
Mieląc przekleństwa z zaciśniętymi zębami zakasałem rękawy i ostro wziąłem się do roboty. Odkładane od kilku tygodni drobne prace, na które nie miałem ochoty, ani siły się zabrać, ale ochoty przede wszystkim, nagle zaczęły niemal same się robić. Odnowiłem sąsiadce ławkę dla jej niepełnosprawnego wnuka, posprzątałem w swoim warsztacie i wywaliłem w końcu stertę rzeczy zalegających w kącie po wstępie do sprzątania. Posprzątałem w domu i w samochodzie. Wyprasowałem wszystkie koszule, wszystkie, wszyściuteńkie, a do pralki wstawiałem kolejne porcje, które potem będą czekały na wyprasowanie. Odwiedziłem nawet kumpla, któremu obiecałem pomóc w drobnych pracach domowych, bo on, jak sam twierdzi, ledwo kojarzy z której strony trzyma się młotek, a żona mu wierci dziurę w brzuchu. Załatwiłem z kierownikiem, że zorganizuje mi czas pracy z nadgodzinami, co samo w sobie nie jest proste, ale dzięki okresowi urlopowemu jakoś to usprawiedliwił na górze. Całą fatalna energię przerobiłem na pot i drobne łyki satysfakcji.
Powoli przechodzi, bardzo powoli i w niezbyt odległe miejsca. Na pewno nie tak dalekie bym szybko o tym zapomniał. Ciągle mam przed oczami moją córkę wychylająca się z okna swojego pokoju na poddaszu, wykrzykującą do mnie w złości, że nie chce nigdzie ze mną jechać. Mroczne wspomnienie, którego pewnie nigdy się nie pozbędę.
Co ona z nimi zrobiła? Jak mogła? Czy naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, że krzywdzi własne dzieci? Nie umiem sobie odpowiedzieć na te pytania, a już następne kłębią się w głowie. Jestem na nią wściekły, że tak wykorzystuje dany jej czas. Jestem wściekły na cały świat, z sądem na czele, że jej ten czas daje. Jestem wściekły na tą pieprzoną pandemię, że pojawiła się w chwili, kiedy wszystko miało się już rozwiązać. Jestem chodzącym workiem, do granic możliwości rozepchanym wściekłością.
Znowu sprzątam, znowu naprawiam jakieś pierdoły, znowu piorę i prasuję. I palę. Wróciłem do ponad pół paczki fajek dziennie. Dużo ponad pół. Na to też jestem wściekły, czyli na siebie.
– Dzień dobry Pani. Otrzymałem uzasadnienie wyroku odnośnie widzeń Micka z Szopenem. Odsyłam Pani kopię. Jak wygląda sytuacja, czy piszemy apelację? – odczytuję z ekranu telefonu sms od adwokata Złośnicy.
Serio? Facet bierze od niej pewnie niemałą kasę i nie umie zapisać sobie jej nr telefonu? Wysyła przez pomyłkę wiadomość do niej na mój numer? Oni chyba też żyją w innym świecie, który nijak ma się do ich klientów. Obracam w ręce telefon i się zastanawiam, czy nie pójść va banque i nie odpisać, że jest już ok i nie ma sensu startować z tą apelacją. Patrzę jeszcze raz w telefon i zawieszam kciuk nad ekranem.
– Skontaktował się Pan z tatą Szopena. Pozdrawiam. – naciskam wyślij i zaciągam się głęboko papierosem.
Wygram tą apelację. Nic na mnie nie ma. Jeśli będzie kłamać i mataczyć, jeśli będzie manipulować, udowodnię to. Powyciągam świadków choćby z piekła i wbrew ich woli. Jej koleżanki z pracy, jej sąsiadów, kogo się da. Poza tym, przecież od maja daje mi małego, bez większych problemów, czasem nawet nadprogramowo. Nasz syn całe dnie spędza z moją mamą, gdy oboje jesteśmy w pracy, opowiem o tym w sądzie z najdrobniejszymi szczegółami. Nawet jeśli złoży apelację, będzie bezsensowna. I kolejna wściekła myśl mi się pląta po głowie, bo właśnie sobie uświadomiłem, że od ogłoszenia wyroku minęło jakieś sześć miesięcy, sądy jeszcze nie pracują pełną parą i nawet jeśli jutro złoży papiery, to i tak diabli wiedzą kiedy dojdzie do rozprawy. Znowu zawieszenie w czasie. Znowu czekanie. Znowu. Kurwa!
Minęło już grubo ponad dwa lata od kiedy rozpocząłem trzeźwieć. Sporo czasu. Jest z tobą coraz lepiej. Pracujesz na to i coraz łatwiej przychodzi tobie trwać w zdrowieniu i dobrym samopoczuciu. Wstanie rano, przejście przez dzień i położenie się spać nie wymaga już w zasadzie żadnego wysiłku. Nawet myślami nie ocierasz się o swój nałóg. To czas, w jakim można zepchnąć świadomość swojej choroby tak głęboko, że o niej zapominasz. Kiedy jednak sobie przypomnisz, zastanawiasz się, czy aby przypadkiem nie wyciągnąłeś z piwnicy armaty, żeby ustrzelić wróbla. Czy ta terapia, mały sztab psychologów, koledzy z AA, byli naprawdę do czegokolwiek potrzebni? Może wystarczyło na chwilę zbastować i zwyczajnie cieszyć się życiem jak statystyczny Kowalski, bez robienia wokół alkoholu i swojej osoby tego całego zamieszania. Nikt by nie mógł pokazać mnie palcem i nazwać alkoholikiem. Nikt nie mógłby wykorzystać tego w sądzie.
I potem znikąd przychodzi taka właśnie chwila. Czarne chmury zbierają się nad moją głową. Wiem, że niewiele mogę zrobić i powinienem to po prostu przyjąć i czekać, aż nadejdzie moment, gdy będę miał choćby minimalną siłę sprawczą i wtedy działać. Łatwo powiedzieć. Bezsilność i frustracja, które zwalczasz w zasadzie od samego początku, atakują ze zdwojoną siłą. Nie jest łatwo po raz kolejny przetrenować swoją cierpliwość. Łatwo stwierdzić, że musze się napić na te skołatane nerwy, na cały ten galimatias. Odciąć się i uspokoić, mieć to wszystko gdzieś. Zbyt łatwo. Pierwsza myśl. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że wszystkie te „a może nie trzeba było”, to tylko bardzo życzeniowe myślenie. Fantazje i mrzonki. Alkoholizm. Choroba. I już wiesz, że właśnie trzeba było terapii i kolegów z AA i gdyby nie oni, ta pierwsza myśl mogłaby zamienić się w czyn i byłoby po wszystkim. Byłoby po mnie.
Wysprzątałem, wyprałem, wyprasowałem. Pobawiłem się z małym i obejrzeliśmy kilka odcinków Psiego patrolu. Zjedliśmy kolację. Odprowadzam go do Złośnicy.
– Mały już po kolacji, ale pewnie po kąpieli coś jeszcze u ciebie skubnie. – podaję jej plecak małego wypchany koparkami, dinozaurami i figurkami lego. – Sprawdź mu temperaturę i gardło. Trochę zbyt często kaszlał i niekoniecznie brzmiało to jakby się zakrztusił. Boję się, że przegiąłem z lodami.
– No sprawdzę, a lody to jego normalna dieta, nie powinieneś się tym przejmować. – odpowiada mi jakby żartem i nawet się uśmiecha.
Żegnam się z Szopenem, przytulamy się i dajemy sobie buziaka.
– Pa synuś, będę za tobą tęsknił. – tarmoszę mu jeszcze włosy na do widzenia.
– Pa tata. Ja cię kocham, o tak! – odpowiada i unosi ręce wysoko nad głowę, stając na palcach i teatralnie stękając z wysiłku – O, tak ogromnie cię kocham!
Odprowadzam ich wzrokiem do klatki schodowej. Mały co chwilę ogląda się za siebie i macha do mnie. Odmachuję mu i wysyłam buziaki. Uwielbiam te nasze drobne rytuały. Cholera, nie będę go widział przez cztery dni. Coś wykombinuję, żeby ten czas mi zleciał, byle nie sprzątanie, bo już mi wychodzi uszami.
Na drugi dzień wysyłam do mamy Szopena wiadomość.
– Jak mały, co z jego kaszleniem?
– Nic wielkiego, ze dwa razy kaszlnął, chyba rzeczywiście o jednego loda za dużo zjadł i to wszystko. Gardło w normie i żadnej temperatury.
– Mogę zadzwonić na whatsapp? Powiem mu dobranoc.
– Jutro, teraz już zasypia, a jest trochę marudny. Wolę żeby już go nie rozpraszać.
No, to ok. Jutro do małego przekręcę i pogadamy chwilkę zanim położy się spać.
– Nie odwoływałam się do Sądu jednak. – przychodzi od niej kolejna wiadomość, a zaraz za nią następna. – Masz już prawomocny wyrok. Od tego tygodnia będziesz mógł zabierać małego na pełne weekendy i w ogóle na dłużej, tak jak chciałeś.
Stoję na środku chodnika i gapię się z niedowierzaniem w ekran. Przewijam rozmowę do początku i czytam jeszcze raz. Unoszę ręce do góry, jakbym właśnie strzelił najważniejsza bramkę w historii futbolu i słyszę swój własny krzyk.
– Jeeeeeeeeeeeeeest!!!
Kilka osób patrzy na mnie ze zdziwieniem, ktoś się uśmiecha i wyciąga do góry wyprostowany kciuk. Odpowiadam mu tym samym gestem, uśmiechając się całym sobą. Zerkam jeszcze raz na ekran telefonu. Wiadomość od Złośnicy cały czas tam jest. Ta sama. Przesuwam kciukiem nad ekranem i szybko wysyłam.
– Dziękuję.


