez miesiąc mojej nieobecności. Niezła kupka makulatury do przerobienia. Wykonałem też kilka telefonów do chłopaków w terenie zameldować swój powrót.

– Jesteś na dropsach? Dasz trochę? Podzielisz się prawda? Nie tylko tobie ma być fajnie w zespole. – słyszałem ich uśmiech przez słuchawkę. – Nareszcie wróciłeś, ogarnij ten burdel. Do roboty.

– Najpierw sami się ruszcie, koniec wakacji. Zarządca rejonu wrócił i nie słyszy żebyście mieli już odpaloną furę. – oczywiście wyśmiali mnie jak należy.

Parę osób zjawiających się w biurze później wpadało na chwilę klepnąć w plecy i uścisnąć dłoń.

Wróciłem do pracy, i jak na poniedziałek, w dodatku po czterotygodniowej przerwie, dobrze się z tym czułem. Nawet bardzo dobrze.

Po pracy odebrałem Szopena od Złośnicy i spędziłem z nim resztę dnia wciąż i wciąż i wciąż układając zwierzyniec i plac budowy z puzzli. Lekcja cierpliwości. Zazdroszczę mu.

Kiedy go odwiozłem musiałem zająć się sprawami jakich nie zdążyłem pokończyć w weekend. Ostatnie pismo procesowe do sprawdzenia i kilka innych do przejrzenia kolejny z ostatnich razów. Wszystko wygląda tak jak miało wyglądać, brzmi jak miało brzmieć… a i tak na myśl o jutrzejszej rozprawie jakoś ciśnie w dołku.

Nie dać się zwariować.

Wziąć prysznic.

Zasnąć, spać i się wyspać.

LIX Biforek/Ruchawka/Afterek

 Dzisiaj spać wcześniej. Dzisiaj spać dużo wcześniej.

 Grupowe zajęcia terapeutyczne na jakie chodziłem ostatni miesiąc zaczynały się o dziewiątej rano, w dodatku naprawdę za rogiem. Moje pierwotne postanowienie wstawanie zgodnie z wcześniejszą rutyną dnia sczezło na niczym. Spróbujcie wstawać ze słonkiem, gdy nie chce wam się wstać w ogóle, a słońce jako takie, jest tylko mglistym wspomnieniem dawnego kiedyś.

 Nawet potem, gdy już poczułem się nieco lepiej, stwierdziłem, że zdążę się nawrócić na kierat wstawania do pracy o należytej godzinie i pozwalałem sobie na odrobinę luksusu wstawania w okolicach ósmej. No i mam klops. Ale mam też mocne postanowienie nieignorowania budzika i pojawienie się w robocie na czas.

 Jutro nowy dzień pierwszy. Zobaczymy co mi przyniesie, oprócz worków pod oczami i zwiększonego przerobu kofeiny. Ciekawe jak zareagują w robocie na mój powrót po miesiącu. Mam nadzieję, że w ogóle nie zareagują… czyli jednak jakiegoś stresa mam.

 Jutro również pierwszy raz odbiorę mojego najmłodszego od jego mamy idąc po niego po pracy. Bedni moi rodzice. Odebrano im możliwość posiedzenia przez chwilę ze swoim wnukiem bez zbędnych rozpraszaczy, którym na pewno stawałem się gdy dołączałem do nich. Zabierali go ze żłobka, a potem przedszkola i mieli go tylko dla siebie, ale sąd odwoławczy wiedział lepiej, jak zorganizować nam wszystkim czas.

 Cały weekend poświęciłem na domykanie spraw przed wtorkiem. Przejrzenie szpargałów, pozbieranie papierów i zebranie notatek w jakiś przejrzy porządek. We wtorek rozprawa. Czyli ledwo idę do pracy a już znowu mnie nie będzie. Poślizg w majestacie prawa. Na pewno nie pomoże mi to w rozmowie z szefem o podwyżce. W zasadzie odepchnie tę rozmowę na jakiś czas. Sam nie będę próbował. Może przed Gwiazdką? No chyba, że sam mnie wywoła do tablicy. Czyli znowu decyzja poza mną i czekanie.

 Ex też się przygotowuje do rozprawy. Od jakiegoś czasu wysyła mi smsy z treściami, która nie wnosi nic nowego do naszego dyskursu. Powtarza w nich klepane od niemal roku tezy i oskarżenia, tak, by Sędzia mogła to przeczytać i wysnuć swoje wnioski. I straszno i śmiszno, liczę na przenikliwość Wysokiego Sądu nieco większą niż przeciętnego Kowalskiego, choć w zasadzie i ta niby powinna wystarczyć, aby przeczytać te dość grube ściegi fastrygowane między wierszami. I tak się trochę boję.

 Jaki będzie wynik? Jeszcze nie wiem, ale rozstrzygnięcie już wkrótce. Jeszcze zdążę zaparzyć earl greya z Krainy Deszczowców i wygodnie umościć się w fotelu przed pierwszym gwizdkiem. Oby naszym Orłom dzisiaj dopisało szczęście. Popatrzę na nich w telewizorze.

 A potem spać.

/c.d.n./