XCII Po przerwie 1:0

     Mieląc przekleństwa z zaciśniętymi zębami zakasałem rękawy i ostro wziąłem się do roboty. Odkładane od kilku tygodni drobne prace, na które nie miałem ochoty, ani siły się zabrać, ale ochoty przede wszystkim, nagle zaczęły niemal same się robić. Odnowiłem sąsiadce ławkę dla jej niepełnosprawnego wnuka, posprzątałem w swoim warsztacie i wywaliłem w końcu stertę rzeczy zalegających w kącie po wstępie do sprzątania. Posprzątałem w domu i w samochodzie. Wyprasowałem wszystkie koszule, wszystkie, wszyściuteńkie, a do pralki wstawiałem kolejne porcje, które potem będą czekały na wyprasowanie. Odwiedziłem nawet kumpla, któremu obiecałem pomóc w drobnych pracach domowych, bo on, jak sam twierdzi, ledwo kojarzy z której strony trzyma się młotek, a żona mu wierci dziurę w brzuchu. Załatwiłem z kierownikiem, że zorganizuje mi czas pracy z nadgodzinami, co samo w sobie nie jest proste, ale dzięki okresowi urlopowemu jakoś to usprawiedliwił na górze. Całą fatalna energię przerobiłem na pot i drobne łyki satysfakcji.

     Powoli przechodzi, bardzo powoli i w niezbyt odległe miejsca. Na pewno nie tak dalekie bym szybko o tym zapomniał. Ciągle mam przed oczami moją córkę wychylająca się z okna swojego pokoju na poddaszu, wykrzykującą do mnie w złości, że nie chce nigdzie ze mną jechać. Mroczne wspomnienie, którego pewnie nigdy się nie pozbędę.

     Co ona z nimi zrobiła? Jak mogła? Czy naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, że krzywdzi własne dzieci? Nie umiem sobie odpowiedzieć na te pytania, a już następne kłębią się w głowie. Jestem na nią wściekły, że tak wykorzystuje dany jej czas. Jestem wściekły na cały świat, z sądem na czele, że jej ten czas daje. Jestem wściekły na tą pieprzoną pandemię, że pojawiła się w chwili, kiedy wszystko miało się już rozwiązać. Jestem chodzącym workiem, do granic możliwości rozepchanym wściekłością.

     Znowu sprzątam, znowu naprawiam jakieś pierdoły, znowu piorę i prasuję. I palę. Wróciłem do ponad pół paczki fajek dziennie. Dużo ponad pół. Na to też jestem wściekły, czyli na siebie.

     – Dzień dobry Pani. Otrzymałem uzasadnienie wyroku odnośnie widzeń Micka z Szopenem. Odsyłam Pani kopię. Jak wygląda sytuacja, czy piszemy apelację? – odczytuję z ekranu telefonu sms od adwokata Złośnicy.

     Serio? Facet bierze od niej pewnie niemałą kasę i nie umie zapisać sobie jej nr telefonu? Wysyła przez pomyłkę wiadomość do niej na mój numer? Oni chyba też żyją w innym świecie, który nijak ma się do ich klientów. Obracam w ręce telefon i się zastanawiam, czy nie pójść va banque i nie odpisać, że jest już ok i nie ma sensu startować z tą apelacją. Patrzę jeszcze raz w telefon i zawieszam kciuk nad ekranem.

     – Skontaktował się Pan z tatą Szopena. Pozdrawiam. – naciskam wyślij i zaciągam się głęboko papierosem.

     Wygram tą apelację. Nic na mnie nie ma. Jeśli będzie kłamać i mataczyć, jeśli będzie manipulować, udowodnię to. Powyciągam świadków choćby z piekła i wbrew ich woli. Jej koleżanki z pracy, jej sąsiadów, kogo się da. Poza tym, przecież od maja daje mi małego, bez większych problemów, czasem nawet nadprogramowo. Nasz syn całe dnie spędza z moją mamą, gdy oboje jesteśmy w pracy, opowiem o tym w sądzie z najdrobniejszymi szczegółami. Nawet jeśli złoży apelację, będzie bezsensowna. I kolejna wściekła myśl mi się pląta po głowie, bo właśnie sobie uświadomiłem, że od ogłoszenia wyroku minęło jakieś sześć miesięcy, sądy jeszcze nie pracują pełną parą i nawet jeśli jutro złoży papiery, to i tak diabli wiedzą kiedy dojdzie do rozprawy. Znowu zawieszenie w czasie. Znowu czekanie. Znowu. Kurwa!

     Minęło już grubo ponad dwa lata od kiedy rozpocząłem trzeźwieć. Sporo czasu. Jest z tobą coraz lepiej. Pracujesz na to i coraz łatwiej przychodzi tobie trwać w zdrowieniu i dobrym samopoczuciu. Wstanie rano, przejście przez dzień i położenie się spać nie wymaga już w zasadzie żadnego wysiłku. Nawet myślami nie ocierasz się o swój nałóg. To czas, w jakim można zepchnąć świadomość swojej choroby tak głęboko, że o niej zapominasz. Kiedy jednak sobie przypomnisz, zastanawiasz się, czy aby przypadkiem nie wyciągnąłeś z piwnicy armaty, żeby ustrzelić wróbla. Czy ta terapia, mały sztab psychologów, koledzy z AA, byli naprawdę do czegokolwiek potrzebni? Może wystarczyło na chwilę zbastować i zwyczajnie cieszyć się życiem jak statystyczny Kowalski, bez robienia wokół alkoholu i swojej osoby tego całego zamieszania. Nikt by nie mógł pokazać mnie palcem i nazwać alkoholikiem. Nikt nie mógłby wykorzystać tego w sądzie.

     I potem znikąd przychodzi taka właśnie chwila. Czarne chmury zbierają się nad moją głową. Wiem, że niewiele mogę zrobić i powinienem to po prostu przyjąć i czekać, aż nadejdzie moment, gdy będę miał choćby minimalną siłę sprawczą i wtedy działać. Łatwo powiedzieć. Bezsilność i frustracja, które zwalczasz w zasadzie od samego początku, atakują ze zdwojoną siłą. Nie jest łatwo po raz kolejny przetrenować swoją cierpliwość. Łatwo stwierdzić, że musze się napić na te skołatane nerwy, na cały ten galimatias. Odciąć się i uspokoić, mieć to wszystko gdzieś. Zbyt łatwo. Pierwsza myśl. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że wszystkie te „a może nie trzeba było”, to tylko bardzo życzeniowe myślenie. Fantazje i mrzonki. Alkoholizm. Choroba. I już wiesz, że właśnie trzeba było terapii i kolegów z AA i gdyby nie oni, ta pierwsza myśl mogłaby zamienić się w czyn i byłoby po wszystkim. Byłoby po mnie.

     Wysprzątałem, wyprałem, wyprasowałem. Pobawiłem się z małym i obejrzeliśmy kilka odcinków Psiego patrolu. Zjedliśmy kolację. Odprowadzam go do Złośnicy.

 – Mały już po kolacji, ale pewnie po kąpieli coś jeszcze u ciebie skubnie. – podaję jej plecak małego wypchany koparkami, dinozaurami i figurkami lego. – Sprawdź mu temperaturę i gardło. Trochę zbyt często kaszlał i niekoniecznie brzmiało to jakby się zakrztusił. Boję się, że przegiąłem z lodami.

 – No sprawdzę, a lody to jego normalna dieta, nie powinieneś się tym przejmować. – odpowiada mi jakby żartem i nawet się uśmiecha.

     Żegnam się z Szopenem, przytulamy się i dajemy sobie buziaka.

 – Pa synuś, będę za tobą tęsknił. – tarmoszę mu jeszcze włosy na do widzenia.

 – Pa tata. Ja cię kocham, o tak! – odpowiada i unosi ręce wysoko nad głowę, stając na palcach i teatralnie stękając z wysiłku – O, tak ogromnie cię kocham!

      Odprowadzam ich wzrokiem do klatki schodowej. Mały co chwilę ogląda się za siebie i macha do mnie. Odmachuję mu i wysyłam buziaki. Uwielbiam te nasze drobne rytuały. Cholera, nie będę go widział przez cztery dni. Coś wykombinuję, żeby ten czas mi zleciał, byle nie sprzątanie, bo już mi wychodzi uszami.

    Na drugi dzień wysyłam do mamy Szopena wiadomość.

 – Jak mały, co z jego kaszleniem?

 – Nic wielkiego, ze dwa razy kaszlnął, chyba rzeczywiście o jednego loda za dużo zjadł i to wszystko. Gardło w normie i żadnej temperatury.

 – Mogę zadzwonić na whatsapp? Powiem mu dobranoc.

 – Jutro, teraz już zasypia, a jest trochę marudny. Wolę żeby już go nie rozpraszać.

 No, to ok. Jutro do małego przekręcę i pogadamy chwilkę zanim położy się spać.

 – Nie odwoływałam się do Sądu jednak. – przychodzi od niej kolejna wiadomość, a zaraz za nią następna. – Masz już prawomocny wyrok. Od tego tygodnia będziesz mógł zabierać małego na pełne weekendy i w ogóle na dłużej, tak jak chciałeś.

     Stoję na środku chodnika i gapię się z niedowierzaniem w ekran. Przewijam rozmowę do początku i czytam jeszcze raz. Unoszę ręce do góry, jakbym właśnie strzelił najważniejsza bramkę w historii futbolu i słyszę swój własny krzyk.

 – Jeeeeeeeeeeeeeest!!!

    Kilka osób patrzy na mnie ze zdziwieniem, ktoś się uśmiecha i wyciąga do góry wyprostowany kciuk. Odpowiadam mu tym samym gestem, uśmiechając się całym sobą. Zerkam jeszcze raz na ekran telefonu. Wiadomość od Złośnicy cały czas tam jest. Ta sama. Przesuwam kciukiem nad ekranem i szybko wysyłam.

 – Dziękuję.

LXXVIII Pół żartem, pół serio

 Od prawie dwóch godzin leżę z nogami do przodu. Nie, nie w „tym” sensie. Miałem nadzieję się zdrzemnąć, ale nie było mi dane. Od momentu kiedy wróciłem dzisiaj do domu, ciągle muszę opowiadać co dalej z tym galimatiasem. Z resztą, sam nie wiem czy bym rzeczywiście usnął. Jestem tak wyczerpany, że sen może nie nadejść, zapewne znacie ten stan. No i adrenalina, ta z reguły rzadko kiedy pozwala na sen.

 Dzisiaj zakończyła się, mam nadzieję, sprawa o widzenia z Szopenem, jaką wniosłem przeciwko jego mamie. Trwała rok, miesiąc, dwa tygodnie i dwa dni. Tyle czasu musiało minąć, żeby sąd mógł ustalić czy mam prawo, a jeśli mam, to kiedy, widywać się ze swoim dzieckiem. Tyle czasu, a w zasadzie dużo więcej, bo przecież zanim złożyłem wniosek również deptałem ścieżki do mamy mojego najmłodszego dziecka, próbowałem dogadać się poza sądem ze Złośnicą. Do samego końca, bo nawet zanim weszliśmy na salę, próbowałem z jej adwokatem, mecenasem Brodą, dojść do porozumienia. Z uporem godnym podziwu, wszelkie próby wyjścia poza schemat „raz na dwa tygodnie”, odbijały się od nich jak piłeczka tenisowa od ściany. Forsowali to bez przerwy tak w próbach mediacji, negocjacjach nieoficjalnych, jak i na Sali sądowej.

 – Wysoki sądzie – opowiadał jej mecenas – próbowaliśmy wielokrotnie negocjować z powodem idąc na wiele ustępstw, ale wszelkie próby kończyły się fiaskiem i odrzuceniem naszych propozycji.

 – Wysoki Sądzie to manipulacja – niemal wykrzyknąłem ze swojego miejsca. – Każda próba tych niby negocjacji ze strony mamy nie wychodziła poza to, co już zostało powiedziane tutaj, na wcześniejszych rozprawach.

 – Uważam, że wielu ojców – to znowu on – byłoby bardzo zadowolonych z tego, że może mieć swoje dziecko na cały weekend co dwa tygodnie.

 Kiedy to usłyszałem, zirytowałem się po raz kolejny. Zacząłem się energicznie rozglądać dookoła siebie. Teatralnie spojrzałem za ławę na której siedziałem i już miałem się schylić, by zerknąć pod, gdy usłyszałem jak sędzia zadaje pytanie.

 – Co pan robi?

 Spojrzałem na nią i zobaczyłem jej wzrok utkwiony we mnie. Patrzyła na mnie z wysoko uniesionymi brwiami.

 – Wysoki Sądzie, szukam wielu ojców, bo chyba nie rozumiem o czym pan mecenas do mnie mówi. Szopen miał, ma i będzie miał jednego ojca i stoję właśnie tutaj. Z tego co pamiętam, również na wniosku widnieje tylko moje nazwisko. Więc…

 – Proszę wybaczyć – papuga Złośnicy zaczął się tłumaczyć – chodzi o to, że żądania powoda niemal zahaczają o opiekę naprzemienną, a z mojej praktyki wynika, że ta ewentualność nie jest zasądzana gdy opieka nad dzieckiem jest przyznana jednej ze stron.

 – A gdzie pan wyczytał, że opieka nad dzieckiem jest przyznana jednej ze stron? Czy chce pan powiedzieć, że mam niekompletne akta sprawy, lub ich nie znam? – ofuknęła Brodę kobieta prowadząca naszą sprawę.

 – Nie Wysoki Sądzie, skądże znowu, ale synek jest przy matce i z nią mieszka, więc niewskazane byłoby, żeby teraz rozchwiać mu poczucie stałości i bezpieczeństwa.

 – Przedmiotem sprawy nie jest ustalenie miejsca pobytu dziecka oraz pieczy nad nim i nigdy takiej sprawy nie było, więc proszę nie sugerować, że stan faktyczny jest inny niż jaki jest. Poza tym, dziecko od roku regularnie spędza czas z ojcem i nie przypominam sobie, by uczestniczka wnosiła jakiekolwiek zażalenia co do sposobu sprawowania opieki przez ojca niepełnoletniego.

 – Ależ oczywiście, wnosiła i to całkiem sporo.

 – Mówimy tu o zażaleniach dających się w jakikolwiek sposób uwzględnić. – skwitowała krótko.

 – Panie mecenasie, – wykorzystałem chwilę milczenia jaka zapadła po wygłoszeniu przez Sąd ostatniej kwestii – może i proszę o wiele, choć mam inne zdanie na ten temat, to odnośnie opieki naprzemiennej, nawet jeśli takie rozwiązanie wcześniej nie zapadały, to ktoś pewnie usłyszy takie ustalenie widzeń jako pierwszy, i nie obrażę się, jeśli miałbym to być ja. Przypomnę panu argument, który pan niestety zbagatelizował kilkukrotnie w czasie naszych rozmów, kobiety i czarni, kiedyś nie mogli ani głosować, ani się kształcić, a teraz jak wiemy, wygląda to z goła inaczej. Ktoś to kiedyś zmienił.

 – Dziękujemy panu za lekcję historii. – uśmiechając się pod nosem sędzia zanotowała coś w aktach sprawy i pokręciła głową –  Tymczasem może wróćmy do sprawy.

 – Oczywiście, – podjął mecenas – pan Jakubiak – Zoski próbuje wziąć na swoje barki kolejne zobowiązania, a zdaje się, te nałożone na niego dotychczas nie są należycie wypełniane. Czy może pan powiedzieć w jakiej kwocie ma pan zasądzone alimenty na Szopena?

 Ty gnoju! W takie tony uderzasz? Dobrze wiesz, że zasądzone alimenty są ponad moje możliwości i próbujesz zrobić ze mnie skurwiela migającego się od płacenia?

 – Wysoki sądzie, proszę o uchylenie pytania. Wszystkim obecnym tu na Sali, z Wysokim Sądem włącznie, znane są wszelkie kwoty o jakie mecenas pyta, a ja tylko przypomnę, że sprawę o alimenty mamy za sobą od ponad pół roku, a dzisiaj rozpatrujemy moje kontakty z moim synkiem.

 – Uchylam pytanie.

 – W takim razie, – kontynuował niezrażony Broda – niech pan powie, czy podejmowane przez pana prace dorywcze, dodatkowe nie będą panu przeszkadzać w wykonywaniu opieki nad państwa synem i ilość czasu o jaki pan zabiega, by z nim spędzać, w gruncie rzeczy stoi w sprzeczności z interesem małoletniego.

 Zagotowało się we mnie, dosłownie poczułem jak robię się czerwony na twarzy.

 – Jeśli chce mnie pan zapytać o nasz lokalny rynek prac dorywczych, to chyba nie muszę się zbytnio rozwodzić nad tym, że wygląda on bardziej niż kiepsko, a ja robię co mogę by dorobić gdzie i kiedy tylko się da. Co do czasu, Wysoki Sądzie, między innymi dlatego z uporem maniaka domagam się, aby weekendy z Szopenem były liczone jako co drugi, jak w przypadku zasądzonych widzeń z dwójką moich starszych dzieci, a nie jak chce mama Szopena, w pierwszy i trzeci weekend miesiąca, by nie tylko dzieci miały zapewniony kontakt ze sobą nawzajem, czego obie panie w ogóle nie biorą pod uwagę, ale również, bym co drugi weekend miał do swojej dyspozycji i miał więcej czasu na kolokwialnie zwane fuchy, które są mi niezbędne, abym mógł się utrzymać, nie mówiąc o płaceniu alimentów moim dzieciom.

 Sędzia zrobiła kolejną notatkę i pokiwała głową. Dopytała mnie o dziesiątki szczegółów moich wcześniejszych zajęć zarobkowych, nauki na studiach a nawet hobby. Zapytała też, czy w chwili obecnej dzielę z kimś gospodarstwo domowe.

 – Tak Wysoki Sądzie. – ex usiadła na baczność i zrobiła oczy jak pięć złotych – mieszkam z kotem.

 W tym momencie protokolantka prychnęła próbując powstrzymać swój śmiech przykrywając usta dłonią.

 – Sędzia po raz kolejny pokręciła głową, ale z uśmiechem poprosiła o potwierdzenie..

 – Mieszka pan z kotem, tak ma się znaleźć w protokole.

 – Tak Wysoki Sądzie, można dodać, że mój kot, jak wiele innych jest fantastycznym antydepresantem, którego używam na co dzień.

 – Co jeszcze pan robi w ramach walki z depresją i alkoholizmem?

 – Stosuję się do zaleceń, jakie mi wpojono w czasie terapii w Dolinie Muminków oraz sesji z psychologiem po wyjściu z ośrodka. Spotykam się z takimi ludźmi jak ja na mitingach. Spotykam się z nimi również na płaszczyźnie towarzyskiej. Unikam miejsc, które mogły by wpłynąć na moje głody alkoholowe, by narażać się jak najmniej, lub pojawiam się w takich miejscach tylko w towarzystwie osób wiedzących o mojej chorobie, lub z innymi trzeźwymi alkoholikami. W kupie siła Wysoki Sądzie.

 Sędzia tym razem już nie kryjąc rozbawienia pytała dalej.

 – Co jeszcze pan robi dla swojej trzeźwości?

 – Ułożyłem sobie całkiem fajną rutynę tygodnia. Dlatego tak bardzo mi zależy na obecności syna w moim życiu ile tylko się da i walczę o to samo, by w końcu móc w tę rutynę włączyć dwójkę jego starszego rodzeństwa z mojego pierwszego związku. Moje dzieci są dla mnie największą motywacją. Nie sądzę by to kogokolwiek mogło zdziwić i powinno być rozumiane samo przez się. Proszę nie karać Szopena ograniczeniem widzenia się z tatą, tylko dlatego, że nie jego rodzice nie potrafią się ze sobą dogadać.

 – Rozumiem. Sąd zakończył dzisiejsze posiedzenie i zamyka rozprawę. Wyrok zostanie ogłoszony za dziewięć dni.

 Nie miałem za bardzo czasu by dojść do konkluzji, że znowu jestem w sytuacji, kiedy wszystko już wiadomo, tylko nie wiadomo mi i muszę czekać. Z sądu wystrzeliłem jak guma z kalesonów. Chwyciłem tylko odpis wyroku ze sprawy sprzed trzech tygodni z Paranoją i w te pędy puściłem się do przychodni gdzie zapisane są moje dzieci, na spotkanie z Lekarką Kierowniczką. Byłem spóźniony ponad pół godziny. W życiu nie przypuszczałem, że na dzisiejszym posiedzeniu sąd będzie maglował Złośnicę i mnie odnośnie widzeń z Szopenem, przez bite trzy godziny.

 Umówiłem się z szefową przychodni, by wyprosić u niej możliwość dowiadywania się o stanie zdrowia mojego dziecka telefonicznie, ponieważ jego mama albo mnie o tym nie informuje, albo informuje bardzo zdawkowo, albo wręcz kłamie na temat diagnozy jaką usłyszała. Nie uśmiecha mi się za każdym razem umawiać na wizytę lekarską, by usłyszeć diagnozę i odpowiedź na pytanie, czy małego można przewozić samochodem, czy powinien zostać w domu.

 – Ale czego pan ode mnie oczekuje? Ja nie mogę telefonicznie pana informować o niczym, to wbrew prawu.

 – Nie może pani informować osoby, której nie może zidentyfikować jako uprawnionej do otrzymania takiej informacji.

 – Nie będę robić dla pana wyjątku, a potem tułać się po sądach.

 Ręce mi opadły. Nie przemówił do niej nawet argument, że to ona poda mi hasło jakim będę się identyfikował przez telefon, jakiś ciąg liter i cyfr, bez którego odprawią mnie z niczym.

 – Proszę zrozumieć – uderzyłem w błagalny ton – bez tego, mama Szopena może sama sobie ustalić kiedy mały choruje i na co i nie wydać mi dziecka na widzenie.

 – No ale skoro mały choruje to o jakim widzeniu mowa?

 – U mnie w domu. Przecież sama pani mówiła, że czasem jak jest dziecko chore, to nawet wskazane jest żeby wyszło na spacer, a przewiezienie go samochodem nie stanowi problemu w ogóle, jeśli nie gorączkuje i stan generalnie jest dobry.

 – Jak jest chore, to ma leżeć w łóżku. I koniec!

 – Trzylatek? W łóżku? Przez cały dzień? Gdyby rzeczywiście tak było, w życiu nie wpadłbym na pomysł żeby pakować go w samochód. Proszę mi pomóc. Ile ma pani takich sytuacji, że musiałaby pani dla mnie robić wyjątek? Ktoś jeszcze w ogóle o takie coś zabiegał oprócz mnie?

 – To bez znaczenia. Nie, to nie. Już powiedziałam.

 Odeszła mi chęć na wszystko. Nie docierało do niej o co proszę. Wstałem i podziękowałem za poświęcony czas, nie było sensu dalej się prosić i tłumaczyć. Musiałem przyjąć swoją porażkę.

 Na parkingu przed budynkiem czekał na mnie mój Padre.

 – Dawaj, dawaj. Mamy góra kwadrans.

 Nie ociągając się wsiadłem do samochodu i ruszyliśmy do komornika z odpisem wyroku. Formalność do załatwienia po poprzedniej sprawie. Musze go powiadomić o zmianach w swoim zadłużeniu alimentacyjnym względem Małej Mi i Cześka, bo ex na pewno tego nie zrobi. Zdążyliśmy na czas i od tej chwili mój debet rozciągnięty do monstrualnych rozmiarów, nieco się skurczył. Chata niestety dalej pozostaje zagrożona zlicytowaniem. Nie ma zmiłuj. Nie od niej.

 Kiedy już wszyscy się rozeszli i zostałem w domu sam, przez nie wiem jak długo leżałem na łóżku gapiąc się w sufit. Nawet nie włączyłem radia, bo pilot leżał o jakieś pół metra za daleko. Nie byłem w stanie po niego sięgnąć. Jedynym odgłosem jaki mi towarzyszył było burczenie mojego pustego żołądka. Mimo że wyszedłem na rozprawę bez śniadania, bo i tak niczego oprócz kawy bym nie przełknął, a kiszki od dłuższej chwili grały mi marsza, do lodówki też było za daleko.

 Dziewięć dni oczekiwania na orzeczenie. Znowu zawieszenie w próżni. Nie wytrzymam tak przecież. Muszę coś zjeść. I w końcu zapalić papierosa.

LXV Nie wychodź bez parasolki

 Byłem strasznie poirytowany, kiedy dowiedziałem się, że musze oddać książki, jakie zabrałem sobie na ten dwumiesięczny pobyt w Ośrodku. Wziąłem raptem trzy sztuki. W sam raz na leniwe tempo czytania.

 – Musisz je oddać. Nie można mieć swoich książek w czasie terapii. Gazet też nie. – zawyrokował Muminek.

 – Ośrodek jest otwarty, nie ma bram, krat, fosy z krokodylami i żywopłotu z trującym bluszczem, ale nie możesz opuszczać terenu bez zezwolenia, a już w ogóle przed upływem połowy terapii. Po tygodniu możesz wyjść na pół godziny do parku. Samowolne opuszczenie ośrodka równa się z zerwaniem kontraktu terapeutycznego.

 – Ja pieprzę, czyli tak naprawdę więzienie?

 – Nie. Z więzienia musiałbyś uciekać kombinując. Stąd możesz w każdej chwili wyjść. – ciągnął dalej, mając niezły ubaw, zapewne za każdym razem recytując te reguły nowoprzybyłym.

 – Możecie się odwiedzać w pokojach, ale tylko panie panie, i panowie panów. Nawet jeśli będzie przyzwoitka, pani do pana nie może wpaść na herbatkę. Jak chcecie popracować nad zadaniami terapeutycznymi w parach mieszanych, to zapraszam na świetlicę.

 Ładnie, okazuje się, że Dolina Muminków jest strefą szariatu.

 Wielu, jeśli nie wszyscy z nas, pieczołowicie odliczało czas do końca terapii, kiedy będzie można w końcu odetchnąć pełną piersią. Nie wstawać na czas z łóżka, nie kłaść się na czas do niego. Nie dość, że pójść po gazetę kiedy się chce, to jeszcze poczytać ją trochę inaczej niż w ukryciu, udając poobiednią drzemkę. W spokoju pójść przed dom, czy na balkon, lub chociaż do kuchennego okna, na ostatniego papierosa przed snem, o którejkolwiek godzinie miałoby to nie być, a nie miotać się z przemyconą pastylką z nikotyną, bo tych oczywiście też nie wolno mieć, albo po harcersku tkwić przy kibelkowym okienku, gdy już naprawdę przyciśnie.

 – Jeszcze dwa tygodnie i wolność…

 – Jeszcze dziesięć dni…

 – Jeszcze cztery…

 – Jutro! – Te wszystkie terminy wybrzmiewały z wielu ust po wielokroć przez całe dwa miesiące pobytu w Dolinie Muminków. Z moich również. Do ostatniego dnia.

 I w końcu wychodzisz. I rzeczywiście, w pierwszej chwili cieszysz się, jakbyś na serio wyrwał się z odsiadki w cholernym łagrze. Ostatnia fajka tuż przed trzaśnięciem drzwiami, na do widzenia ze współkuracjuszami, pierwsza po podróży, pod domem, na swojej ulubionej ławeczce, w progu, gdzie bądź, byle wyraźnie sobie zaznaczyć kompletnie inną czasoprzestrzeń.

 Oczywiście nocne markowanie nikotynisty też musiało być należycie odcelebrowane. Mimo, że tak naprawdę, siłą rozpędu i przyzwyczajenia, chwilę po dwudziestej trzeciej i tak ładujesz się do wyra. No, może przeciągniesz sobie dobę o jakieś pół godziny, bo jeszcze rozdział, bo jeszcze końcówka filmu, na co w Ośrodku też nie pozwalali, bo światło ma zgasnąć, o której ma zgasnąć.

 Wycieczka w miasto, raz, drugi, trzeci. Tyle tego miasta u mnie, że zdrowo trzeba by się namęczyć, by spędzić na pieszym patrolu więcej niż godzinę, no, może półtorej. Jeśli wejdziesz do sklepu tu i tam, to nawet ze dwie.

 Wolność! Wolność i spory bagaż optymizmu, wręcz zahaczającego o zawiadiactwo, a jakże, przecież alkoholik ma to, nomen omen, we krwi.

 Straszyli cię przez dwa miesiące, że w życiu codziennym napotkasz alkohol na każdym kroku, i na każdym kroku będziesz musiał być czujnym.

 Media, te elektroniczne, papierowe, te mrugające ekranem na niebiesko. Jak nie reklamują, to mają lepszą wódę jako rekwizyt aktora grającego główną rolę.

 Kolesie, ci twoi, starzy, od szklanki, ci których znasz tylko z widzenia, ci których nie znasz w ogóle, oni wszyscy dalej tak samo czerwonoskórzy, tak samo chwiejni w kroku.

 Śmieci. W tym kraju śmieci leżą nie tylko pod śmietnikami i koszami zamiast w nich, są symbolem naszej cywilizacji, jej niedorozwoju, są wszędzie, i większość to puszki i butelki po alkoholu.

 Wreszcie sklepy z alkoholem, a po prawdzie, to sklepy w ogóle. Przecież teraz alkoholu nie kupisz tylko w zabawkowym i księgarni, bo nawet w dewocjonaliach stoi wino mszalne.

 Przed tym wszystkim zostałem ostrzeżony wielokrotnie, jak każde z nas w czasie terapii. I jak każdy zapewne, jedną z pierwszych wycieczek w miasto, ni to przypadkiem, ni celowo, jakoś tak, po prostu, otarło o monopolowy dział tego czy innego supermarketu.

 No, są. Są i stoją jak stały. I będą stać. Nie mam pojęcia czy chciałem się upewnić, wypróbować swoją siłę woli, przyjść i spojrzeć z góry, stwierdzić z wyższością, że nie robi na mnie wrażenia ten rząd przedmiotów oznaczony procentami. Może chciałem sprawdzić, czy nie porazi mnie światło odbitych w nich sklepowych jarzeniówek, jak wampira słoneczny blask. A może chciałem się pożegnać? A może… Nie mam pojęcia o co mi samemu wtedy chodziło. Wiem, że dzisiaj śmieję się z tej wycieczki i wolałbym spuścić na nią zasłonę milczenia, ale tego też nie robię. Pamiętam i nie zapominam, by więcej nie robić rzeczy bez sensu.

 Do teraz zostało mi chodzenie spać o porze, jaką narzucił mi pobyt na terapii. Oczywiście bywają wyjątki, bo czasem nie mogę oderwać się od książki, lub filmu, ale to, jak mówię,  wyjątki. Dużo częściej zdarza mi się w ogóle nie włączać telewizora, a już na pewno nie skaczę po kanałach dla zabicia czasu. Dzisiaj wolę, gdy w domu brzęczy radio, jest dużo lepszym tłem dnia, niż to pudło z ruchomymi obrazkami.

 Nawet gdy jestem sam, próbuję nie być sam, choć różnie to wychodzi, niestety. Staram się wykorzystywać dobrodziejstwo jakie daje Internet, jego dziesiątki możliwości kontaktów. Znowu zacząłem traktować telefon, nie jako narzędzie do załatwiania spraw, a jako przedmiot przybliżający mnie do kogoś, kto w rzeczywistości jest bardzo daleko ode mnie. Ktoś zawsze odbierze. Najczęściej.

 No i buty na nogach. Wkładam je na nie, by się przejść, czasem bez wyraźnego celu. Zrobić kilka kroków, zadrzeć głowę i zobaczyć coś więcej niż sufit swojego mieszkania. Zdziwilibyście się, ilu alkoholików takich jak ja, trzeźwych, można przypadkiem spotkać na niezaplanowanym spacerze. Nawet w tak niewielkim miasteczku jak moje, bo o tym, że wszędzie nas pełno już wspominałem.

 Dzisiaj raczej nie spotkam, ale o to też bym się nie założył. Kilku z nas pojechało w odwiedziny do Ośrodka, spotkać się i poplotkować w swoim własnym gronie. Ja po raz pierwszy od kiedy opuściłem mury tego uniwersytetu dla mistrzów destrukcji, zostałem w domu. Miałem swój czas z Szopenem, wyśmienity czas. Jednak mimo to, że spędziłem go doskonale, gdy odwiozłem syna do jego mamy, moje myśli od razu powędrowały do Ośrodka i ludzi właśnie dzisiaj i właśnie tam zebranych.

 Kurczę blade, tęsknię za nimi. Lubię z nimi być. Chyba nikt nie jest w stanie mnie tak zrozumieć jak oni, ci co musieli przejść, przez coś takiego jak ja. Nie myślcie tylko, że osoba nie dotknięta tą chorobą jaką jest alkoholizm, jest dla mnie kimś nieważnym. Chodzi o coś innego. Może zabrzmi to śmiesznie, ale porównanie z braterstwem broni, wspólnym pobycie na froncie, jest jak najbardziej na miejscu. Wysłali mi fotę z „koszar” z pozdrowieniami, ja im swoją zza linii frontu, i chociaż tak naprawdę, każdy ma teraz swoją własną, bez dwóch zdań czuję się jakbyśmy szli razem zwartą tyralierą.

 W Dolinie Muminków włożyli mi do plecaka parasolkę i paradoksalnie, przez naście lat mieszkania na Wyspach Prosperity, nazywanych nie bez powodu Krainą Deszczowców, prawie nigdy takiej ze sobą nie miałem, choć przydawałaby się aż nadto często. Tutaj, nawet przy najlepszej z możliwych pogodzie, nigdzie się bez niej nie ruszam, nawet gdy wiem, że na pewno mi się nie przyda. Nie szkodzi. Nie jest mi ciężarem, wręcz przeciwnie, powoduje, że mój plecak jest dużo lżejszy.

LXI Zoo z Doliny Muminków.

 Dzisiaj dzień wyjątkowo melancholijny. Czy jest się osobą wierzącą, czy nie, zawsze ma się kogoś, o kim szczególnie chce się pamiętać, wspominać, kogoś kogo brakuje mocniej niż na co dzień. Atmosfera tych wspominek jest wszędzie, nie trzeba wybierać się na cmentarz by ją poczuć, by jej doświadczyć. W telewizji, w Internecie, prasie drukowanej oraz mediach społecznościowych, wszędzie, co i rusz przewijają się osoby przywołujące w swoich opowieściach inne osoby, których już niestety nie ma.

 Z zasady nie chodzę na cmentarze, co nie znaczy, że nie miałbym do kogo. Ot taka pokrętna filozofia, bo tak naprawdę właśnie uważam, że nie mam, bo ich już nie ma. Po prostu twierdzę, że miejsce pochówku jest bardzo umownym punktem, gdzie mielibyśmy się spotkać z tymi, którzy już od nas odeszli. Nie? A co mają powiedzieć ci, których najukochańsi odeszli gdzieś wysoko w górach, lub głęboko w morskich otchłaniach i ich ciał nie ma?

 Nieważne. Dygresja na wstępie poszła żyć swoim życiem nieco zbyt daleko, a ja chciałem tak naprawdę tylko zaznaczyć, że opowiem dzisiaj kilka słów o tych co wciąż tu są i swoim byciem potrafią być dla mnie nieustającą inspiracją. Nie mówię o takich oczywistościach, jak rodzina, a o przypadkowych osobach, które w ten czy inny sposób przewinęły się przez moje życie, ledwo potrąciły jego strunę, ale zagrały na niej tony, które na długo, jeśli nie na zawsze, pozostaną ze mną. Co więcej, oni sobie z tego swojego zbawienno-magicznego wpływu na mnie w ogóle nie zdają sprawy.

 Opowiem o przegrywach, o wykolejeńcach, o wiecznych utrapieńcach, spędzających sen z powiek swoim rodzinom. Opowiem wam o alkoholikach jakich poznałem w Ośrodku w Dolinie Muminków. Opowiem o ludziach, którzy niemal umarli za życia, ale coś spowodowało, że powstali i zbudowali się od nowa, i dzisiaj są chodzącymi zaprzeczeniami stereotypu alkoholika znaczącego mniej niż zero.

 Od niemal pierwszego dnia mojego pobytu w Ośrodku złapałem wspólną melodię z Krokodylem, facetem o bardzo wyraźnych poglądach na wszystko, jak to ma przecież każdy Polak. Jak bardzo niewielu naszych rodaków, on potrafił jednak czasem krótko i zwięźle swoją opinię wyrazić jednym zdaniem.

 – Kurwa, no nie wiem, bo nie znam się.

 Gdy zaś się znał, umiał to jasno i wyraźnie wyartykułować w kilku zdaniach, które nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości co do tego, że się rzeczywiście zna. Przynajmniej brzmiał tak po kilku dłuższych dniach w Ośrodku. Mumin opowiadał mi, że Krokodyl przez pierwszy tydzień swojego pobytu nie potrafił wypowiedzieć płynnie jednego, krótkiego nawet zdania. Memłał niezrozumiałe zgłoski pod nosem na zmianę z przekleństwami. Terapeuci bali się, że z gościem nie będzie w ogóle kontaktu, bo wóda zżarła mu kompletnie mózg i jego funkcjonowanie ograniczy się do przemieszczania z miejsca na miejsce, i pochłaniania, a potem wydalania pokarmu. Tym bardziej byli zdziwieni, gdy przyłapali go kiedyś na czytaniu w łóżku bibuły, czyli książek spoza ośrodkowej biblioteczki, które cholera jedna wie dlaczego, były zakazane.

 Kiedy spotkałem go na jednym z ostatnich absolwenckich zjazdów naszego uniwersytetu potwornego dostałem od niego krótki i zwięzły opieprz, po tym jak co nieco pożaliłem się nad swoim losem.

 – Kurwa chłopie nie zazdroszczę ci, masz sytuację tak przejebaną, że nawet nie ma się tu z czego nabijać, ale nie możesz się zachowywać jak reprezentacja Polski na mistrzostwach. Do chuja! Możesz przegrać, niestety to jest możliwe, ale nie możesz się poddać bez walki. Zobacz, ile zrobiłeś?! Teraz przychodzi ci ochota rzucić ręcznik? Ani się waż! – po czym przytulił mnie po ojcowsku, by po chwili od siebie odsunąć i dokończyć – Dasz radę, i o tym bardzo dobrze wiesz, tylko czasem zapominasz. Nie zapominaj, do jasnej ciasnej!

 Facet dzisiaj zajmuje się budowlanką artystyczną. Jak sam twierdzi, inną nie może.

 – A dajże spokój, przy zwykłej glazurze ludzie wymagają tempa przy pracy. Raz, raz i ma być kibel wykafelkowany. A przy fikuśnej dupie Maryni, to ja się mogę z tym pierdolić ile chcę i nikt nie popędza, a jeszcze skasuję porządny pieniądz. Nie ma opcji, trzeba wymyślać. Nie  dość, że wóda zabrała kawał sił, to latka też już poleciały.

 Z innym, z Synkiem, też szybko złapałem sztamę. Z resztą koleś jest taki, że z nim nie da się sztamy nie złapać. Złoty chłopak. Zawsze z otwartą duszą, co z resztą często go gubiło, twardziel o gołębim sercu. Zawsze był pierwszy do zabawy u siebie na dzielnicy i często za tę zabawę z wszystkimi, pierwszy musiał płacić, nierzadko nie tylko pierwszy, ale i jedyny i nie zawsze płacił pieniędzmi. Przepił kobietę, dziecko i swoje zdrowie. Ale tak kompletnie. Lekarze do dzisiaj się dziwią, że jeszcze żyje, bo dał radę wytrzymać kilkanaście ataków alkoholu na podroby, gdzie statystycznie trzeci jest śmiertelny, często już drugi.

 Wprowadzając się do Doliny Muminków, zaczynał od głębokiego debetu. Kobieta nie chciała go znać, bo wolał wódę od niej i ich dziecka, rodzeństwo wyzywało od słabeuszy, bo stwierdzili, że chyba nie jest facetem, skoro przyznał się do niemocy wobec alkoholu. Lokalna policja zacierała ręce, bo szykował im się błogi odpoczynek od narkotykowego dealera i złodziejaszka samochodowych sprzętów grających, żegnali go czule.

 – Idź, idź. Wrócisz. My odpoczniemy, ty odpoczniesz, a potem znów kilku z nas na tobie dostanie awanse. Do zobaczenia!

 Wrócił. Długo deptał ścieżkę do panny z dzieckiem na ręku. Potem jeździł, gdy otrzymał na powrót prawo jazdy utracone za wybryki pod wpływem alkoholu. Jeździł też do pracy. Ciężkiej, nieprzyjemnej i fatalnie płatnej.

 Od ponad pół roku spotyka się regularnie ze swoim dzieckiem bez zbędnej opieki mamy, no chyba że mama chce, i on chce, bo w zasadzie spotyka się też z mamą dziecka. Mama ich dziecka zaczęła mu mówić znowu do ucha to najważniejsze słowo na „K”. Podpowiem, że nie chodzi o kawę.

 Synek, który zanim rzucił picie, a wcześniej kobietę i dziecko, rzucił też szkołę. Dzisiaj korzysta z dobrodziejstwa edukacji dla dorosłych i planuje kształcić się co najmniej do matury. Ten facet zrobił to wszystko w rok po opuszczeniu naszego Oxfordu. Mistrz świata!

 Last, but not least*, Ruda i Mały. Dlaczego mówię o nich razem, a nie pojedynczo? Po pierwsze pewnie już się domyślacie, po drugie już inaczej się nie da. Muminkowe bliźniaki. Wprowadzili się do ośrodka tego samego dnia, wcześniej spędzając niecałe dwa tygodnie razem na detoksie. Od samego początku trzymali się trochę bardziej razem. Niektórzy, łącznie z resztą ze mną, wróżyli im urlopy dziekańskie z naszej uczelni, bo nie można łączyć się w pary. Ba! Nawet nie wolno panu przyjść do pani na kawę i ciasteczko. Kolejny absurd obowiązujący w tego typu ośrodkach, zaraz po nielegalnej bibule.

 Gdy zobaczyłem pierwszy raz Małego, nie mogłem uwierzyć, że chodzi, je i oddycha o własnych siłach w ziemskiej atmosferze, bez wspomagania skafandra i hełmu, jak na obcej planecie ufoludkowi przystało. Był niebiesko-fioletowy, przynajmniej tyle ile wystawało z t-shirta i krótkich spodenek.

 Ruda bała się swojego cienia, niby uśmiechała się do każdego szeroko, ale wystarczyło przejść obok niej by zauważyć, że za każdym razem niepewnie się kuli, dosłownie wstępowała się w siebie.

 Dostosowali się. Nikt ich z ośrodka nie urlopował. Razem przyszli i razem poszli. I dalej idą też razem, Ruda cięższa o zaręczynowy pierścionek a Mały oprócz tego że w skowronkach, bo powiedziała „TAK”, to w kolorach jak najbardziej z gamy zwykłego różu, ani pół tonu w tę czy we w tę. 

  I jedno i drugie, jak każde z nas zamieszkałych w Ośrodku, powoli, dzień po dniu, stawaliśmy się na powrót zwyczajni, normalni, ludzcy. Nie tylko z zewnątrz, również w środku. W głowach, w sercach, w duszach.

 Ci ludzie, o których opowiadam, ale również ci inni, których spotkałem w Ośrodku, czy w AA, wykonują codziennie tytaniczną pracę, by wrócić. By znowu być w rodzinie, w kręgu znajomych i przyjaciół, w pracy. By być również, choć właściwie przede wszystkim, dla siebie.

 I dla mnie. Jesteście moją niewyczerpalną kopalnią sił, pomysłów, parcia do celu, wiary, że się da. Dziękuję!

____________

*ang. Czyt. Last bat not list – Na koniec, lecz nie mniej ważni/ważne

Kadr pochodzi z filmu E.T. the Extra-Terrestrial, w reżyserii Stevena Spielberga