XCIX Gasimy światło

     Pisze wiersze oraz opowiadania fun-fiction, ostatnie jakie stworzyła jest do serialu Gambit królowej i jest świetne. Rysuje, pięknie, bazgroli coś od niechcenia niemal bez przerwy, gdy tylko z jej dłoni zniknie telefon komórkowy znajduje się tam od razu ołówek, długopis, mazak lub kredka. Rozmawiając ze mną o wszystkim i o niczym narysowała wzór, jaki parę osób chętnie wytatuowałaby sobie bez dłuższego zastanowienia.

     Jest wiecznie uśmiechnięty i zawsze skory do dowcipkowania. Potrafi zażartować tak, że rechoczę jak opętany i równocześnie rozpływam się w podziwie nad błyskotliwością żartu. Jest strzelcem wyborowym w swojej drużynie Fortnite’a i śpiewa sobie pod nosem przepisy kulinarne stylizowane na chorały gregoriańskie. Skąd przyszło mu to połączenie do głowy, nie mam pojęcia, ale brzmi świetnie, nawet gdy bezpardonowo fałszuje i wplata to piosenkę o myszojeleniu zagrożonym wyginięciem.

     Pokazała mi swoją playlistę w telefonie i z zawadiackim błyskiem w oku, na jednym wydechu wymieniała Ricka Astleya, The Clash, INXS, Eurythmics, A-ha i Cultue Club.

     Nauczył mnie sztuczek jak trzymać i obsługiwać ten multum przycisków pada do playstation, dzięki czemu mam szansę z niedzielnego gracza stać się wprawnym gamerem i będę w końcu mógł grać w gry, jak ze śmiechem na całej twarzy mnie zrecenzował. W rewanżu wytłumaczyłem mu jak działa kostka Rubika i po jakichś dziesięciu minutach już umiał prawidłowo ułożyć pierwszą warstwę.

     Niemal co do dnia, po dwóch latach, od kiedy ostatni raz mogłem spędzić z nimi cały dzień bez żadnych przeszkód starszaki przekroczyły próg mojego domu i spędziliśmy razem od rana do wieczora niemal cały tydzień ferii. Pełni szczęścia dodawał Szopen, który akurat ten tydzień przerwy edukacyjnej zarządzonej przez miłościwie nam panujących zostawał u mnie na noc. Czy mógłby się ten 2021 zacząć lepiej? Pewnie tak, bo przecież sky is the limit, ale kto by sobie tym zawracał głowę w takiej sytuacji? Ja na pewno nie.

     Na tydzień stałem się tatą na półtora etatu. Pranie, gotowanie, sprzątanie, zabawianie i opieka nad trójką naprawdę żywotnych istot. Dość wyczerpująca rewelacja. Niestety Czesiek i Mała Mi nie zostawały u mnie na noc jak powinny, jeśli trzymać się wytycznych sądowych, ex nawet nie zapakowała ich w żaden sposób, o pidżamach nawet nie wspominając. Zaproponowałem, że pojedziemy je im kupić, ale wymijająco traktując temat odmówiły. Nie naciskałem. Na wszystko przyjedzie pora.

     W ogóle nie mam pojęcia jak to się stało, że w poniedziałkowy ranek odjechałem spod ich domu z nimi w środku. Patrzyłem we wsteczne lusterko i widziałem ich siedzących za mną i nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Byłem tam wcześniej, w sobotę, uprzedzając ich matkę, że pojawię się zgodnie z sądowym rozkładem jazdy, by zabrać ich na pierwszy tydzień ferii. Na około godzinę przed przyjazdem otrzymałem od niej sms, że nie mam po co się pojawiać, bo dzieci nie chcą nigdzie ze mną jechać. Standard. Trochę z przyzwyczajenia, a trochę dlatego, że miałem już najmłodszego na pokładzie nie dałem się tym zdołować i zajęliśmy się sobą w najlepsze. W niedzielę późnym wieczorem, ni z gruszki, ni z pietruszki, przyszła od Paranoi kolejna wiadomość:

 – Jeśli dalej masz chęć spędzić czas z dziećmi bądź jutro o 10 je odebrać. Będziesz?

     Przeczytałem to kilka razy, bo nie docierało do mnie to co pokazywał mi telefon. Oczywiście, że miałem ochotę. Odpisałem jednym słowem. Będę.

     Nauczony doświadczeniem nie robiłem żadnych większych zakupów, tylko tyle co dla małego i dla siebie, bo kilka razy, na samym początku tej hucpy jaką zafundowała nam mama starszaków sporo jedzenia się zmarnowało, więc pierwsze co należało uczynić, to zaopatrzyć lodówkę na dodatkowe osoby w domu. Pojechaliśmy do robaka i oprócz ich kulinarnych zachcianek Mała Mi poprosiła mnie o spory zestaw mazaków, a Czesiek o małe lego Gwiezdnych Wojen. Przypomniały mi się niemal wszystkie nasze wspólne wyjścia do sklepów, świąteczne, urodzinowe, wakacyjne. Zawsze kończyły się w podobny sposób. Młody lego, młoda lego, albo coś do rysowania. Minęły dwa lata i okazało się , że pewne rzeczy się nie zmieniły na jotę, jakby raptem minęły tylko dwa tygodnie. Oczywiście najmniejszy też wybrał sobie fant, padło na ciastolinę z wyciskarką. Po raz tysięczny ucieszyłem się w duchu, że nie dałem się namówić na wykładziny i twardo obstawałem przy panelach podłogowych.

    Już w samochodzie, jak tylko zamknęły za sobą drzwi zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałem jak święta i czy są zadowoleni z prezentów. Momentalnie weszło na książki i po chwili zreflektowałem się, że jak na dzieci, które ponoć nie chciały się widzieć ze swoim starym, bo się go bały, krępowały, wstydziły, czy co tam jeszcze usłyszałem na rozprawach sądowych, to jakoś gładko poszło to przełamywanie pierwszych lodów. W ogóle było jakieś? W ciągu dwóch pierwszych godzin córka pokazała mi online swój twórczy dorobek i jakoś nie pasuje mi taka otwartość dla kogoś zlęknionego, czy niezbyt przychylnego. Oczywiście drobny dystans był, szczególnie właśnie wyczuwalny u niej, choć głowy nie dam, czy to bardziej kwestia tego, że jest już przecież nastolatką, czy jednak dwa lata, to jednak dwa lata? Tak, czy siak, będę nad tym pracował ile tylko będę mógł.

     – Ciekawe co się za tym chowa? – z rozanielenia przywrócił mnie do rzeczywistości Wujek. – Przecież ktokolwiek, ale nie ona. Nie z dobroci serca. No, w życiu nie uwierzę.

     – Wiesz co, obojętnie. Jeśli coś jej w duszy drgnęło, w co też ciężko mi uwierzyć, to świetnie. Jeśli nie i stoi za tym jakiś jej cel, to niech i tak będzie. Nie dbam o to. Nie odwróci kota ogonem, bo dzieciakom nie dzieje się u mnie żadna krzywda. Nawet menu pod nich ustawiam i głodne nie chodzą. Zimno im nie jest, a nudzić, to się na pewno nie nudzą.

     – Jasne. Ciekawy jestem po prostu. Dwa lata w zaparte, a tu nagle w niedziele wieczorem taki sms. Może liczyła na to, że nie ogarniesz poniedziałku rano, bo będziesz musiał być w pracy? Nie wie, że straciłeś robotę. Nawet ich nie spakowała, nie kazała im zabrać żadnego ciucha na zmianę. Nawet ładowarek do telefonów nie mają.

     – Nie drąż, nie ma sensu. Jak będzie miało wyjść w praniu, to wyjdzie. Następne kilka terminów to tylko co drugie soboty od rana do wieczora. Mam nadzieję, że do świąt wielkanocnych ogarnę się finansowo na tyle by odłożyć tysiaka i kupię materiały na łóżko piętrowe dla nich.

     – Łóżko piętrowe?

     – Mała Mi ma już prawie czternaście lat. Czesiek jedenaście. Za starzy są żeby spać razem. Jeszcze z Szopenem daliby radę, chociaż wątpię, by Czesiek chciał. Coś tam bąknęli raz i drugi w tej kwestii. Jutro usiądę z nimi i wspólnie zrobimy projekt. Między wierszami wyciągnę od nich, czy jak będzie to wyro, to zaczną nocować.

     Były sanki i lepienie bałwana, wieczór filmowy z popcornem, zamiast wycieczki do ekskluzywnej restauracji z frytkami zrobiliśmy sobie dzień amerykański i sami smażyliśmy hamburgery i zapijaliśmy je pepsi, robiąc przy okazji konkurs bekania, który wygrała jedyna przedstawicielka płci pięknej w towarzystwie. Z resztą nie tylko tu była pierwsza. Pierwsza zaczęła buszować w moich płytach, w filmotece i księgozbiorze. Zgarnęła wszystkie ekranizacje Marvela jakie miałem i tylko z grzeczności zapytała czy może je wziąć, bo de facto, miała je już spakowane w kuferek na kosmetyki. Te pudło z przegródkami wielkości małej budy dla psa, to jej zaległy prezent gwiazdkowy z zeszłego roku, zgromadzony pośród innych prezentów na dnie szafy, które wręczyłem im gdy dotarliśmy do domu. Młody zawył z zachwytu nad serią Star Wars Battlefront, która zdążyła się uzbierać pod ich nieobecność. Miłość do tej sagi wpajałem im jeszcze zanim zaczęli dobrze chodzić. Z resztą gdy przylatywałem do nich z Wysp Prosperity zawsze kombinowaliśmy żeby zaliczyć premiery kolejnych części, czy spin-offów. Teraz również nie stało się inaczej.

     – Jak to nie widzieliście ostatniej części? Przecież to rok temu było w kinach. – zapytałem.

     – No wieeeeem… – zmarudziła Mała Mi w odpowiedzi – ale jakoś tak, nie było z kim.

     – No przecież macie kumpli i koleżanki w szkole i w domu. – ciągnąłem

     – Ale oni jakoś nie łapią Gwiezdnych Wojen, ani Marvela, ani DC, no i… – przerwała i spojrzała wymownie na mnie.

     – Daj mi trzy minuty i ustawiamy film. Babcia ma HBO-GO i daje mi dostęp, bo sama nie korzysta. Jedziemy z tą zaległą, wiekopomną, kosmiczną kropką nad i.

     To był tydzień jak z bajki. Okazało się, że te koszmarne dwadzieścia cztery miesiące nie wpłynęły jakoś znacząco na naszą relację, bynajmniej. Odnoszę wrażenie, że jedyne złego co się wydarzyło, to stracony czas, który tylko w niewielkim stopniu przecież da się nadrobić, jeśli w ogóle. Nasze spotkanie wypadło wyśmienicie i było totalną przyjemnością i balsamem na wszystkie moje bolączki. Oczywiście nie obyło się bez kuksańców i wkładania kija w szprychy ze strony ich rodzicielki, ale mam to w miejscu gdzie plecy zaczynają nazywać się ordynarnie. Nawet nie będę tych dziecinad przytaczać, bo najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty do nich wracać i marnować swój czas i dobre emocje. Opowiem o tym tam, gdzie już ktoś inny się zajmie babraniem w drobnych uszczypliwościach i gruboskórnym chamstwie, w sądzie.

     Długo się zabierałem za ten wpis, bardzo długo, bo ponad dwa tygodnie. W międzyczasie spotkaliśmy się całą czwórką już dwa razy i wiele wskazuje na to, że nic nie stanie nam już skutecznie na przeszkodzie, by regularnie i coraz częściej móc spędzać razem czas. Trochę zajęło mi oswojenie się z myślą, że to będzie ostatni raz kiedy napiszę o swoich bolączkach i radościach, o trzeźwieniu i trwaniu w trzeźwości, o pilnowaniu i dbaniu o siebie.

     Wiem, że jeszcze całkiem sporo przede mną i nie raz znajdę się na jakimś mniejszym czy większym zakręcie. Ba! Dzisiaj jestem w takim miejscu, że sam sobie nie zazdroszczę, chociaż to kompletnie inna historia, mimo, że wplata się w tę opowiadaną od samych korzeni. Może przy innej okazji, jeśli tak, to może poznacie, że to rewers tej samej monety? Tymczasem, koniec przynudzania, sami z resztą widzieliście, że ostatnimi czasy wpadałem jakby rzadziej. Czuliście jak ja, że ta forma autoterapii spełniła swoje zadanie i czas mi ruszyć dalej?

     Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy i wsparcia, za kibicowanie i zagrzewanie do boju, za kuksańce też, szczególnie te celnie punktujące moje niedociągnięcia i słabości, to była bardzo wkurwiająca, ale jednak cenna motywacja. Cieszę się też, ze wielu z czytających te opowiastki znalazło w sobie dzięki moim historiom siłę by pomóc komuś bliskiemu lub sobie. Trzymam za Was kciuki i życzę powodzenia co najmniej takiego, jakie mi się udało mieć. Pogody ducha Kochani!

     Dziękuję Meksykance, Muszkieterowi, Lufce i Górze, że wysłuchali alarmu Lady Gagi, zdążyli zareagować na czas i nie zostawili mnie samego, póki nie upewnili się, że się nie przewrócę. Dziękuję Dolinie Muminków, Muminowi, Migotce, Buce, Włóczykijowi i Tatusiowi Muminka za naukę chodzenia po niepewnym gruncie. Margolci, Wujkowi i Prawemu za przyjaźń, zaufanie, telefony o absurdalnie nieprzyzwoitych porach i hektolitrach kawy w oparach błogosławionej nikotyny. Bierny Czytelniku, Tobie również dziękuję, raz jeszcze, przywróciłeś mi wiarę w ludzi, światełko w tunelu i sprawiedliwość karmiczną 😉

     Lady Gadze, dziękuję za wszystko, bez Ciebie nie miałbym najmniejszych szans nawet zacząć. Jesteś Aniołem nie tylko z urody. Kocham Cię.

LXXXVII Puzzle na później

Kard pochodzi z filmu Batman Forever /1995, reż. Joel Schumacher/

 Wieczór, siedzę sobie przed domem z książką na kolanach. Plastikowe krzesło z marketu nagrzane całodziennym słońcem jest wygodniejsze niż zwykle. W bose stopy grzeje mnie ciepło uzbierane w ten sam sposób w kostce chodnikowej. Gorąca, gorzka kawa rozpływa się po języku potęgując smak tytoniu z papierosa.

 Godzinę temu odwiozłem najmłodszego do jego mamy. Oddałem jej wyprane dzień wcześniej ubranka, które młody umorusał niemiłosiernie przy stole jedząc ogórkową, albo wprowadzając sobie tylko znane, urbanistyczne plany w piaskownicy, na ogrodzie, na podwórku. Zanim usiadłem pozbierałem koparki i wiaderko z grabkami i łopatką, piłkę do nogi, czy raczej do nóżki, bo to miniatura z mistrzostw Europy, które właśnie powinny się zaczynać, rowerek biegowy i całe stadko resoraków. Artefakty świadczące o dzieciństwie przeżywanym pod adresem z mojego dowodu osobistego. Dzisiaj zbieram je do domu, a nie wrzucam do piaskownicy, jak wcześniej, bo zobaczę się z małym dopiero za cztery dni, w niedzielę, choć powinienem dopiero w poniedziałek.

 – Cześć, mam prośbę. – mówię do słuchawki rozmawiając ze Złośnicą – Mógłbym wziąć Szopena w niedzielę popołudniu poza naszym  rozkładem jazdy? Moja chrześnica ma urodziny i zaprasza nas na kawałek tortu.

 – W niedzielę? Na którą?

 – Po południu. Wpadłbym w okolicach piętnastej. Ok?

 – Dobra, zadzwoń w sobotę wieczorem z przypomnieniem, to go wyszykuję.

 – Tak zrobię. Dzięki.

 Patrzyłem się po raz kolejny w ekran rozłączonej rozmowy i zadawałem sobie pytanie, czy mam omamy, czy to się dzieje naprawdę. A może zaraz się obudzę i wyskoczę z łóżka jak guma z kalesonów, by nie spóźnić się do pracy. Nie uszczypnąłem się, by sprawdzić czy to jawa, czy sen, zamiast tego wykręciłem numer kuzyna by poinformować go, że w niedzielę będzie chrzestny plus jeden.

 W czasie ostatniej wizyty u mojej psycholog, odpuściliśmy sobie całą metodykę, warsztat i w zasadzie poopowiadaliśmy sobie co słychać. Brakowało tylko stolika nakrytego jakimś deserem i otwartej przestrzeni, by poczuć się jak na spotkaniu dwójki znajomych na mieście, a nie na sesji terapeutycznej. Kolejną mam wyznaczoną dopiero za trzy tygodnie.

 – Finiszujesz Mick. Siedzi przede mną inny facet od tego, który przyszedł tu po raz pierwszy. Radzisz sobie beze mnie i widzę to na pierwszy rzut oka. Nie ma ci co głowy zawracać.

 – Nie mam tobie głowy zawracać? – uśmiechnąłem się, nie wiem, czy bardziej do niej, czy do siebie. – Czas zrobić miejsce innym?

 – Tak. Mój kalendarz nie jest z gumy.

 W sumie, to w głębi siebie czułem to, o czym mówiła Terapeutka. Przedostatnie spotkanie nawet przegapiłem. Przypomniałem sobie o nim dobę po czasie. Trochę przez galimatias ze swoim kalendarzem, gdzie wpisywałem nasze spotkania obok urodzin, godzin pracy, zadań specjalnych i wszystkich innych duperelek, o których nie miałem zapominać. Wysypał mi się mój cyfrowy pomagier, a dodatkowo, czas poświęcony Szopenowi wciągnął mnie tak bardzo, że nawet nie pomyślałem, że powinienem się z nią spotkać i omówić tę czy inną kwestię, zrzucić coś z siebie. Najzwyczajniej nie czułem takiej potrzeby. Wszystko układało się jak w puzzlach jakie z małym trenuję namiętnie niezliczoną ilość razy.

 – To naprawdę widać, że czas spędzony z synem działa na ciebie lepiej niż jakakolwiek terapia. Aż promieniujesz tą radością. On z resztą też, to aż wypływa z waszych zdjęć.

 – Taaaaaak. To taki mój power bank. Z resztą mały też je lubi oglądać. Często gramoli mi się na kolana i każe wyciągnąć telefon. – Tata, pokaż zdjęcia! Kurcze, zawsze jak dochodzi do tych najstarszych, gdzie jesteśmy w czwórkę, razem z Cześkiem i Małą Mi, to mi miękną nogi. Pokazuje na nich, nazywa po imieniu i każe do nich zadzwonić. Dzwonimy. Zawsze jest zajęte. Zawsze. Chyba maja mój numer zablokowany. Ciekawe, czy to ona, czy oni sami?

 – Bez znaczenia Mick. Sądy ruszają. Tam też siedzą ludzie, którzy widzą i słyszą, czują. Jestem niemal pewna, że podejmą w waszej sprawie właściwą decyzję. Doczekasz się.

 – Niemal… Cholera, zawsze jest ten wszawy margines, gdy okaże się, że nie jestem dla nich człowiekiem, że moje dzieci nie są dla nich ludźmi. Że będziemy statystyką do odhaczenia i załatwią naszą sprawę, byle załatwić, niekoniecznie tak jak powinni. Co wtedy?

 – Wtedy się odwołasz i zaskarżysz wyrok. Wtedy. Teraz się tym nie martw. Nie martw i bądź dobrej myśli. Ciężko na to wszystko co już masz zapracowałeś. Tylko nie przestawaj, a będzie dobrze.

 Chodnik tracił swoje ciepło, więc przerzuciłem nogi na krzesło naprzeciw, gdzie jeszcze sięgało zachodzące już słońce. Zapaliłem następnego papierosa i przerzuciłem kartkę książki na następny rozdział. No co tam dalej drogi panie bohaterze straceńczy? Akcja trochę siadła, a tarapaty same się nie rozwiążą. Dasz radę to wszystko pozbierać do kupy? Będzie happy end?

LXXXVI (Bez)Względność czasu

 Taka sztuczka, przebiegła jak cholera, czas zwalnia jak serce misia w śnie zimowym. Miarowo, wręcz niedbale, odmierzane sekundy, minuty, godziny i dni, zlewają się w monotonny ciąg zaplatających się nawzajem zdarzeń i nagle okazuje się, że minął miesiąc. Kiedy?! Jak to się stało, że jeszcze przed chwilą było wtedy, a teraz jest teraz? Że już?!

 Myślę, że każdy rodzic zajmujący się dzieckiem wie dokładnie o czym mówię. Od miesiąca jestem rodzicem zajmującym się dzieckiem trochę więcej niż na pół etatu. RE-WE-LA-CJA!

 To jak potoczyły się sprawy w ogóle do mnie nie docierało w pierwszej chwili. W pierwszych kilku dłuższych chwilach. Teraz to już norma i nie mam zamiaru zaprzątać sobie głowy tym, dlaczego tak a nie inaczej. Grzecznie dziękuję losowi i liczę coraz mniej po cichu, że tak już zostanie, albo będzie jeszcze lepiej.

 Po majowym weekendzie miałem tak naładowane baterie, że mógłbym przenosić góry, pokażcie tylko które i dokąd. Przestało mnie też uwierać to, że od dwóch miesięcy muszę chodzić do swojego biura bez przerwy na drugą zmianę, ale i tu los miał dla mnie miłą niespodziankę. Po ogłoszeniu przez obóz TKM etapowego rozluźnienia restrykcji związanych z wirusem i pandemią nie tylko żłobki i przedszkola mogły ruszyć od nowa, u mnie w pracy też dokonano powrotnych zmian i już w tym samym tygodniu  zacząłem pracować w zwyczajowych godzinach, od rana do popołudnia. Zakończyło się moje wyrwanie ze społeczeństwa z korzeniami. U złośnicy jak się okazuje też.

 – Słuchaj, mówiłeś, gdy odwoziłeś małego po weekendzie, że skoro pracujesz na drugą zmianę, to się nim zajmiesz do popołudnia gdybym musiała wrócić do pracy. – Złośnica, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu znowu do mnie dzwoniła. – Uważam tak jak ty, że jeszcze za wcześnie by Szopen wracał do przedszkola.

 Cholera! I co teraz?

 – Generalnie bardziej niż chętnie, tylko że ja też właśnie zostałem przywrócony na zwykły tryb pracy. – Cholera! Cholera! Cholera! – Ale nie widzę problemu, by w czasie naszej pracy moi rodzice zajęli się małym. Oni dalej są emerytami i dalej siedzą w domu. – zacisnąłem kciuki najmocniej jak się dało i czekałem na jej reakcję.

 – Taaaak?

 – No pewnie! Ucieszą się jeśli Szopen spędzi z nimi tyle czasu. Oboje mieszkają rzut beretem od twojej pracy, odbierzesz go po drodze do domu jak będziesz kończyć.

 – No to ok. Od poniedziałku będę zaprowadzać małego do twojej mamy. W poniedziałki i środy odprowadzisz go wieczorem do mnie a resztę tygodnia ja go będę odbierać. Zgoda?

 – Jasne. Super.

 Mały był wniebowzięty, babcia i dziadek oczywiście rozpuszczali go jak dziadowski bicz, no ale od czego są dziadkowie. Cieszyłem się, że w końcu, chociaż z jednym z mich dzieci będą mieli swój czas, aż po dziurki w nosie. W końcu będą mieli swojego tak wytęsknionego wnuka tylko dla siebie. No i ja na tym tez trochę skorzystam, poza tymi moimi poniedziałkami i środami.

Kończę teraz pracę o piętnastej, Złośnica o szesnastej, więc zawsze mam tę godzinę z synkiem zanim ona się pojawi go odebrać. Tym bardziej, że młody zażyczył sobie, by Babcia po śniadaniu się z nim spakowała i codziennie śmigają do mnie. Nie musze po pracy nigdzie zachodzić, gnam prosto do domu i jestem z Szopenem. Dzień w dzień.

 Pierwszy poniedziałek był w ogóle bonusem nie z tej ziemi. Siedziałem sobie z małym przy puzzlach i usłyszałem powiadomienie o smsie.

 – Tato, twój telefon ma semememesa. – zakomunikował mi Szopen.

 Poszedłem do kuchni i zerknąłem na ekran.

 – O której przyprowadzisz małego? – pytanie od Złośnicy.

 Dziwne, przecież wie na jakie godziny sąd wydzielił nam czas.

 – Normalnie, wpadniemy o 19.

 – To może niech zostanie u ciebie na noc? Masz wszystko co potrzeba, czy ci cos dowieźć? – odpisała po kilku sekundach, jakby nawet nie odłożyła telefonu z ręki, czekając na moją wiadomość.

 Nie rozumiałem. Oczywiście, że chciałem aby mały został u mnie znowu na noc, ale przecież ona nie chciała mi go zostawiać w tygodniu nawet na popołudnia. O to miała być właśnie ta cała jej nieszczęśliwa apelacja od wyroku z lutego. Zbaraniałem, ale czym prędzej odpisałem, że mam wszystko co trzeba i odbierze naszego syna ode mnie jutro po swojej pracy.

 – Ok. – I tyle. To wszystko co od niej dostałem. Niebywałe. Nieprawdopodobne. Niesamowite.

 Zakomunikowałem Szopenowi, że dzisiaj zostaje na noc i zapytałem co chce na kolację. Przyjął do wiadomości tak po prostu, jakby od zawsze nocował u mnie i zażyczył sobie parówek i bułki z masłem i ogórkiem. Wszystko co sobie zamówił miałem w lodówce, więc nawet nie musieliśmy wychodzić do sklepu. Dokończyliśmy puzzle, parę razy wykoleiliśmy pociąg świętego Mikołaja i przyszła czas na kąpiel, a po niej na bajkę na dobranoc. Znów wybrał tę w telewizorze a nie czytaną, ale ja zamiast odłożyć książkę na swoje miejsce, po włączeniu telewizora, położyłem się z nią na kolanach obok niego. Patrzył się w telewizor na Świnkę Peppę, ale co chwilę zerkał na książkę. Po kilku minutach poprosił.

 – A poczytasz mi?

 – Czyli co? – Zapytałem, zamiast odpowiedzieć wprost. – Wyłączamy telewizor i otwieramy książkę?

 – Nie. Czytaj, a ja będę oglądał bajkę. Ty mi czytaj.

 – To może chociaż ściszymy, żebyś słyszał co czytam?

 – Tak. Ściszaj.

 Wyłączyłem dźwięk i zacząłem czytać mu o Nudzimisiach. Po kilku zdaniach przestał patrzeć na telewizor i skupił się tylko na czytanej bajce. Kilka razy zapytał o to i tamto, dlaczego Nudzimiesie śpią w hamakach, albo jedzą z liści, ale zanim przewróciłem czwartą kartkę już go nie było. Spał z głową na poduszce o psim patrolu.

 Nie mam pojęcia jak i kiedy zleciały te tygodnie, codzienne spotkania z moim synkiem, nawet te krótkie, godzinne, są najważniejszym momentem mojego dnia. No chyba, że zadzwoni do mnie do pracy. Moja mama któregoś razu nie mogła poradzić sobie u mnie z telewizorem i bajkami, gdy mały ją prosił by mu włączyła, więc zadzwoniliśmy do siebie na whatsapp, abym mógł szybko jej wytłumaczyć co i jak ponaciskać, żeby na ekranie pojawili się Pidżamersi, albo jego ukochany Psi Patrol. Od tamtej pory Szopen regularnie prosi babcię by zadzwoniła do taty i mamy swoje, już w zasadzie tradycyjne telekonferencje. Po cichu liczę, że wejdzie mu to tak w krew, że i będąc ze swoją mamą wywrze jej odpowiedni nacisk, by się przełamała i też dała nam pogadać z wideo.

 Sprawy toczą się od dobrego do jeszcze lepszego. Mam nadzieję, że widząc co się dzieje i jak mały jest szczęśliwy odpuści sobie apelację, a nawet jeśli nie, to będzie ona zwykłą zbyteczną formalnością do odbębnienia i zostanie między nami dokładnie tak jak być powinno. A tfu! Żeby nie zapeszyć.

 Ruszyły, chociaż właściwszym byłoby określenie „drgnęły”, sprawy z Małą Mi i Cześkiem.

Co jakiś czas wysyłamy im z Szopenem zdjęcia ze wspólnych zabaw, spacerów, kąpieli i posiłków. Chcę by widzieli, że ich młodszy brat bez przerwy spędza czas z tatą i jest zadowolony. Uśmiechamy się do nich z tych zdjęć, wysyłamy buziaki, machamy, życząc dobrych, kolorowych snów. Liczę, może naiwnie, ale co tam, że te zdjęcia do nich docierają, że nie mają zablokowanych przychodzących wiadomości, czy nie są one wykasowywane, zanim mogliby je zobaczyć. Nie, nie przesadzam.

 Dzisiaj, kolejny raz byłem u nich. Z ponad miesięcznym (!!!) poślizgiem dostałem informację z sądu, że kurator przydzielony nam na wniosek Paranoi został odwołany i moje widzenia z dziećmi są przywrócone i ponownie bez nadzoru. Pierwsze z czego zdałem sobie sprawę, to to, że i sądy powoli ruszają. Mały krok dla ludzkości, wielki krok dla Micka. Ucieszyłem się bardzo, że tuż przed Dniem Dziecka. Jeszcze bardziej ucieszyłem się, gdy zorientowałem się, że to dla ex niespodzianka, bo do niej te informacje jeszcze nie dotarły, więc nie miała jak się do mojego barbarzyńskiego najazdu przygotować. Miałem dla nich specjalny prezent, książkę. Książkę o takich młodziakach jak one same, zdolnych dziewczynach i chłopakach z niesamowitymi pomysłami, których historię pozbierała pewna świetna dziennikarka specjalizująca się właśnie w młodzieży i edukacji. Nawet udało mi się zdobyć jej imienną dedykację dla Cześka i Małej Mi. Gdy im wręczałem ten prezent i powiedziałem co zawiera, zobaczyłem ten szczególny błysk w ich oczach. Cieszyli się. Nie dbam o to, że po raz N-ty odjechałem spod ich domu bez nich. Po raz pierwszy od sierpnia zeszłego roku mogłem im wręczyć prezent. O to, że prezent wręczałem przez płot, bo ich mama nie zechciała otworzyć furtki, też nie dbam. Ja, już nie.

LXXXV Paranoid android

/kadr pochodzi z ekranizacji „Autostopem przez galaktykę” Douglasa Adamsa w reżyserii Gartha Jenningsa/

 Bułki, muszą być bułki. Mrożone, koniecznie, potem tylko hop do piekarnika i są świeże na stole. Plasterki, trzeba plasterki na bułki kupić, bo masło jest w lodówce. Po dziesięć plasterków jakiejś szynki, polędwicy, może bekon na jajecznicę. O właśnie! Jajka.

 Jasna cholera! Nie dam rady, nie zdążę!

 Papryka, koniecznie czerwona, rzodkiewka, ogórek, no i wiadomo, pomidory. Praliny, po jakieś 10 deko każdego rodzaju. Ciacha są, paluszki są. Jogurty, jeszcze jogurty, o, i mleko. Lody mam, soki owocowe mam. Kurczę blade, apiat do mięsnego, zapomniałem o serdelkach.

 Spóźnię się na siedemnastą do pracy. Nie wyrobię. Najwyżej będę się tłumaczył. Trudno. Chociaż może zdążę?

 Znowu w mięsnym, to może skrzydełka na zupę, przecież musi być zupa. Oczywiście, że musi być zupa. Włoszczyznę kupię po drodze w zieleniaku. Jest trochę drożej, ale przynajmniej nie jest poowijana w tonę plastiku. Świeże owoce też tam kupię.

 Ciekawe czego zapomnę. Nie, nie! Nie zapomnę, przecież zawsze w CV wpisywałem, że doskonale radzę sobie w pracy pod presją. Nie zapomnę niczego i zdążę na popołudniową zmianę na czas.

 Latałem po mieście jak oszalały i ciągle zachodziłem w głowę, jak to się wszystko stało?

 W czwartek, przed majowym długim weekendem, o piętnastej zadzwoniłem do Złośnicy w nadziei na krótką rozmowę z Szopenem. Liczyłem się z tym, że po raz kolejny dostanę krótkiego smsa z informacją w stylu „mały śpi”, albo „mały się bawi”, „nie chce gadać przez telefon”. O dziwo już po kilku sygnałach usłyszałem go w słuchawce.

 – Cześć tata.

 – Cześć Szopen, co porabiasz synuś?

 – Bawię się klockami. Robię pociąg.

 – Pociąg? Super! Dokąd pojedziesz pociągiem? Kogo zabierzesz ze sobą?

 – Dinozaury. To jest dionopociąg.

 – Super, a wszystkie dinozaury się zmieszczą?

 – No, tak. Bo robię duży dinopociąg.

 – A gdzie jedziecie?

 – No, na wycieczkę. Do parku. Będziemy oglądać zamek i szukać wiewiórek.

 Mały opisał mi trasę wycieczki z wszystkimi punktami programu, łącznie z ustawką z ninjago swojego Starszego Brata. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu, że ten brzdąc może tak nawijać do słuchawki.

 – Tato, patrz, tutaj będzie obóz i wszyscy będą jeść pizze. Chcesz przyjść do nas na pizzę?

 – Bardzo chętnie synku, ale musimy spytać, czy mama się zgodzi, bo na razie jeszcze trochę nie wolno nam się spotkać, musimy ciągle nosić maseczki i nie podchodzić do nikogo na spacerach.

 – Ja też mam maseczkę. O psim patrolu, a Starszy Brat ma maseczkę o Bat-Manie. A ty masz maseczkę?

 – Pewnie, że mam. Ja mam o uśmiechniętych barankach.

 – A pokaż.

 Aż mnie ścisnęło. Mały po raz kolejny chce coś mi pokazać, albo prosi, żebym ja mu coś pokazał, a jego mama ni w lewo, ni w prawo, nie będzie połączeń wideo i kropka.

 – Nie mogę ci pokazać synku, bo rozmawiamy przez telefon i się trochę nie da. Zrobię ci zdjęcie i wyślę do mamy i ona potem ci pokaże. Ok?

 – Ok, a ja ci wyślę zdjęcie z moim psim patrolem.

 – Świetny pomysł Szopen. Będę czekał.

 – Papa tato.

 – Pa skarbie, tęsknię za tobą. Bardzo cię kocham. Papa, buziaki sto dwa.

 – Ja też ciebie kocham tata, papa, buziaki sto dwa.

 – Mick, poczekaj – to Złośnica odezwała się zanim się rozłączyliśmy. Dziwne, bo wcześniej nawet na moje usilne prośby o chwilę rozmowy reagowała jedynie i wyłącznie, właśnie jej rozłączeniem.

 – Tak?

 – Chcesz małego w ten weekend?- Zatkało mnie, aż oderwałem słuchawkę od ucha i popatrzyłem na ekran ze zdziwieniem, jakby potrafił wyjaśnić mi wszystko w kilku słowach na swoim wyświetlaczu. – Chcesz? Jesteś tam? – usłyszałem ponownie w telefonie.

 – Tak, jasne. Oczywiście, że chcę. Coś się stało? – za późno ugryzłem się w język gdy pytanie samo wyskoczyło z mych ust.

 Bierz baranie póki dają. O nic nie pytaj. Bierz!

 – Nic się nie stało. Zaczynają luzować tą całą izolację. Zaraz mają otwierać przedszkola.

 – To może, skoro już się decydujemy, to wezmę Szopena w piątek, tak jak orzekła sędzia?

 – Ale to nie jest prawomocne.

 – Jak to nie? Minęło grubo ponad dwa miesiące od rozprawy.

 – Złożyłam apelację.

 Kurwa mać, po co? Nie masz nic, żadnych argumentów, wszystko zostało powiedziane po kilka razy na rozprawach. Tylko przedłużasz ten niepotrzebny syf. Zagotowało się we mnie na chwilę.

 – Rozumiem…

 – Możemy zrobić tak, że weźmiesz Szopena na sobotę i niedzielę z noclegiem. Niech ci będzie.

 Nie wierzyłem w to co słyszę. Serio? Wszystkie alarmy zawyły w mojej głowie i nakazały wzmożoną czujność. O co tu chodzi? Gdzie jest haczyk? Spokojnie, może jest po prostu zmęczona tym wszystkim. Dwa miesiące z dwójką malców i swoją zrzędzącą matką to nie lada wyzwanie. Może czekała na jakiekolwiek zarządzenie miłościwie nam panujących, dające jej taką możliwość, bez przymusu wywieszenia białej flagi?

 – Ok. Będę więc w sobotę o stałej porze po małego. Cześć.

 Mój ojciec i brat wprost mi mówili, że odbija mi palma i przesadzam.

 – Przecież Szopen ma być u ciebie raptem na jedną noc. To jedno dziecko a nie pół przedszkola. Nie szarżuj.

 – No nie, to nie tak. Musi być wszystko. Nie może usłyszeć ode mnie, że czegoś nie ma. Ma być i już. Przecież się nie zmarnuje nawet jeśli nie ruszy. I tak miałem zrobić jakieś większe zakupy, więc spokojnie.

 – No właśnie, spokojnie. – kiwali głową, niby z politowaniem, ale widziałem, że i oni się cieszą, że sprawa przybrała taki obrót.

 – Piżamka! Muszę kupić piżamkę. Z tym już na pewno nie zdążę. Jutro wszystko zamknięte, a w sobotę mam o dziesiątej być po małego. To przecież te godziny dla seniorów. Szlag!

 – Ja ci kupię. Mnie do sklepu wpuszczą. – odezwał się ojciec – Powiedz tylko jaki rozmiar i co ma być na piżamce.

 – Hulk, Spider-Man, Lego Ninjago albo Myszka Miki. Z resztą, jak będziesz już na miejscu, to się z nami połączysz i mały sam wybierze z tego co nam pokażesz. Niech bogi błogosławią XXI wiek i jego technologię.

 Zanim pojechaliśmy po Szopena, wypaliliśmy z Padre tradycyjną fajkę na podwórku.

 – Kurczę, Padre, boję się.

 – Spokojnie, nie ma czego.

 – A jeśli to jest jej jakiś kolejny wybieg? Mam obawy, że dzisiaj po szesnastej zadzwoni z pytaniem gdzie jest Szopen i dlaczego jeszcze go nie odstawiłem? Już dosłownie widzę jak gliny podjeżdżają pod dom. Przecież mam motyw i argumenty, bo chcę sobie odbić dwa miesiące niewidzenia się z synem. To się idealnie układa pod taki manewr.

 – Jeśli zadzwoni popołudniu, to go odwieziemy. Jeśli nie zadzwoni, to ciesz się synem. Pewnie ma swoje plany na ten weekend i dzieci tylko by jej w tym przeszkadzały. Ot, cała tajemnica. Wykorzystuje sytuacje na swoją modłę. Jak zawsze. Sam mówiłeś, że ojciec Starszego Brata też niespodziewanie dostał go na weekend. Was dwóch chce załatwić?

 Ciężka było odmówić mu racji, ja jednak wciąż nie mogłem uwierzyć, że tak bezinteresownie i z własnej woli oddaje mi Szopena i to na noc. Chyba sam staję się już paranoikiem, grzebiąc swój zdrowy rozsądek w ogródku za domem.

 Spędziliśmy z małym doskonałe dwa dni. Graliśmy w nogę, budowaliśmy miasta z klocków, układaliśmy dziesiątki puzzli, oglądaliśmy bajki. No i oczywiście jedliśmy zupę. Szopen nawet zażyczył sobie dokładki. Mój zuch!

 Trochę chlipnął wieczorem za mamą, ale udało mi się zażegnać kryzys kąpielą z Buzzem Astralem i Chudym z lego od wielkanocnego zająca. Chciałem poczytać mu do snu, ale najwidoczniej dwa miesiące przerwy w kontakcie z książkami i dominacja bajek z telewizora zrobiła swoje. Nie wykazał najmniejszego zainteresowania, wręcz dość żywo oponował i skończyliśmy dzień Świnką Peppą. Trudno, popracujemy i nad tym.

Rano obudziły mnie szturchnięcia małej rączki.

 – Tato, tato, czy już jest dzień?

 – Tak synuś, już jest dzień. – odpowiedziałem radośnie podnieconej buzi.

 – Chodźmy układać puzzle! – Szopen już się gramolił z łóżka.

 – Może najpierw śniadanko?

  – Ale ja nie jestem głodny. Tato chodź!

 Zdążyłem zrobić nam piżamowe selfie w wyrku i używając jeszcze jednej karty sim kupionej w tylko tym właśnie celu, wysłałem mmsy na numery Małej Mi i Cześka z pozdrowieniami, uściskami i całusami od nas, życząc im cudownej majówkowej niedzieli. Mam nadzieję, że je zobaczą. Za nimi też cholernie tęsknię, Szopen z resztą również o nich pytał.

 Po tej fantastycznej majówce dalej czekam. Czekamy.

LXXXIV Przestań mendzić!

kadr pochodzi z filmu Miś – reż. Stanisław Bareja, 1980

 – Jeśli nie przestaniesz wydzwaniać, oskarżę cię o nękanie. Mam dosyć twoich telefonów. Myślisz, że nie mam nic innego do roboty, tylko czekać, aż zadzwonisz? Twój syn śpi. Twój syn nie chce z tobą rozmawiać. Jesteśmy zajęci. Nie mam telefonu przywiązanego do ręki i nie muszę zgłaszać się za każdym razem, gdy dzwonisz. Przestań mędzić i skomleć.

 Nie mam już siły. Bezlik wymówek jakie otrzymuję od Złośnicy już przestał mnie irytować. Teraz zadziwia. Już nawet jej adwokat nie jest w stanie wpłynąć na nią. Nie rozumiem. To się w ogóle da zrozumieć? Jakby to, że dwa, czy o zgrozo, nawet trzy razy w tygodniu przez kilka minut pogadam z Szopenem przez telefon miało ją cokolwiek kosztować. Jakby niemożliwe było wygospodarować te kilka chwil w kalendarzu, by poświęcić je ojcu dziecka. Poświęcić? Wybór tego słowa to skrajne nadużycie. Chociaż może tylko mi w czasie wymuszonego dystansowania społecznego trudno zapełnić kalendarz i innym czasu nie staje na wszystko co zaplanują?

 – Obawiam się, że niewiele pan zdziała. – odezwał się głos mecenasa Dębskiego w słuchawce – Czasu nikt nie cofnie i już go pan nie odzyska, a sąd nie rozpatrzy pana skargi teraz. Będzie pan musiał poczekać, aż cała ta wirusowa izolacja zelżeje na tyle, że zaczną pracować w trybie choć zbliżonym do normalnego. Sąd nie ma żadnych narzędzi, aby wpłynąć tu i teraz na zachowanie matki pana najmłodszego dziecka. Jedyne co pan zyska to zwrócenie uwagi na wciąż istniejący problem, tak że w przyszłości być może będzie miał pan mniejsze problemy z ewentualnym wyegzekwowaniem należytego zachowania z jej strony. Z akcentem na być może.

 Próbowałem też zadzwonić do Małej Mi. Kupiłem kartę i wykręciłem numer który od dawna nie odpowiada na moje smsy i telefony. Po kilku sygnałach połączenie zostało odebrane.

 – Halo? – usłyszałem głos Paranoi w słuchawce.

 – Dzień dobry, chciałbym porozmawiać z Małą Mi.

 – A kto mówi? – nie poznała mnie po głosie?

 – Jej ojciec. Dasz mi ją do telefonu?

 – Ona nie chce z tobą rozmawiać.

 – Przestań być jej adwokatem. Możesz jej dać słuchawkę?

 Nie doczekałem się. Kiedy spróbowałem ponownie po dłuższej chwili, nikt nie odebrał. Nie włączyła się również poczta głosowa. Najprawdopodobniej ten numer również był już zablokowany. Nie było sensu kupować kolejnej karty sim, zapewne znów odbierze matka a nie Mała Mi. Ma w domu wszystko i wszystkich pod kontrolą, totalną i absolutną, bez wyjątku.

 Jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu. Historia zatoczyła koślawe koło i wróciłem do punktu wyjścia. Zaraz po tym gdy wydawało mi się, że w końcu wychodzę na prostą. Złość z bezsilności. Łzy, wściekłość i jeszcze więcej bezsilności. Frustracja i apatia.

 Czternaście lat temu, w roku 2006, w Kanadzie, został zainicjowany Dzień Świadomości Alienacji Rodzicielskiej, przypada na 25. kwietnia. Ma zwracać na powszechne, jak świat długi i szeroki praktyki matek, odcinających dzieci od ojców. Tak, matek, nie rodziców. Oczywiście ja tak twierdzę, bo wszędzie mówi się o „jednym z rodziców”. Ojcowie też uprawiają ten proceder, to oczywiste, że faceci też potrafią być potworami. Natomiast gdy przyjrzałem się statystykom, jak często sprawy wnoszone są przez matki, jak często przez ojców oraz jak często, czytajcie – jak łatwo, skazywani są faceci, a jak kobiety, stwierdziłem, że spokojnie w nosie mogę mieć poprawność polityczną i zostawić ojców z boku, gdyż mieszczą się jako prowodyrzy i winowajcy w granicach błędu statystycznego i nie wypełniają go do końca, a ten wynosi przecież całe 3%.

 Najgorsze w tym wszystkim wcale nie są te statystyki. Przerażające jest coś całkiem innego.

Powszechność wiedzy na temat tych wszystkich metod i sposobów jakie wykorzystują matki by odciąć dzieci od ich ojców jest ogromna. Te wszystkie działania są tak schematyczne, że gdyby nie ich skutek, można by powiedzieć, że wręcz nudne. I co? I nic. Dosłownie nic. Jakby nikomu nie zależało na tym, by doprowadzić sytuacje do jakichś akceptowalnych ram. Jakby ktoś zakładał, że to status quo jest w zasadzie ok.

 Jest jeszcze jedna rzecz która wywołała na mojej twarzy smutny uśmiech. Parental Alienation Awareness Day został powołany do zaistnienia w kalendarzu czternaście lat temu, w Kanadzie, kraju gdzie prawa obywatelskie i porządek prawny ma nieco większe znaczenie niż w kraju ciemności i zabobonu w którym żyję, a i tak musiał być powołany, bo okazuje się, że nie wszystko pomiędzy rodzicami po rozwodzie dzieje się jak należy i cenę za to płacą przede wszystkim dzieci. Ile lat będzie musiało upłynąć, by tutaj ktoś na serio pochylił się nad tym problemem?

 Kurwa mać!

LXXXII Kalkomaniak

  Dosyć spokojnym, może nawet leniwym krokiem szedłem do domu. Nie spieszyło mi się, bo i do czego miałbym się spieszyć? Cztery ściany i drobniejsza piąta, podpięta do prądu i talerza na dachu. Pogoda taka sobie, wilgoć w powietrzu rosła z każdą minutą, a gdy tylko słońce zaczęło tulić się do horyzontu i zrobiło się dostatecznie ciemno, spadł deszcz. Teraz mżyło i pewnie nie przestanie do poranka. Taka pora roku.

 Dotarłem do swoich drzwi i wyciągnąłem z kieszeni drobny pęczek kluczy. Przekręciłem klucz w zamku i nacisnąłem, a potem pchnąłem klamkę do przodu. Przez chwilę stałem w progu, przyglądając się przedsionkowi i reszcie wnętrza mieszkania, jaką można było objąć wzrokiem bez wchodzenia do środka. Drzwi do pokoi po jednej stronie, do kuchni i łazienki po drugiej. W przejściu półka na buty, szaliki i czapki, odkurzacz i kilka innych klamotów, wieszak z moimi kurtkami. Zimową i trzema jesienno-wiosennymi. Całoroczna skóra, moja ramoneska, którą kupiłem sobie tuż po rozwodzie, bo Paranoja nigdy wcześniej nie chciała się zgodzić bym nosił „taką szmatę”, zawiśnie tam zaraz po tym, jak wejdę do środka, lecz ciągle tego nie robiłem, jakby coś odpychało mnie od przestąpienia progu.

 – Kochanie! Jestem w domu! – powiedziałem głośno robiąc w końcu krok do przodu – Cholera, znowu zapomniałem, że nie jestem już żonaty. – mruknąłem do siebie pod nosem zamykając za sobą drzwi. Odgrywałem sam ze sobą i dla siebie po raz stutysięczny ten suchy skecz, mimo, że przestał być śmieszny już lata temu. Sam nie wiem dlaczego, co jakiś czas, ciągle to robiłem.

 Kolejno wyciągałem z kieszeni portfel, klucze, papierosy i zapalniczkę odkładając je na szafkę. Torba spoczęła na swoim miejscu, tak samo kurtka, buty i arafatka używana jako szalik. Mój rytuał logowania się w domu. Oparłem się o framugę w wejściu do pokoju i obrzuciłem pomieszczenie wzrokiem. Na dłużej zatrzymałem się na telewizorze i sprzęcie grającym. Co dzisiaj? Na pewno nie książka. Zmęczenie i rozdrażnienie nie pozwolą mi się skupić. Nie namyślając się długo chwyciłem pilot od tv i włączyłem pudło. Nawet nie starałem się zerknąć w ekran. Nie interesowało mnie zbytnio co leci. Najprawdopodobniej będzie to powtórka filmu, który i tak już widziałem, zapewne więcej niż raz. Poszedłem do kuchni po czystą szklankę. Wyciągnąłem ją z suszarki i wróciłem do pokoju. Usiadłem na łóżku podkładając pod plecy i głowę poduszki. Schyliłem się po butelkę stojącą na zaimprowizowanym stoliku nocnym i wprawnym ruchem odkręciłem kapsel. Nalałem do szkła porcję i nie odstawiając butelki opróżniłem szklankę jednym, wielkim, łapczywym haustem, po czym nalałem ponownie i szybko uniosłem szkło na powrót do ust. Ciecz ponownie zatańczyła chropowatego walca po moim języku i spłynęła do gardła. Dopiero teraz zerknąłem na to co leciało w telewizji i poszukałem wzrokiem pilota. Przełączyłem kilka kanałów w poszukiwaniu czegoś ciekawego, na czym mógłbym zawiesić wzrok na dłuższą chwilę. Zauważyłem obok szklanki, którą w końcu odstawiłem, jeszcze na wpół pełną, kapsel od butelki. Chwyciłem go i zakręciłem dość solidnie butelkę. Bardzo nie lubiłem gdy woda zbyt mocno się wygazowywała.

 Nie podobały mi się te ostatnie dni. Nie podobały mi się jeszcze bardziej, niż te wcześniejsze, kiedy wracałem do pustego domu. Od tygodnia wracam z pracy bardzo późno. Zbyt późno, aby móc zadzwonić do kogokolwiek chociaż na krótką pogawędkę. Wszyscy właśnie kładli się spać, o ile już nie spali od kilku chwil.

 Ta wymuszona przez wirusa izolacja uderzała we mnie w dwójnasób. Nie dość, że teraz już nawet z moim najmłodszym dzieckiem nie mogłem spędzić nawet chwili, odcięła również moje i tak znikome kontakty towarzyskie na amen. Kiedy ja byłem w domu, wszyscy inni z moich znajomych byli w pracy. Kiedy ja zaczynałem pracę, oni do domów wracali. Nawet nie było jak zadzwonić, żeby nie przeszkadzać. Sen, dom, praca, sen, dom, praca. Gdybym teraz zamienił butelkę z gazowana wodą na wódkę, wypisz, wymaluj, dostałbym obrazek moich samotnych, pijanych dni, tygodni i miesięcy w Molochu. Bardzo mnie ta refleksja uderzyła i im dłużej to trwa, tym bardziej mnie dołuje.

 Kilka razy próbowałem podsunąć pomysł Złośnicy, że może wejdzie z małym na skype, albo chociaż włączy to i ustawi tak, bym choć przez kilka minut mógł go zobaczyć, skoro tak bardzo nie chce wpuścić mnie do siebie do domu, że o daniu mi go do mnie nie wspomnę. Oczywiście nie odpowiedziała słowem. Nawet nie odmówiła. U Paranoi podobnie. Żadnego odzewu.

 Moja terapeutka zażartowała sobie w czasie sesji jaką odbyliśmy przez telefon, że jeśli bóg jest, to chyba uparł się, żeby mnie sprawdzić na wskroś i dlatego, gdy mi się już wydawało, że wychodzę na prostą, wymyślił sobie zarazę. Zabawne. Bardzo kurwa zabawne.

 …Ale na wszelki wypadek przepraszam za kłopot. Bardzo przepraszam was wszystkich siedem i pół miliarda.

LXXXI Cierpliwość w czasach zarazy

Ogród rozkoszy ziemskich – H. Bosch

 Dzisiaj po raz pierwszy  idę do pracy na popołudnie. Dzisiaj po raz pierwszy w historii firmy mój dział będzie miał popołudniową zmianę. Nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych rozwiązań. Podzielili nas na pół i część będzie przychodzić jak zwykle rano i pracować do popołudnia, część zaś wejdzie do biura dopiero, kiedy ci pierwsi przetrą wszystko płynem dezynfekującym i sobie pójdą. Ja nie będę nic przecierać po zakończeniu pracy, bo od dwudziestej drugiej do szóstej rano ewentualnie pozostawiony przeze mnie wirus sam zginie.

 Zaproponowana przez władze samodzielna kwarantanna zaczyna dla mnie nabierać jeszcze głębszego wymiaru. Może to i dobrze, bo spędzając samotne popołudnie w domu, niemalże bezczynnie, bo ile można prać i sprzątać, moja irytacja rosła do takiego poziomu, że zaczynałem się martwić.

 Dwa dni temu, teoretycznie, uprawomocniło się orzeczenie Sądu Rodzinnego przyznającego mi czas o jaki prosiłem, by móc go spędzać z Szopenem. Sporo czasu. Teoretycznie, bo cały obieg dokumentów jest spowolniony przez ograniczenie działania wielu instytucji, w tym sądów i poczty, do minimum, więc tak naprawdę, nikt nie jest w stanie dać mi 100% pewności, że jakieś zażalenie nie tkwi jeszcze na poczcie, czy w biurze podawczym i za tydzień nie okaże się, że stan rzeczy jest kompletnie inny niż mi się wydaje. Ze względów oczywistych nie widziałem się od ponad tygodnia z Szopenem ani chwili i nikt nie wie jak długo ta sytuacja potrwa. Pesymiści twierdzą, że i dwa, a nawet trzy miesiące. Optymiści, że góra do świąt wielkanocnych. Nie chcę zgadywać kto może mieć rację. Tak czy inaczej, w zbyt długich tygodniach muszę liczyć, ile czasu minie zanim znowu zobaczę się z synkiem.

 Oczywiście złoszczę się na cały świat, że dzieje się jak się dzieje, chociaż to bez sensu, a już na pewno w niczym mi nie pomoże, ale ciężko mi przejść do porządku dziennego nad tym, że Złośnica nic sobie nie robi z moich próśb o choćby wizytę u naszego dziecka, rozmowę, cokolwiek, kwitując je krótkim, „a kto ci otworzy drzwi jak zapukasz?” Zostaję ze swoją tęsknotą sam i pozostaje mi czekać. Znowu.

 Kurator, który cały czas jest zobowiązany do co dwutygodniowych wypraw ze mną po moją starszą dwójkę, Małą Mi i Cześka, wysłał mi wiadomość, że w najbliższy weekend wizyta jest odwołana ze względu na ogłoszony stan pandemii. Tak samo wszelkie rozprawy i terminy odsuwają się co najmniej do końca kwietnia. Nie mam pojęcia kiedy ruszy sprawa jaką uruchomił Sąd w kwestii Paranoi. Siedzieć i czekać. Jakby przez ostatnie półtorej roku było mi tego mało. Tyle w tym wszystkim dobrego, że niejako weszło mi to czekanie w krew i siłą przyzwyczajenia jakoś sobie z tym poradzę. Oby.

Tak w ogóle to czuję się schizofernicznie. Moje boje na sądowych salach się pokończyły. No może nie do końca, ale jednak pewne sprawy zostały podomykane i znalazły swój finisz. Ciągle stająca okoniem Złośnica już nie będzie miała wyjścia, jak zastosować się do dokumentu i o ile nie zagra jak Paranoja, idąc w zaparte i na przekór wskazaniom, podzielimy się opieką nad naszym dzieckiem niemal pół na pół. Fantastycznie! Ciągnąca się jak lasagnea sprawa z obniżeniem niebotycznych alimentów, znalazła w końcu swój finał i w dodatku są jakieś przesłanki ku temu, że być może uda się osiągnąć w tym temacie jeszcze więcej. Dług z dnia na dzień zmalał o niebagatelną sumę i mimo, że wciąż będę zostawiał absolutną większość swojej wypłaty komornikowi, który po odliczeniu swojej doli przekaże resztę moim dzieciom, jakoś dam radę uciułać na rachunki i skromniutkie życie. I to też nie wszystko.

 – Udało się! Masz kredyt! – mówiła do mnie przez telefon Mama. – Za chwilę pieniądze będą na twoim koncie.

 Mam kredyt? Nie. Oni mają. W życiu żaden bank nie dałby mi złamanego grosza. Nie w sytuacji kiedy dwie trzecie mojej pensji ma przeznaczenie w postaci alimentów. Nawet komornik nie musiałby na nich siedzieć, żebym dla banku był niewypłacalnym klientem, nie wspominając, że tenże komornik jest wpisany w księgach wieczystych z zajęciem mojej nieruchomości. Moja rodzina, z Mamą na czele, zaciągnęła ten kredyt dla mnie, ja go musze tylko spłacić. Tylko. Nie mam pojęcia jak to zrobię. I to nie jest „jeszcze nie mam pojęcia”. Po prostu, nie mam pojęcia. To łyżka dziegciu w tej beczce słodyczy, radości z tego, że nie zostanę pozbawiony dachu nad głową, że ciągle ten dom może być domem moim i dzieciaków. W sumie tego przecież chciałem. Zyskać czas, aby poradzić sobie z tymi zobowiązaniami, które exy żądały, bym załatwił teraz, zaraz, od ręki. No, to do roboty. I znów, jak?! Jak mam się zabrać do roboty, tej dodatkowej, by dołożyć do swojej pensji, kiedy cholera wie jak długo każą nam siedzieć w domu? Tak naprawdę, to nie wiem, czy przypadkiem za dzień, lub dwa, nawet tej pracy, którą mam, nie zostanę pozbawiony, bo przecież pół świata zaraz będzie stało na pauzie ze wstrzymanym oddechem. I to niemal dosłownie.

 Niby tyle spraw mi się udało załatwić, niby tyle rzeczy się wyprostowało i w końcu słońce wyszło zza chmur. Niby. Stoję przed lustrem w łazience w pustym domu, golę się i tłumaczę sobie, że odwaliłem kawał dobrej roboty i że jestem dużo bliżej, niż dalej. Patrzę sobie w oczy i jedna myśl krąży mi po głowie.

 – Pyrrus by się uśmiał.

LXXX Koniec zestawu obowiązkowego

/kadr pochodzi z filmu „Miś” – reż. S. Bareja 1980/

 – Cześć. Tak sobie myślałem o obecnej sytuacji w naszym kraju, w Europie i w ogóle, i zastanawiam się, czy nie odpuścilibyśmy małemu przedszkola? Wiesz, twoja mama pracuje na zmiany, moi są już na emeryturach, może zorganizujemy małemu dni tak, żeby nie musiał pojawiać się w przedszkolu, tak na wszelki wypadek. Dmuchanie na zimne.

 – Chyba się za dużo telewizji naoglądałeś i panikujesz.

 – Nie, nie oglądam telewizji. Czasem posłucham radia.

 – Ale ty wiesz kim ja jestem z zawodu? Wiesz, że pracując w aptece jestem w samym środku tego i wiem najlepiej czy trzeba, czy nie trzeba podejmować jakiekolwiek kroki i działania. Nic takiego nie planuje.

 Kolejny raz rozłączyła się nawet nie mówiąc kurtuazyjnego „do widzenia”. Próbowałem się dodzwonić do niej jeszcze raz, ale połączenie od razu zostało odrzucone. Westchnąłem tylko licząc na to, że jeśli zacznie się cokolwiek dziać, placówka sama zdecyduje o swoim zamknięciu i pozostanie jej się tylko podporządkować. Po raz nie wiem już który przekonałem się, że nie było sensu próbować z nią negocjacji w żadnej kwestii, gdyż nie ma najmniejszej woli porozumienia z jej strony. Energia i czas na straty. Ale czyste sumienie. Co z tego? Nic.

 Wróciłem ze spaceru zmarznięty i mocno niepocieszony reakcją Złośnicy. Chyba przeczuwała co usłyszy jutro na sali sądowej w orzeczeniu i zawczasu odbijała sobie na mnie niezadowolenie. Szkoda tylko, że mały znowu może wziąć za to rykoszetem. Oby nie.

 Jeszcze zanim dotarłem nazajutrz na sądowy korytarz, w radiu usłyszałem komunikat o zamknięciu żłobków, przedszkoli i szkół w całym kraju. Zaśmiałem się tylko pod nosem. Nie minęły nawet 24 godziny od kiedy do niej zadzwoniłem z propozycją.

 – Cześć. – przywitałem Złośnicę pod wejściem do Sali rozpraw – Dalej uważasz, że panikuję od oglądania telewizji?

 – Spieprzaj. I nie myśl, że twoja matka i ojciec zobaczą się z małym. Zostaję z nim w domu. – odpowiedziała i ruszyła w głąb korytarza.

 Tak jak przypuszczałem Sędzia przychyliła się do niemal wszystkich moich próśb. Zreferowanie orzeczenia wraz z uzasadnieniem zajęło jej jakieś dziesięć minut. Dziesięć minut, na które czekałem ponad rok. Wakacje, ferie, święta jedne i drugie, urodziny, dni powszednie w tygodniu oraz weekendy. Wszystkie terminy o jakie prosiłem zostały zachowane, z jedną drobną różnicą, która była mi bardzo nie w smak. Prosiłem o co drugi weekend, tak abym miał Szopena w te same weekendy co Małą Mi i Cześka, ale Sędzia postanowiła zostawić je tak jak w zabezpieczeniu na czas procesu, czyli pierwszy i trzeci weekend miesiąca. Niestety więc, nie wszystkie weekendy przeznaczone na mój wspólny czas z dziećmi spędzimy w czwórkę. Zastanawialiśmy się z mecenasem Dębskim, czy nie apelować. Jest nawet kilka argumentów przemawiających za tym by spróbować, ale stwierdziłem, że jestem zbyt zmęczony, aby dalej to ciągnąć. Tym bardziej, że zaistniały nowe okoliczności.

 Parę dni temu otrzymałem zawiadomienie z Sądu Rodzinnego, że wszczyna się z urzędu postępowanie ograniczające prawa rodzicielskie wobec rodziców małoletnich Małej Mi i Cześka oraz o ponowne ustalenie kontaktów małoletnich ze mną.

 – To bardzo dobra wiadomość panie Jakubiak-Zoski. Świetnie! – ucieszył się Dębski, gdy przeczytał list.

 – Jak to? Przecież jeśli jej ograniczą prawa, to dzieciaki mogą wylądować w jakiejś cholernej rodzinie zastępczej! Wie pan co ona teraz im mówi? Że przez tatę mogą zostać pozbawione mamy. Stawiam dolary przeciw orzechom, ze właśnie taki komunikat wpaja teraz naszym dzieciom.

 – Mam nadzieję, że nie. Musi być przecież w kontakcie ze swoim prawnikiem i ten jej pewnie wytłumaczył, że taki scenariusz jak rodzina zastępcza, to raczej ostateczność, o ile w ogóle możliwe, że tak się kiedykolwiek stanie. Sąd zapewne zadecyduje, że skoro Paranoja nie wpuszcza kuratora nawet do domu, by ten zamienił słowo z dziećmi, tylko sama mu komunikuje, że dzieci nigdzie nie chcą jechać, kiedy pan przybywa po nie w jego towarzystwie, to zostanie na nią założona pełna kuratela, tak, że kurator rodzinny będzie miał prawo przebywać u niej od świtu do zmierzchu. Nie będzie mogła już mu powiedzieć, że go nie wpuści. Tak zazwyczaj wygląda pierwszy krok ograniczenia władzy rodzicielskiej w takich przypadkach jak pański.

 – To jej na pewno nie powstrzyma przed tym, by straszyć dzieci, że zostaną odebrane jej przez moje poczynania.

 – Ale to przecież nie pan, tylko sąd sam z siebie zadecydował o tym ruchu.

 – Jak wyżej. Nie powstrzyma jej to.

 – Przesadza pan.

 – Nie. Ani na jotę. I radzę mi uwierzyć, bo tym razem nie dam się przekonać adwokatowi do jego wizji mojej byłej żony i jak się z nią rozprawić w sądzie. Za dużo do tej pory na tym straciłem słuchając adwokatów przyznawanych z urzędu. Każdy radził bym podszedł ulegle, zgiął kark i grzecznie brał co dają i głośno dziękował. Jak jeden brali za pewnik, że to i jedną i drugą udobrucha i będziemy odtąd żyli długo i szczęśliwie. Nic takiego się nie wydarzyło jak pan wie, wręcz zostało to wykorzystane i dokręcano mi śrubę jeszcze bardziej i jestem po roku tu gdzie jestem. Sam pan przyznał, że alimenty są odrobinę za duże i spokojnie mogłyby zostać zasądzone mniejsze bez szkody dla nikogo. To, że nadzwyczaj długo się to wszystko ciągnie z widzeniami z dziećmi też pan zauważył nie raz.

 Dębski popatrzył na mnie uważnie i pokiwał głową.

 – Dobrze, będę panu wierzył w każde słowo, ale za to pan musi mnie słuchać. Bezwzględnie. Mamy drugie otwarcie z pana byłą żoną i obawiam się, że będzie decydujące i ostateczne. Myślę, że ma pan dużo mocniejsze karty w tym rozdaniu, ale jak już się skończy, obawiam się, że trzeciego podejścia nie będzie.

 – Dlatego tym razem zabieram pana ze sobą na salę.

Mecenas Dębski uśmiechnął się do mnie i przytaknął. Te sprawy ciągnące się od długich miesięcy finiszowały, przynajmniej tak wyglądało i się te przewidywanie sprawdziły. Bez sensu byłoby na linii mety pokazywać exom, że już nie jestem sam na ringu. Teraz, w tej najważniejszej sprawie jaka została do załatwienia na sali sądowej, będę z prawnikiem i już nie będę się obawiał braku obycia z kruczkami prawnymi, a zapewne i mecenas Paranoi nie będzie mógł sobie pozwolić na wszystko co do tej pory uchodziło mu na sucho. Nie oszukujmy się. Sędzia też. Wielokrotnie czułem, że już jest zmęczona nami, tym tematem i ciągnącymi się godzinami rozprawami i pragnie, może i nawet wbrew sobie, żeby to wszystko już się skończyło. W świetle tego, że moja była żona atakowała mnie jedynie pomówieniami, przy braku dowodów na moje rzekome przewiny, było im na rękę zmęczenie prowadzącej sprawę. Niby ryzykownie, ale wciąż nie poniosła ani jednej konsekwencji swoich postępowań.

 Tak, czy inaczej, nie będę apelował o te nie do końca trafione weekendy w sprawie widzeń z Szopenem. Poczekam na rozwiązanie sprawy z Małą Mi i Cześkiem i jeśli zajdzie taka potrzeba, zawnioskuję od początku.

Póki co… Nie, nie strzelą korki od szampana. Z przyczyn obiektywnych. Od dosyć już dawna świętuję wuzetką i kawą z papierosem na dokładkę, dla złamania słodyczy. Po wtóre, to jeszcze nie koniec, o czym przypomniała mi smsem mama mojego najmłodszego pod wieczór, w dniu ogłoszenia orzeczenia w sądzie.

 – Mam podpisaną osobistą opiekę nad Szopenem przez najbliższe dwa tygodnie. Chyba nie musze ci tłumaczyć nic więcej.

LXXIX Papierosy, kawa i ja

/kadr pochodzi z epizodu „Kawa i papierosy” – reż. Jim Jarmusch 1992/

 Jestem ojcem trójki, jak powszechnie wiadomo, najfajniejszych dzieci we wszechświecie. Małej Mi, Cześka i Szopena. W jeszcze moim domu, ściany mam obwieszone ich zdjęciami. Ze mną, z moimi rodzicami, z ich kuzynami. Z wakacji, ze szkoły i przedszkola, z ognisk i przyjęć, z naszego domu. Starszą dwójkę, w ciągu ostatnich czternastu miesięcy widziałem dwa razy, nie licząc przypadkowych spotkań na mieście, których też z resztą było raptem kilka, czy życzeń urodzinowych składanych im przez płot domu, w którym mieszkają z ich matką. Najmłodszego widuję od roku niemal regularnie. Przelewam na niego całą moją ojcowską miłość i staram się jak mogę, by nie dostrzegł w moich oczach żalu, że jest tylko on. Że nie będzie czuł mojego rozżalenia, że ma jeszcze rodzeństwo, którego tak naprawdę nie zna, bo co taki maluch może powiedzieć o dwójce dzieciaków, które zna prawie tylko ze zdjęć. Tylko na niektórych z nich są wszyscy razem w kadrze. Staram się chować to dojmujące uczucie najgłębiej jak się da i cieszyć się na 100% każdą spędzaną z nim chwilą, ale jest to dla mnie trudne, i bynajmniej nie jest to biadolenie malkontenta. Z resztą Szopen rośnie i z każdym dniem staje się mądrzejszy i bystrzejszy. Prędzej, czy później dostrzeże we mnie tę nostalgię. Może też ją poczuje w jakiś sposób? Co wtedy? Nie wiem. Póki co odpycham od siebie tę myśl, mając ogromną nadzieję, że zanim mały będzie w stanie nazwać takie uczucie, sprawy rozwiążą się, czy to przy pomocy sądu, czy same z siebie, po mojej myśli i nie będę więcej dzielił czasu, na spędzony z nim i bez nich, bo będzie tylko ten wspólny, całej naszej czwórki.

 Wczoraj moja córka kończyła trzynaście lat. Bogowie wszyscy razem wzięci! Jestem ojcem nastolatki, pannicy z szóstej klasy! I nic o tym nie wiem. Może nawet gdyby tu była, wiedziałbym o tym niewiele, bo mogę tylko zgadywać, czy zechciałaby się podzielić tym, co ma w swojej głowie, jak mijają jej dni i tygodnie. Co ją cieszy, fascynuje, co wkurza lub złości. Chciałbym spróbować, przekonać się na własnej skórze, czy sztama, jaką, wydaje mi się, mieliśmy, przetrwała przez ten czas, w którym zawiesiła nas jej matka.

 – Podjadę do dzieci o 17. Chciałbym złożyć Małej Mi życzenia i dać jej prezent. Mam też drobny upominek dla Cześka. – wysłałem wiadomość do Paranoi. Wolałbym pojechać w ciemno, ale zobowiązał mnie do tego sąd. Mam uprzedzić ich mamę o swoim przyjeździe w dzień urodzin dzieci.

 – Zapraszam na 18. – przyszła odpowiedź po dłuższej chwili.

 Dobrze. Niech będzie po twojemu. – pomyślałem sobie i poszedłem do kuchni zaparzyć sobie mała kawę. Sprawdziłem, nie pamiętam który już raz, czy papier na pakunku z prezentem dla młodej równo leży, czy nigdzie się nie zadarł, i czy taśma nigdzie nie puszcza. Wszystko grało, tak jak na samym początku, zaraz po spakowaniu. Torba dla mojego syna też nie zmieniła swoich właściwości. Zadzwoniłem do ojca, że wycieczka na drugi koniec naszej mieściny odbędzie się godzinę później, ale jeśli chce, to może wpaść o umówionej porze, bo właśnie wstawiłem na kawę.

 Już z kubkiem w dłoni wyszedłem przed dom. Odpaliłem papierosa, zaciągnąłem się niedbale i po chwili posmakowałem łyk gorącego naparu. Stałem na ganku klatki schodowej pod daszkiem i nie ruszyłem się na krok dalej. Ściana wiosennego deszczu oddzielała mnie od całego świata. Cisza i ja. Bardzo by mi się podobały takie okoliczności przyrody, gdyby nie bez przerwy atakująca mnie myśl – co dzisiaj wywinie Paranoja? Nie – czy dzisiaj wywinie, choć lekko tliła się we mnie nadzieja, że to w końcu urodziny córki i nie zrobi jej tego, ale właśnie „co?”. Wiem, wiem. Można by pomyśleć, że wywołuję wilka z lasu, że już osądzam, zanim jeszcze się stało, projektuję jej zachowania jako tej złej w moich oczach i wręcz wróżę z fusów kawy, którą właśnie trzymam w dłoniach. Nie, ja ją po prostu znam.

 Nie czułem upływającego czasu. Zatopiony w myślach o wszystkim i o niczym zapaliłem kolejnego papierosa a po chwili dołączył do mnie Padre.

 – Jedziemy, czy palimy? – zapytał stając obok mnie pod daszkiem na ganku.

 Zerknąłem na zegarek. Nie przypuszczałem, że tyle czasu minęło od kiedy wyszedłem przed dom. Było kwadrans do osiemnastej.

 – Zapal sobie tato i pojedziemy. – powiedziałem i poszedłem do domu zostawić pusty kubek po kawie i narzucić na siebie kurtkę. Ciągle padało, jeśli przyjdzie nam choć chwilę czekać pod bramą Paranoi, przemoczymy się do suchej nitki. Tam nie ma się gdzie schować, chyba że w samochodzie.

 Podjechaliśmy kilka minut przed wyznaczonym przez ex czasie. Mimo to, nie czekając udałem się z auta prosto do bramy i nacisnąłem dzwonek. Jak wiele razy poprzednio odczekałem około minutę i kiedy nikt się nie pojawił nacisnąłem guzik ponownie. Pomiędzy dzwonkami przeszedłem się wzdłuż płotu. Zerknąłem w okna pokojów Małej Mi i Cześka. Wszystkie, dosłownie wszystkie okna miały pozaciągane żaluzje, łącznie z uchylnymi oknami w spadzistym dachu i tym drobnym okienku w łazience na piętrze. Kompletne zaciemnienie. Co najmniej, jakby się spodziewała nalotu. Nomen omen. Wróciłem do samochodu tylko po to by wysłuchać w radiu końcówki piosenki, kilku reklam suplementów diety, cudownego środka na grypę dla dzieci i stabilizatora męskości, a zaraz potem usłyszeć charakterystycznych piknięć oznajmiających pełną godzinę i jingla rozpoczynającego wiadomości. Wyszedłem z samochodu i po pięciu sekundach zobaczyłem Paranoję wychodzącą zza rogu jej domu. Zbliżyła się opatulona w szalik i kaptur do bramki.

 – Twoja córka nie przyjdzie do ciebie. Nie chce.

 – Nie wierzę.

 – Nie interesują mnie twoje wierzenia. Nie chce ciebie widzieć i nie chce od ciebie prezentu.

 – Kłamiesz. Mogę wejść do was na próg i ją zawołać? Przekonam się sam.

 – Nie, nie możesz. Żegnam. – rzuciła, po czym odwróciła się i pomaszerowała z powrotem do domu.

 – Proszę cię, to są jej urodziny. Nie rób jej tego. – Zdążyłem tylko krzyknąć za nią zanim zniknęła za rogiem nie zatrzymując się.

 Zastanawiałem się co robić. W głowie huczały mi słowa mecenasa Dębskiego.

 – Tylko niech pan nie robi nic głupiego, żadnych krzyków, żadnych awantur, a już nie daj boże próby wtargnięcia. Sąd będzie musiał pana za to ukarać, nawet jeśli racja jest po pana stronie. Niech pan, cokolwiek by się nie działo, przyjmuje dotychczasową taktykę. Do bramki, przyjąć co ma do powiedzenia na klatę, podziękować i od bramki.

 Jeszcze chwilę postałem na deszczu zastanawiając się, czy nie zatrąbić, nie zawołać, może jak mnie przez okno zobaczą to wyjdą? Bez sensu. Przecież ich matka miała i ma plan i nawet jeśli usłyszą, to tylko dostaną kolejny rozkaz i będzie jeszcze gorzej. Teraz pewnie nawet nie wiedzą, że tu jestem. A może wiedzą? A może rzeczywiście nie chcą?

 Zadzwoniłem na policję poinformować ich, że matka kolejny raz nie dotrzymała warunków ustalonych w sądzie i po przyjęciu raportu przez oficera dyżurnego ruszyliśmy do domu.

 Dołożyłem prezent dla Małej Mi i ten drobny dla Cześka do tych, które leżały przez kilka tygodni pod choinką. Jeśli będę musiał do nich dołożyć tegorocznego Wielkanocnego Zająca, to zacznie mi brakować miejsca na dnie szafy. I pęknie mi serce. Po raz kolejny.

 Mój ojciec nie za bardzo wiedząc co mógłby powiedzieć podreptał trochę w przedsionku i nie chciał nawet kawy.

 – Nieeee, za późno już trochę na kawę. Trzymaj się. Wszystko będzie dobrze. – podał mi rękę, założył czapkę i wyszedł.

 Ja za to nie zważając na porę, zaparzyłem sobie jeszcze jedną małą czarną. Ciśnienie mam i tak nakręcone do granic, że i bez niej długo nie zasnę. Znów stanąłem na wejściu do klatki. Gorący, aromatyczny dym z kubka mieszał się z tym papierosowym. Od całego świata oddzielała mnie ściana wiosennego, rzęsistego deszczu.

LXXVIII Pół żartem, pół serio

 Od prawie dwóch godzin leżę z nogami do przodu. Nie, nie w „tym” sensie. Miałem nadzieję się zdrzemnąć, ale nie było mi dane. Od momentu kiedy wróciłem dzisiaj do domu, ciągle muszę opowiadać co dalej z tym galimatiasem. Z resztą, sam nie wiem czy bym rzeczywiście usnął. Jestem tak wyczerpany, że sen może nie nadejść, zapewne znacie ten stan. No i adrenalina, ta z reguły rzadko kiedy pozwala na sen.

 Dzisiaj zakończyła się, mam nadzieję, sprawa o widzenia z Szopenem, jaką wniosłem przeciwko jego mamie. Trwała rok, miesiąc, dwa tygodnie i dwa dni. Tyle czasu musiało minąć, żeby sąd mógł ustalić czy mam prawo, a jeśli mam, to kiedy, widywać się ze swoim dzieckiem. Tyle czasu, a w zasadzie dużo więcej, bo przecież zanim złożyłem wniosek również deptałem ścieżki do mamy mojego najmłodszego dziecka, próbowałem dogadać się poza sądem ze Złośnicą. Do samego końca, bo nawet zanim weszliśmy na salę, próbowałem z jej adwokatem, mecenasem Brodą, dojść do porozumienia. Z uporem godnym podziwu, wszelkie próby wyjścia poza schemat „raz na dwa tygodnie”, odbijały się od nich jak piłeczka tenisowa od ściany. Forsowali to bez przerwy tak w próbach mediacji, negocjacjach nieoficjalnych, jak i na Sali sądowej.

 – Wysoki sądzie – opowiadał jej mecenas – próbowaliśmy wielokrotnie negocjować z powodem idąc na wiele ustępstw, ale wszelkie próby kończyły się fiaskiem i odrzuceniem naszych propozycji.

 – Wysoki Sądzie to manipulacja – niemal wykrzyknąłem ze swojego miejsca. – Każda próba tych niby negocjacji ze strony mamy nie wychodziła poza to, co już zostało powiedziane tutaj, na wcześniejszych rozprawach.

 – Uważam, że wielu ojców – to znowu on – byłoby bardzo zadowolonych z tego, że może mieć swoje dziecko na cały weekend co dwa tygodnie.

 Kiedy to usłyszałem, zirytowałem się po raz kolejny. Zacząłem się energicznie rozglądać dookoła siebie. Teatralnie spojrzałem za ławę na której siedziałem i już miałem się schylić, by zerknąć pod, gdy usłyszałem jak sędzia zadaje pytanie.

 – Co pan robi?

 Spojrzałem na nią i zobaczyłem jej wzrok utkwiony we mnie. Patrzyła na mnie z wysoko uniesionymi brwiami.

 – Wysoki Sądzie, szukam wielu ojców, bo chyba nie rozumiem o czym pan mecenas do mnie mówi. Szopen miał, ma i będzie miał jednego ojca i stoję właśnie tutaj. Z tego co pamiętam, również na wniosku widnieje tylko moje nazwisko. Więc…

 – Proszę wybaczyć – papuga Złośnicy zaczął się tłumaczyć – chodzi o to, że żądania powoda niemal zahaczają o opiekę naprzemienną, a z mojej praktyki wynika, że ta ewentualność nie jest zasądzana gdy opieka nad dzieckiem jest przyznana jednej ze stron.

 – A gdzie pan wyczytał, że opieka nad dzieckiem jest przyznana jednej ze stron? Czy chce pan powiedzieć, że mam niekompletne akta sprawy, lub ich nie znam? – ofuknęła Brodę kobieta prowadząca naszą sprawę.

 – Nie Wysoki Sądzie, skądże znowu, ale synek jest przy matce i z nią mieszka, więc niewskazane byłoby, żeby teraz rozchwiać mu poczucie stałości i bezpieczeństwa.

 – Przedmiotem sprawy nie jest ustalenie miejsca pobytu dziecka oraz pieczy nad nim i nigdy takiej sprawy nie było, więc proszę nie sugerować, że stan faktyczny jest inny niż jaki jest. Poza tym, dziecko od roku regularnie spędza czas z ojcem i nie przypominam sobie, by uczestniczka wnosiła jakiekolwiek zażalenia co do sposobu sprawowania opieki przez ojca niepełnoletniego.

 – Ależ oczywiście, wnosiła i to całkiem sporo.

 – Mówimy tu o zażaleniach dających się w jakikolwiek sposób uwzględnić. – skwitowała krótko.

 – Panie mecenasie, – wykorzystałem chwilę milczenia jaka zapadła po wygłoszeniu przez Sąd ostatniej kwestii – może i proszę o wiele, choć mam inne zdanie na ten temat, to odnośnie opieki naprzemiennej, nawet jeśli takie rozwiązanie wcześniej nie zapadały, to ktoś pewnie usłyszy takie ustalenie widzeń jako pierwszy, i nie obrażę się, jeśli miałbym to być ja. Przypomnę panu argument, który pan niestety zbagatelizował kilkukrotnie w czasie naszych rozmów, kobiety i czarni, kiedyś nie mogli ani głosować, ani się kształcić, a teraz jak wiemy, wygląda to z goła inaczej. Ktoś to kiedyś zmienił.

 – Dziękujemy panu za lekcję historii. – uśmiechając się pod nosem sędzia zanotowała coś w aktach sprawy i pokręciła głową –  Tymczasem może wróćmy do sprawy.

 – Oczywiście, – podjął mecenas – pan Jakubiak – Zoski próbuje wziąć na swoje barki kolejne zobowiązania, a zdaje się, te nałożone na niego dotychczas nie są należycie wypełniane. Czy może pan powiedzieć w jakiej kwocie ma pan zasądzone alimenty na Szopena?

 Ty gnoju! W takie tony uderzasz? Dobrze wiesz, że zasądzone alimenty są ponad moje możliwości i próbujesz zrobić ze mnie skurwiela migającego się od płacenia?

 – Wysoki sądzie, proszę o uchylenie pytania. Wszystkim obecnym tu na Sali, z Wysokim Sądem włącznie, znane są wszelkie kwoty o jakie mecenas pyta, a ja tylko przypomnę, że sprawę o alimenty mamy za sobą od ponad pół roku, a dzisiaj rozpatrujemy moje kontakty z moim synkiem.

 – Uchylam pytanie.

 – W takim razie, – kontynuował niezrażony Broda – niech pan powie, czy podejmowane przez pana prace dorywcze, dodatkowe nie będą panu przeszkadzać w wykonywaniu opieki nad państwa synem i ilość czasu o jaki pan zabiega, by z nim spędzać, w gruncie rzeczy stoi w sprzeczności z interesem małoletniego.

 Zagotowało się we mnie, dosłownie poczułem jak robię się czerwony na twarzy.

 – Jeśli chce mnie pan zapytać o nasz lokalny rynek prac dorywczych, to chyba nie muszę się zbytnio rozwodzić nad tym, że wygląda on bardziej niż kiepsko, a ja robię co mogę by dorobić gdzie i kiedy tylko się da. Co do czasu, Wysoki Sądzie, między innymi dlatego z uporem maniaka domagam się, aby weekendy z Szopenem były liczone jako co drugi, jak w przypadku zasądzonych widzeń z dwójką moich starszych dzieci, a nie jak chce mama Szopena, w pierwszy i trzeci weekend miesiąca, by nie tylko dzieci miały zapewniony kontakt ze sobą nawzajem, czego obie panie w ogóle nie biorą pod uwagę, ale również, bym co drugi weekend miał do swojej dyspozycji i miał więcej czasu na kolokwialnie zwane fuchy, które są mi niezbędne, abym mógł się utrzymać, nie mówiąc o płaceniu alimentów moim dzieciom.

 Sędzia zrobiła kolejną notatkę i pokiwała głową. Dopytała mnie o dziesiątki szczegółów moich wcześniejszych zajęć zarobkowych, nauki na studiach a nawet hobby. Zapytała też, czy w chwili obecnej dzielę z kimś gospodarstwo domowe.

 – Tak Wysoki Sądzie. – ex usiadła na baczność i zrobiła oczy jak pięć złotych – mieszkam z kotem.

 W tym momencie protokolantka prychnęła próbując powstrzymać swój śmiech przykrywając usta dłonią.

 – Sędzia po raz kolejny pokręciła głową, ale z uśmiechem poprosiła o potwierdzenie..

 – Mieszka pan z kotem, tak ma się znaleźć w protokole.

 – Tak Wysoki Sądzie, można dodać, że mój kot, jak wiele innych jest fantastycznym antydepresantem, którego używam na co dzień.

 – Co jeszcze pan robi w ramach walki z depresją i alkoholizmem?

 – Stosuję się do zaleceń, jakie mi wpojono w czasie terapii w Dolinie Muminków oraz sesji z psychologiem po wyjściu z ośrodka. Spotykam się z takimi ludźmi jak ja na mitingach. Spotykam się z nimi również na płaszczyźnie towarzyskiej. Unikam miejsc, które mogły by wpłynąć na moje głody alkoholowe, by narażać się jak najmniej, lub pojawiam się w takich miejscach tylko w towarzystwie osób wiedzących o mojej chorobie, lub z innymi trzeźwymi alkoholikami. W kupie siła Wysoki Sądzie.

 Sędzia tym razem już nie kryjąc rozbawienia pytała dalej.

 – Co jeszcze pan robi dla swojej trzeźwości?

 – Ułożyłem sobie całkiem fajną rutynę tygodnia. Dlatego tak bardzo mi zależy na obecności syna w moim życiu ile tylko się da i walczę o to samo, by w końcu móc w tę rutynę włączyć dwójkę jego starszego rodzeństwa z mojego pierwszego związku. Moje dzieci są dla mnie największą motywacją. Nie sądzę by to kogokolwiek mogło zdziwić i powinno być rozumiane samo przez się. Proszę nie karać Szopena ograniczeniem widzenia się z tatą, tylko dlatego, że nie jego rodzice nie potrafią się ze sobą dogadać.

 – Rozumiem. Sąd zakończył dzisiejsze posiedzenie i zamyka rozprawę. Wyrok zostanie ogłoszony za dziewięć dni.

 Nie miałem za bardzo czasu by dojść do konkluzji, że znowu jestem w sytuacji, kiedy wszystko już wiadomo, tylko nie wiadomo mi i muszę czekać. Z sądu wystrzeliłem jak guma z kalesonów. Chwyciłem tylko odpis wyroku ze sprawy sprzed trzech tygodni z Paranoją i w te pędy puściłem się do przychodni gdzie zapisane są moje dzieci, na spotkanie z Lekarką Kierowniczką. Byłem spóźniony ponad pół godziny. W życiu nie przypuszczałem, że na dzisiejszym posiedzeniu sąd będzie maglował Złośnicę i mnie odnośnie widzeń z Szopenem, przez bite trzy godziny.

 Umówiłem się z szefową przychodni, by wyprosić u niej możliwość dowiadywania się o stanie zdrowia mojego dziecka telefonicznie, ponieważ jego mama albo mnie o tym nie informuje, albo informuje bardzo zdawkowo, albo wręcz kłamie na temat diagnozy jaką usłyszała. Nie uśmiecha mi się za każdym razem umawiać na wizytę lekarską, by usłyszeć diagnozę i odpowiedź na pytanie, czy małego można przewozić samochodem, czy powinien zostać w domu.

 – Ale czego pan ode mnie oczekuje? Ja nie mogę telefonicznie pana informować o niczym, to wbrew prawu.

 – Nie może pani informować osoby, której nie może zidentyfikować jako uprawnionej do otrzymania takiej informacji.

 – Nie będę robić dla pana wyjątku, a potem tułać się po sądach.

 Ręce mi opadły. Nie przemówił do niej nawet argument, że to ona poda mi hasło jakim będę się identyfikował przez telefon, jakiś ciąg liter i cyfr, bez którego odprawią mnie z niczym.

 – Proszę zrozumieć – uderzyłem w błagalny ton – bez tego, mama Szopena może sama sobie ustalić kiedy mały choruje i na co i nie wydać mi dziecka na widzenie.

 – No ale skoro mały choruje to o jakim widzeniu mowa?

 – U mnie w domu. Przecież sama pani mówiła, że czasem jak jest dziecko chore, to nawet wskazane jest żeby wyszło na spacer, a przewiezienie go samochodem nie stanowi problemu w ogóle, jeśli nie gorączkuje i stan generalnie jest dobry.

 – Jak jest chore, to ma leżeć w łóżku. I koniec!

 – Trzylatek? W łóżku? Przez cały dzień? Gdyby rzeczywiście tak było, w życiu nie wpadłbym na pomysł żeby pakować go w samochód. Proszę mi pomóc. Ile ma pani takich sytuacji, że musiałaby pani dla mnie robić wyjątek? Ktoś jeszcze w ogóle o takie coś zabiegał oprócz mnie?

 – To bez znaczenia. Nie, to nie. Już powiedziałam.

 Odeszła mi chęć na wszystko. Nie docierało do niej o co proszę. Wstałem i podziękowałem za poświęcony czas, nie było sensu dalej się prosić i tłumaczyć. Musiałem przyjąć swoją porażkę.

 Na parkingu przed budynkiem czekał na mnie mój Padre.

 – Dawaj, dawaj. Mamy góra kwadrans.

 Nie ociągając się wsiadłem do samochodu i ruszyliśmy do komornika z odpisem wyroku. Formalność do załatwienia po poprzedniej sprawie. Musze go powiadomić o zmianach w swoim zadłużeniu alimentacyjnym względem Małej Mi i Cześka, bo ex na pewno tego nie zrobi. Zdążyliśmy na czas i od tej chwili mój debet rozciągnięty do monstrualnych rozmiarów, nieco się skurczył. Chata niestety dalej pozostaje zagrożona zlicytowaniem. Nie ma zmiłuj. Nie od niej.

 Kiedy już wszyscy się rozeszli i zostałem w domu sam, przez nie wiem jak długo leżałem na łóżku gapiąc się w sufit. Nawet nie włączyłem radia, bo pilot leżał o jakieś pół metra za daleko. Nie byłem w stanie po niego sięgnąć. Jedynym odgłosem jaki mi towarzyszył było burczenie mojego pustego żołądka. Mimo że wyszedłem na rozprawę bez śniadania, bo i tak niczego oprócz kawy bym nie przełknął, a kiszki od dłuższej chwili grały mi marsza, do lodówki też było za daleko.

 Dziewięć dni oczekiwania na orzeczenie. Znowu zawieszenie w próżni. Nie wytrzymam tak przecież. Muszę coś zjeść. I w końcu zapalić papierosa.

LXXVII Ruchome dno

/kadr pochodzi z filmu Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki – 2008 reż. S. Spielberg/

 – Cia-ste-czko? – mlask, mlask – Masz o-cho-tę? – sylabizował Wujek z ustami pełnymi bomby kalorycznej, stojąc w progu.

 – Pomyślałem, – kontynuował, gdy już przełknął – że osłodzę ci tę nerwówkę na ostatniej prostej przed jutrzejszym wyrokiem.

 Facet pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wdzięczny mu jestem za te drobne gesty, dowcipkowanie, czasem nawet bardzo na siłę, z tej całej mojej sytuacji i pokazywanie swojej twarzy, do której mogę mówić.

 W rzeczy samej, ostatnie dwa tygodnie zszargały mi nieco nerwy. Choć bardzo chciałem i wiedziałem, że powinienem, nie umiałem przejść do porządku dziennego nad tym, że mam cierpliwie czekać, bo nic nie mogę zrobić. I kropka. Ha, ha, ha. Całe to moje miotanie się z samym sobą, jak głodny lew po pustej klatce, uzmysłowiło mi ile jeszcze pracy przede mną. Kolejny raz przypomniało, że alkoholizm jest nieuleczalny i choćbym nie wiem jak dobrze się czuł, muszę się pilnować, muszę ciągle uważać na siebie i nie ustawać w pielęgnowaniu swojej trzeźwości, bo niezaopiekowany nadmiar emocji mnie wykolei. I tak myślę sobie że jest całkiem nieźle, skoro mimo tej nerwówki i wszystkiego, co sam sobie w związku z nią niepotrzebnie fundowałem, umiałem to zobaczyć i choć próbowałem to wytłumiać.

 Przed salą rozpraw byłem niecałe dziesięć minut przed czasem. Na wokandzie, po raz kolejny, wyświetlono numer sprawy z moim nazwiskiem i Cześkiem jako pozwanym. Znowu bez Małej Mi i ich matki jako przedstawicielki ustawowej. Wyglądało to co najmniej fatalnie i z tego fatalnego wyglądu skorzystała Paranoja, robiąc przed pierwszą rozprawą zdjęcie ekranu z wokandami i pokazując je Cześkowi.

 – Zobacz, tata tak cię kocha, że pozywa ciebie do sądu. Widzisz? Zapamiętaj sobie i zapytaj tatę przy najbliższej okazji dlaczego ci to robi. Wstydu nie ma?

 Jego matka pochwaliła się tym co zrobiła, na korytarzu sądowym, tak bym to usłyszał. Oczywiście ani na krztę nie wierzyłem w to co mówi. Zapisałem jej to na próbę wyprowadzenia mnie z równowagi przed wejściem na salę rozpraw, co musze powiedzieć, nie do końca po mnie spłynęło. Niestety, po jakimś czasie, kiedy jeszcze miałem możliwość porozmawiać z dziećmi  telefonicznie, Czesiek przestał podchodzić do słuchawki i rozmawiałem tylko z Małą Mi.

 – Co się dzieje córcia, dlaczego młody nie chce gadać?

 – Jest na ciebie zły?

 – Zły? Na mnie? O co?

 – Mama opowiedziała nam o rozprawie i pokazała, że go pozwałeś. Wkurzył się i popłakał.

 Spędziłem z nią na telefonie kawał czasu, tłumacząc na czym ten nieszczęsny trik polega i dlaczego to musi brzmieć jak brzmi. Co to wokanda, opiekun ustawowy, pozywający, pozwany. Dwunastolatce. Nie brzmiała w czasie tej rozmowy, jakby potrzebowała specjalnych wyjaśnień. Rozumiała co do niej mówię i zadawała pytania, które to potwierdzały. Zanim się rozłączyliśmy, powiedziała, że spróbuje to Cześkowi wytłumaczyć. Biorąc pod uwagę jego obecne zachowanie, ich matka wydaje się mieć większy dar przekonywania od swojej córki.

 Stałem na korytarzu sam. Ani żywego ducha. Paranoja nawet nie przysłała swojego adwokata, nie mówiąc o pojawieniu się jej samej. Obecność na odczytaniu wyroku nie jest obowiązkowa. Ciągle się zastanawiam, czy jej nieobecność będzie nonszalancją, czy moje pojawienie się nadgorliwością? Nieważne.

 – Proszę wejść, odbędzie się odczytanie wyroku sprawy nr… z powództwa… przeciwko… – zabrzmiało z głośnika nad drzwiami Sali.

 – Proszę zająć miejsce. – powiedziała do mnie sędzia, gdy już wszedłem do środka.

 Szybko odprawiła formalności i zaczęła czytać wyrok wraz z uzasadnieniem. Tak mi się wydawało. Najpierw przypomniała mój wniosek i argumenty jakie przytoczyłem, by go uwzględnić, potem argumenty jakie podniosła ex, by go odrzucić. W końcu dowiedziałem się, co zawierał ten pieprzony punkt czwarty, który już dwa tygodnie temu został wystrzelony w kosmos bez prawa powrotu przez co mącił skutecznie mój spokój. Ex nie zostanie obciążona kosztami procesu, czyli, jak wytłumaczyła sędzia, dzieci nie będą obciążone. Widzę to dokładnie odwrotnie, ale to moja złość przyprawia mnie o taką optykę…

 – Powód z własnej woli zrezygnował z pracy zagranicą i porównując z obecnymi warunkami, pozbawił się prawie trzech czwartych środków do życia, argumentuje to swoim stanem zdrowotnym, czyli depresją oraz chorobą alkoholową, którą skutecznie leczy, od dwóch lat

Pozostając w trzeźwości. Ponadto przeprowadzka do kraju i rodzinnego miasta wiąże się z jego wolą ponownego, pełnego udziału w życiu i wychowaniu swoich dzieci, co sąd uznaje za argumenty będące podstawą, by uwzględnić jego zmianę sytuacji bytowej na gorszą i obniżyć kwotę alimentów, z klauzulą wykonalności od dnia złożenia wniosku, do kwoty pomniejszonej o niecałą jedną czwartą pierwotnej sumy.

 Pomniejsza o jedną czwartą?! To żart? Przecież to połowa mojej wypłaty, a gdzie jeszcze pieniądze dla Szopena? A co ze spłatą zaległości? Kurwa! A rachunki za prąd, wodę, czynsz?

A bułka z masłem?

 Pieprzona cha-cha. Dwa do przodu, jeden w tył. Znowu, jak w cholernym déjà vu, z rozprawy ze Złośnicą. Alimenty obniżone, czyli twój dług dalej będzie rósł, tyle, że trochę wolniej. Co się zbliżę do dna i zbieram się żeby w końcu się porządnie odbić, jakaś siła z rechotem je obniża. Kurwa mać. Ile razy jeszcze?!?

 – Rzeczywiście panie Mick, – powiedział mecenas Dębski siadając naprzeciwko mnie za stołem – trochę dużo, na pewno więcej niż się można było spodziewać. Ale spokojnie, już jest jakiś krok do przodu. Sama kwota zaległości dosyć znacznie zmalała. Przynajmniej jako całość, w skali półtorej roku, jakie panu się ta sprawa ciągnęła. Śmiało zaryzykowałbym apelację.

 Im dłużej mówił, zadawał pytania o uzasadnienie jakie słyszałem od sędzi, tłumaczył poszczególne niuanse, tym byłem spokojniejszy. Wiedza. Wiedza poparta konkretnymi przepisami recytowanymi przez mojego adwokata działała jak skondensowana melisa. Luksus, którego nie miałem od początku moich przygód na sali sądowej.

 – Najważniejsze, że z chwilą odczytania wyroku, komornik, nawet jeśli dojdzie do licytacji, może panu zabrać o parę ładnych tysięcy mniej. Zmniejsza się panu dług mimo, że wyrok nie jest prawomocny, bo ma klauzulę natychmiastowej wykonalności. Niech pan to próbuje wykorzystać, może uda się teraz panu spłacić tę zaległość?

 – Nie mam z czego. Nie mam z czego tego uzbierać. Nawet na bieżące kwoty, te pomniejszone, mnie nie stać. Nikt, ani exy, ani Sąd, nie chce czekać aż poważnie stanę na nogi. Gdyby nie te cholerne długi, pewnie za jakiś rok, może trochę dłużej, dałbym radę takim sumom, ale teraz?

 – Spokojnie – powtórzył Dębski – załatwimy apelację, może uda się coś ugrać.

 – Może…

 – Dopilnuję formalności, by rozpocząć odwołanie, a tymczasem, musimy pana przygotować na poniedziałek. Zajmiemy się teraz pana najmłodszym synkiem.

 One step at a time.* Cierpliwości chłopaku, cierpliwości.

___________

*ang. – w tłumaczeniu dosłownym „jeden krok na raz”, znaczy tyle samo, co polskie „spiesz się powoli”

LXXV Straż! Straż!

/kadr pochodzi z filmu „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” reż. M. Koterski 2006/

oto widać idą ludzie przy wystawach

i o cudzie myślą i nareszcie

nad głowami anioł leci

od tej pory komuś w życiu będzie znacznie lepiej… /Raz, Dwa, Trzy – W wielkim mieście/

 Wspominałem już, że czas niebezpiecznie mi się kurczy i jego brak jest moją największą bolączką. Z wielu względów.

 Przede wszystkim chodzi o Małą Mi i Cześka. Już od ponad roku nie mam swojego czasu z nimi, mimo zawartej w sądzie ugody, mimo dwóch wygranych spraw, jednej z mojego, a drugiej z powództwa ich matki. Czas gra tu kluczową rolę, bo mimo wyroków nakazujących matce wydanie dzieci ojcu na widzenie pod groźbą kary, nic takiego się nie dzieje. Ma to w nosie i idzie w zaparte. Mało tego, pierze naszym dzieciom mózgi do tego stopnia, że one same odmawiają chęci spotkania ze mną kuratorowi, który je odwiedza, mimo, że wcześniej, zanim matka wpadła na tak karkołomny pomysł regularnie wypraszały u niej czas spędzany ze mną poza rozkładem jazdy ustalonym w sądzie.

 Nie pierwszy i zapewne nie ostatni taki przypadek w historii napieprzania się rodziców po rozwodzie. Na pewno smutny.

 Dzieci dochodzą, bardzo logicznie z resztą, do takiego momentu, by nie znajdować się w rozdarciu, ciągle między młotem a kowadłem, że odpuszczają swoje własne emocje i poddają się biernie narracji z zewnątrz. Przejmują widzenie spraw z punktu widzenia osób im bliskich. Osób z ich codziennego otoczenia.

 O ten czas właśnie mi chodzi. O tę codzienność w ich otoczeniu, do której nie mam dostępu nawet na chwilę. Mała Mi i Czesiek nawet na krótki moment nie są wstanie skonfrontować perspektywy przejętej od matki z jakąkolwiek inną. Nie miały tej możliwości od ponad roku i nie mam pojęcia na jak długo jeszcze zostaną tego pozbawione.

 Mądruję się, co? Muszę. Muszę patrzeć na to w ten sposób, tak jak opisują takie przypadki psychologowie i pedagodzy, bo inaczej zapadnę się sam w siebie. Muszę wierzyć, że scenariusz wskazywany w zdecydowanej większości przypadków przez specjalistów od dziecięcych umysłów rozgrywa się w głowach moich dzieci, bo najprawdopodobniej już dawno wszystko bym odpuścił. Gdybym odpuścił, moje malce dostałyby bardzo jasny, jednoznaczny komunikat, że to co stara się wpoić im ich matka na temat ojca jest prawdą. Gdybym odpuścił, powiedziałbym im wprost, że już nie są dla mnie ważne.

 Czas gra bardzo na moją niekorzyść. Im dłużej to wszystko trwa, tym bardziej wszyscy są tym zmęczeni. Dzieci, exy, ja, nasze rodziny. Im bardziej wszyscy są zmęczeni, tym bardziej, niemal odruchowo, szukają jakiegokolwiek rozwiązania na teraz i na już. Rozwiązania niekoniecznie dobrego, ale na pewno kończącego tą gehennę, którą każdy, nawet wydawałoby się pozbawiona uczuć ex, przeżywa od zbyt dawna. Wiele razy zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby spakować swój mandżur i przenieść się z powrotem na Wyspy Prosperity, do Molocha. Dać dzieciakom spokój, odpuścić, odżałować i zacząć żyć sam sobie.

 – Chciałby pan wrócić do picia po tym wszystkim co pan osiągnął? – zapytała mnie na takie rewelacje psycholog, z którą wciąż mam sesje.

 – Czy ja wiem, czy od razu pić? Żyć swoim życiem. Nie byłbym pierwszy, który zaczyna od nowa.

 – Prawda. Niech jednak mi pan przypomni, z jakiego powodu zaczął pan pić? Nie sądzi pan, że świadomość odcięcia się od swoich dzieci, zostawienia ich, co przecież odnotują, a ich mama na pewno od czasu do czasu im to przypomni, nie spowoduje takiej katastrofy w pana emocjach, że znowu pan sięgnie po chemiczne wyregulowanie nastroju?

 – Przecież teraz już wiem, że to tak się dzieje. Nie umiałbym tego sobie racjonalnie poukładać? Nie wytrzymałbym?

 – O zapewne na początku tak. Rok, może dwa, kto wie, może i nawet trzy, choć nie sądzę. Niech pan nie zapomina, że zerwałby pan relacje również z najmłodszym, która przecież mimo przeszkód rozwija się wręcz wzorowo. Jest pan jego ojcem na pełen etat, żadne tam doskakiwanie, a wiele wskazuje, że będzie jeszcze lepiej.

 Prawda. Z najmłodszym, mimo, że jego mama od czasu, do czasu również potrafi sprawić przez nikogo nie przewidziane problemy, widuję się regularnie z tytułu zabezpieczenia widzeń na czas rozprawy. Na ostatniej dostałem, jak mi się wydaje, dosyć jasny sygnał, że mój wniosek ma spore szanse zostać rozpatrzony pozytywnie, więc tego czasu z małym będzie jeszcze więcej. Muszę jeszcze chwilę poczekać. Trzy tygodnie. To dosłownie chwila w perspektywie roku, od kiedy te wszystkie historie się toczą. Bardzo liczę na to, że usłyszę w końcu ostateczny wyrok i… I przecież nie spieprzę tego w tym momencie kapitulacją i ucieczką, już nawet abstrahując od zagrożenia jekie to może mi przynieść. Nie ma mowy.

 Za dwa tygodnie usłyszę jak się sprawy mają z obniżeniem alimentów. Nareszcie! Jeśli myślicie, że tu chodzi o kasę, to macie rację. Ale zapewniam, że nie w tym sensie jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.

 Time is money. Czas to pieniądz. Tak, o to mi chodzi.

 Od jakiegoś czasu powoli staję na nogi. Nie wierzyłem, że to jest możliwe, by w wieku ponad czterdziestu lat zacząć żyć od nowa. Nie dopuszczałem do siebie takiej możliwości, dopóki nie poznałem ludzi z AA. Opowiadałem już o tym, że spotkałem na swojej drodze chodzące i żyjące, ba! całkiem nieźle żyjące, przykłady wcielenia w życie powiedzonka, że nigdy nie jest za późno. Nie jest. Sam staję się tego przykładem. Nie jest łatwo i nie jest szybko. Nie jest dobrze, ale jest coraz lepiej. Z czołem podniesionym wysoko i bez wstydu odwiedziłem komornika gdy podjąłem pracę, by zakomunikować mu, że od teraz ma skąd ściągać moje wciąż rosnące zadłużenie. Zmieniłem pracę na lepszą, nieznacznie lepszą, żadna spółka skarbu państwa, niestety, ale kolejny krok do przodu. Ponownie odwiedziłem komornika z dokumentami. Dług alimentacyjny znów nieco spowolni. Czas, czas nie zwolni ani na chwilę.

 Nigdy przez czas od kiedy rozstałem się z mamą Małej Mi i Cześka nie przeszło mi przez myśl, że przestanę dokładać się do ich wychowania, nie tylko finansowo. Po urodzinach Szopena z dwójki dzieciaków jakie miało to dotyczyć, zrobiła się trójka. Powoli, odwiedzając regularnie sale sądowe w moim mieście staram się to udowodnić i pewnie swój cel w jakimś tam stopniu osiągam. Powoli. A jakże inaczej. Musi być powoli. Obie exy uzbrojone w adwokatów w jednym narożniku i ja kompletnie zielony w temacie chociażby zachowania na sali sądowej w drugim. Dawid i Goliat. W dodatku, nawet jeśli z procą, to bez pojęcia jak jej użyć.

 Walczę z exam, dwoma, walczę z matkami wychowującymi dzieci, walczę ze stereotypem alkoholika, walczę z machiną systemu, dla którego wszystkie nasze sprawy są po prostu kolejnymi statystykami, jednymi z wielu, w dodatku niezbyt atrakcyjnymi. Walczę ze swoim brakiem wiedzy na temat procesów i prawa jako takiego. Nie ma wyjścia, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka nie wygląda to dobrze, na drugi też nie. W dodatku, z tych wszystkich walk wynika ta najważniejsza. Walczę z czasem.

 Walczyłem.

 Od teraz, będziemy walczyć.

 – Cześć, z tej strony Bierny Czytelnik, trafiłem na twojego bloga jakiś czas temu i teraz, można powiedzieć, że śledzę stale. – odezwał się do mnie głos w telefonie z messengera.

 Fajnie, pomyślałem sobie, zawsze to miło usłyszeć, że pisanina jaką uprawiam znajduje czytelnika, a nie ląduje w szufladzie, nawet jeśli jest to szuflada nieprzebytego odmętu Internetu. W dodatku czytelnik jest na tyle pisaniną poruszony, by dać osobiście o tym znać.

 – Cześć. Czy mogę jakoś pomóc? – odezwałem się, w zasadzie niemal z rozpędu. Kilka razy się zdarzyło, że ludzie trafiający na bloga zapytywali mnie jak mają zacząć swoje leczenie z tego paskudnego choróbska, jak pomóc bratu, żonie…

 – Wiesz, w zasadzie, to ja chciałbym zaoferować swoją pomoc tobie – odpowiedział Bierny.

 – Przepraszam, ale jak to mam rozumieć?

 – Zwyczajnie, tak jak mówię. Chciałbym zaoferować pomoc. Czytam, jak już mówiłem, i widzę wiele podobieństw w sytuacjach jakie opisujesz, do tego co sam przechodziłem i przechodzę. Wiele razy twój blog podtrzymywał mnie na duchu. Bywało, że w dołku sięgałem po twoje wpisy i je czytałem, czasami nawet w kółko i dzięki temu znajdowałem oparcie i jakoś udawało mi się dać radę.

 Zamurowało mnie. To nie był komentarz pod postem, to był żywy głos w słuchawce. Mówił do mnie.

 – Wiesz, tylko mogę domyślać się jak może być ci ciężko, bo nawet jeśli nasze sytuacje są w jakiś sposób podobne do siebie, ja w porównaniu z tobą miałem i mam naprawdę lightowo. I wkurza mnie to strasznie, że musisz radzić sobie sam, bo nie stać cię na profesjonalistę, który najzwyczajniej w świecie nie pozwoli tym kobietom z ich papugami na co tylko chcą, a i na sędziach też wywrze niezbędne minimum presji. Może mając kogoś takiego byłbyś w tej chwili już po wszystkim.

 – Pewnie masz rację. To fakt, czuję jak mój brak wiedzy powoduje obsuwy. Wiem, że pewnie przynajmniej w kilku miejscach osoba obeznana w temacie mogła by odrzucić jakiś wniosek, z jakimś innym sama się zgłosić. Byłoby lżej mieć kogoś takiego obok.

 – No i ja właśnie z tym chciałbym ci pomóc. W jednym z ostatnich wpisów wspominasz mecenasa Dębskiego, nie chciałbyś z nim zacieśnić współpracy?

 – Cóż, nie zawsze chcieć, to móc.

 – Potraktuj to jako odwdzięczenie się za dobre słowo odczytane z twojego bloga. Ja zapłacę za jego usługę. Poważnie. Niech weźmie wszystkie sprawy jakie masz otwarte, niech ciebie reprezentuje w sądzie. Niech każdą jedną poprowadzi do końca, do zamknięcia tematu. Uważam, ze nikt nie zasługuje na skazywanie go za przeszłość. Udowodniłeś ponad wszelką miarę, że zasługujesz na drugą szansę. Dawaj nr konta pana Dębskiego. I masz za swoje, jest jeden do jednego. Ja przy twoim blogu też płakałem.

 Łzy od kilku chwil bez przerwy cisnęły mi się do oczu. Nie wierzyłem, że to słyszę. Nie wierzyłem, że to się dzieje. Działo się. Działo się w tempie błyskawicznym. Mecenas Dębski poinformował mnie, że na jego koncie zaksięgowana została wpłata z tytułem „za reprezentację ojca trójki malców” i że czeka na podpisane przeze mnie pełnomocnictwo.

 W życiu, tym nowym, jakie teraz wiodę, trzeźwiejącego alkoholika, nie pomyślałem, że hasło „ja stawiam” spowoduje jeszcze kiedykolwiek we mnie tyle radości i nawałnicy pozytywnych emocji. Prawdziwych pozytywnych emocji, bez samooszukiwania się.

– Dziękuję!

LXXIV Jeszcze krótsze negocjacje

/grafika pochodzi z filmu Star Wars episode I Phantom Menace/

 – Cześć, tu Złośnica… Chciałabym z tobą porozmawiać o Szopenie.

 A to nowość, pomyślałem sobie, gdy usłyszałem matkę swojego najmłodszego w słuchawce.  Ciekawe co chce ugrać? Ułamek sekundy potem skarciłem sam siebie za takie podejście i przełknąłem te słowa zanim je wypowiedziałem. Chce porozmawiać, to porozmawiaj. Tyle razy chciałeś i to ona nie miała na to ochoty, więc teraz spróbuj złapać cokolwiek. Działaj człowieku!

 – Cześć. Ok. Dokładnie o czym chcesz porozmawiać?

 – Wiesz, jestem już zmęczona tym łażeniem do sądu. – oczywiście, że jesteś, wiem to – może spróbujemy się dogadać i niech po prostu sędzia przyklepie to, co ustalimy.

 – Byłoby świetnie. – Chciałem dodać, że od samego początku za tym przecież optowałem, tylko bez przerwy trafiałem na mur, ale po raz drugi ugryzłem się w język. – Też uważam, że nikomu z nas nie jest to do niczego potrzebne. Masz jakieś propozycje jak rozumiem?

 Swoją drogą ciekawe, że jedna po drugiej wpadają na pomysł, by odsunąć sprawy od Sędzi i załatwić je bez ich udziału. Przypadek, czy staję się powoli paranoikiem?

 – Tak, mam. Myślę, że zgodzę się na te twoje weekendy. Zabierałbyś małego w piątek popołudniu i odstawiał w niedzielę wieczorem.

 – Świetnie, – powtórzyłem, a w duchu tylko czekałem na cenę tego ustępstwa z jej strony, bo na sali sądowej o nocowaniu małego u mnie nie chciała słyszeć. – mam nadzieję, że co drugi weekend, tak by Szopen mógł się spotkać również z Małą Mi i z Cześkiem, a nie jak do tej pory?

 – W co drugi. Tak jak chciałeś.

 Już chciałem kolejny raz powiedzieć świetnie, gdy w słuchawce ponownie zabrzmiał jej głos.

 – Ale bez poniedziałków i śród. Tylko weekendy.

 – Dlaczego?

 – Bo nie.

 – Nie, to nie jest argument. Złośnica, Szopen od roku spędza u mnie poniedziałki i środy i dobrze wiesz, że żadna krzywda mu się z tego powodu nie dzieje. Więcej, sama mówiłaś w sądzie, że wraca ode mnie w aż nazbyt dobrym nastroju. Odbieranie nam tego nie ma najmniejszego sensu.

 – Nie. Przecież dostaniesz w zamian te swoje cholerne nocki w weekendy!

 – Spokojnie. Proszę nie krzyczmy do siebie. Te weekendy stałyby się takie, z nocowaniem, naturalnie. Przecież mały jest coraz starszy. Z resztą, od początku twierdzę, że wożenie go do ciebie by położyć go spać i potem rano znowu zabrać jest nonsensowne.

 – Po mojej apelacji do województwa skrócili ci te godziny. Nie wozisz go teraz do mnie tylko na noc.

 – Owszem, od października. Po tym jak apelację uwzględnili po ponad półrocznym poślizgu. I to jest tylko lekka zmiana samych zabezpieczeń widzeń, a nie widzeń jako takich. Raczej nie założysz się, że w wyroku końcowym będzie inaczej. Prawda?

 – Po co ci te poniedziałki i środy? Chcesz mi zrobić na złość? Nie możesz wziąć sobie tych weekendów i się odczepić?

 Wiedziałem, że na weekendy się zgodzi, choć nie sądziłem, że inaczej niż na sali sądowej w obecności kobiety, która będzie na nas patrzyć srogim wzrokiem. Rozmawiałem z ojcem jej pierwszego synka. Trochę zachodu mnie to kosztowało by do niego dotrzeć, ale okazało się, że świat jest dużo mniejszy niż nam wszystkim się wydaje i mieć wspólnych znajomych z człowiekiem z miasta oddalonym o kilka godzin jazdy samochodem, nie jest niczym nadzwyczajnym. Facet właśnie jest w trakcie konstruowania nowego pozwu o ustalenie widzeń ze swoim dzieckiem, ponieważ sytuacja zmieniła się na tyle, że przyznane mu przez sąd terminy dłużej nie mogą być realizowane. Odpadnie jej argument, że bracia nie będą się widywać wcale w weekendy, bo te, które ja chciałbym spędzać z Szopenem są inne niż te, kiedy jej starszy synek widuje się ze swoim ojcem, czym zasłaniała się do tej pory. Dogadaliśmy się, z drugim tatą, że poprosi o dokładnie te same terminy jakie znajdują się w moim wniosku.

 Oczywiście na prośbę z jego strony o tę zmianę, Złośnica zareagowała we właściwy sobie sposób, czyli zignorowała go kompletnie, bo to, jak ją zacytował, nie jej zmartwienie. Wręcz uśmiechnąłem się pod nosem gdy usłyszałem jak mi to mówił, nie z rozbawienia, bynajmniej. Kompletny brak instynktu samozachowawczego z jej strony, lub co najmniej niemałe ryzyko.

 W tej chwili była w oczach Wysokiego Sądu jedną z dwóch matek „broniących” swoje dzieci przed ich własnym ojcem, rysowanym jako, delikatnie mówiąc, „nieroztropny wariat”. Oczywiście w ciągu roku ta cała narracja uległa rozmyciu, może nawet poważnemu zachwianiu, czego bardzo bym sobie życzył, bo okazało się, że nie taki straszny diabeł jak go malują i to już powoli zaczyna, myślę, wychodzić jak szydło z worka. Teraz jednak, Złośnica stanie się matką dzieci, z którą dwóch ojców ma problem, by dogadać się z nią co do możliwości widzeń ze swoimi maluchami. Co nieco salto mortale, a nawet jeśli nie, to mam nadzieję, jej zachowanie zastanowi osoby decydujące o ludzkich losach na ten krótki moment, by zmącić obraz ogromnie zatroskanej matki lękającej się o swoje dziecko w obliczu ojca wykolejeńca. Jeśli o mnie chodzi, takie opowiadanie o swoich motywacjach Złośnicy mogło ujść za prawdopodobne, ale już z Papay’em, drugim byłym, nie. Tata starszego dziecka Złośnicy nigdy nie miał problemów z alkoholem, ani z żadnymi innymi używkami. Nie pali, nie pije nawet kawy i prowadzi całkiem aktywny tryb życia. Wręcz sportowy. Co mamy więc ze sobą wspólnego, że zainteresowała się nami, tak od siebie różnymi facetami ta sama kobieta? Oboje jesteśmy od niej starsi, trochę więcej niż trochę, oboje całkiem przyzwoicie zarabialiśmy kiedy zaczęła się nasza znajomość z przyszłą mamą naszego dziecka i, na koniec, oboje krótko po narodzinach potomka zostaliśmy wywaleni z życia i dziecka, i mamy. Papay, z tego co mi opowiadał, nie był brany pod uwagę przez Złośnicę jako pełnoprawny tata. Wyprowadziła się od niego z dnia na dzień, słowem nie informując, że znika, ani gdzie się udaje. Zostawiła niemal wszystko, oprócz ciuchów swoich i ich dziecka. Tylko domyślił się, że wróciła do rodzinnego miasta. Nie zgadzała się na jego widzenia z synem w ogóle. Jeździł facet te kilka godzin w jedną mańkę na rozprawy sądowe i też mu się te historie odrobinę ciągnęły, bo to, że wypadła z domu niemal tak jak stała, użyła  w sądzie jako dowód na ucieczkę przed niesympatycznym narzeczonym. Oczywiście do czasu, gdy okazało się, że to normalny facet. Aż się dziwię, że tym razem mu nie odpuściła, wiedząc, że przecież skończy się na drodze sądowej, a jeden taki front ma w tej chwili otwarty. Bardzo się dziwię.

 – Nie rozumiem twojego założenia, że chcę się widzieć z małym, by zrobić tobie na złość. To jest kuriozalne i nie mam pojęcia skąd czerpiesz natchnienie dla takich pomysłów. Szopen to mój syn, chcę z nim spędzać czas, bo go kocham. Tak ciężko ci to zrozumieć?

 – Tak, ty kochasz swoje dzieci, to dlaczego nie chcesz ich utrzymywać? Żal ci kasy na dziecko? Tak je wszystkie kochasz?

 – O czym ty mówisz? Przecież komornik zabiera mi kasę co miesiąc i przekazuje je tobie i Paranoi. Sam do niego poszedłem jak tylko zacząłem pracować. Z Wysp Prosperity wysyłałem ci kasę na małego bez żadnych nakazów sądowych, jeszcze zanim zdążyłaś podać mnie o alimenty, bo było ci sto złotych za mało, kiedy jeszcze przed narodzinami Szopena pomstowałaś na wysokość alimentów jakie płacę na Małą Mi i Cześka… Nieważne, schodzimy z tematu. – zreflektowałem się, że weszliśmy na grunt, który nie da nam się porozumieć – Co ze świętami, wakacjami i feriami, jak to widzisz?

 – I taka z tobą gadka, ja wychodzę do ciebie z propozycją, a tobie mało i ciągle chcesz więcej. Zrezygnujesz z widzeń w tygodniu?

 – Wiesz co? – odparłem zrezygnowany – To nie ma sensu. Wiesz dokładnie o co proszę i równie dobrze zdajesz sobie sprawę, że nie masz ani jednego argumentu, by to o co proszę odrzucić. Jeśli chcesz się dogadywać, to podeślij mi mejlem swoje propozycje w całości, a ja postaram się do tego odnieść. Przynajmniej obędzie się bez zbędnych emocji, które nam ewidentnie nie pomagają. Same suche fakty w punktach.

 – Nie. Za późno. Miałeś swoją szansę. – rozłączyła się.

 Popatrzyłem na telefon z niedowierzaniem. Serio? Nawet krótkie negocjacje Qui-Gon Jinn’a i Obi-Wan Kenobiego z Federacją Kupiecką były dłuższe. O co tym kobietom chodzi?

LXIX Tabliczka liczenia

   Obejrzałem wczoraj fascynujące zakończenie fascynującej sagi, w której przez ponad czterdzieści lat kolejne pokolenia mogły śledzić widowiskową walkę dobra ze złem, i nabierać przekonania, że to pierwsze zawsze zwycięży. Ale to film. Życie to nie film.

   Już kupując bilety, nie tylko przecież dla siebie, liczyłem się z tym, że jednak Mała Mi i Czesiek nie będą mi towarzyszyć podczas tego seansu. Może naiwnie, bo święta, choinka, święte Mikołaje i cała ta otoczka powodująca, że człowiek chce wysupłać z siebie i dać wszystkim w około jak najwięcej dobrego, sądziłem, że ich matka jednak nam, a przede wszystkim im, tego nie zabierze. Zabrała.

   Znowu dopadła mnie niezbyt ciekawa mieszanina frustracji, złości, bezsilności i bezradności. Niby na wszystko co się wydarzyło byłem przygotowany. Mało, miałem pewność, że będzie właśnie tak, a nie inaczej, a mimo to nie umiem tego przełknąć i przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego.

   W czasie terapii w ośrodku przygotowywali nas na najróżniejsze, fatalne zrządzenia losu. Nikt nie obiecywał, że po wyjściu i utrzymaniu abstynencji będzie różowo. Wręcz ostrzegano nas, że pomimo najcięższej nawet pracy nad swoją trzeźwością, zdarzy się nie raz i nie dwa, że będą przeszkody i będą przeszkadzający. Obiecano za to, że jeśli tylko się nie poddamy, i dalej będziemy ciągnąć ten wóz, to zacznie ich ubywać.

   Byłbym bardzo naiwny jeśli sądziłbym, że exy wejdą całe na biało i wstaną razem z całym autobusem i zaczną klaskać. Byłbym naiwny, jeśli sądziłbym, że choć trochę odpuszczą. Kara musi być. I nie chodzi mi tu o jakiś truizm, że skoro narobiłem syfu, to teraz mam za to płacić. Wiedziałem, że gdy opowiem otwarcie o terapii, alkoholizmie i przyznam się do wszystkiego, walną we mnie jak w pusty bęben, i to nie raz. Wypłacą mi z nawiązką, i jeszcze dołożą na zapas. Wcale nie jestem tym zdziwiony, i jestem gotowy znosić te wszystkie razy.

   Może zabrzmi to okrutnie, ale dopuszczałem do siebie myśl, że dowalą mi przy pomocy dzieci, używając ich jako żywej tarczy i swojej broni najcięższego kalibru do strzelania do mnie, bez liczenia się z nimi samymi. Miałem ogromną nadzieję, że mimo wszystko oszczędzą sobie sięgania po takie zagrywki, ale świat widział i słyszał takie historie niezliczoną niestety ilość razy, i nie raz jeszcze usłyszy. Wstyd i hańba. I bezsilność.

   Nikt jednak nie przygotował mnie na to, że ciosy przyjdą nawet ze strony, z której się nigdy nie spodziewałem. Od ludzi, którzy co do zasady, mieli zawsze być po mojej stronie. Mieli dbać o to, by nigdy nie zabrakło pomocnej dłoni, po którą będę chciał sięgnąć.

   Umiesz liczyć? Licz na siebie. I tylko na siebie. Ważna lekcja, której nie było w planie zajęć terapii, ani w czasie sesji odbytych z psychologiem, ale jak się okazało, trzeba było odrobić. Chichotem losu jest, że odbyła się w Dolinie Muminków, a udzielił mi jej Muminek właśnie.

   Kontrakt terapeutyczny podpisywany przez pacjentów przed przyjęciem do Ośrodka obowiązywał czternaście miesięcy, dwa miesiące terapii zamkniętej i dwanaście miesięcy po niej. Oczywiście był też drobny druk. Aby wypełnić swoje zobowiązanie kompletnie, należało między innymi, pojawiać się przez te dwanaście miesięcy po opuszczeniu Doliny Muminków na co dwumiesięcznych zjazdach. Ominięcie jednego takiego zjazdu automatycznie przedłużało kontrakt o kolejne dwa miesiące.

   Wielu z nas odpuszczało sobie sięganie po glejt alkoholika dyplomowanego, wielu po wyjściu z ośrodka odpuszczało sobie nawet trzeźwienie. Wielu wręcz przeciwnie, opuścili Ośrodek obiecując samym sobie, że nie zmarnują tego czasu i wiedzy, i zrobią wszystko tak jak należy od początku do końca. Ja również się zawziąłem i potraktowałem daną sobie obietnicę zmiany serio.

   Co dwa miesiące wsiadałem raz w pociąg raz w samochód i jechałem na krótkie odwiedziny do Doliny Muminków. Dwukrotnie wiązało się to z ugłaskiwaniem mamy Szopena, aby zmieniła termin mojego weekendowego spotkania z malcem, bo akurat się pokrywał ze zjazdem. Raz mi się udało wyprosić tę zmianę, raz nie.

   – Trudno, magisterkę z trzeźwienia odbiorę z poślizgiem. – powiedziałem Muminowi przez telefon. – Co się odwlecze, to nie uciecze.

   – A nie dasz rady wpaść do nas z synkiem? Chociaż na chwilę, co?

   – No, nie wiem. To jednak kawałek drogi dla takiego brzdąca, no i musiałbym organizować samochód, kierowcę i cały ten galimatias. Poza tym, wiadomo, że brzdąc nie usiedzi z nami na spotkaniu, nawet jak mu zabiorę pięć samochodów i worek klocków. Sami obcy dookoła, wiesz jak może się skończyć.

   – Wiem. Postaraj się. Jak się nie uda, to się nie uda. Jak się uda nawet na chwilę, to ja ci ten zjazd normalnie zaliczę. Pokażesz młodym, że warto się starać, dasz przykład. – podpompował mi ego Mumin – Jakby co to do zobaczenia w weekend. Cześć!

   No i zacząłem się starać, i się wystarałem.

   Pojechałem z kumplem o wyznaczonej godzinie po Szopena, potem uzbrojeni w soczki, chrupki kukurydziane, jabłka, winogrona i oczywiście w jajka niespodzianki, z zapasem pieluch i ciuszkami na zmianę, w drogę na zjazd.

   Mały oczywiście z miejsca stał się gwiazdą imprezy. Tylu cioć i wujków żaden berbeć na świecie nie doświadczył. Aż zacząłem się martwić, że za dużo tego wszystkiego, ale Szopen był dzielniejszy niż się spodziewałem i całą tą atencję przyjmował ze stoickim spokojem. Zuch! Do czasu.

   Tak jak przewidywałem, nie mogło to potrwać zbyt długo, i już po godzinie na powrót siedzieliśmy w samochodzie i kumpel wiózł nas z powrotem do domu.

   Dwa zjazdy później zadowolony z siebie jechałem ze świadomością, że zaliczyłem kolejny etap w drodze po lepszego siebie. W nagrodę wybrałem się nawet z Buką z Doliny Muminków na koncert, to był fantastyczny wieczór.

   Nazajutrz dobry humor tryskał ze mnie na lewo i prawo, aż do momentu wręczenia symbolicznych dyplomów wieńczących zakończenie terapii. Kolejne osoby, kolejne uśmiechy, uściski i życzenia oraz gratulacje. Beze mnie.

   Coś mi się pomyliło? Źle policzyłem. Nie! Przecież para która właśnie dziękowała wszystkim za wsparcie i dobre słowa, zamieszkała w Dolinie Muminków jakieś dwa tygodnie po mnie. Nie mogło mi się pomylić w obliczeniach. Powinienem właśnie stać obok nich.

    Zamiast tego stałem przed Muminem żegnając się z nim na odchodne, nie wiedziałem co powiedzieć.

   – Przecież powiedziałeś, że miałem się wtedy pokazać choćby na chwilę… – zwróciłem się do niego.

   – Stwierdziłem, że zjazd, na który przyjechałeś z małym nie może być zaliczony, byłeś zbyt krótko. – rozwiał moje wątpliwości – Z czystym sumieniem wręczę ci dyplom i pogratuluję za dwa miesiące. – Nie wierzyłem w to, co usłyszałem.

   Summa summarum Migotka podjęła decyzję, że Mumin nie powinien był zmieniać zdania i ostatecznie dostałem zaświadczenie o ukończeniu pełnego kontraktu terapeutycznego, a ten świstek przydał mi się bardzo na najbliższej rozprawie z ex. Sąd przyjął go z uznaniem i zamknął usta Paranoi, gdy tylko napomknęła o mojej niestabilnej trzeźwości i podejrzeniach o łamanie abstynencji.

   Co do mnie wtedy dotarło, to to, że moja trzeźwość jest tak naprawdę ważna tylko dla mnie. Ktoś może kibicować, trzymać kciuki i życzyć jak najlepiej, ale jak przyjdzie co do czego, nie będzie to miało dla niego znaczenia.

   Czy to sędzia, terapeuta, czy przyjaciel, gdy zniknę z horyzontu, odwróci się i zacznie żyć swoim życiem, przecież swojego ze mną nie dzieli. Zamknie za mną drzwi i pójdzie bawić się ze swoim dzieckiem, czy wnukiem. Otworzy książkę tam gdzie skończył ją wczoraj, włączy sobie film, albo puści płytę ulubionej kapeli. Nie wiem nawet, czy zdawał będzie sobie sprawę z wagi swojego osądu, nakazu czy zakazu, opinii, lub jej braku. Gdy już padnie, zostanę z nią sam. I tylko ja będę ją dźwigał, i wiedział, jak bardzo jest ważna.

LXVIII …i po świętach

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

   Ja pierniczę! Dosłownie. Kolacja składała się głównie z piernika, do tego oczywiście makowiec i do pełnego obrazu menu brakuje jeszcze orzechowca. Jeśli powiem, ze pochłonąłem kilogram ciast popijanych earl greyem, to śmiało mogę przyjąć, że zeznania nie doszacowałem.

   Trzecia wizyta na tronie, w sumie nie dziwi nic. Już dnia pierwszego świętowania, zasiadając do wigilijnego stołu zamiast zjeść odrobinę każdej z dwunastu potraw, jadłem za dwunastu. Patologia. I ciąża gastronomiczna.

   I… dalej nie mogę. Chciałem zabawnie i z biglem opowiedzieć o wigilii i całych świętach. Bo generalnie było zabawnie, nawet radośnie. Mimo, że niby byłem mentalnie przygotowany na to, że będzie jak będzie, ciągle nie umiem się pogodzić z takim a nie innym obrotem spraw.

   Było wszystko tak, jak miało być. Opłatek, życzenia, i kolacja, w czasie której rzeczywiście się nie oszczędzałem. Rodzinne śmichy-chichy przy stole i w kuchni. Najmłodszy Bratanek jako samozwańczy elf pomocnik Świętego Mikołaja. Dzióbnął mały skubaniec wszystkiego po trochu, żeby nikt mu nie mógł zarzucić złamania jakiegokolwiek punktu tradycji i już czekał ustawiony przy choince gotowy wyciągać po kolei paczki i torebki.

   – Już? Mogę? Gwiazdka jest na niebie, i to nawet niejedna, kolację zjadłem.

   – Ale musisz poczekać, aż wszyscy zjedzą. – powiedział dziadek nakładając sobie słuszną porcję pierogów i sałatki warzywnej.

   – O nie! Na ciebie nie będę czekać, bo byśmy musieli siedzieć przy choince do rana. – odparł rezolutny młodzian wzbudzając śmiech wszystkich biesiadników.

   Nie czekając na nic i na niczyje pozwolenie zaczął kolejno recytować z bilecików przypiętych do opakowanych prezentów, podając je kolejnym obdarowanym.

   – Mama… – Tata… – Babcia… – recytował i kolejno podchodził do osób przy stole, których imię właśnie odczytał.

   – Czesiek… – spojrzał na mnie, wstał i powoli podszedł z pakunkiem – wujek, ja naprawdę chcę żeby moje życzenia ci się spełniły.

   Kiedy łamaliśmy się opłatkiem i przyszła jego kolej by do mnie podejść, cicho i prosto do ucha, tak by nikt nie usłyszał, wyszeptał:

   – Życzę ci wujek żeby ciocia już nigdy nie zabraniała Cześkowi i Małej Mi do ciebie przychodzić. Żeby przestała już się na nas wszystkich gniewać.

   I mimo że solennie sobie obiecałem, że nie będę siedział z nosem na kwintę, a zamiast tego cieszył się wieczorem z rodziną, świadomość tego że właśnie ich nie ma, gniotła mój spokój bez ustanku. Przecież to właśnie mój syn powinien razem z Bratankiem wyciągać ustawione tam wcześniej prezenty. Zawsze tak było. Nie umiałem pozbyć się tych ciążących mi myśli na dobre. Z tyłu głowy cały czas mi dźwięczało, że nawet nie miałem szansy złożyć dzieciakom życzeń, uściskać ich i wręczyć prezentów. Nawet ich nie zobaczyłem. Ani starszej dwójki, ani najmłodszego. Pierwszy raz, w ten wyjątkowy wieczór w roku, od kiedy się urodzili.

   Po małego nawet się nie wybierałem, po tym co usłyszałem od jego matki na dzień przed 24 grudnia nie było najmniejszego sensu.

   – Małego nie dostaniesz w święta, moja matka nie zgadza się byś odwiedzał u niej Szopena, to jej dom, ona ustala zasady, nie przychodź. Zobaczycie się potem, jak wyzdrowieje. – Babka i choroba. No przecież nie ona.

   W wigilię i w drugi dzień świąt, jak w dzień świstaka, o wskazanej w dokumencie z sądu godzinie nacisnąłem dzwonek na bramie domu gdzie mieszka Paranoja z naszymi dziećmi. Po kilku minutach wyszła ze swoim facetem. Stanął za nią, jakby się bał że siłą sforsuję kutą z żelastwa furtkę i przemocą zmuszę matkę moich dzieci by je mi wydała.

   – Dzieci nie chcą byś tu przyjeżdżał. Masz stąd odjechać. Teraz.

   – Przejdź się po nie do domu, chciałbym z nimi porozmawiać, złożyć im życzenia.

   – Dzieci nie chcą byś tu przyjeżdżał. Masz stąd odjechać. Teraz.

   – Zdajesz sobie sprawę z tego, że to jest twój obowiązek przygotować je na dzień z ojcem?

   – Ty też masz swój obowiązek na nie płacić i też masz to w dupie. Wesołych świąt. – odwróciła się i ruszyła do domu, jej facet podążył za nią jak cień.

   Siedzę w domu, oglądam jakieś mniej czy bardziej udane seriale. Próbuję w miarę możliwości skupiać się na fabule, choć wychodzi mi to rzadko. Po książki nawet nie sięgam, mimo, że ku mojej uciesze, Bratanek wyciągnął mi spod drzewka kilka ciekawych tytułów. Nie ma szans. Musze poczekać na spokój w głowie, aby przewracanie kartek miało jakiś sens. Wyjście na spacer, całe szczęście bardziej wiosennie niż jesiennie tej zimy i dzisiaj nie pada deszcz.

   Jutro do pracy.

   Na weekend mam kupione bilety na nowe Gwiezdne Wojny dla Cześka, Małej Mi i siebie, To przecież ta moja sobota.

LXVII Pierwsza gwiazdka

kadr z filmu Grinch /2000 R. Howard/

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– No to sobie polepszyłeś. Ja pieprze, po jaką cholerę w ogóle tu się przenosiłeś? Nie żałujesz? – Taka salwę wystrzelił we mnie, wraz z papierosowym dymem, kumpel z pracy.

– Serio? Wydaje ci się, że choć w jednym miejscu mnie olśniłeś, i są to komunikaty, których chcę słuchać?

– Heheee – zaśmiał się nerwowo – no racja, sorry. Nie pomyślałem.

Z jednej strony miałem ochotę mu przywalić, albo co najmniej obrócić się i pójść w swoją stronę, z drugiej zaś, miał po prostu rację.

Za chwilę święta, ale jak je poczuć? Nawet choinki nie chce mi się ubierać, jak w Molochu, kiedy już dzieci nie mieszkały ze mną. Wcześniej, zawsze robiłem to z nimi i dla nich. W tym roku prawie jestem pewien, że nie zobaczę ich, ani w dzień Wigilii Bożego Narodzenia, ani w same święta. W Sylwestra i Nowy Rok też nie będzie mi dane złożyć im życzeń. Pomiędzy jednymi i drugimi prazdnikami też pewnie obejdę się smakiem. Jak co roku.

Paranoja przyzwyczajała mnie do tego, że mimo iż przylatywałem na dość długi urlop świąteczno-noworoczny, ze starszą dwójką od lat widywałem się tyle co kot napłakał, a mój powrót do kraju na stałe, jak śmiało orzekł mój znajomy, tylko sprawę pogorszył.

Najbardziej brakuje mi wspólnego z dziećmi rozpakowywania prezentów po odejściu od stołu. Od kiedy Paranoja zabrała je wyprowadzając się z Wysp Prosperity do kraju, nie miałem ani razu szansy, by móc się z dziećmi do woli pobawić nowymi podarunkami spod ozdobionego drzewka. Albo miałem je na kilka godzin wigilijnego wieczoru, albo od rana do dosyć wczesnego popołudnia, co powodowało, że ustanowił się u mnie nowy zwyczaj, zasiadania do śniadania wigilijnego, nawet jeśli nieco spóźnionego, bo w okolicach południa, to w dalszym ciągu, bliżej do śniadania niż kolacji.

Życzenia z opłatkiem, barszcz, uszka, pierogi i przez nikogo nietknięta ryba, i na całkiem długo przed pierwszą gwiazdką na niebie, kolejno wyciągane pakunki spod choinki.

Od lat bolał mnie fakt, że nie mogę spędzić z nimi na podłodze, czy sofie, wystarczająco dużo czasu na układaniu nowych lego, wypróbowując mazaki, kredki i farbki, robiąc rewię mody z nowymi koszulkami i bluzami, albo przeglądając z nimi nowe książki, że o wspólnym ich czytaniu przed snem nie wspomnę. Teraz to już chyba nawet trochę za późno na to ostatnie. Za stare już są, by czytać im do snu jak kiedyś. Sam chyba bym się z tym dziwnie czuł, na siłę nadrabiając tyle z tych straconych momentów. Uwielbiałem im czytać przed zaśnięciem.

Oczywiście choinkę ubiorę, położę pod nią prezenty, może nawet raz, czy drugi zapalę lampki, żeby poczuć tę cholerną magię świąt mimo braku śniegu. Braku śniegu i w sumie wszystkiego co tradycyjnie, w każdym normalnym domu, święta ze sobą niosą.

To jutro ten dzień, kiedy stroję drzewko. W tym roku na niebiesko, będzie pasować do nowych, wciąż niezbyt odwiedzonych przez nich, ścian w ich pokoju. Nie wiem czy będę stroił z nimi, czy sam. Ciągle się łudzę, że może jednak, że święta, że to ten czas w roku…

Na pewno nie będę stroił zielonej panny z lasu z najmłodszym.

– Jest chory, mówiłam ci, bierze antybiotyki i nie będę go nigdzie puszczać.

– Przecież wezmę go tylko do samochodu, i potem z samochodu do domu. Nie mam zamiaru latać z nim po sklepach.

– Nie. Szopen zostaje na całe święta w domu.

I nie ma dla Złośnicy znaczenia fakt, że lekarka dosyć wyraźnie powiedziała, że nie ma przeciwskazań by mały odbył wspomnianą przeze mnie podróż, tym bardziej, że mamy wyjątkowo ciepły grudzień. Najcieplejszy od czasu kiedy takie pomiary są dokonywane.

Nie szkodzi. Tak jak nie szkodziło w zeszłym roku, bo tak się złożyło, że również i wtedy przed samymi świętami się rozchorował.

Prezentu na święta też mu nie dam.

– Nie przychodź do nas, dasz mu prezent w innym terminie. Nic się nie stanie, jeśli kilka dni poczeka.

Na nic tłumaczenia, prośby, groźby. Nic nie zmąciło spokoju na jej twarzy. Powtarzała beznamiętne „nie” jak przeskakująca płyta.

– Poczekacie, zobaczycie się po świętach.

Znów to cholerne czekanie. Ciągłe czekanie. Jak dzieci, na pierwszą gwiazdkę. Tylko, że one się doczekują, nawet jeśli przez miniony rok nie zawsze i nie całkiem były grzeczne.

LXVI M(a)MA

 Tak naprawdę, to nie mam już sił nawet płakać. Nie mam już sił kląć, choć wszystkie kurwy świata same pchają się na język.

 – Panie Micku, syna nie ma w domu, jest na wycieczce szkolnej, a córka nie chce nawet do pana wyjść. – tak brzmiał oficjalny komunikat kuratora, gdy wyszedł z domu Paranoi i wsiadł na powrót do samochodu.

 Milczałem. Tak jak milczałem słuchając jej utyskiwań na mnie, kierowanych właśnie do niego.

 – Ja mu się boję dać dzieci, bo mu nie ufam. Jak mam mu zaufać? Skąd ja mam wiedzieć, czy on im nie zrobi krzywdy. Ja nie wiem co temu niezrównoważonemu psychicznie człowiekowi do głowy strzeli.

 – Dlatego ja tu jestem, zgodnie z pani życzeniem. – odpowiedział jej Pan Postawny. – Ja mam być i jestem gwarantem bezpieczeństwa pani dzieci w czasie ich spotkań z ojcem.

 Nic nie odpowiedziała na ten argument, a po chwili podjęła:

 – Sam pan widział, córka stwierdziła, że nie chce jechać do ojca, nawet za moją namową.

 – Oczywiście, widziałem. Do widzenia pani.

 Przyglądałem się temu wszystkiemu w milczeniu, a z bezsilności krew ścinała mi się w żyłach. Miałem ochotę rzucić się na nią i rozszarpać na strzępy, zamiast tego tylko skinąłem głową i wydusiłem z siebie ciche „do widzenia” wsiadając razem z kuratorem do samochodu.

 – Sędzia będzie zmuszony odwiesić pana byłej żonie zagrożenie karą i nałożyć na nią sankcje. Dzieci prawdopodobnie trafią na badania do RODK.

 – Po jaką cholerę te badania? Co one wykażą, ponad to co widać gołym okiem? Serio, konieczne jest fundowanie dzieciakom dodatkowego stresu? Wie pan co ona zrobi tym dzieciakom przed badaniami, żeby wypadły tak jak ona chce? Przecież to będzie dla nich tortura! Psychiczne łamanie kołem!

 – Spokojnie panie Mick. Nie taki diabeł straszny jak go malują.

 – Nie?! Sądzi pan, że ona tak spokojnie do tego podejdzie? Do końca wypierze im mózgi, żeby nie zostawić cienia szansy na to, że mogę po tych całych badaniach coś osiągnąć. Chyba  nie sądzi pan, że ona to robi z troski o nie?

 – Nie, robi to, żeby panu dogryźć.

 – I będzie to robiła do samego końca. Bez względu na cenę. Tym bardziej, że tak naprawdę to przecież nie ona płaci. I nie zapłaci.

 – Dlatego to bardzo ważne co pan teraz zrobi.

 – Do cholery?! Ja?! Dlaczego znowu całe odium odpowiedzialności ma spadać na mnie? Ten babsztyl robi sobie co chce i w głębokim poważaniu ma już trzeci wyrok sądowy, i to nadal ja mam czuć odpowiedzialność jako jedyny? To jest przecież jakaś kpina… Czasami mam wrażenie, że to był fatalny błąd, że zagrałem w otwarte karty i przyznałem się do swojego alkoholizmu. Nikt nie wiedział i nie musiał wiedzieć, że się poddałem terapii, a teraz jak się okazuje to doskonały argument by mogła walić we mnie jak w bęben. – machnął tylko ręką na moje żale.

 – Wiem jak to wygląda z pana perspektywy, ale to nie był błąd, proszę mi wierzyć, że wręcz przeciwnie. Za to, ktoś musi w tym wszystkim zadbać o dzieci. Ze strony pana byłej raczej nie ma tego co oczekiwać.

 – I właśnie dlatego to ja mam być znowu obarczony wszystkim?

 – Przecież pana dzieci rosną, stają się już nastolatkami, samodzielnie myślącymi. Widzą co się dzieje i za kilka chwil zaczną same domagać się od matki egzekwowania swoich potrzeb.

 – Jasne. O ile matka im tego nie wytłumaczy przez kolejne dwa, czy trzy lata, że nie jestem ich żadną potrzebą.

 – Niech pan nie uprawia czarnowidztwa. Przecież dzieci nie są jakieś głupie i potrafią obserwować i z tych obserwacji wyciągać wnioski.

 – Pan jej nie zna. Nie ma pan pojęcia do czego jest zdolna. Z resztą, co chce mi pan powiedzieć, że ta cała batalia nie ma sensu, że powinienem siedzieć z boku, przyglądać się i czekać, aż dzieci podrosną i same załatwią sprawę? Nie dbać o to żeby mieć z nimi kontakt, móc porozmawiać, przytulić, po prostu pobyć?

 Głęboko westchnął, popatrzył na mnie, potem odwrócił wzrok.

 – Nie wiem. Tutaj każde rozwiązanie jest równie dobre, jak złe.

 – To dlaczego sąd nic z tym nie robi?

 – Nie robi? A skąd ja się tu wziąłem?

 – Po roku! Jakby wcześniej nie było widać co jest grane.

 – Niech pan nie pospiesza, bo jak pójdzie dalej na noże, to sąd może nawet zażądać przejściowego okresu opieki nad dziećmi u rodziny zastępczej.

 – Co?! To jakiś absurd!

 – Nie. Odbiorą jej prawa rodzicielskie, a panu jeszcze nie wrócą ich w pełni i tak to się właśnie skończy.

 – Niech pan nie gada bzdur. Przecież przypadki odebrania władzy rodzicielskiej matce to wyjątek. Więcej niż wyjątek. Takie wyroki dotąd zapadały chyba tylko po to, żeby przyszli juryści mogli sobie o nich poczytać, że są.

 – Nie docenia pan Sądu Rodzinnego panie Zoski.

 – Nie. Na razie nie za bardzo mam po czym. Zgodzi się pan.

 – Cierpliwości, proszę pana. Cierpliwości.

LXV Nie wychodź bez parasolki

 Byłem strasznie poirytowany, kiedy dowiedziałem się, że musze oddać książki, jakie zabrałem sobie na ten dwumiesięczny pobyt w Ośrodku. Wziąłem raptem trzy sztuki. W sam raz na leniwe tempo czytania.

 – Musisz je oddać. Nie można mieć swoich książek w czasie terapii. Gazet też nie. – zawyrokował Muminek.

 – Ośrodek jest otwarty, nie ma bram, krat, fosy z krokodylami i żywopłotu z trującym bluszczem, ale nie możesz opuszczać terenu bez zezwolenia, a już w ogóle przed upływem połowy terapii. Po tygodniu możesz wyjść na pół godziny do parku. Samowolne opuszczenie ośrodka równa się z zerwaniem kontraktu terapeutycznego.

 – Ja pieprzę, czyli tak naprawdę więzienie?

 – Nie. Z więzienia musiałbyś uciekać kombinując. Stąd możesz w każdej chwili wyjść. – ciągnął dalej, mając niezły ubaw, zapewne za każdym razem recytując te reguły nowoprzybyłym.

 – Możecie się odwiedzać w pokojach, ale tylko panie panie, i panowie panów. Nawet jeśli będzie przyzwoitka, pani do pana nie może wpaść na herbatkę. Jak chcecie popracować nad zadaniami terapeutycznymi w parach mieszanych, to zapraszam na świetlicę.

 Ładnie, okazuje się, że Dolina Muminków jest strefą szariatu.

 Wielu, jeśli nie wszyscy z nas, pieczołowicie odliczało czas do końca terapii, kiedy będzie można w końcu odetchnąć pełną piersią. Nie wstawać na czas z łóżka, nie kłaść się na czas do niego. Nie dość, że pójść po gazetę kiedy się chce, to jeszcze poczytać ją trochę inaczej niż w ukryciu, udając poobiednią drzemkę. W spokoju pójść przed dom, czy na balkon, lub chociaż do kuchennego okna, na ostatniego papierosa przed snem, o którejkolwiek godzinie miałoby to nie być, a nie miotać się z przemyconą pastylką z nikotyną, bo tych oczywiście też nie wolno mieć, albo po harcersku tkwić przy kibelkowym okienku, gdy już naprawdę przyciśnie.

 – Jeszcze dwa tygodnie i wolność…

 – Jeszcze dziesięć dni…

 – Jeszcze cztery…

 – Jutro! – Te wszystkie terminy wybrzmiewały z wielu ust po wielokroć przez całe dwa miesiące pobytu w Dolinie Muminków. Z moich również. Do ostatniego dnia.

 I w końcu wychodzisz. I rzeczywiście, w pierwszej chwili cieszysz się, jakbyś na serio wyrwał się z odsiadki w cholernym łagrze. Ostatnia fajka tuż przed trzaśnięciem drzwiami, na do widzenia ze współkuracjuszami, pierwsza po podróży, pod domem, na swojej ulubionej ławeczce, w progu, gdzie bądź, byle wyraźnie sobie zaznaczyć kompletnie inną czasoprzestrzeń.

 Oczywiście nocne markowanie nikotynisty też musiało być należycie odcelebrowane. Mimo, że tak naprawdę, siłą rozpędu i przyzwyczajenia, chwilę po dwudziestej trzeciej i tak ładujesz się do wyra. No, może przeciągniesz sobie dobę o jakieś pół godziny, bo jeszcze rozdział, bo jeszcze końcówka filmu, na co w Ośrodku też nie pozwalali, bo światło ma zgasnąć, o której ma zgasnąć.

 Wycieczka w miasto, raz, drugi, trzeci. Tyle tego miasta u mnie, że zdrowo trzeba by się namęczyć, by spędzić na pieszym patrolu więcej niż godzinę, no, może półtorej. Jeśli wejdziesz do sklepu tu i tam, to nawet ze dwie.

 Wolność! Wolność i spory bagaż optymizmu, wręcz zahaczającego o zawiadiactwo, a jakże, przecież alkoholik ma to, nomen omen, we krwi.

 Straszyli cię przez dwa miesiące, że w życiu codziennym napotkasz alkohol na każdym kroku, i na każdym kroku będziesz musiał być czujnym.

 Media, te elektroniczne, papierowe, te mrugające ekranem na niebiesko. Jak nie reklamują, to mają lepszą wódę jako rekwizyt aktora grającego główną rolę.

 Kolesie, ci twoi, starzy, od szklanki, ci których znasz tylko z widzenia, ci których nie znasz w ogóle, oni wszyscy dalej tak samo czerwonoskórzy, tak samo chwiejni w kroku.

 Śmieci. W tym kraju śmieci leżą nie tylko pod śmietnikami i koszami zamiast w nich, są symbolem naszej cywilizacji, jej niedorozwoju, są wszędzie, i większość to puszki i butelki po alkoholu.

 Wreszcie sklepy z alkoholem, a po prawdzie, to sklepy w ogóle. Przecież teraz alkoholu nie kupisz tylko w zabawkowym i księgarni, bo nawet w dewocjonaliach stoi wino mszalne.

 Przed tym wszystkim zostałem ostrzeżony wielokrotnie, jak każde z nas w czasie terapii. I jak każdy zapewne, jedną z pierwszych wycieczek w miasto, ni to przypadkiem, ni celowo, jakoś tak, po prostu, otarło o monopolowy dział tego czy innego supermarketu.

 No, są. Są i stoją jak stały. I będą stać. Nie mam pojęcia czy chciałem się upewnić, wypróbować swoją siłę woli, przyjść i spojrzeć z góry, stwierdzić z wyższością, że nie robi na mnie wrażenia ten rząd przedmiotów oznaczony procentami. Może chciałem sprawdzić, czy nie porazi mnie światło odbitych w nich sklepowych jarzeniówek, jak wampira słoneczny blask. A może chciałem się pożegnać? A może… Nie mam pojęcia o co mi samemu wtedy chodziło. Wiem, że dzisiaj śmieję się z tej wycieczki i wolałbym spuścić na nią zasłonę milczenia, ale tego też nie robię. Pamiętam i nie zapominam, by więcej nie robić rzeczy bez sensu.

 Do teraz zostało mi chodzenie spać o porze, jaką narzucił mi pobyt na terapii. Oczywiście bywają wyjątki, bo czasem nie mogę oderwać się od książki, lub filmu, ale to, jak mówię,  wyjątki. Dużo częściej zdarza mi się w ogóle nie włączać telewizora, a już na pewno nie skaczę po kanałach dla zabicia czasu. Dzisiaj wolę, gdy w domu brzęczy radio, jest dużo lepszym tłem dnia, niż to pudło z ruchomymi obrazkami.

 Nawet gdy jestem sam, próbuję nie być sam, choć różnie to wychodzi, niestety. Staram się wykorzystywać dobrodziejstwo jakie daje Internet, jego dziesiątki możliwości kontaktów. Znowu zacząłem traktować telefon, nie jako narzędzie do załatwiania spraw, a jako przedmiot przybliżający mnie do kogoś, kto w rzeczywistości jest bardzo daleko ode mnie. Ktoś zawsze odbierze. Najczęściej.

 No i buty na nogach. Wkładam je na nie, by się przejść, czasem bez wyraźnego celu. Zrobić kilka kroków, zadrzeć głowę i zobaczyć coś więcej niż sufit swojego mieszkania. Zdziwilibyście się, ilu alkoholików takich jak ja, trzeźwych, można przypadkiem spotkać na niezaplanowanym spacerze. Nawet w tak niewielkim miasteczku jak moje, bo o tym, że wszędzie nas pełno już wspominałem.

 Dzisiaj raczej nie spotkam, ale o to też bym się nie założył. Kilku z nas pojechało w odwiedziny do Ośrodka, spotkać się i poplotkować w swoim własnym gronie. Ja po raz pierwszy od kiedy opuściłem mury tego uniwersytetu dla mistrzów destrukcji, zostałem w domu. Miałem swój czas z Szopenem, wyśmienity czas. Jednak mimo to, że spędziłem go doskonale, gdy odwiozłem syna do jego mamy, moje myśli od razu powędrowały do Ośrodka i ludzi właśnie dzisiaj i właśnie tam zebranych.

 Kurczę blade, tęsknię za nimi. Lubię z nimi być. Chyba nikt nie jest w stanie mnie tak zrozumieć jak oni, ci co musieli przejść, przez coś takiego jak ja. Nie myślcie tylko, że osoba nie dotknięta tą chorobą jaką jest alkoholizm, jest dla mnie kimś nieważnym. Chodzi o coś innego. Może zabrzmi to śmiesznie, ale porównanie z braterstwem broni, wspólnym pobycie na froncie, jest jak najbardziej na miejscu. Wysłali mi fotę z „koszar” z pozdrowieniami, ja im swoją zza linii frontu, i chociaż tak naprawdę, każdy ma teraz swoją własną, bez dwóch zdań czuję się jakbyśmy szli razem zwartą tyralierą.

 W Dolinie Muminków włożyli mi do plecaka parasolkę i paradoksalnie, przez naście lat mieszkania na Wyspach Prosperity, nazywanych nie bez powodu Krainą Deszczowców, prawie nigdy takiej ze sobą nie miałem, choć przydawałaby się aż nadto często. Tutaj, nawet przy najlepszej z możliwych pogodzie, nigdzie się bez niej nie ruszam, nawet gdy wiem, że na pewno mi się nie przyda. Nie szkodzi. Nie jest mi ciężarem, wręcz przeciwnie, powoduje, że mój plecak jest dużo lżejszy.

LXIV Ściana

Głośno, głośniej, jeszcze głośniej. To, nie to, to też nie. Może to, może to. Nie. Bez znaczenia. Pass, wyłączyłem muzykę. Wybieram dzisiaj ciszę.

 Leżę pogrążony w tej ciszy, gęstej, że aż dzwoni mi w uszach. W ciszy tak przygniatającej, że nie pozwala mi wstać z łóżka nawet po to, by zajrzeć do lodówki, chociaż ssanie w żołądku przyprawia już o ból głowy i niemal doprowadza mnie do wymiotów.

 Zamiast tego świstu w uszach, powinienem dzisiaj słyszeć odgłosy skrytobójczych działań avatarów Fortnite’a, albo machania kilofem z Minecraft’a. Sprzeczki z kotem, który za nic ma  kuszenie frykasami z torebki i zaczepek jedną z jego piłek. A może rozbrzmiałyby zabawne dialogi Ralpha Demolki z Venellopą? Nie wiem. I nie wiem czy się dowiem za kolejne dwa tygodnie, albo za dwa następne.

 – Panie Zoski, zrobiłem co mogłem. Jest pan w fatalnej sytuacji i przez trzydzieści lat mojej kariery zawodowej sądowego kuratora rodzinnego, spotkałem się raptem kilkukrotnie z takimi przypadkami jak pański. Przykro mi. Mogę jedynie obiecać panu, ze tego tak nie zostawię i trzymać za pana kciuki.

 Podziękowałem za słowa otuchy i pożegnałem Pana Postawnego. Obiecał mi skontaktować się ze mną, gdy tylko porozmawia z Sędzią na temat tego co zobaczył i usłyszał w domu i pod domem Paranoi, gdy zjawiliśmy się odebrać Małą Mi i Cześka na widzenie.

 Niecałe dwa tygodnie temu, na rozprawie z powództwa Paranoi, Sędzia odrzuciła wszelkie żądania zawarte w jej wniosku, które miały ukrócić moje kontakty z córką i synem i iście salomonowym wyrokiem, przydzieliła mi na czas widzeń w co drugą sobotę kuratora rodzinnego. Co zabawne, kuratelą nie zostały objęte żadne inne z widzeń wynikające z papieru podpisanego przez Sąd rok temu. Urodziny dzieci, święta, ferie i wakacje mieliśmy spędzić bez żadnego nadzoru. Sam Pan Postawny skwitował to z uśmiechem.

 – Ja tu jestem tylko po to, żeby załatwić panu papier nie do podważenia przez pana byłą żonę, przy pana staraniu się o rozszerzenie widzeń w przyszłości i przywróceniu panu pełni władzy rodzicielskiej nad małolatami. Nikt nie ma najmniejszej wątpliwości, że nie stanowi pan żadnego zagrożenia dla swoich dzieci. Dopnie pan tego.

 – Dopnę? Jak mam to zrobić, gdy one same odmawiają chęci spędzenia ze mną czasu. Przekręciła je.

 – Oczywiście, że tak. Nie pierwsza i nie ostatnia taka sytuacja. Jeśli panu się wydaje, że walczył pan w sądzie, to musze pana wyprowadzić z błędu. Tam, czyścił pan sobie jedynie przedpole i zbierał sojuszników. Walka dopiero teraz się zaczyna, ale przynajmniej wie pan, że nie jest już sam.

 Niby jest się z czego cieszyć. W końcu jeden z drugim urzędnicy przekonali się, że moje wycieczki do sądu nie są wynikiem jakichś fanaberii i chęci utarcia nosa ex, tylko po prostu, chcę spędzać z dziećmi czas. Z wszystkimi dziećmi. Jasne stało się nareszcie, że skoro od roku regularnie zajmuję się najmłodszym Szopenem, to i starszymi chcę się zająć, tak samo, jak miało to miejsce gdy, przylatywałem do nich wcześniej z Wysp Prosperity.

 Rok, to przeogromna chwila. Czas w którym może zdarzyć się wszystko, również wszystko co najgorsze, i jak się okazuje, zdarzyło się. A tak naprawdę, ktoś to zdarzył.

 Po raz pierwszy od kiedy zacząłem trzeźwieć trzęsły mi się ręce. W zasadzie cały drżałem. Nawet głos mi się załamywał gdy jechałem z człowiekiem przydzielonym przez Sąd po dzieci a on wypytywał mine o te czy inne szczegóły ze sprawy.

 Gdy zaparkowaliśmy pod domem Paranoi, poprosił mnie bym został przy samochodzie, a sam udał się do bramy i zadzwonił. Po chwili pojawiła się moja była żona i wpuściła go na podwórko, a po chwili rozmowy weszli do domu. Nie było go kilka minut, które mi zdawały się trwać wieczność. Gdy wyszli z domu, razem z dziećmi, poprosił Paranoję by ta wpuściła mnie na podwórko. Podszedłem do Cześka i Małej Mi, mieli spuszczone głowy i nawet na mnie nie spojrzały.

 – Hej, cześć dzieciaki! – ukucnąłem przy nich.

 Cisza.

 – Tato, nie chcemy jechać z tobą. – dzieci pochlipując, wyrecytowały do mnie przez łzy, patrząc w ziemię.

 – Dlaczego? Co się stało? Czegoś się lękacie, macie jakieś obawy?

 – Nie.

 – To chodźmy.

 – Nie.

 – Pojedźmy. W domu porozmawiamy, na spokojnie i nie na podwórku. Spędzimy ze sobą chwilkę, i jeśli dalej nie będzie wam się chciało zostać, razem z panem kuratorem odwieziemy was z powrotem do mamy. Ok?

 Dwa ogromne grochy łez spłynęły Małej Mi po policzku, gdy pokręciła głową. Czesiek też się nie odezwał, tylko zaprzeczył patrząc sobie w buty. Mi po raz tysięczny w ciągu tych kilku chwil pękło serce.

 – Panie Micku, chyba powinniśmy jechać. – usłyszałem zza pleców głos kuratora.

 Natychmiastowo ogarnęła mnie panika i dostałem nóg jak z waty. Jak to jechać? Przecież w końcu tu jestem i rozmawiam z dziećmi. Byłeś tam człowieku. Byłeś w środku i rozmawiałeś z nimi i ich matką. Przecież znasz już sprawę i widzisz co się dzieje. Pomóż mi do cholery zabrać stąd moje dzieci. Daj mi z nimi moment sam na sam i się wszystko wyjaśni. Jak mają stanąć matce na przekór, gdy ta stoi pół kroku za ich plecami i tupie nogą.

 – Dziękuję pani za swój czas, cześć dzieciaki, do zobaczenia. – to znowu on. Położył mi rękę na ramieniu.

 Wstałem, jak skazany. Przytuliłem najpierw córkę, potem syna.

 – Kocham was, tęsknię za wami. Bardzo!

 – Tak tato, wiemy. – usłyszałem na odchodnym. – My ciebie też.

LXIII Profesór, doktór, Wiktór z Krakowa, zaczynamy kawalerka od nowa

 Siedzę sobie w domu. Nawet przez myśl mi nie przeszło by włączać telewizor i zatopić się w jakiś mniej, czy bardziej na siłę wynajdywany serial, o programie z ramówki nie wspominając, wszak od lat nie uznaję telewizji jako takiej i barwy logotypu nie mają tu najmniejszego znaczenia.

 Włączam radio. Przed sitkiem siedzi Piotr Stelmach, czyli gra moje ulubione Radio Piotrków, ostoja normalności i redakcyjnego profesjonalizmu najwyższych lotów w dobie odwracania wszystkiego tyłem na przód i stawiania na głowie. I normalności w ogóle. Uwielbiam ich, panów Piotrów, spokojny głos, ich nienachalne muzyczne wybory, niebanalne opowiadania pasjonatów dla pasjonatów. Budują mi schron ze ścian dźwięków, gdzie schowany czuję się bezpiecznie i nic nie może mi zagrozić. My music is my castle.

  Pojechałem do malców z Siorką. Dosyć wyjątkowo, bo przeważnie jeżdżę z ojcem, a tym razem akurat nie mógł. Wyruszyliśmy o wiele za szybko, fura leciała już na oparach i trzeba było zatankować. Poprosiłem o wcześniejszy start na wypadek, gdyby do dystrybutora ustawiła się jakaś niecodzienna kolejka.

 Podjechaliśmy na pusty plac przed stacją benzynową, wysiadłem, włożyłem wlewak do dziurki z przekreślonymi literkami Pb na burcie samochodu. Nacisnąłem spust i patrzyłem jak cyfry na wyświetlaczu dystrybutora podskakują jak inflacja. Niespiesznie oboje weszliśmy do niewielkiego budynku stacji by zapłacić. Niespiesznie wyciągnąłem portfel a z niego banknoty. Odliczoną resztę również bez pośpiechu włożyłem do portfela a ten, do kieszeni. Wsiedliśmy do samochodu.

 – To co? Jedziemy?

 Spojrzałem na Siorkę i kiwnąłem głową.

 – Jedziemy.

 Trasa która w zwykłym tempie zajmuje nieco więcej niż pięć minut dzisiaj została pokonana w blisko piętnaście. Jechaliśmy rozmawiając o niczym, co chwilę rzucając jedno do drugiego jakieś suchary, z których obydwoje nerwowo się podśmiewaliśmy.

 Na miejsce dotarliśmy kilka minut przed czasem. Zaśmiałem się gorzko na wspomnienie, kiedy Czesiek ubrany i gotowy do wyjścia krzyczał do mnie przez uchylone drzwi balkonowe.

 – Tato, jeszcze siedem minut, mama kazała powiedzieć, że przyjechałeś za wcześnie.

 Nie obraziłbym się ani trochę, gdyby Paranoja powtórzyła ten patent z dziećmi dzisiaj. Nie czekając na pełną godzinę podszedłem do bramki i nacisnąłem dwukrotnie dzwonek. Przeszedłem do zatoczki przed wjazdem na podwórko i zadarłem głowę do góry, by spojrzeć w okna dzieci. Firanki ani drgnęły. Wróciłem po chwili do dzwonka i znów go nacisnąłem.

 Siorka otworzyła okno od strony pasażera.

 – I co? Dzwonisz na komendę?

 Spojrzałem na zegarek.

 – Jeszcze nie, właśnie jest równa godzina, mam nadzieję, że małostkowo czeka na pełną i dopiero teraz się zacznie dziać. Idę jeszcze raz nacisnąć dzwonek.

 Powtórzyłem cały rytuał jeszcze raz. Dom pozostał martwy jak wcześniej, lecz mimo to poczekałem jeszcze kilka dłuższych chwil i znów zadzwoniłem. Cisza. Nie ma ich.

 Na pytający wzrok Siorki odpowiedziałem przystawiając słuchawkę do ucha.

 – Dzień dobry, moje nazwisko Mick Jakubiak-Zoski, chciałbym zgłosić nieobecność matki w miejscu i terminie wyznaczonym przez sąd, do przekazania nieletnich na widzenie z ojcem.

 – Aaaaaaa, dzień dobry, dzień dobry. Co tam Panie Mick, dalej uparta?

 – Ano dalej. Nic nie poradzę.

 – A kiedy pan w końcu założy jej sprawę? Dzwoni pan do nas i nic z tym nie robi dalej.

 – Sprawa zakończyła się w poprzedni piątek, sąd przyznał mi rację, dostała wyrok.

 – … ale, jak to? Dostała wyrok i dalej nic?

 – No, nic.

 – No to ja nie rozumiem.

 – No, ja też niewiele.

 – I co pan teraz zrobi.

 – Wygląda na to, że powtórka z rozrywki. Nowy wniosek, nowe fakty, stara obsada. Mam nadzieję, że tym razem jednak pójdzie nieco szybciej, niż za pierwszym podejściem.

 – No życzę tego panu. Zgłoszenie przyjąłem, i jeśli tylko sąd się zgłosi od razu je przedstawimy na sprawę. Powodzenia panie Mick! Do widzenia.

 – Nie dziękuję. Do widzenia.

 Chowając telefon do kieszeni oznajmiłem Siorce, że ze wszystkich tych dzisiejszych fatalnych scenariuszy, ten był według mnie najlepszy. Nie wierzę, że dzieci nie zechciałyby ze mną pojechać, pewnie Paranoja też w to nie wierzyła, dlatego je zabrała. Wie, że doczeka się, że jej prawdy wkładane dzieciakom do głowy skonfrontują się z rzeczywistością.

 Spędziłem większość dnia z Szopenem. Dołączył do nas Bratanek, mimo, że Czesiek i Mała Mi jednak nie zjawili się dzisiaj w moim domu. Młody nie wytrzymał u siebie i przyleciał do nas, chyba podskórnie też wolał podzielić swój żal i rozczarowanie z kimś, kto go dokładnie rozumiał. Bratanek, równolatek Cześka i jego najlepszy przyjaciel, również tęsknił za dwójką moich starszych malców, tak jak cała rodzina.

 Mimo, że w gruncie rzeczy nie było ze mną tak źle, jak się obawiałem, wolałem zapuścić się w swój azyl, gdy przyszło zostać ze sobą sam na sam. Stery w radiu przejął Piotr Metz i wypełnił przestrzeń wokół mnie delikatnie przesterowanymi gitarami.

 Mam do napisania kolejne pismo procesowe do sądu, ale nie ruszę się z miejsca. Nie dzisiaj. Nie teraz. Nie zmarnuję tych nut budujących moją twierdzę.

______________

*Tytuł jest wyjątkiem z tekstu Kazika – O kuchwa! /12 groszy; SP Records 1997/

prawa autorskie do grafiki należą do mixmag.net

LXII Danie dnia

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– Nie jutro! Dzisiaj! Wpadnij koniecznie dzisiaj. Ja muszę to wszystko usłyszeć od ciebie i teraz. Zrobię ci kanapki z paprykarzem na kolację! – trajkotała jak karabin maszynowy moja Siorka zanim się rozłączyła.
Podłożyłem jeszcze kilka konkretnych szczap do pieca, odczekałem nie do końca wystarczająco długo, aż się w nim porządnie rozpali, przymknąłem drzwiczki za ledwo buchającym płomieniem i pognałem przez wilgotny i zimny wieczór podzielić się ostatnimi wiadomościami z najmłodszą w rodzinie w moim pokoleniu.
Kiedy się pojawiłem w jej progu, jej syn, JunioR, z przekąsem poinformował mnie, że przeze mnie mama nie będzie miała z czego mu zrobić kanapek do szkoły, po czym przybiliśmy sobie piątkę i wrócił do tabletu, by zabijać śmiertelnych wrogów galaktyki online.
– Mów! – powiedziała do mnie Siorka zabierając się za przygotowywanie dla mnie bułek – Mów wszystko po kolei, albo nie po kolei, ale wszystko. Paranoja mocno wkurwiona?
– Czy mocno to nie wiem, ale na moje „cześć, do widzenia”, odpowiedziała krótkim „spierdalaj”.
– No co ty? W sądzie? Na korytarzu? Przecież ktoś mógłby ją usłyszeć i cały misternie budowany wizerunek kulturalnej pani pedagog z przedmieść runąłby jak domek z kart. Pozwoliła sobie?
Uznałem pytanie za retoryczne i wzruszyłem tylko ramionami.
– No mów!
– Ale w zasadzie, nie wiem co? Cała rozprawa trwała jakieś dziesięć, no może piętnaście minut. Po tradycyjnym wstępniaku Sędzia zapytała o to, czy mamy jakieś wnioski do przedstawienia, oświadczenia i takie inne. Podałem zaświadczenie od Migotki, że ukończyłem cały kontrakt w Ośrodku, wypełniając go co do joty i to wzorowo, i że całkiem nieźle rokujący ze mnie misiek. Standard dla kogoś kto trzyma się rok po zakończeniu terapii stacjonarnej ustaleń terapeutycznych, i regularnie wpada do Doliny Muminków dać znać co u niego i pokazać młodszym, że dawanie rady jest możliwe. – Siorka potakiwała, jakby do rytmu tego co i jak mówiłem.
– Dołożyłem, jak na przykładnego pracownika biurowego przystało, tabelkę stworzoną w Excelu, którą przez cały miesiąc panie pielęgniarki cierpliwie wypełniały szeregiem zer, podpisami i pieczątkami ze swoimi nazwiskami i numerami seryjnymi. Same zera, bez wyjątku. Dwa razy dziennie, przed pracą i przed pójściem spać, dmuchanie, wynik, wpis do tabelki, pieczątka. 0‰ od góry do dołu, przez prawie pełne trzy strony. Nawet na Sędzi, która przecież widziała i słyszała już chyba wszystko, zrobiło to wrażenie.
– A ex co na to?
– Powiedziała, że to tylko miesiąc, a na zeznania jej świadków na poprzedniej rozprawie nawet nie zaprzeczyłem, więc uznaje, że jestem trzeźwy od miesiąca.
– Serio? Ale jak ty się miałeś odnieść, jak nie ty byłeś odpytywany?
Machnąłem ręką.
– Nie ważne. Pani Żółć po raz kolejny stwierdziła, że mój wniosek jest bezzasadny, bo za każdym razem, bądź niemal za każdym razem, proponowała mi alternatywę dla widzeń, a nawet, jak stwierdziła, widziałem się z dziećmi poza sądowym rozkładem jazdy z jej inicjatywy. Dwa razy.
– Co?! Kiedy niby ona dała Ci dzieciaki? Poza kolejnością i sama z siebie?
– No właśnie. Przypomniałem Sędzi i jej, że gdy wpadła z dziećmi po część szkolnej wyprawki, to to był mój pomysł, o co z resztą prosiłem przez kilka dni, a kiedy jej facet przyjechał z dziećmi na rowerach to ja umawiałem się z nim, nawet nie z nią. A że i za pierwszym i drugim razem nie byli zadowoleni to już nie moja wina. Dzieciaki miały chociaż odrobinę frajdy. Ja na pewno. Nie wiem co chcieliby żeby się wydarzyło, żeby poszło po ich myśli, i na pewno tego nie rozumiem.
– I wiesz co? – kontynuowałem – To było w zasadzie wszystko. Jeszcze tylko pokazałem sms od nich, gdy wspomniała, że regularnie zapraszają mnie na negocjacje i ciągle wyciągają rękę do kompromisu.
– Tego gdzie wyzywają cię od pijaków z przerośniętym ego?
– Tego.
– I co? Jak zareagowała Sędzia?
– W pewnym sensie nijak. Ogłosiła przerwę i po kolejnych dziesięciu minutach odczytała wyrok z uzasadnieniem.
– Rzeczywiście szybko ta końcówka poszła, jak na tak przeciągającą się gehennę. Jesteś zadowolony z wyroku?
– Poważnie musisz pytać? Jestem wniebowzięty! Jak cholera! Tym bardziej, że pozostałe sprawy są przecież niemal bliźniacze, więc chyba nie mogą w nich zapaść sprzeczne ze sobą wyroki. Sędzia z resztą pośrednio już się do nich odniosła. Orzekła, że żądanie ex co do widzeń pod jej kontrolą jest niedopuszczalne do wykonania i Paranoja nie ma na nie co liczyć.
– No brat, doczekałeś się! – powiedziała Siorka kładąc mi pod nosem talerz z bułkami, na których leżały szynka, ser i pomidory.
– A gdzie obiecany paprykarz?
– Zjadłam. Dobry był. Smacznego.

LXI Zoo z Doliny Muminków.

 Dzisiaj dzień wyjątkowo melancholijny. Czy jest się osobą wierzącą, czy nie, zawsze ma się kogoś, o kim szczególnie chce się pamiętać, wspominać, kogoś kogo brakuje mocniej niż na co dzień. Atmosfera tych wspominek jest wszędzie, nie trzeba wybierać się na cmentarz by ją poczuć, by jej doświadczyć. W telewizji, w Internecie, prasie drukowanej oraz mediach społecznościowych, wszędzie, co i rusz przewijają się osoby przywołujące w swoich opowieściach inne osoby, których już niestety nie ma.

 Z zasady nie chodzę na cmentarze, co nie znaczy, że nie miałbym do kogo. Ot taka pokrętna filozofia, bo tak naprawdę właśnie uważam, że nie mam, bo ich już nie ma. Po prostu twierdzę, że miejsce pochówku jest bardzo umownym punktem, gdzie mielibyśmy się spotkać z tymi, którzy już od nas odeszli. Nie? A co mają powiedzieć ci, których najukochańsi odeszli gdzieś wysoko w górach, lub głęboko w morskich otchłaniach i ich ciał nie ma?

 Nieważne. Dygresja na wstępie poszła żyć swoim życiem nieco zbyt daleko, a ja chciałem tak naprawdę tylko zaznaczyć, że opowiem dzisiaj kilka słów o tych co wciąż tu są i swoim byciem potrafią być dla mnie nieustającą inspiracją. Nie mówię o takich oczywistościach, jak rodzina, a o przypadkowych osobach, które w ten czy inny sposób przewinęły się przez moje życie, ledwo potrąciły jego strunę, ale zagrały na niej tony, które na długo, jeśli nie na zawsze, pozostaną ze mną. Co więcej, oni sobie z tego swojego zbawienno-magicznego wpływu na mnie w ogóle nie zdają sprawy.

 Opowiem o przegrywach, o wykolejeńcach, o wiecznych utrapieńcach, spędzających sen z powiek swoim rodzinom. Opowiem wam o alkoholikach jakich poznałem w Ośrodku w Dolinie Muminków. Opowiem o ludziach, którzy niemal umarli za życia, ale coś spowodowało, że powstali i zbudowali się od nowa, i dzisiaj są chodzącymi zaprzeczeniami stereotypu alkoholika znaczącego mniej niż zero.

 Od niemal pierwszego dnia mojego pobytu w Ośrodku złapałem wspólną melodię z Krokodylem, facetem o bardzo wyraźnych poglądach na wszystko, jak to ma przecież każdy Polak. Jak bardzo niewielu naszych rodaków, on potrafił jednak czasem krótko i zwięźle swoją opinię wyrazić jednym zdaniem.

 – Kurwa, no nie wiem, bo nie znam się.

 Gdy zaś się znał, umiał to jasno i wyraźnie wyartykułować w kilku zdaniach, które nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości co do tego, że się rzeczywiście zna. Przynajmniej brzmiał tak po kilku dłuższych dniach w Ośrodku. Mumin opowiadał mi, że Krokodyl przez pierwszy tydzień swojego pobytu nie potrafił wypowiedzieć płynnie jednego, krótkiego nawet zdania. Memłał niezrozumiałe zgłoski pod nosem na zmianę z przekleństwami. Terapeuci bali się, że z gościem nie będzie w ogóle kontaktu, bo wóda zżarła mu kompletnie mózg i jego funkcjonowanie ograniczy się do przemieszczania z miejsca na miejsce, i pochłaniania, a potem wydalania pokarmu. Tym bardziej byli zdziwieni, gdy przyłapali go kiedyś na czytaniu w łóżku bibuły, czyli książek spoza ośrodkowej biblioteczki, które cholera jedna wie dlaczego, były zakazane.

 Kiedy spotkałem go na jednym z ostatnich absolwenckich zjazdów naszego uniwersytetu potwornego dostałem od niego krótki i zwięzły opieprz, po tym jak co nieco pożaliłem się nad swoim losem.

 – Kurwa chłopie nie zazdroszczę ci, masz sytuację tak przejebaną, że nawet nie ma się tu z czego nabijać, ale nie możesz się zachowywać jak reprezentacja Polski na mistrzostwach. Do chuja! Możesz przegrać, niestety to jest możliwe, ale nie możesz się poddać bez walki. Zobacz, ile zrobiłeś?! Teraz przychodzi ci ochota rzucić ręcznik? Ani się waż! – po czym przytulił mnie po ojcowsku, by po chwili od siebie odsunąć i dokończyć – Dasz radę, i o tym bardzo dobrze wiesz, tylko czasem zapominasz. Nie zapominaj, do jasnej ciasnej!

 Facet dzisiaj zajmuje się budowlanką artystyczną. Jak sam twierdzi, inną nie może.

 – A dajże spokój, przy zwykłej glazurze ludzie wymagają tempa przy pracy. Raz, raz i ma być kibel wykafelkowany. A przy fikuśnej dupie Maryni, to ja się mogę z tym pierdolić ile chcę i nikt nie popędza, a jeszcze skasuję porządny pieniądz. Nie ma opcji, trzeba wymyślać. Nie  dość, że wóda zabrała kawał sił, to latka też już poleciały.

 Z innym, z Synkiem, też szybko złapałem sztamę. Z resztą koleś jest taki, że z nim nie da się sztamy nie złapać. Złoty chłopak. Zawsze z otwartą duszą, co z resztą często go gubiło, twardziel o gołębim sercu. Zawsze był pierwszy do zabawy u siebie na dzielnicy i często za tę zabawę z wszystkimi, pierwszy musiał płacić, nierzadko nie tylko pierwszy, ale i jedyny i nie zawsze płacił pieniędzmi. Przepił kobietę, dziecko i swoje zdrowie. Ale tak kompletnie. Lekarze do dzisiaj się dziwią, że jeszcze żyje, bo dał radę wytrzymać kilkanaście ataków alkoholu na podroby, gdzie statystycznie trzeci jest śmiertelny, często już drugi.

 Wprowadzając się do Doliny Muminków, zaczynał od głębokiego debetu. Kobieta nie chciała go znać, bo wolał wódę od niej i ich dziecka, rodzeństwo wyzywało od słabeuszy, bo stwierdzili, że chyba nie jest facetem, skoro przyznał się do niemocy wobec alkoholu. Lokalna policja zacierała ręce, bo szykował im się błogi odpoczynek od narkotykowego dealera i złodziejaszka samochodowych sprzętów grających, żegnali go czule.

 – Idź, idź. Wrócisz. My odpoczniemy, ty odpoczniesz, a potem znów kilku z nas na tobie dostanie awanse. Do zobaczenia!

 Wrócił. Długo deptał ścieżkę do panny z dzieckiem na ręku. Potem jeździł, gdy otrzymał na powrót prawo jazdy utracone za wybryki pod wpływem alkoholu. Jeździł też do pracy. Ciężkiej, nieprzyjemnej i fatalnie płatnej.

 Od ponad pół roku spotyka się regularnie ze swoim dzieckiem bez zbędnej opieki mamy, no chyba że mama chce, i on chce, bo w zasadzie spotyka się też z mamą dziecka. Mama ich dziecka zaczęła mu mówić znowu do ucha to najważniejsze słowo na „K”. Podpowiem, że nie chodzi o kawę.

 Synek, który zanim rzucił picie, a wcześniej kobietę i dziecko, rzucił też szkołę. Dzisiaj korzysta z dobrodziejstwa edukacji dla dorosłych i planuje kształcić się co najmniej do matury. Ten facet zrobił to wszystko w rok po opuszczeniu naszego Oxfordu. Mistrz świata!

 Last, but not least*, Ruda i Mały. Dlaczego mówię o nich razem, a nie pojedynczo? Po pierwsze pewnie już się domyślacie, po drugie już inaczej się nie da. Muminkowe bliźniaki. Wprowadzili się do ośrodka tego samego dnia, wcześniej spędzając niecałe dwa tygodnie razem na detoksie. Od samego początku trzymali się trochę bardziej razem. Niektórzy, łącznie z resztą ze mną, wróżyli im urlopy dziekańskie z naszej uczelni, bo nie można łączyć się w pary. Ba! Nawet nie wolno panu przyjść do pani na kawę i ciasteczko. Kolejny absurd obowiązujący w tego typu ośrodkach, zaraz po nielegalnej bibule.

 Gdy zobaczyłem pierwszy raz Małego, nie mogłem uwierzyć, że chodzi, je i oddycha o własnych siłach w ziemskiej atmosferze, bez wspomagania skafandra i hełmu, jak na obcej planecie ufoludkowi przystało. Był niebiesko-fioletowy, przynajmniej tyle ile wystawało z t-shirta i krótkich spodenek.

 Ruda bała się swojego cienia, niby uśmiechała się do każdego szeroko, ale wystarczyło przejść obok niej by zauważyć, że za każdym razem niepewnie się kuli, dosłownie wstępowała się w siebie.

 Dostosowali się. Nikt ich z ośrodka nie urlopował. Razem przyszli i razem poszli. I dalej idą też razem, Ruda cięższa o zaręczynowy pierścionek a Mały oprócz tego że w skowronkach, bo powiedziała „TAK”, to w kolorach jak najbardziej z gamy zwykłego różu, ani pół tonu w tę czy we w tę. 

  I jedno i drugie, jak każde z nas zamieszkałych w Ośrodku, powoli, dzień po dniu, stawaliśmy się na powrót zwyczajni, normalni, ludzcy. Nie tylko z zewnątrz, również w środku. W głowach, w sercach, w duszach.

 Ci ludzie, o których opowiadam, ale również ci inni, których spotkałem w Ośrodku, czy w AA, wykonują codziennie tytaniczną pracę, by wrócić. By znowu być w rodzinie, w kręgu znajomych i przyjaciół, w pracy. By być również, choć właściwie przede wszystkim, dla siebie.

 I dla mnie. Jesteście moją niewyczerpalną kopalnią sił, pomysłów, parcia do celu, wiary, że się da. Dziękuję!

____________

*ang. Czyt. Last bat not list – Na koniec, lecz nie mniej ważni/ważne

Kadr pochodzi z filmu E.T. the Extra-Terrestrial, w reżyserii Stevena Spielberga

LVII Folwark

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


– Jak ja nie lubię mieć racji… – brzmi banalnie, jak kwestia z taniego filmu sensacyjnego, którego bohater to najprawdopodobniej policjant, obowiązkowo po rozwodzie i w głębokich tarapatach. No i oczywiście podupadający i nadużywający ostatnio alkoholu, z którą to słabością bohatersko walczy. – wiedziałem, że tak będzie!

Tanie, co? Jak natchnione memy ze złotymi myślami, przypisywanymi Paulo Coehlo, które codziennie na Facebooku kłują w oczy i w mózg. A jednak prawdziwe. Wykrakane ostatni raz wczoraj, przy tapetowaniu pokoju Wujka, a właściwie w pokoju jego syna.

Wielce niechętnie udałem się tam wczoraj popołudniu, by pomóc im dokończyć drobny remont, czym już od dosyć dawna się nie zajmowałem. Sporo wody w rzece płynącej przez Molocha upłynęło, od kiedy ostatni raz kleiłem papier na ścianie. Jednak nie dlatego niechętnie. Niechętnie, bo moja niechęć dotykała wszystkiego co mnie otaczało.

Wczoraj, po kolejnej rozprawie o widzenia z moimi dziećmi, miałem ochotę tuż po wyjściu z sali sądowej usiąść na byle czym i byle gdzie, zasnąć, i poczekać z pobudką, aż będzie po wszystkim, ale tak absolutnie po wszystkim.

Kolejne odroczenie. Kolejne przesunięcie w czasie, oczekiwanie, w dodatku na dobrą sprawę nie wiadomo na co. Bo już w tej chwili mogę być pewny tylko tego, że nie mogę być pewny niczego. Na samej sprawie znowu z ust Paranoi usłyszałem o tym, jak okropnie niebezpieczny jestem dla JEJ dzieci, jak bardzo agresywny jestem i jak ona strasznie się boi. Jak bardzo się stara, abym w końcu mógł spędzić czas z dziećmi, i jak bardzo jej starania i dobre chęci są przeze mnie odtrącane, krytykowane i niedoceniane. Aż się boję, że niedługo okaże się, że to ona napisała mój pozew przeciw sobie o widzenia z malcami, bo ja nie wykazywałem zainteresowania.

Dostała odroczenie, jak chciała, bo wpadła na pomysł, że pokaże smsy świadczące o tym, że w rzeczy samej, mam jej propozycje gdzieś. I jeszcze jej obecny partner też mógłby być przesłuchany, i będzie, bo przesłuchanie, jakie odbyło się kilka tygodni wcześniej w tej samej kwestii, chyba straciło ważność.

Przypominam sobie rozprawę z jej powództwa, kiedy ona oskarżyła mnie o niewywiązywanie się z uzgodnionych sądownie widzeń. Na nieco więcej niż miesiąc przed wakacjami letnimi poprosiła mnie o przesunięcie terminu jaki był zawarty w ugodzie, bo ma jakieś swoje plany wakacyjne. Jeszcze nie miałem zabukowanego lotu, więc zgodziłem się w zasadzie od ręki. Wszystkie szczegóły wymieniliśmy w mejlach i załatwione. Od razu zabukowałem lot i zapomniałem o sprawie.

Kolejne dwa tygodnie później prosi mnie o przesunięcie o jeszcze jeden tydzień, bo znów coś jej wypada i by było fajnie gdybym mógł. Sprawdziłem jak sprawa się ma ze zmianą rezerwacji, czy względnie z wykupieniem nowego lotu. Najtańsza opcja to nieco ponad 220 funtów. Mówię, że zgodzę się pod warunkiem, że będzie partycypować w kosztach, bo to jednak trochę dużo, dokładając do tego pieniądze już wydane na bilet.

– Nie mam mowy, to ty zarabiasz w funtach a nie ja.

– No właśnie, zarabiam, nie zbieram forsy z ulicy ile mi się podoba. Mam jedną wypłatę. Nie stać mnie na takie wydatki, kiedy bilet w samym środku sezonu wakacyjnego kosztuje tyle, ile kosztuje. Musze coś mieć na same wakacje z dziećmi, a alimenty, niemałe, zawsze też dostajesz na czas. Przykro mi. Jeśli nie dołożysz się do zmiany terminu, to raczej nic z tego nie wyjdzie.

– Nie? Lepiej to przemyśl. Uznałem, że nie mam za bardzo nad czym myśleć i temat zakończyłem.

Po jakichś trzech miesiącach, już dawno po wakacjach, przyszła laurka z pozdrowieniami z sądu.

W pierwotnym terminie wakacji zawierał się dodatkowy termin. Urodziny Cześka. Co drugi rok letnie wakacje zaczynały się w weekend poprzedzający jego urodziny i potem właściwy tydzień wakacji, co drugi rok ten tydzień następował w weekend po Cześka urodzinach. W tym fatalnym, wspominanym roku wypadał przed, a przez to, że poprosiła by nasz wakacyjny tydzień odbył się z przesunięciem, zrobiły się w jej mniemaniu dwoma osobnymi punktami w kalendarzu i powinienem pojawić się na urodzinowy weekend i potem w następnym tygodniu na wakacje.

Wykoncypowała sobie, że oskarży mnie o niestawienie się na urodziny dziecka. I oczywiście opisała jaka to trauma i zawód dla syna, że cały dzień siedział i czekał i się nie doczekał przyjazdu ojca.

Nie wspomniała w sądzie, że przyjęcie urodzinowe odbyło się na sto fajerek ale z tygodniowym poślizgiem, tak jak prosiła, a młody skakał radośnie wokół tortu ze świeczkami wraz z całą bandą kuzynostwa i kolegów z podwórka. Moje wyjaśnienia nie zrobiły w sądzie najmniejszego wrażenia, tak samo emaile z jej prośbą o zmianę moich wakacji z dziećmi, które przedstawiłem. Dostałem w sądzie po uszach, mimo że czarno na białym miałem napisane, kto był prowodyrem zmian i dlaczego.

Tym razem, jakoś nie ma w sprawie żadnych kwitów, wszystko co opowiada od długich miesięcy obalam, a sprawa ciągnie się jak lasagnea. Tamta, zajęła bagatela, około 25 minut.

Zaznaczę tylko, że nikt na tamtej sprawie ni słowem nie wspomniał o moim alkoholizmie, bo przyznałem się do tego wszem i wobec, dopiero w wakacje rok temu, a tak doskonale się z wszystkim chowałem, jak każdy alkoholik potrafi, że nawet nie wpadła na cień idei, by tym móc mnie w sądzie tym załatwić. Wystarczyło jej równouprawnienie.

Nie mam siły. Nie mam kurwa siły!

Całe szczęście znalazłem tej siły na tyle dużo, by nie odmówić, i nie wykręcać się sianem przed tapetowaniem pokoju u Wujka w mieszkaniu. I dobrze. Myśli skoncentrowały się na czymś zgoła innym, banalnym, wręcz przyjemnym w porównaniu z tym, co przeżyłem przed południem. No i jeszcze ta mina jego syna zadowolonego z dzieła dwóch staruszków. Jak to mówią spece od reklamy toksycznych kredytów – bezcenna.

Gniotą mnie te sprawy. Starałem się jak mogłem, naprawdę, a i tak nie mogę być do końca pewny jaki efekt to ma przynieść. Oby taki jak należy. Trzymam kciuki by tapeta trzymała dobrze i przez długie lata.

LVI Wszyscy jesteśmy Chrystusami

W związku z tym, że wciąż jesteś chory i zachowujesz się jak wariat, nie pozwolę byś spotykał się z dziećmi pod moją nieobecność. – Zagotowałem się jak tylko przeczytałem wiadomość od Paranoi. 

Oczywiście w pierwszych dwunastu odruchach chciałem zredagować wiadomość zwrotną. Każdą jedną wbijającą jej szpilę i mieszającą z błotem, wykpiwającą, i bezwzględnie pokazującą jej, że może sobie ciągnąć tę poronioną narrację w najlepsze, bo to sobie sra w cholewki. Potem, gdy już nieco ochłonąłem, wpadłem na kilka pomysłów, jak grzecznie zwrócić jej uwagę, że prawi od rzeczy, że znowu robiąc na złość mi uderza w dzieci, że to bez sensu, że proszę by się w końcu opanowała i dała spokój z tą beznadziejną przepychanką, bo najzwyczajniej w świecie zbyt drogo to kosztuje. Nie tylko ją i mnie.

  Ostatecznie usiadłem, nieco bardziej niż lekko przybity, i czekałem aż kompletnie zejdą ze mnie emocje. Nie odpisałem nic. Odpuściłem. Przecież to i tak nic by nie dało. No, może oprócz mojego kolejnego wkładu w dalsze eskalowanie tego absurdu. 

  Skoro już jestem stałym bywalcem sal sądowych, niech tam to się dzieje, i niech tam wybrzmiewa. Niech jak najmniej wycieka poza tamte mury. I tak wystarcza bym miał aż nadto przeciążoną głowę.

  Ciekawe, czy to jej ignorancja, czy zwykłe wyrachowanie. Robić wszystko, żeby mi nie polepszyć, dowalić i zdołować, a potem zasłaniać się moim stanem, by prewencyjnie nie dopuścić mnie do malców. Perpetuum mobile. Genialne! 

Tak swoją drogą, zastanawia mnie jakim cudem do niej dotarło, że moja psycholog wyprawiła mnie na wolne i zintensyfikowała terapię, by dać odpór depresji, która przypałętała się niezbyt przecież chciana. Małomiasteczkowe plotki, uwielbiam. Bursa miał lepiej, mógł mieć w dupie małe miasteczka, ja nie mogę.

  Przez ostatni tydzień chodziłem na terapię grupową i jeszcze przez kolejny mam tam uczęszczać. Nie wiem w zasadzie po co. Chyba tylko po to, aby odpoczywając od beznadziejnej roboty nie zalec w łóżku z wzrokiem utkwionym w płaszczyznę sufitu na cały dzień. Dostałem powód by się ruszyć z rana do kubka z kawą, a potem dalej. 

  Poznałem tam kilku nowych adeptów trzeźwienia. Siedzę między nimi i słucham rozpędzonego terapeuty wykładającego reguły pierwszych kroków na nowej drodze życia. Niby trochę wieje nudą, ale tak naprawdę, to co podsłuchuję utwierdza mnie, że wszystko co ze sobą robiłem i robię po wyjściu ze swojej terapii, jest zgodne ze sztuką i nie odchylam się za bardzo poza kanon przykazań dla alkoholików na pierwszej prostej. 

  I co z tego? Nic. Całe te zajęcia działają uspokajająco jak okład na rozbolałą głowę, ale raczej szybciej, niż później, po powrocie do domu powoli wszystko wraca do nie do końca radosnej normy ostatnich kilku tygodni. 

No dobra, trochę przesadzam. Powoli się podnoszę, w końcu to jednak regularne spotykanie się ze swoimi. Z ludźmi którzy czują to co ja, tak jak ja, i przez pryzmat choroby takiej jak moja. 

  Zagiąłem na siebie parol i wydałem rozkaz – podchodzisz do wszystkiego zadaniowo, aż do skutku, panie Miauczyński! – jak ochrzcił mnie Wujek, również trzeźwiejący kumpel, z którym ostatnimi czasy bardzo mi po drodze.

  Łatwo powiedzieć.

  Wstawanie bez przymusu pojawienia się w pracy na konkretną godzinę nie pomagało mi zwlec się z wyra na budzik. Musiałem włożyć w to odrobinę wysiłku, by nie pozwalać sobie na kolejne i kolejne „jeszcze pięć minut”. W nagrodę kawa i rozdział książki.

  Szybki rachunek sumienia i do roboty. Pranie. Kawa. Odkurzanie. Rozdział. Papieros. Przebieżka na terapię. Kawa. Rozdział. Papieros. Zmywanie. Rozdział. Wieszanie prania, drugie pranie. Kawa… 

  Lista sprawunków powoli wzbogacała się o kolejne haczyki. Zrobione, zrobione, zrobione. Nie powiem, z powrotem te wszystkie drobne sprawy zaczęły sprawiać mi mikroskopijną satysfakcję. Ziarnko do ziarnka i kolejnego wieczoru łykając pigułkę od doktora mogłem sobie powiedzieć, że dzisiaj było OK bardziej niż wczoraj. Kolejnego ranka wstawanie zajęło mi o jedno „jeszcze pięć minut” mniej. Kawa… 

  Spędziłem kolejne chwile z Szopenem. Ten brzdąc ładuje mnie najmocniej ze wszystkiego. Dla niego chce mi się zrobić obiad, wyjść na plac zabaw, układać najwyższą wieżę z klocków, nawet jeśli do siebie nie pasują i pięćdziesiąty raz oglądać Psi Patrol. 

  Powoli wracam na tory, w których czułem się w miarę komfortowo. Nie wiem ile w tym zasługi terapeutki, ile mojej pracy, ile wpływu chemii na receptę łykanej ponownie już od kilku dni. Pewnie wszystkiego po trochę. Ciągle jeszcze, jednak, nie mam pewności, o ile kiedykolwiek będę ją miał, że powoli, bo powoli, ale ze wszystkim zdążę.

LV Top Gear

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Próbowaliście kiedyś zatrzymać się w pół kroku? Noga już uniesiona, ciężar ciała, nie znowu tak powoli, przesuwa się w stronę w jaką poniósłby go pierwszy pomysł, ale już wiecie, że nie tędy droga. Nie cofniesz ruchu, bo już w nim tkwisz i jesteś w pewnym sensie rozpędzony. Ciało jeszcze nie wie, ale głowa właśnie podjęła zmianę decyzji co do kierunku i… w ten sposób dostajesz pałę z wu-efu za sprawdzian z dwutaktu, a jedyny nauczyciel w szkole, który przez okrągły rok chodzi w dresie, z galami rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego włącznie, nabija się z ciebie, że biegasz pod koszem jak po półlitrze.

Właśnie złapałem się na takim wykroku. Niby wszystko wiem, niby dokładnie planuję swoje kolejne kroki, wciąż badając grunt pod nogami ale jednak coraz śmielej. No i masz! Falstart, spalony, żółta kartka. I zataczam się po swoim własnym boisku, żeby złapać równowagę. Za wszelką cenę. Przecież nie chcę zaryć twarzą w bruk po takim czasie intensywnego treningu.Może zbyt intensywnego?

– Nie, nie! Mick, musi być intensywnie. W trzeźwieniu nie da się przetrenować!Serio?

Ja się właśnie zastanawiam, czy przypadkiem nie zafiksowałem się za bardzo, i nie umiem już siebie postrzegać inaczej niż przez pryzmat uzależnienia.

– Głupiś! Musisz się tak postrzegać, musisz o tym pamiętać, nigdy nie możesz o tym zapominać.

Ale co to właściwie znaczy? Że wszystko co robię musi być dyktowane, albo co najmniej rozważone z perspektywy alkoholika? No kurwa? Wybór filmu na wieczór też? Kupno biletu miesięcznego? To nie o to chodzi, że jak z każdą inną chorobą, mam uważać na to co i z kim jem, a w moim przypadku piję. Że wiem, że w pewne miejsca nie idę, lub przynajmniej nie idę bez obstawy. A może jak zobaczę Nicolasa Cage’a w Zostawić Las Vegas nawalonego z flachą za kółkiem, to mam zasłonić sobie oczy, jak robiła mi i bratu ciotka, gdy mieliśmy po mało lat, a na kineskopie wyświetliła się goła baba?

– Mick, ostrożności nigdy za wiele. Po jaką cholerę się kusić?

Kusić? Co to znaczy? Mam nie wchodzić do marketu po bułki, bo zobaczę całą nawę ustawionych w równym rządku butelek z alkoholem?

– Ale po co w takie ramki się wciskasz, nie możesz tak się spinać, żyj, zrób sobie z trzeźwienia przygodę.

Przygodę?! Kurwa… To w końcu mam uważać, czy kupić sobie siodło do nosorożca?

Czuję, że od jakiegoś czasu gonię w piętkę. Nie za bardzo wiem w jaką stronę się odwrócić, a te kierunki jakie obecnie eksploruję, powoli zaczynają mi się jawić jako ślepe uliczki. Cięgle nimi podążam, ale obietnica, że dokądś mnie zaprowadzą, staje się coraz bardziej mglista.

Sprawa widzeń z najmłodszym, Szopenem, cofnęła się dzięki zabiegom mecenas wynajętej przez Złośnicę, do samego początku, bo jakimś cudem apeluje od zabezpieczeń widzeń jakie zastosował sąd na początku tego roku. Szykuje się jazda od nowa, a kto wie, czy nie z pozycji jeszcze dalszej, jeśli okaże się, że sąd apelacje uwzględni.

Sprawa o widzenia ze starszymi utkwiła w martwym punkcie i w zasadzie sam nie wiem czego mogę się spodziewać. Zaraz minie rok od pierwszego posiedzenia sądu, a ja dalej nie widuję się z Cześkiem i Małą Mi, mimo, że mam na to glejt. To wkurza najbardziej. Myślę, że rok to wystarczająco dużo czasu aby pozwolić przekonać się chyba każdemu, że pracę nad sobą wziąłem na poważnie. Okazuje się, że ten rok przepadł. Stwierdzić, że nikt nam go nie zwróci, to truizm. Jak wielką stratą się okazuje nie chcę nawet pisać, bo na samą myśl o tym chce mi się wyć.

Jest wrzesień. Według wyliczeń znajomego, który zawodowo ociera się o komorników, kuratorów i sądy, to ostatni dzwonek abym załatwił sprawę długu alimentacyjnego, bo przygotowania do licytacji komorniczej mojego domu są najprawdopodobniej na finiszu. Na pewno raczej bliżej, niż dalej. Ja natomiast finansowo dalej po prostu leżę, i nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała ulec poprawie. Przez pół roku pracy zdążyłem się zorientować, jak zatrudniony jest traktowany w firmie, w mieście, w kraju. Rynek pracownika, dobre sobie. Za miskę ryżu.

Rozważałem przez chwilę, że wyjadę za kasą, na chwilę odpuszczę wszystko inne i zajmę się moją ekonomią wyklętą, ale na wspomnienie o tym pomyśle wszyscy, od terapeutów, przez znajomych z AA rodzinę i w zasadzie mnie samego włącznie, pukają się w głowę.

– Serio na własne życzenie chcesz sobie wrzucić wsteczny bieg we wszystkich sprawach jakie są dla ciebie ważne? W dodatku, zdajesz sobie sprawę z jakim ryzykiem to się wiąże? Zostaniesz na kawał czasu naprawdę, kompletnie sam. Absolutnie sam. Jesteś pewien, że byłoby komu wrócić do dzieci i rozpocząć batalię o nie od samego początku. I wiesz, że sędzia zapyta, czy tym razem znowu chcesz rozpętać burzę wokół nich, by co? By tym razem doprowadzić do końca, czy za chwilę znowu zniknąć? A dzieci jak to zrozumieją? Zrozumieją?

Jak się nie obrócę, dupa zawsze z tyłu. W sumie już sam się sobie nie dziwię, że od jakiegoś czasu lecę na oparach. Że odechciewa mi się chcieć. Że jestem potwornie zmęczony.

– Mick, nie uciągniesz za długo zasuwając bez przerwy na najwyższym biegu. Nie traktuj tego, że na chwilę zwolnisz, czy nawet się zatrzymasz, jako porażkę. Odsapnij, zbierz siły, zregeneruj się i jak się nadarzy moment ruszysz dalej. Nie ma człowieka, który dałby radę bez odpoczynku. Ty też nie dasz.

Nie dam.

LIV Brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś.*

Trochę się zapuściłem. Nie mam jakoś natchnienia, by zmyć naczynia, odkurzyć i zmyć podłogę, wyprać. Jak już wypiorę, to nie chce mi się wstać i to pranie rozwiesić, a gdy już rozwieszę, to nie ma tego komu ściągnąć, ze o prasowaniu nawet nie wspomnę.

Góra papierów sądowych, zawiadomień, strzępków zaświadczeń i ewentualnych dowodów odkładanych na „może przyda się później”, rośnie bez ładu i składu, i jak przyjdzie co do czego, będę do wtóru siarczystych przekleństw szukał i nie znajdywał. Panikował, jeszcze więcej klął i ponownie wertował tą stertę, by być może w końcu znaleźć coś, co wiem, że na pewno tam było.

Nie chce mi się jak cholera uporządkować w szafkach z pościelą i ręcznikami, nie chce mi się zmieniać pościeli i ręczników, przecież to też pranie, którego jak już wspomniałem, nie chce mi się robić.

Nie chce mi się robić zakupów, i nie ma znaczenia, że w lodówce tylko światło. Jedyny wysiłek na jaki mnie stać, to wyjście do sklepiku za rogiem po jakąś bułkę i maziajstwo do niej, żeby się nie udusić przełykaną na sucho, ale nawet wtedy czekam z tym mikroskopijnym spacerem póki nie kończą mi się papierosy. Wtedy już trzeba ruszyć dupę.

Nie chce mi się wstać i wyjść, zadzwonić do znajomych, włączyć telewizora, przerzucić kolejnej kartki w książce. Nie chce mi się już nawet gadać z moim kotem. Nawet on, z natury chadzający swoimi ścieżkami, uważa, że przesadzam i dopomina się o choć odrobinę mojego towarzystwa ładując się bez pardonu na moje kolana i wciskając swój łeb pod moją dłoń. Chyba tylko dzięki niemu jeszcze nie zacząłem pisać pożegnalnego listu.

– Mick, musi pan odwiedzić lekarza. Koniecznie! Wracamy do farmakologii i to od zaraz. 

– Muszę? Przecież już spory kawał czasu temu odstawiłem antydepresanty, po co mi to? Przecież było ok.

– No właśnie. Co się wydarzyło? Pan mi się w oczach rozsypuje. Ja to najchętniej zostawiła pana na oddziale. Martwię się o pana. Jest pan o krok od cofnięcia się do punktu skąd pan zaczynał, jak nie dalej.

– Jakiego cofnięcia się? Przecież nawet nie myślę o wódzie, piciu i w ogóle. Podoba mi się moje trzeźwe życie.

– …

– Nie, nie podoba mi się. Moje trzeźwe życie to czekanie, czekanie i czekanie. Na wszystko. A skoro czekasz na wszystko, to czekasz na nic. Równie dobrze mógłbym być warzywem przykutym do łóżka. Tyle samo miałbym z tego życia i trzeźwości. Tak samo by się ze mną liczono. Miałbym w identycznym stopniu wykorzystany swój potencjał.

– Umawiam pana z lekarzem.

________

* Kury – Jesienna deprecha; muzyka i słowa Tymon Tymański

LIII Za chwilę dalszy ciąg programu

Słońce zaczyna leniwie muskać dachy domów, które widzę ze swojego okna, a ja w dalszym ciągu nie mogę zmusić się by się ruszyć z mojego, nazbyt dzisiaj wygodnego fotela. Nie pomaga mi w tym ból wszystkich mięśni, szczególnie nóg. Nie umiem ich ułożyć tak, abym czuł, że daję im odpocząć. Każda pozycja już po kilku sekundach powoduje, że musze ją zmienić. Lewa noga na prawą, prawa na lewą, obie swobodnie wyprostowane, obie podciągnięte. Istny taniec świętego Wita w pozycji siedzącej. Jutro dojdą do tego zakwasy. Na karku też. Już ledwo mogę ruszyć głową.

Najchętniej położyłbym się spać, ale obawiam się, że przekimam kilka godzin, może nawet do północy, a potem co? Do pracy mam dopiero na siódmą.

Nie biegałem za piłką, rowów też nie kopałem. Wręcz przeciwnie, siedziałem blisko dwie godziny niemal bez ruchu, dwa, czy może trzy razy jedynie wstając z ławki, a cały pozostały czas tkwiąc w maksymalnym napięciu, jak biegacz w blokach startowych na ułamek sekundy przed hukiem wystrzału rozpoczynającego wyścig.

Opuściłem salę sądową ponad sześć godzin temu i nieco już zdążyłem ochłonąć po tym, co się tam wydarzyło. Nie zdążyłem ochłonąć po tym, co tam nie miało miejsca i jeszcze ciągle się nie wydarza.

Kolejna odsłona rozprawy, mającej na celu oddanie kompletnej kontroli nad moimi widzeniami ze starszymi dziećmi w ręce Paranoi, czyli de facto, pozbawienie mnie tych widzeń absolutnie.

Nie rozumiem tego co się w jej głowie dzieje. Nigdy tego nie zrozumiem. Nawet nie chcę próbować. Zaprzęgać machinę urzędniczą, najwyższą z możliwych, aby pozbawić swoje dzieci rodzica? Osoby, którą dzieci kochają bezwarunkowo. To jakiś obłęd.

Nie rozumiem Sądu, który w miesiąc po ustaleniach, które sam zaproponował, przyjmuje ponownie temat na tapet, i nie przyjmuje do wiadomości, że rzekoma przyczyna niepokojów matki jest wyssana z palca i tak naprawdę kwalifikuje się do procesu o zniesławienie.

– Dlaczego więc pan nie wytoczy takiego procesu?

– Bo mnie nie stać. Nie stać mnie na adwokata który to poprowadzi jak wedle prawideł sztuki prawniczej przystało. Nie mam tyle urlopu, aby w kolejnej potyczce pojawiać się tu co trzy miesiące, przez jeden bóg wie jak długo. Nie stać mnie na takie wydatki emocjonalne, bo te drenujące mnie w drodze do moich dzieci, już mnie sporo nadwyrężają.

Za to ją stać na kolejnego już adwokata, stać na konsultacje psychologiczne i psychiatryczne dla dzieci, które nie wiadomo po co są im fundowane. Stać ją na emocjonalne targanie dziećmi jak w rollercoasterze, i stać ją na to żeby ze spokojem i uśmiechem oglądać swoją twarz w lustrze.

Z sobie tylko znanej przyczyny pani psycholog wezwana przez nią jako świadka mającego potwierdzić traumy dzieci związane z osobą ojca, nie dotarła na salę sądową. W nagrodę dostała dwieście złotych mandatu, zaś całą rozprawę po raz kolejny odroczono o następne dwa i pół miesiąca. Czyli już wiem o ile dłużej na pewno nie zobaczę się ze starszymi dziećmi.

Zanim jednak doszło do odroczenia zostali przesłuchani inni świadkowie wezwani przez Paranoję. Jej ojciec, jej partner oraz Złośnica Zazdrosna. Tak, ona też.Wszyscy jak jedno, zeznali, a jakże, że jestem agresywny i łamię swoją abstynencję.

Żadne za to nie potrafiło powiedzieć kiedy i jak. Ani kiedy byłem agresywny, bo ogólnie jestem agresywny, jedynie przy dzieciach się mityguję, a gdy tylko znikają z pola widzenia puszczają mi wszystkie wodze i folguję sobie w kontaktach z nimi. Ani kiedy ponoć piłem.

– Czy kiedykolwiek wezwana została z tytułu agresywnego zachowania Pana Jakubiak-Zoskiego policja, a jeśli była wzywana, czy się pojawiała?

– Nie. Czasem, gdy nie zgadzaliśmy się na wydanie dzieci on wzywał policję i czasem przyjeżdżali żeby zebrać zeznania.

– I oczywiście zeznawaliście, że był agresywny.

– Tak, oczywiście.

– I policja nie pouczała go, nie aresztowała, nie groziła sankcjami.

– Nie, robili notatkę i odjeżdżali.

– A pani Zazdrosna, dlaczego pani nie wniosła sprawy o pobicie, skoro, jak pani twierdzi, miała zrobioną obdukcję to potwierdzającą?

– Adwokat mi odradził.

Co do mojego rzekomego pijaństwa, to okazuje się, że jedno raz widziało z samochodu, że idę dosyć dziwnym krokiem, ojciec ex tylko słyszał od żony i córki, no i wie, że piję, a Złośnica akurat słyszała od znajomych, że widzieli. Ach, partner Paranoi w czasie jednej z niewielu rozmów jakie ze mną osobiście odbył, odniósł wrażenie, że jestem pod wpływem.

– Jeśli nie był pod wpływem, to co najmniej był mocno wczorajszy. Z dzieckiem na ręku, ze swoim najmłodszym synem.

– I nie zgłosił pan tego na policję? Nie powiadomił pan nikogo, że małoletni dwu i pół latek jest pod opieką osoby nietrzeźwej?

– Nie wiedziałem co mogę zrobić.

– Nie dał pan znać o zajściu nawet matce dziecka?

– Akurat panią Zazdrosną poznałem dzisiaj przed rozprawą.

– I to, że pozwany był sekundy wcześniej u swojej córki na zajęciach plastycznych też pana nie zbulwersowało.

– No właśnie zbulwersowało.

– I dlatego rozmawiał pan z nim o ewentualnych próbach dogadania się poza sądem co do widzeń z dziećmi, zamiast o jego stanie, i bezczelności pokazywania się w takowym swojej córce, w dodatku z dzieckiem na ręku.

– …

– I zaproponował pan, że pójdziecie na ugodę jeśli w geście dobrej woli ojciec dzieci spłaci dziesięć tysięcy ze swojego długu alimentacyjnego?

– Nie pamiętam.

I takie gadki przez prawie dwie godziny, po to, żeby usłyszeć, że ciąg dalszy nastąpi. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że im dłużej to trwa, tym dalej do końca. Bardzo frustrujące uczucie, co najmniej tak samo, jak ból do granic możliwości napiętych wcześniej mięśni.

– Musisz czekać – powiedziała mi moja przyjaciółka – wszystkiego się doczekasz, wszystko w końcu do ciebie przyjdzie.

Nie lubię tego. Czekania. Wolę działać, choćby powoli i w mozole, strać się, zdobywać, ale nie biernie czekając.

Idę na spacer, zmuszę się trochę do rozprostowania nóg, rozruszania ich, choć odrobinę. Jutro posiedzę jeszcze więcej niż dzisiaj, prawie cały dzień za biurkiem w pracy i to moim mięśniom niezbyt pomoże w dochodzeniu do siebie. Może trochę częściej wyjdę przed biuro pospacerować paląc fajkę. Dla zdrowotności.

LII Kalendarzowe lato

Dzień przytulania, dzień bez stanika, dzień przyjaciela, spóźniania się, kawosza, dzień całowania, sexu, ze o tych standardowych i powszechnie znanych dniach górnika, kobiet, mamy, taty, babci i dziadka nie wspomnę. Cokolwiek kto lubi, obojętnie jak bardzo z przymrużeniem oka miałoby to być, w kalendarzu znajdzie. 

Dzisiaj przypada dzień optymizmu – poinformowała mnie przyjaciółka wiadomością poranną, gdy spóźniony do pracy, z językiem na wierzchu próbowałem bezskutecznie dogonić już na zawsze stracone pół godziny – wszystkiego najlepszego i uśmiechu życzę.

– Ha ha – pomyślałem sobie potykając się o własne nogi – dobre, naprawdę dobre. 

Nie żebym jakoś specjalnie mocno się przejął spóźnieniem, choć oczywiście wolę na czas zjawiać się w pracy, jednak kolejną ironię losu przyjąłem od niego z uznaniem. Touche cyniczny prześmiewco, udało ci się! Znowu!

Dzień mijał w swoim, ani za szybkim, ani za wolnym tempie. Sprawy w biurze załatwiały się niemal same, kolejno odhaczając upływające minuty i godziny.

Mama młodszego sama przypomniała się smsem, że Szopen będzie gotowy o ustalonej porze do odbioru. Miło. I optymistycznie, jak wypadałoby zaznaczyć właśnie dzisiaj.

Potem wydarzenia przybrały jeszcze bardziej niespodziewany obrót. Tym bardziej niespodziewany, że był to ciąg dalszy wszystkiego niespodziewanego z minionego weekendu. Ale po kolei.

Po siedmiu miesiącach, trzech tygodniach i jednym dniu w końcu udało mi się spędzić godzinę z dziećmi. Z wszystkimi moimi dziećmi. Całą trójką i całą godzinę.

W ten weekend przypadały moje sobota i niedziela z Szopenem, obecności dwójki starszych kompletnie nic nie zapowiadało. Pod koniec tygodnia jednak, dostałem wiadomość od Małej Mi. Osobliwą wiadomość. Dwadzieścia osiem pozycji, wymienionych jedna pod drugą. Wyliczanka, od zeszytów i długopisów przez farbki i plastelinę do plecaków i trampek na w-f. Kończyło się lakoniczną stwierdzeniem, że potrzebne są dwa takie komplety, dla niej i dla Cześka. Zbyt krótko i zbyt zwięźle, jak nie moja córka, która naturalny słowotok odziedziczyła ewidentnie po mnie, a nawet mnie przeskoczyła. W końcu kobieta.

Wkurzyłem się, że Paranoja zamiast napisać wprost co jest potrzebne dzieciakom do szkoły, znowu kręci i próbuje podchodzić bokami, w dodatku wykręcając się dziećmi, ale było kiedy przywyknąć.

Zrobiłem szybki rachunek, by sobie potwierdzić, że jestem bez szans na zakup wszystkiego z obszernej listy, ale nie jest tak źle, bym nie mógł w ogóle do kwestii podejść. 

Nie mam pojęcia jaki rozmiar butów w tej chwili noszą moje starszaki, a dane z końca zeszłego roku chcąc, nie chcąc, musiały się zdezaktualizować. Ale piórnik, zeszyty, i spora reszta nie dość, że jest w permanentnym użyciu i zużyciu, to ma jeden uniwersalny i zawsze słuszny rozmiar. Więc wycieczka na zakupy.

Najpierw chciałem poprosić brata, żeby mnie podwiózł do nich z całym tym papierniczym, ale dość szybko się zmitygowałem. Jeśli ona może czegoś zażądać, to dlaczego i ja bym miał nie móc? Napisałem do córy, że spora część wyprawki czeka i żeby poprosiła z bratem ich mamę o podwózkę do mnie po odbiór.

Komunikator pokazał mi po kilku chwilach, że wiadomość jest odczytana, jednak odpowiedź nie nadchodziła. Na drugi dzień odpuściłem czekanie i sam zadzwoniłem do ex z prośbą by podała słuchawkę Małej Mi i Cześkowi. 

– Czytałaś moją wiadomość?

– Nieee… Jaką wiadomość tato?

– No odpowiedź na pyanie o listę zakupów do szkoły.

– Jakie zakupy… Nie, nie czytałam, zaraz przeczytam.

Tylko uśmiechnąłem się do siebie i pokręciłem głową z telefonem przy uchu. Umówiliśmy się na niedzielne przedpołudnie, że ich przywiezie na dłużej i wracając zabiorą fanty z wyprawki.

Przyjechali. Ex wprosiła się na siłę twierdząc, że przecież sam zapraszałem ją do siebie i za nic miała moją sugestię by wpadła po nich za jakiś czas, albo określiła się kiedy mam ich odwieźć. Wzruszyłem ramionami, co było robić? Zaproponowałem standardowo kawęczyherbatę. Nie skorzystała. I jak stanęła w progu korytarza, tak utkwiła, na dobre. Szopen zaprosił Małą Mi do pokoju, ja wziąłem ze sobą Cześka jednocześnie wskazując ex miejsce za stołem w salonie. Ta dalej w progu. Dzieci jakby nie zauważyły, że matka się na krok nie rusza, zajęły się sobą, rozsiedliśmy się w czwórkę w dziecięcym.

Mała Mi nie mogła się od Szopena odczepić. Czesiek, z początku z lekką rezerwą, po kilku minutach też się rozkręcił. Cała moja trójka razem. Wzruszenie odbierało mi rozum, musiałem sobie co chwilę przypominać, żeby przestać się na nich gapić jak wół w malowane wrota. Czesiek zaproponował grę w gobbleta, wcześniej spędzaliśmy przy tym długie godziny robiąc familijne turnieje. Nie zapomniał trików jakie mu pokazywałem. Czas płynął szybko. Za szybko.

Przyszła pora obiadu, który między rozmową i zabawą z nimi powoli pichciłem. Oczywiście, niedzielny rosół. Rozstawiłem w salonie talerze i wyekspediowałem dzieciarnię do łazienki na grupowe mycie rąk. Paranoja dalej w progu. Wcześniej zapuszczała peryskop do pokoju, potem do kuchni, teraz do salonu. Już nawet nie chciało mi się tego komentować. Zaproponowałem jej poczęstunek, ale odmówiła. Gdy malce usiadły do stołu, stanęła za nimi i zaczęła zwracać im uwagę, jak siedzą i jak jedzą. Miałem dość.

– Usiądź z nami do stołu, nie musisz stać nad nami jak żandarm.

– Coś ci nie pasuje?

– Że stoisz nad nami jak żandarm.

– Nie życzę sobie takich uwag, lepiej siedź cicho.

– Nie uważam, żebyś w moim domu miała prawo mnie uciszać.

– Dzieci, zbieramy się. 

Krew w żyłach mi się ścięła w jednym momencie. Byłem zły na siebie, że dałem się wciągnąć w bezsensowną przepychankę słowną. Przecież tylko na to czekała. Dać jej powód, byle jaki, byle dać.

– Mamo, ale mieliśmy zostać dłużej – Mała Mi zgłosiła swoje pretensje.

– Bez dyskusji.

– Mamo! – córka nie dawała za wygraną

– … piętnaście minut.

Czesiek spuścił głowę i kompletnie odebrało mu apetyt.

– Synuś, wszystko ok? Nie przejmuj się niczym. Będzie w porządku. – próbowałem do niego zagadać. Tak samo Paranoja. Oczywiście nasze zapewnienia nie zrobiły na nim wrażenia. Dwójka dorosłych idiotów strzelających już nawet nie do siebie, ale na oślep. 

– Wychodzimy – ex rzuciła komendę takim tonem, że nasze dzieci stanęły prawie na baczność. Ubrały buty i wyszły.

Pobiegłem z Szopenem za nimi, poprosiłem by chwilę poczekały, bo i pożegnać się chcemy z małym i karton z zeszytami przecież do zabrania.

Staliśmy na parkingu przy samochodzie, niemo, bez ruchu. Na moment zastygliśmy w uścisku i już chwilę później odjeżdżali.

Z tego wszystkiego kompletnie zapomniałem o koszulkach, bluzkach i książkach jakie miałem dla nich uzbierane przez ten kawał czasu gdy byli nieobecni. Co jakiś czas na zakupach wybierałem dla nich drobiazg, który powoli wypełniał ich szuflady w dziecięcym pokoju.

Super moment zakończony jednym cięciem szalonego chirurga, bez znieczulenia. 

Resztę dnia Szopen co i rusz wspominał „MiMi” i „Siesia”. Chociaż jemu zbyt szybkie i niespodziewane rozstanie nie popsuło radości z tego spotkania. Muszę nauczyć się być jak on. 

Dzisiaj, w ten dzień międzynarodowo naznaczony optymizmem, ni z gruszki, ni z pietruszki dostałem smsa od faceta mojej byłej żony. Natychmiast zapaliły mi się w głowie wszystkie czerwone lampki. 

Jedziemy z Cześkiem na ryby, startujemy popołudniem, jest pomysł abyś się przyłączył, co ty na to? – przetarłem oczy ze zdumienia i przeczytałem wiadomość jeszcze raz. Potem znów. Gdzie jest, nomen omen, haczyk?

– Hola, hola, chłopie! Przecież nie musi być. Musi? 

– Musi, zawsze był. 

– A może jednak tym razem nie ma? 

– Jest. Jeszcze o tym nie wiesz, ale jest. 

– Podejdź optymistycznie, dzisiaj, to przecież ten dzień.

– Optymizm jest zawsze wynikiem niedostatecznych informacji.*

Tak bijąc się z myślami umówiłem się z nimi na popołudnie, summa summarum, kompletnie gdzie indziej i w innych okolicznościach, ale jednak. Umówiłem się.

Każda komórka mojego ciała krzyczała na zmianę z radości i na trwogę, że to jest fortel. Że nigdy nic od niej nie dostałem za darmo. Że w weekend też nie zjawiłaby się z dzieciakami, gdyby nie perspektywa zaoszczędzenia paru stówek na szkolnej wyprawce. I tak z resztą, lekką ręką zniszczyła całą radość z tego spotkania.

Właśnie! Może dzieciaki jej zrobiły w domu o to awanturę i teraz chce to im zrekompensować wyręczając się swoim facetem. A może… a może chce przekonać sąd, że spotkania pod jej, czy ich, kuratelą wcale nie są takim złym pomysłem, jak sądowi się wydaje? Przecież kolejna rozprawa już w przyszłym tygodniu. Nie ma argumentów, więc zbiera sobie asy gdzie tylko może, by rzucić je przed sędzią na ławę.

Nie wiem, i już nawet nie chcę zgadywać. Mam to gdzieś. Ważne, że znowu zobaczę się z dzieciakami. I znowu będzie też najmłodszy, czyli komplet. Trafiam kolejnego małego jackpota. Passo trwaj!

____________

*Jacques Tati (Jakow Tatiszczew) – francuski aktor, reżyser i scenarzysta rosyjskiego pochodzenia

LI Telefony w mojej głowie*

Kalendarzowy bonus, kolejny, poza tymi cotygodniowymi, wisienka na torcie. Przedłużony weekend. Zawsze się cieszę gdy mogę sobie dłużej pospać. Od kiedy pamiętam uważam, że to nie pies jest najlepszym czworonogim przyjacielem człowieka, tylko jest nim łóżko.

Teraz, nawet gdy organizm sam się wybudzi o swojej zwyczajowej porze, mam do perfekcji opanowane ignorowanie tego faktu. Przerzutka przez plecy, tyłkiem do okna, kołdra pod szyję i niech się świat ode mnie odczepi jeszcze na godzinę lub dwie. Z czystym i w końcu niezaspanym sumieniem, w okolicach godziny dziewiątej, wstawiam pierwszą porcję świeżo zmielonej kawy nad kubek i do wtóru radiowych szeptów rozpoczynam dzień wolny. Dużo za wolny.

Różnica pomiędzy moim zwyczajowym weekendem a dodatkowym, doklejonym do niego świętem kościelnym, czy państwowym, choć w tym kraju w zasadzie to na jedno dzisiaj wychodzi, jest znacząca. 

W co drugi weekend, przynajmniej teoretycznie, mam swoje spotkania z malcami. I tak jak z najmłodszym najczęściej dane jest mi się pobawić, pospacerować, pooglądać z nim bajkę, czy mu ją poczytać, tak ze starszą dwójką teoria pozostaje teorią, praktyka zaś od niej odstaje tak daleko, jak odstawać może, i to od wielu miesięcy.

Pozostałe co drugie weekendy jakoś sobie planuję, by przepleść przyjemne z pożytecznym. A to jakieś prace w warsztacie, przy domu, w domu. Chwile relaksu z książką, czy filmem, przebieżka po wytartych chodnikach mojego miasteczka, jakieś zakupy. 

Często też staram się ewentualne drobne prace „na zlecenie” spychać na tę właśnie wolną przestrzeń mojego terminarza, bo choćbym chciał, bez takich dodatkowych fuch nie miałbym najmniejszych szans się samodzielnie utrzymać. Tak na serio, to i z nimi ciężko z ręką na sercu zawyrokować, że daję radę. 

No i potem zdarza się raz na jakiś czas dzień jak ten. Najczęściej jeden, góra dwa, sami z resztą wiecie. 

Zdecydowana większość moich bliższych i dalszych znajomych pakuję się w swoje auta i znika. 

– Jedziemy do tej ślicznej wioski nad morzem, jeszcze nie zarażonej turystyczną nawałnicą…

– Spadam nad jeziora, żaglówka już wynajęta, będzie czad…

– Dawno nie byliśmy w dużym mieście. Wiesz, jakieś kino, koncert, wypad do galerii, tej na zakupy i tej od sztuki…

– Mąż się uparł, żeby do teściowej, to jedziemy, przynajmniej dzieci przehandlujemy na jakiś czas…

Sam bym się urwał gdyby mi pozwalały na to finanse, i gdybym miał z kim.

Moja dziura w mapie pustoszeje. Zostają tylko starcy i ci co mają jeszcze gorsze umowy o pracę niż ja, i muszą celebrować dzień Matki Boskiej Jakiejś Kolejnej, na swoim etacie. 

Ja mam spokój, ten, którego wielu zazdrości, chociaż sam akurat za takim świętym spokojem nie za bardzo przepadam. Nie wiem, może to jest tak, że trawa jest zieleńsza zawsze po drugiej stronie płotu? A może nie?

Pewnie, że nie!

Utkwienie na kilku metrach kwadratowych, nawet ze swoją muzyką i książkami, na nieco zbyt długo, do końca życia będzie mi się kojarzyć z popielniczką pełną niedopałków, zasuniętymi kotarami i do połowy zalaną szklanką stojącą obok na wpół opróżnionej butelki.

O pół tonu zbyt głośna muzyka, z promil lub dwa we krwi, i ja tkwiący na niezasłanej kanapie. Sam. Nie musiałem nawet wyłączać, ani wyciszać telefonu, bo i tak nikt nie dzwonił. Ja do nikogo też nie. Po co? Picie w swoich czterech ścianach nie wymagało towarzystwa. Wręcz przeciwnie. Już wspominałem, że cecha wspólną imprez alkoholików, są tak naprawdę występy solowe. Bez przeszkadzaczy. 

Chodzi tu o pewien bilans, jaki automatycznie robi się w głowie uzależnionej osoby. Nikt przecież nie lubi być sam, nie chce samotności. Alkoholik wybiera ją, aby nic i nikt nie psuło mu komfortu picia. Nawet jeśli niby nie jest sam i tak stawia dookoła siebie możliwie szczelne bariery. Zamyka się z pełną szklanką w swoim gabinecie i wychodzi z niego dopiero, gdy cała reszta domowników śpi, jeśli wychodzi w ogóle. Idzie posprzątać piwnicę, lub garaż, dużo częściej niż wynikałoby to z realnej potrzeby, oczywiście sam i z pełnym szkłem. Nie wydzwania za towarzystwem. Tak naprawdę gdyby nie to, że telefon jest teraz narzędziem zapewniającym dużo więcej niż możliwość rozmowy na odległość, byłby alkoholikowi kompletnie zbędny. Sam dobrze pamiętam, że mój częściej służył mi za budzik, zegarek i kalendarz, niż za komunikator. Zgadnijcie, co osoba uzależniona spienięża najpierw kiedy brak jej środków na kolejną dawkę swojej trucizny?

Od kiedy zacząłem trzeźwieć, z powrotem nauczam się korzystania z telefonu. Z jego pierwotnej funkcji. Nie tylko, żeby załatwić jakąś sprawę bez konieczności osobistego stawienia się w danym miejscu, ale tak, jak kiedyś, żeby dowiedzieć się od tej osoby po drugiej stronie, co u niej słychać, jak leci, i całego worka, albo i dwóch, banalnych dyrdymałów, którymi zechce się ze mną podzielić. 

Kiedyś nie lubiłem gdy mój aparat rozbrzmiewał dźwiękiem przychodzącej wiadomości, lub połączenia. Wzdrygało mnie, i ciągle jeszcze mam ten odruch. Wtedy nie tylko przeszkadzało mi to w piciu, ale najczęściej oznaczało to powiadomienie o kolejnych kłopotach, co i rusz dopisywanych do listy już istniejących. W takich okolicznościach brak wiadomości, to dobra wiadomość, cieszyło mnie więc jego permanentne milczenie. 

No to teraz mam za swoje, i dzisiaj też nikt mi nie przeszkadza. W zasadzie prawda, bo sam do tego doprowadziłem. Sam przyczyniłem się do poluzowania, a czasem wręcz pozrywania wielu kontaktów. Bo z jakiej racji ktoś miałby się nagle do mnie odezwać, skoro ja sam przez eony nie wykręcałem jego numeru. I nie tylko o to chodzi, że byłem przecież daleko. Dla światłowodu nie ma zbytniej różnicy, czy połączy mnie z kimś z drugiego końca miasta, czy z drugiego końca świata, rozmówca tak samo wyraźnie mógł mnie usłyszeć z każdego miejsca na Ziemi. Ale gdy już zanurzyłem się w alkoholowym odmęcie, przestałem potrzebować kogokolwiek, i im głębiej weń płynąłem, tym bardziej skazywałem siebie na bycie niepotrzebnym wszystkim innym. Takie pijane myślenie, chory wid, który ziszczasz na swoje własne życzenie. 

Konsekwentnie odseparowywałem się od wszystkich. Fundowałem  sobie postapokaliptyczny mikroświat, na granicy z tym realnym, w którym zmuszałem się do funkcjonowania, nikogo do niego nie wpuszczając. Z resztą kto chciałby do niego wejść? Sam też nie wychodziłem z niego częściej, niż to absolutnie koniecznie, przecież urządziłem go dla siebie i dokładnie tak jak było mi najlepiej i najwygodniej. Szmuglowałem więc siebie w tę i z powrotem, za okruchy życia i podtrzymanie swojej ułudy tak długo, jak to możliwe, aż w końcu dotarło do w czym tkwię po uszy. 

Pokażcie mi kogoś kto na własne życzenie chciałby pędzić życie Mad Maxa? Nie potrzeba nie wiem jak wielkiej inteligencji, żeby wiedzieć, że to wygląda atrakcyjnie tylko na kinowym ekranie. I tylko na ekranie życie w pustce może skończyć happy endem. Musiałem zawrócić. 

Wracam. Powoli, dzień po dniu, zamieniam o zdanie więcej z ludźmi, którzy przecież od zawsze stawali na mojej drodze, i mam nadzieję, jeszcze długo na niej będą. Chwytam telefon nie tylko po to, żeby sprawdzić co dzisiaj za dzień, ustawić budzenie, albo zagrać w scrabble online, z osobą, której nigdy nie widziałem, i zapewne nigdy na oczy nie zobaczę. Biorę go w dłoń, by wykręcić numer osoby, z którą się nie widziałem od zbyt dawna, i nie zdawałem sobie sprawy, albo tak naprawdę nie chciałem zdawać, jak bardzo się za nią stęskniłem. Cierpliwie czekam aż sygnał w słuchawce przerwie charakterystyczny dźwięk połączenia.

– Halo?

– Cześć, tu Mick. Co porabiasz?

__________________

*Telefony – Republika; muzyka i słowa Grzegorz Ciechowski

L Trzy świeczki

Zacząłem wsiąkać w rutynowy tydzień. Od poniedziałku do piątku praca, w weekendy jakieś drobne zlecenia, by dorobić i odpoczynek. Lenistwo przeplatane dziejstwem. Odwiedziny najmłodszego, Szopena, na zmianę z samotnym mopowaniem i odkurzaniem podłóg jeszcze, ciągle, mojego mieszkania. Pochłonęło mnie życie, zwykłe zrywanie kartek z kalendarza.

Wciągnęło mnie na tyle, że zapomniałem w międzyczasie kim jestem. Proszę nie mylić tego zapomnienia z wyparciem swojej tożsamości, nie. Miewałem w ciągu tych kilku ostatnich tygodni chwile, kiedy z wyraźną jaskrawością rozbłyskało w mojej świadomości na jaką chorobę zapadłem i co to znaczy, ale generalnie, w ogóle nie zaprzątnęło to moich myśli na dłużej. Zapomniałem, że jestem alkoholikiem.

Bardziej zajęty byłem wszystkim innym. Zakupami, zabawą z malcem, premierami filmowymi, dalszym ciągiem serialu i kolejnym rozdziałem książki i oczywiście, zasłużonym lenistwem.

Nigdy wcześniej nie zdażyło mi się opuścić aż trzech kolejnych mitingów. Nigdy wcześniej, po wyjściu z terapii w ośrodku nie spędziłem aż tak długiego czasu, bez kontaktu z inną osobą trzeźwiejącą. Dzisiaj, gdy przeglądam swoich kilka poprzednich wpisów, dociera do mnie co się wydarzyło. Dlaczego moja złość tak się kumulowała, dlaczego zaczęło mną tu i ówdzie miotać na wszystkie strony? Dlaczego nie radziłem sobie tak sprawnie jak wcześniej z głodami? 

Bo zapomniałem, że jestem alkoholikiem! Przez trzy tygodnie ociągałem się ,by sobie o tym przypomnieć i wykorzystałem każdą okazję by nie trafić na miting. Niby celowo nie robiłem nic, ale jakoś tak wychodziło, że piątkowe popołudnie spędziłem gdzieś indziej niż na spotkaniu anonimowych alkoholików. A to z synkiem, co w zasadzie się chwali, a to w pracy, za co też zganić siebie nie mogę, a to z bratem. Niby nic, ale przerwa w „kuracji grupowej” rosła, a wraz z nią moje rozchwianie i rozdrażnienie.

Tak, tak, wiem. Żadne wielkie olaboga! Poradziłem sobie i ciągle jest wszystko w jak najlepszym porządku, o ile w ogóle w mojej sytuacji można użyć takiego określenia, ale dzisiaj wiem, że jeszcze za wcześnie bym pozwalał sobie na takie jazdy indywidualne. Jeszcze zbyt wiele mnie to kosztuje, więc niepotrzebnie naraziłem się na taki wydatek energetyczny, szczególnie mając na względzie to, co ostatnio przydarza mi się co i rusz. Przecież jeszcze przez kilka dłuższych chwil to ciągle będzie mi się przytrafiać. Choćby jutro.

Jadę na wyznaczone przez Sąd mediacje z mamą mojego najmłodszego. Będę próbował się z nią dogadać, co do częstszych i dłuższych widzeń o jakie zabiegam od zbyt długiego już czasu, aby zostawić to jej kaprysowi. Stracę przez to jedno popołudnie z małym, bo Złośnica, będąc na przymusowym urlopie, pomiędzy pracą jaką zostawia, a pracą jaką podejmie, który spędza w domu z synami, nie znalazła czasu w inny dzień, niż przysługujący mi na widzenie, by usiąść ze mną na dwie godziny z urzędnikiem wynajętym przez państwo i porozmawiać. Potraktuję to jako inwestycję, choć prawnicy, jeden z drugim, mówią, abym nie liczył na zbyt wiele, bo najczęściej wybieg z mediacjami jest zagrywką na czas. Wszystko i tak wraca na salę sądową i tam się rozgrywa potem. Najprawdopodobniej trwając dłużej niż bez mediacji. Ma sens, prawda?

W międzyczasie mój starszy syn dołączył do grona X-manów, skończył dziesięć lat. Nauczony doświadczeniem nie planowałem zbyt wiele, niepotrzebne mi kolejne rozczarowania i spadki nastrojów. 

Oczywiście chciałem razem z nim i jego rodzeństwem uczcić jego dzień jak należy. Coż z tego? Nie zawsze jednak chcieć to móc. Tort, świeczki, wypad do kina i spotkanie w szerszym gronie rodzinnym będzie musiało poczekać. Znowu czekanie. Trudno. Musiało i jemu, i mi, wystarczyć złożenie życzeń urodzinowych na czas. Dosłownie. 

Podjechałem dość wcześnie rano pod dom Cześka i Małej Mi razem z ich bratem i dziadkiem. Wyprosiłem Paranoję przez zamkniętą bramę by pozwoliła mi się z nimi zobaczyć choć na chwilę.

– Nie sądzę by chciało im się wyjść. – odparła na moją prośbę.

– Spróbujmy się przekonać.

Wyszli. Ciągle ubrani w pidżamy i na bosaka. Chwała niebiosom, żeś urodzony w środku lata synu! I znów, jak w urodziny Małej Mi, nie odstąpiła ich na krok, nie pozwoliła wyjść za bramkę. Mimo prośby z obu stron, i dzieci, i mojej, nie pozostawiła najmniejszych złudzeń co do naszego ewentualnego wyjścia do kina, czy choćby spaceru na lody, zamiast tego co chwilę rzucała:

– Już? – i z uśmiechem wyciągała rękę do naszych dzieci nakazując niemo by ją chwyciły.

– Wszystkiego najlepszego synu, oby nikt, nigdy nie zakazywał ci być tym kim chcesz i nie nakazywał ci być kimś innym niż chcesz. Kocham cię.

– Ja ciebie też tato. Cześć.

Jeszcze chwila w objęciach i już ich nie było.

Poszliśmy z Szopenem na lody i potem pojechaliśmy z nim na krótką wycieczkę z moim znajomym. Odwiedziłem z nim Terapeutów z mojego ośrodka i poklepałem się po plecach z innymi „absolwentami”. Krótki aczkolwiek intensywny i energetyczny wypad. Do powtórki za następne dwa miesiące. Mam niedosyt.

Resztę urodzin mojego starszego syna spędziłem ciesząc się chwilami poświęconymi młodszemu. Oglądaliśmy zdjęcia z poprzednich lat kiedy Szopena jeszcze nie było na świecie. Pokazywałem mu je, a on radośnie wskazywał na postacie zatrzymane w kadrze.

– Mała Mi! 

– Tata! 

– Czesiek! 

– Tata! Mała Mi! Mała Mi! Czesiek!

– Ja! – dotknął palcem zdjęcia Cześka, który kończył właśnie trzy latka.

– Nie synuś, to twój braciszek, Czesiek.

– Nie, ja!

Uśmiechnąłem się. Mimo różnych matek, są do siebie tacy podobni. 

Kiedy odwiozłem go do jego mamy, po powrocie do siebie, nie chciało mi się sprzątać klocków i puzzli z podłogi. Stanąłem w progu pokoju, który cały czas mam nadzieję, stanie się pełnoprawnym pokojem dziecięcym. Ile to jeszcze potrwa? Ile czasu to już trwa? Rok. Rok!

Już minął rok od kiedy zjechałem na powrót do kraju, rok, gdy ciągle staram się układać swoje życie na nowo i jest mi z tym coraz lepiej. Rok.

Rozłożyłem się na swoim łóżku i włączyłem radio. Naraz dotarło do mnie jeszcze coś. Pomiędzy urodzinami starszego syna, rocznicą powrotu, perypetiami w pracy, w domu, w rodzinie, niepamięcią o mojej chorobie, umknął mi jeszcze jeden rok. W dodatku już chwilkę wcześniej, dobre dwa tygodnie. Minął rok, od czasu kiedy zaliczyłem swoją wpadkę z alkoholem. Przegapiłem moment, kiedy minął rok mojej trzeźwości. 

Żyję najpełniej jak się da.

______________

Prawa autorskie do rysunku należą do Michał ‚Śledziu’ Śledziński

XLIX Kumulacja

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– Czy ty nie jesteś już zmęczony tą wściekłością? – wyrzuciła mi przyjaciółka, gdy żalę jej się, że wszystko idzie nie tak – Nie masz dosyć? 

Mam, mam jak cholera, i na to też jestem wściekły. I na to, że mam w sobie te pokłady złości też. I na to, że nie umiem sobie z nią poradzić. 

W zasadzie to jej się nie żalę, tylko wykrzykuję w ekran wszystko co mi leży na wątrobie i jeszcze trochę ponad to. Zamykam laptopa i wyganiam się od niej. Jestem w takim stanie, że już nawet nie mam siły znajdować sobie zajęcia odciągającego mnie od tych wszystkich parszywych myśli. Bo ile można?

– Do oporu! Aż ci przejdzie. 

Robię cokolwiek i przechodzi, jestem trochę zmęczony, odsapnę i… 

– Dalej! Zajmuj się! Zajmuj się, aż będzie pora żeby coś zjeść. Zajmij się jedzeniem, zajmij się sprzątaniem po jedzeniu, potem zajmij się prysznicem i goleniem.

Nie chce mi się golić, tylko ja siebie będę oglądał w lustrze, i nie ma nawet kogo podrapać przytulając się.

– Więc ogol się, bo tak, ogol i idź spać.

Oglądam policzki w lustrze, równo rozkładam piankę, moczę maszynkę w gorącej wodzie i powolnymi ruchami usuwam zarost. Ruch za ruchem, aż cała twarz i szyja będą gładkie. Wycieram twarz ręcznikiem, ścieram resztki piany, a potem nakładam balsam. Wślizguję się do łóżka, nie włączając nawet telewizora, odwracam się od pustej części łóżka plecami i zasypiam.

Kawa, rytuał jej parzenia, odmierzanie ziaren, mielenie, ubijanie. Czysty kubek już czeka. Kapka mleka i łyżka brązowego cukru. Cały łańcuszek niegroźnych fanaberii wiodących mnie przed dom z kubkiem aromatycznej czerni złamanej mlekiem w jednej dłoni, i odpalonym papierosem w drugiej.

Piękny poranek, słońce muska mnie po twarzy a po złości z wczoraj, przedwczoraj i przed, przedwczoraj nie ma śladu. Daję się zwieść samemu sobie, jak każdego ranka.

– Nie kracz, spij kawkę, dopal papierosa, wejdź do domu i zaparz sobie drugą, tym razem bez mleka i cukru. 

Nastawiam drugą porcję w ekspresie i zaczynam przygotowywać sobie śniadanie. Kot dopomniał się o swoje i zapomniał o mnie zaraz potem jak je dostał. 

– Jedziemy? – to dzwoni ojciec, mamy jechać za chwilę po starszą dwójkę. Teoretycznie, po starszą dwójkę, która mieszka sześć kilometrów ode mnie. Praktycznie od ponad pół roku ich nie widuję. Według ich matki nie jestem godzien.

– Zawijaj padre, zaraz będę gotowy. – rzucam do słuchawki i wgryzam się w pierwszą bułkę.

Podjeżdżamy, jak co dwa tygodnie w sobotę, pod dom gdzie mieszkają Mała Mi z Cześkiem. Punk dziesiąta wysiadam z samochodu i z miejsca czuję się jak intruz. Mam się tak czuć. To taka zorganizowana akcja. Od jakiegoś czasu nikt nawet nie wychodzi, żeby zakomunikować mi, bym się stąd zabierał, bo nie jestem mile widziany, jak bywało wcześniej. Nawet nie wiem, czy są, czy nie ma ich w domu. 

Odczekuję kilka chwil pomiędzy kolejnymi przyciśnięciami dzwonka na bramie. Po kilku minutach dzwonię na policję z prośbą o kolejne odnotowanie nieudanej próby widzenia z dziećmi. Odnotowują i życzą mi, jak co dwa tygodnie, udanego dnia.

Wsiadam do samochodu i ojciec odwozi mnie do domu. Nawet nie wiem jak bardzo jestem bezsilnie wściekły. Jakby to cokolwiek miało zmienić. Nawet nie czuję jak w środku buzuje mi krew. Na autopilocie wyciągam klucze, otwieram drzwi i siadam w fotelu. Nie włączam radia, nie włączam telewizji, nie sięgam po książkę. Tak na prawdę w takich chwilach mnie nie ma. Wyłączam się i nie mam pojęcia jak długo to trwa. Może być pięć minut, może piętnaście, może być godzina, lub dwie. 

– Rób coś! Nie siedź tak! 

Robię kawę, próbuję zacząć poranek od nowa, mimo, że południowe słońce już dawno wprosiło się na nieboskłon. Nie szkodzi. Nic nie szkodzi.

– Zadzwoń do kogoś, przejdź się, pogadaj.

Przecież nie będę ludziom smęcił. Znowu?! 

Zamiast dzwonić chwytam książkę, przez kilka pierwszych stron się zmuszam, ale potem już leci. Na koniec i tak dowiem się, że zabił lokaj. 

Robię dalej, tym razem obiad. Nie pamiętam co, najważniejsze, by posterczeć trochę przy kuchni, usiąść, zjeść i potem pozmywać. Zapalam papierosa w oczekiwaniu, aż gary przeschną i układam wszystko w szafkach. 

– Cześć, jak się masz? – zza rogu budynku wyłania się Marcin. 

Lubię kiedy mnie odwiedza. Jego spokój ducha zawsze mi się udziela. Jakiś czas temu przestał bić się ze światem i wiele wskazuje na to, że świat o nim zapomniał. Nie wiem, i on też mówi, że nie wie, który którego obchodzi z boku. 

Opowiadam mu o swoich ostatnich perypetiach, o tym, że zaczynam znowu topić się w swoim własnym żalu i krzywdzie, i że to mi nie gra. O tym, że się boję, że mogę nie zdążyć na czas, aby samemu sobie pomóc i wszystko szlag trafi, i cała moja praca będzie psu na budę. 

– Nie próbuj przepowiadać przyszłości, Mick, co ma być, to będzie. Rób swoje, rób cokolwiek. Zacznij od kawy. – powiedział siadając w mój ulubiony fotel.

XLVII Płynę

XLVII

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Obudziłem się nieco wcześniej niż zwykle, zły na siebie, bo to weekend a ja zamiast spać snem sprawiedliwych budzę się napięty jak plandeka na dostawczaku i to z bólem głowy, którego wiem, że nie rozpędzę nawet dwoma tabletkami.

Siku. Tak bardzo siku. Co najmniej jakbym wczoraj wypił rzekę… No właśnie.

Byłem na firmowym ognisku kończącym spływ kajakowy. Na sam spływ, wcześniej, nie trafiłem, chciałem zameldować się pod płotem Paranoi, żeby znów usłyszeć, że nie dostanę Cześka i Małej Mi, a ich samych nawet nie zobaczyć. Wybaczcie mój sarkazm. Niby miałem sporo czasu by przywyknąć do tej sytuacji, ale jednak ciągle uwiera mnie jak kamień w bucie.

Ból głowy, a tak naprawdę – kac. Nie wierzyłem i dalej nie wierzę, mimo że to przecież czuję, że ta przypadłość będzie mi doskwierać po ponad roku bez alkoholu. Zabawne, nawet śmieszne, i straszne. Mój organizm ciągle reaguje na sam widok wódy, którą raczyli się moi znajomi przy ognisku, jakbym w tym uczestniczył. No, ale przecież uczestniczyłem. Byłem tam, siedziałem wśród nich, rozmawiałem z nimi. Od początku do samego końca, aż wynajęty bus rozwiózł nas po kolei do domów. Wcinałem kiełbachę z patyka, ogórki małosolne, ciacho specjalnie na tę okazję upieczone przez jedną z pań i patrzyłem jak popijają piwo, rozlewają wódkę i wznoszą toasty. Przy okazji tego rozlewania, co drugą kolejkę wracała kwestia:
– Ty nic? Ale tak kompletnie? Na pewno? Nie pijesz? 
– Nie. 
– Serio?
– Tak, serio.
Dochodziło nawet do takich dialogów, w których nieco bardziej niż lekko podchmielony jegomość tłumaczył mi się i przepraszał, że on pije. Raz nawet padło:
– Cholera, a ja się upiłem i mi wstyd przed tobą.
I znowu i śmieszno i straszno. Jak mam zareagować na takie deklaracje, abstrahując od tego, że w tym stanie czyjekolwiek i jakiekolwiek tłumaczenia niekoniecznie by dotarły? Przecież nie chodzę od człowieka, do człowieka, i nie prawię kazań na temat zgubnego wpływu spożywania alkoholu. Widocznie sama obecność osoby niepijącej wystarczy by kilku innym wpłynąć niekorzystnie na komfort picia. Całe szczęście dla delikwenta, na krótko. Wystarczyło, że odszedłem trzy kroki, a podpity uśmiech wracał na zawstydzoną przed chwilą twarz i impreza zaczynała mu się od nowa.

W sumie nie byłem jedyną niepijąca osobą w towarzystwie. Czy to piwa, czy wódki odmawiało wraz ze mną jeszcze parę osób, ale na widok wyciąganych przez innych abstynentów z kieszeni kluczyków samochodowych temat się urywał ze zrozumieniem i nikt nie myślał dopytywać się, czy aby na pewno sobie niepotrzebnie odpuszczają. To ja byłem traktowany z niedowierzaniem, bo nie piłem bez jakiegoś widocznego i zrozumiałego powodu, po prostu.

Oczywiście nie piłem „po prostu”. Wybrałem tak, bo wiem czym by to się dla mnie skończyło. Jestem alkoholikiem i jeden toast mógłby wystarczyć, by mój świat od ponad roku stawiany w mozole na nowo, runął. Być może kompletnie i nieodwracalnie. Nie musiałem tego jednak mówić towarzyszom zabawy. Nie od ręki, nie tu i nie teraz. Przyjdzie czas i na to, by podzielić się z nimi historią swojej choroby, tak jak przyszedł, by jednak kilku osobom w firmie przy tej, czy innej okazji, opowiedzieć o niej kilka słów.

Co ciekawe, o czym uprzedzali mnie jeszcze w ośrodku w trakcie terapii, każda z tych osób, z którymi o swoim alkoholizmie rozmawiałem, kiwała głową z uznaniem gdy wychodziłem wprost przed ich oczami z szafy, a już w czasie samej imprezy co bardziej namolnych polewających pytaczy dyplomatycznie odciągali na bok, ściągając na siebie ich zainteresowanie. Nie powiem, ich zawoalowane wsparcie zauważałem z ogromną wdzięcznością, ale nie dlatego, że bez niego bym sobie nie poradził. Bardzo je doceniałem, bo było.

XLVI Dumna frustracja

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Wstaję rano, najczęściej na drugi budzik, bo pierwszy jest ustawiony tak, że mogę go zignorować. I rzygam.

Idę do pracy i siadam za biurkiem. Odpalam komputer, sprawdzam firmową pocztę i stertę papierów przygotowaną wczoraj na dzisiaj. I rzygam.

Wychodzę z pracy i wracam do domu. Siadam w fotelu i przyglądam się książce od tygodnia czekającej bym ją zaczął kartkować. I rzygam.

Zjem, albo nie, kolację, wezmę prysznic, włączę telewizor, albo nie. I rzygam.

Mija tak dzień, czasem dwa, czasem tydzień, a ja ciągle rzygam.

Nie rzygam porankiem, nawet tym poniedziałkowym, nie rzygam pracą, mimo, że wcale nie jest jakaś wymarzona, nie rzygam na książkę, czy film, bo nudne.

Rzygam swoją bezsilnością. Mam jej powyżej dziurek w nosie, i nic nie mogę z nią zrobić, bo to właśnie jest bezsilność.

Nawet ten tekst piszę przymuszając się do tego. Chcę wylać… wyrzygać z siebie te wszystkie fatalne emocje i mieć już spokój. Na dobrą sprawę powinien się tu znaleźć jeden akapit złożony tylko z siarczystych kurew, pizd, chujów pierdolonych i jebanych suk, co w pełni oddawałoby mój obecny nastrój, zamiast zdań wielokrotnie złożonych o tym, że mam już dosyć i czego mam dosyć, ale to nic nie da, bo moja logika będzie mi podpowiadać, że nawet jeśli odrobinę się odwodnię płacząc w poduszkę, moja sytuacja nie zmieni się na jotę. Nic a nic. Nada!

Nie wierzę w to, że czas spowoduje, ze exy nagle zaczną dawać mi dzieci bym mógł z nimi spędzić, dzień, weekend, kawałek wakacji, czy choćby popołudnie. Jakie mają przesłanki by tego nie robić teraz, kiedy jestem trzeźwy. Kiedy już nie muszę i nie chcę kombinować jak pijący alkoholik, by cokolwiek przed nimi ukrywać, czaić się z nałogiem, grać lepszego niż jestem.

Nie wierzę, że one wierzą w te bzdury jakie wypisują w kolejnych pismach procesowych, o tym, że cichaczem i w ukryciu łamię swoją abstynencję, że jestem nieobliczalny i agresywny przez leki jakie biorę, a właściwie brałem, bo od ponad miesiąca po konsultacji w poradni zdrowia psychicznego nie łykam nic więcej oprócz magnezu i potasu.

Nie wierzę Paranoi, że mam negatywny wpływ na dzieci i się mnie boją. Jak mam go mieć kiedy od ponad pół roku na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy je widziałem. Widziałem, bez szans na to, by móc choć chwilkę z nimi porozmawiać, a wcześniej same u matki zabiegały o choćby wyjście ze mną do kina.

Patrzę na to wszystko, słucham ich wieszających na mnie psy i nie wierzę. Nie rozumiem i nie wierzę.
Wzbudza to we mnie ogromy żal i frustrację i czuję się z tym źle, niebezpiecznie. Przecież kiedy chlałem i to ukrywałem, wszystko było w porządku. A teraz nie chleję i mi się nie wierzy. Bardzo karkołomne konkluzje zaczynają mi się kołatać po głowie i zaczynam się ich bać.

Żuję te stare szmaty po raz kolejny, mimo, że nie chcę. Ani to miłe, ani gdziekolwiek prowadzące. I co z tego? Za każdym razem kiedy słyszę, że nie dostanę Pac-Mana, bo „spóźniłem się” piętnaście minut, bo znowu po chamsku pyskuję, bo dzisiaj Pac-Man zostaje w domu, nie mam ochoty na nic i czy chcę, czy nie, napieprzam resztę dnia głową w ścianę z dużym żarówiastym napisem DLACZEGO?!

Za każdym razem, gdy dostaję wiadomość, bym nie przyjeżdżał po Cześka i Małą Mi bo i tak ich nie będzie, a nawet jakby były to i tak ich nie wezmę, bo „nie dam dzieci pijakowi i wariatowi”, zastanawiam się jak ona to może im robić? No do cholery JAK?!

A ja? Skoro nic nie jestem w stanie z tym zrobić, mam nad tym przejść do porządku dziennego? Da się?

Nie mam pojęcia co siedzi im w głowach, mogę tylko zgadywać, i nie są to przyjemne zagadki. Wiem co się zaczyna dziać w mojej głowie. Obawiam się, że dokładnie to, co one chcą, żeby się działo. Kiełkuje we mnie złość, w ogromnych ilościach. Złość, która pozwala mi je nienawidzić. Złość, która usprawiedliwiałaby wszystko co najgorsze bym mógł zrobić. Wzbierają we mnie pokłady frustracji, które coraz trudniej mi jest powstrzymać. Ciągle jeszcze chcę to zrobić, nie pozwolić by gniew wziął we mnie górę, bym dał upust swojej irytacji i poszedł na noże z tymi żywymi antyteazami macierzyństwa. Ten jeden raz spuścić ze smyczy tego wściekłego psa jaki się budzi we mnie w takich momentach. Wystarczyłby mi ten jeden raz.

Wtedy wstaną, otrzepią niewidoczny pyłek z rękawów i powiedzą.

– A nie mówiłyśmy?

Rzygam tym.

XLV Bum! Bum! Bum!

Mam na imię MIck i jestem alkoholikiem.
– Raczej dzisiaj nie dostaniesz Pac-Mana, właśnie widziałam Złośnicę w przychodni z małym, dostali skierowanie do szpitala. Przykro mi.

Taką wiadomość wysłała mi przed południem żona Prawego, bo akurat tak się złożyło, że z ich brzdącem musiała się pojawić w tej samej przychodni, i o tej samej porze, co matka mojego najmłodszego z nim samym.

Chwilę odczekałem, dłuższą chwilę, dając jej czas by mnie powiadomiła co się dzieje z naszym dzieckiem. Na daremnie. Około piętnastej zacząłem do niej dzwonić i smsować na zmianę. Odebrała w końcu po około godzinie.

– Cześć, słyszałem, że z małym nieciekawie, co się dzieje?

– Jesteśmy w szpitalu.

– Ok, ale co się dzieje?

– Nic, jesteśmy w szpitalu, zatrzymują Pac-Mana na oddziale.

– Rozumiem, dlaczego, co się wydarzyło?

– Chory jest.

– Czy oczekujesz, że otworzę leksykon medyczny dla ojców i zacznę wymieniać każdą możliwość licząc, że w ciągu tej rozmowy trafię na to, co dzieje się z moim dzieckiem, czy po prostu powiesz mi co się stało, że mały skończył w szpitalu?

– Czego się unosisz? Jak będziesz pyskował to nic ci nie powiem i skończymy tą rozmowę.

– Więc?

– Gorączkuje i ma rozwolnienie, parę razy wymiotował w ciągu nocy. Pobrali mu krew, czekamy na pełną pieluchę, też do badań.

– Czegoś potrzeba? Zaraz kończę pracę, mogę być za chwilę.

– Nie. Wszystko mam. – rozłączyła się.

Kumpel z pracy podwiózł mnie do domu, wpadłem do mieszkania jak przeciąg, chwyciłem ulubioną książkę małego ze zwierzakami i bajki do czytania na dobranoc, w drugą rękę Pana Pilota z Samolota duplo i w drogę, do szpitala mam z domu pięć minut szybkim krokiem.

Gdy wszedłem do nich na salę tylko cień uśmiechu zabłąkał się małemu na twarz. Ledwo się podniósł i wyciągnął do mnie ręce. W lewej miał wkłuty wenflon i trzymał ją lekko uniesioną jakby bał się, że może ją czymś zahaczyć choćby przekręcając ją, czy zginając.
Uniosłem go i przytuliłem, ale tylko na chwilkę, bo jak tylko się wyściskaliśmy od razu wyciągnął ręce do mamy. Bidul nic nie mówił. Mruczał tylko coś sobie pod noskiem od czasu do czasu.

Przywitałem się ze współlokatorami Pac-Mana i Złośnicy, malcem i jego mamą ulokowanych na łóżku obok. Usiadłem przy Złośnicy trzymającej małego na kolanach.

– Opowiesz mi co do tej pory się dowiedziałaś? – złapałem dłoń synka i posmyrałem go po czuprynie. – Są już jakieś wyniki?

– Nie.

– Zdążył się zdrzemnąć?

– Nie.

– Ciągle wymiotuje i ma rozwolnienie?

– Tak.

Zrezygnowany dałem spokój, ile można? Podejdę do lekarza lub oddziałowej i wypytam o wszystko. Pac-Man postanowił tym razem przesiąść się od mamy do mnie. Wziąłem go znów na ręce i zacząłem krążyć z nim po pokoju, zerkać za okno i liczyć z nim samochody wymieniając po kolei ich marki i kolory, potem policzyliśmy drzewa na ulicy przed szpitalem. Potem zajęliśmy się malunkami na ścianach pokoju, policzyliśmy wszystkie żaby, grzyby, sarenki, dzieci. Wyciągnąłem z plecaka Pana Pilota z Samolota i Samolota, a z łóżka zrobiliśmy lotnisko i bazę i trochę się pobawiliśmy. Szybko mu się nudziło, ewidentnie był nie w sosie. Przerzut na książkę ze zwierzakami też zajął go tylko na moment. Markotniał z chwili na chwilę.

Złośnica korzystając z mojej obecności poszła wziąć prysznic, potem coś zjeść, tak aby mały nie widział, bo obowiązywała go ścisła dieta i tylko herbata i chleb z masłem. Potem wyskoczyła zadzwonić. W międzyczasie kilka razy wyszła na papierosa.

Opuściłem szpital tuż przed dwudziestą pierwszą, zaliczając obchód, Psi Patrol z laptopa, kilkanaście (dziesiąt?) kursów po pokoju od ściany do ściany i parapetu, czytanie na dobranoc, a w zasadzie próby czytania, i kroplówkę małego, którą zniósł bardzo dzielnie. Trochę się po niej rozbudził i nabrał odrobinkę wigoru, nawet zaczął opowiadać co się przytrafiło w rękę i że dużo kupek było i że nie jest głodny, tylko pić mu się chce.

Z żalem go opuszczałem, ale po rozmowie z panią lekarką byłem nieco spokojniejszy. Wiedziałem też, że wpadnę nazajutrz z rana, miałem nadprogramowe wolne bo czekała mnie popołudniu rozprawa z Paranoją. Kolejna.

– Pa Serducho – dałem Pac-Manowi buziaka na do widzenia, a do jego mamy powiedziałem, że jeśli czegokolwiek będzie mu potrzeba, niech dzwoni choćby w środku nocy, przyniosę. Wyściskałem malca i ruszyłem do domu.

Kiedy Złośnica zobaczyła mnie rano nieco się zdziwiła. Podałem jej spory zapas pieluch a synkowi wyciągnąłem z plecaka kolekcję jego mega-puzzli. Zaczęliśmy od razu układać na podłodze, a ex wyskoczyła na papierosa. Do pokoju zajrzała oddziałowa i wypytałem ją o nockę.

– Małemu lepiej, przez całą noc temperatura się już nie podniosła i ani razu nie wymiotował. Kupka poszła do badania, za godzinę, lub dwie, będziemy wiedzieć co tak naprawdę się z nim dzieje. Apetyt wraca, ale póki co surowa dieta musi być zachowana.

Nie jest źle, pomyślałem, z resztą widać było po nim, że jest dużo żywszy niż wczoraj. Nie posiedziałem zbyt długo, trochę się pobawiliśmy i musiałem wracać, by przygotować się do rozprawy.

Po raz kolejny okazało się, że w zasadzie pojawiam się na Sali rozpraw bez potrzeby. Ot, byle podpisać listę obecności. Paranoja po tym jak nie dostała adwokata z urzędu, o którego wnioskowała, a potem apelowała od decyzji odmownej, wynajęła papugę sama. Hurtowo, razem ze Złośnicą. Ta sama kancelaria na wszystkie sprawy ze mną. Mecenas poprosił o dodatkowy czas na złożenie dokładniejszych wniosków dowodowych, ponieważ te które złożyła rzekomo samodzielnie są niewystarczające. Nie wiem co jeszcze chcą dołożyć, przecież wiedza na temat ceny kilograma szynki, czy schabu, nie jest tajemnicą a jej wniosek dosyć szczegółowo potraktował wydatki jakie ponosi na utrzymanie najdroższych dzieci w powiecie, o ile nie w całym regionie naszego kraju.

Tak, czy siak, sprawa została po raz kolejny odroczona, tym razem na trzy miesiące. Tylko i wyłącznie strata czasu. No nie, jeszcze przez kilka miesięcy mój dług alimentacyjny będzie się powiększał w tempie obliczonym na zarobki z Molocha.

Po samej rozprawie z byłą żoną, szybki „obiad”, wyskok do pracy na moment by pomóc swoim ludziom w terenie z papierkologią i korzystając z uprzejmości szefa podwózka do szpitala. Wpadłem na oddział i się zdziwiłem, bo w pokoju zastałem tylko drugiego malca, tym razem z tatą. Okazało się, że po badaniu wykluczono wirusa i musieli mojego synka przenieść do innego pokoju. Z dwójki, trafił na salę czteroosobową, tyle że pustą. Byli sami. Złośnica od razu skorzystała z mojej obecności i wyszła zapalić, a my wykorzystaliśmy całą salę by zrobić z niej sobie całkiem spory plac zabaw. Nawet nie wiecie, że w takim szpitalnym pokoju można się całkiem, całkiem pobawić w chowanego, i w lotnisko, i budowę, i w zoo, w dodatku takie w którym są chlapiące na odwiedzających pingwiny. Bawiliśmy się dobrze, aż za dobrze.

Kiedy ex wróciła z przerwy na telefony i papierosa, po niezbyt długiej chwili zaczęła litanię narzekań.

– Nie siadaj na łóżku, ja tu śpię.

No to siup na taboret.

– Nie stawiaj małego na parapet.

No to z parapetu na podłogę.

– Przestańcie biegać, to szpital a nie plac zabaw a podłoga to nie dywan w domu. Nie wywijaj nim, jeszcze mu wenflon wyrwiesz. – i tak bez przerwy, aż padło ostateczne:

– Idź już sobie, koniec odwiedzin.

– Jaki koniec odwiedzin? Przestań się dąsać. Idź sobie zapal na zapas, Pac-Man się dobrze bawi.

– Spieprzaj, nie jesteś tu potrzebny, koniec odwiedzin powiedziałam! – i wyszła z sali.

Na korytarzu zaczepiła pielęgniarkę z prośbą, by ta pozbyła się mnie z oddziału.

– Kim pan jest?

– Tatą.

– Czy ma pan prawa rodzicielskie.

– Tak.

– To nie jest jego czas ustalony z dzieckiem. -wtrąciła się Złośnica – Jego nie powinno tu być, proszę dzwonić po policję.

– Jesteśmy w szpitalu, nigdzie nie będę dzwonić i proszę nas nie wciągać w swoje prywatne sprawy. – pielęgniarka wyszła z pokoju poirytowana.

– Od ilu osób jeszcze musisz usłyszeć podobne komunikaty, żeby ci się znudziło granie w ten sposób?

– Wynoś się! Proszę go stąd wyrzucić, jak ja mam dziecko wykąpać, kiedy on tu zostanie, będzie mi grzebać w rzeczach – Wzięła zdezorientowanego Pac-Mana na ręce – Idź stąd bo zadzwonię na gliny! – krzyknęła i odwróciła się plecami gdy chciałem pogłaskać małego.

Widać było, że jeszcze chwila i zacznie płakać.

– Tatuś już musi iść. Buziaki kochanie. Do zobaczenia.Wyszedłem. Nie podjąłem jej gry. Żaden policjant ani ordynator nie mógł wywalić mnie ze szpitala. I co z tego? Wracałem do domu wściekły. Znowu robi sobie co chce, nawet kosztem własnego dziecka i jest kompletnie bezkarna. Wkurwiony odpuszczam i zaszywam się w domu.

Nie umiem sobie radzić z tą moją bezsilnością. Nachodzą mnie w takich momentach najgłupsze z możliwych myśli, i tylko dzięki temu, że tak jak szybko się rozpalam, wpadam w swój wewnętrzny szał, tak szybko się to we mnie wypala. Padam tym wszystkim wyczerpany, czasem sobie pochlipię, czasem pokrzyczę w poduszkę, czasem wystarczy, że głośno puszczę którychś z moich szarpidrutów i jakoś to rozchodzę. Żal pozostaje jednak na nieco dłużej. Nie wiem czy kiedykolwiek się go pozbędę.

Na drugi dzień rano rzuciłem się na papiery by odrobić zaległości po wczorajszym, jednodniowym urlopie, ale przede wszystkim, by jak najszybciej w wirze pracy stracić poczucie czasu i ocknąć się wychodząc z biura. Kumpel nawet nie pytał, tylko kazał pakować się do fury oferując podwózkę do szpitala.

– Dzień dobry, ale co pan tu robi, pana syn jest już wypisany, dzisiaj, przed południem.

– Acha. – stoję jak słup z, zapewne, głupkowatą miną na twarzy.

– Dostał antybiotyki, jego stan polepszył się znacznie, i nie ma potrzeby aby przetrzymywać go dłużej na oddziale. Do widzenia panu.

– Dziękuję. Do widzenia.

Gdy dotarłem do domu natknąłem się na korytarzu na sąsiadkę, koleżankę Złośnicy.

– No cześć, pewnie się cieszysz, że mały już wyszedł ze szpitala, co? Złośnica mi mówiła rano, że będą ich wypisywać.

– Tak cieszę się. Dowiedziałem się właśnie przed chwilą na oddziale, że już ich nie ma.

– Acha. Myślałam, że dała ci znać.

– Nie, nie dała. Ani o tym, że mały wychodzi, ani o tym, że został przyjęty.

Już w domu napisałem do niej wiadomość z prośbą, by spakowała zabawki jakie przyniosłem Pac-Manowi, abym mógł je wziąć do domu razem z nim, gdy przyjdzie na to pora.

– Niechcący zostawiliśmy je w szpitalu. Sorry. – Przyszła odpowiedź.

Nie zastanawiając się długo, zrobiłem w tył zwrot i poszedłem jeszcze raz na oddział dziecięcy.

– Ale nic w pokoju nie zostało. – powiedziała mi pielęgniarka oddziałowa, gdy wyjaśniłem jej dlaczego zjawiam się po raz kolejny w szpitalu. – Jeśli cokolwiek by zostało, najpierw ląduje w gabinecie pielęgniarek, kontaktujemy się z pacjentem, a jeśli nie chce, lub po dwóch dobach się nie zgłosi, zanosimy zabawki na świetlicę.

– Mogę tam zerknąć?

– Ale… Mówił pan, że zostały przypadkowo w pokoju. Może niech mama sprawdzi pakunki przyniesione ze szpitala.

– Nie, powiedziałem, że mama twierdzi, że przypadkowo zostawiła je w szpitalu. Czy mogę zerknąć szybko do świetlicy. Szybko je rozpoznam jeśli zauważę. Czerwony samolot duplo, zestaw z kluczem i karnistrem, dziesięć puzzli, cztery samochody oraz sześć zwierzaków w od dwóch do sześciu elementach, takie duże, jak dłoń dziecka, lub większe, do tego książka o zwierzętach na farmie, dwujęzyczna, polsko-angielska i zbiór 1000 bajek całego świata, całkiem spora cegła.

Pielęgniarka chwilę się zastanowiła, po czym otworzyła mi drzwi do świetlicy. Dosyć szybko wyłuskałem książki spośród całkiem sporej jak na szpital biblioteczki. Każdą z innej półki. Puzzle tkwiły między zabawkami w swoim pudełku, szybko sprawdziłem tylko czy są wszystkie. Kiedy przyszło do klocków mina mi zrzedła, pielęgniarce również, gdy zobaczyła za co się zabieram. W kącie pokoju stało pudło pełne najróżniejszych klocków chyba z każdych dostępnych na rynku rodzajów. Pan Pilot z Samolota leżał na wierzchu, zaś resztę zestawu musiałem wygrzebywać spośród innych mozolnie przeszukując całą zawartość pudła. Po chwili wstałem ucieszony.

– Są! Mam wszystko. Mały się ucieszy. – odwróciłem się do piguły z bananem na twarzy. – Dziękuję pani za cierpliwość.

– Proszę. – pokręciła z niedowierzaniem głową i wypuściła mnie z oddziału.

W domu czekała na mnie moja mama, miała bardzo nieciekawą minę i trzymała w ręku kopertę.

– Przyszło dzisiaj, od komornika. – podała mi list drżącą dłonią.

Otworzyłem kopertę i wyciągnąłem pismo.

Zawiadomienie o wznowieniu egzekucji z nieruchomości. Żołądek podszedł mi do gardła. Jak to? Kurwa mać! Jak to?! Przecież miesiąc temu otrzymałem pismo, że nie będą mi licytować mieszkania, bo tak zawnioskowała Paranoja. Koniec. Jestem dłużnikiem, ale powoli spłacę co należy, bez utraty dachu nad głową.

Ze względu na błąd urzędniczki, moje pismo, wniosek o zajęcie mojej wypłaty na poczet długu i prośba o odpuszczenie mi egzekucji z mojej nieruchomości, zostało potraktowane jako wniosek wierzyciela, jego akt dobrej woli w moją stronę. Świetnie! Kurwa pięknie!

W międzyczasie podobne pismo z prośbą o zaniechanie licytacji mojego mieszkania skierowałem do sądu, a ten otrzymawszy od komornika błędnie podjętą decyzję, tak jak i ja otrzymałem, sprawę umorzył, bo nie miał nad czym procedować, skoro według komornika, wierzyciel sam zrezygnował. Straciłem ponad dwa miesiące czasu przez błąd urzędnika. Straciłem dwa miesiące i nie wiem czy zdążę na czas wprawić sądową maszynę w ruch zanim komornik zlicytuje moje mieszkanie.

Nie wytrzymam. Nie dam rady. Nie tym razem.

XLIV Dwumiesiączka

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Nigdy nie należałem do jakichś strasznie rozwiązłych typów werbalnie kurwujących gdzie popadnie, używając chujów, pizd i tych wyżej wspomnianych jako przecinków. Nigdy też nie należałem do purystów językowych, oburzających się na to, że ktoś wprost coś pierdoli, czy ma wyjebane. Z rzadka się unosiłem na tyle, by puścić z siebie siarczystą wiązankę, a nawet jeśli najczęściej się kończyło na jednym, krótkim – o ja pierdolę, względnie, na – o kurwa mać! I tyle. Trochę się to zaczęło zmieniać, gdy przestałem pić, a tak naprawdę, gdy zacząłem trzeźwieć.

Jak już wspomniałem raz, czy drugi, miałem świadomość, że mój powrót do kraju nie tylko moje życie wywróci do góry nogami i bez względu na to, jakie intencje mi przyświecały, najprawdopodobniej niektórym się nie spodoba burzony przeze mnie, dotychczasowy porządek rzeczy. Już nawet nie o sam fakt mojego uzależnienia tu chodziło. Kasa była zawsze i zawsze na czas, więc spokojnie niezbyt skromy budżet domowy exów zawsze dopinał się na ostatni guzik, o ile nie ze sporym naddatkiem. Ja sam pojawiałem się raptem kilka razy w roku, raczej na krócej niż na dłużej, nie było więc możliwości nawet przypadkowego natknięcia się dzieciaków na mnie w markecie, czy na ulicy, że o byciu w ich bieżącym życiu nie wspomnę. Na te kilka chwil w roku najzwyczajniej w świecie exy dawały radę mnie znieść. Bilans się zgadzał. Niemały wpływ na konto przy minimalnym wpływie na latorośle i wszystko gra. Aż tu nagle sytuacja z mojej winy ma się kompletnie odwrócić. Wiedziałem, że będzie opór, ale w życiu nie przypuszczałem, że aż tak absurdalnie wielki.

Rozpoczęła się jakaś gorączkowa walka niemal na śmierć i życie. Niekończące się maratony po sądach, zbieranie dowodów na swoją niewinność i na winę tych drugich i na odwrót z tamtej strony. Tasowanie tych wszystkich za i przeciw, jak talię zgranych kart. Bez opamiętania, bez pomysłu, bez sensu. Nerwowo poruszony kamyk poruszał następny, ten następny, a ten jeszcze kilka i lawina spuszczonych ze smyczy wściekłych nerwów ruszała mi spod czaski i przetaczała się po mnie nierzadko zostawiając za sobą zgliszcza.

Oderwany od fałszywego uspokajacza, jakim wymyśliłem sobie, by była wóda, a jeszcze niezbyt nauczony, że w sumie to nie ma co wyważać otwartych drzwi, waliłem raz po raz głową w ścianę szarpiąc się z rzeczywistością, co oczywiście nie mogło nie wywoływać we mnie głodów. Sam nie wiem jak dałem radę nie sięgnąć po alkohol, nie schlać się do nieprzytomności, by znów oszukać swoje sumienie i mieć wszystko głęboko w dupie. To znaczy, wiem, ale jak o tym myślę to nie wierzę, że mi się to wciąż udaje.

Chodzę spotykać się z innymi alkoholikami. Przypominamy sobie i sobie nawzajem, kim jesteśmy i dlaczego co kilka dni się widzimy, by zamienić ze sobą parę ważnych słów. Nikt nigdy nie zrozumie alkoholika tak dobrze, jak drugi alkoholik. Nikt inny z miejsca nie wyczuje, że coś z trzeźwieniem danego delikwenta dzieje się nie tak, jak druga trzeźwiejąca osoba. Złapie najdrobniejszy niuans w lot i jeszcze doskonale będzie wiedziała jak zwrócić uwagę, aby nie wywołać buntu, złości, nie dolać benzyny do ognia, tylko na spokojnie pokaże jak ugasić każdy jeden pożar.

Tak samo odwiedzam regularnie psycholożkę. To ona mi podpowiedziała, że może w zaciszu swojego domostwa, to mogę sobie upuścić tej złej krwi bezkarnie rzucając mięsem, a w zasadzie, to nie tylko w domowym zaciszu. – Jak jest pan wśród swoich to chyba nikt się nie obrazi jak pan raz czy drugi zaklnie, żeby rozładować swoje emocje. Po coś te wyrazy w końcu są w słownikach i leksykonach.Jakoś od czasu tej uwagi, nieco rzadziej przebieram w słownictwie i sięgam bez pardonu po ciosane grubą czcionką pierdolone kurwy i chuje, ale wciąż staram się trzymać raczej w jakichś ryzach, aby nie przesadzić. Z jednym wyjątkiem, od którego z resztą w sumie się zaczęło.

Co dwa miesiące z paroma osobami, które również skończyły ten egalitarny uniwersytet trzeźwienia co ja, ruszamy nieco zbyt wczesnym jak na weekend rankiem, zaliczyć sesję egzaminacyjną wraz innymi geniuszami destrukcji, pod czujnym okiem naszych Terapeutów.Jeżdżę tam z Misiem i Margolcią, dołącza się też czasem Pankracy. Wesoły automobil mknący po wyboistym relikcie PRLu, zwanym dumnie szosą, wiedziony ręką kobiety po przejściach, z trzema facetami z przeszłością, jako pasażerami.

Co osiem tygodni, oprócz nas, całkiem spore popaprane bractwo zjeżdża się, niekoniecznie tylko z okolicy, by znów usiąść w kilkunastoosobowej grupie ze swoim Terapeutą i odpowiedzieć na fundamentalne pytanie

– Mick, a co tam u ciebie?

– A dziękuję, chujowo z przejaśnieniami. – odpowiadam i nikomu nawet powieka nie drgnie, jakbym rzeczywiście opowiadał o pogodzie z wdziękiem Tomasza Zubilewicza.

Siedząc na kawach z fajką w czasie wolnym od zajęć terapeutycznych w ośrodku, nie rozmawialiśmy o pogodzie. Opowiadaliśmy sobie historie, które przypadkowy słuchacz mógłby raczej wziąć za streszczenia kolejnych odcinków Strefy Mroku. Opowiadaliśmy o sobie, o ludziach, czasie i szansach jakie straciliśmy pijąc. O kolejnych etapach tracenia szacunku w oczach innych i co gorsza, w swoich własnych. O powolnym, ale za to bardzo konsekwentnym, wyrywaniu siebie z korzeniami z rzeczywistości, o mozolnym, godnym lepszej sprawy, podtapianiu się w piwie, wódzie, winie, w alkoholu. Nie muszę chyba dodawać i jakoś specjalnie tłumaczyć, że język tych opowiadań nie zawsze nadawał się na salony, ale nikomu to nie przeszkadzało. To nie było istotne. Ważne było wszystko co padało pomiędzy kolejnym kurwa i pierdolę. Tam spotykała się szczerość z zaufaniem i nikt się nie bał, że jego samoobnażenie się zostanie użyte przeciw niemu. Niechby ktoś spróbował, reszta zjadłaby go żywcem. Nigdy kompletne odsłonięcie się w grupie nie było poczytane jako czyjaś słabość. Wręcz przeciwnie. A grubiański język? Cóż, opowieści same w sobie zawierały tak drastyczne szczegóły, że te szorstkie, niewygodne dla wielu wyrazy, stanowiły w nich niemalże ozdobniki.

Opowiadam więc na tym zjeździe absolwentów z rozbrajającą szczerością o swoich porażkach, strachach i lękach, o rozterkach i bólu dupska. O tym co mnie wkurwia i z czym sobie nie radzę. Chwalę się tym co mi wychodzi, co się udaje, i skarżę na to, przed czym wciąż wpadam w panikę, złość, a czasem w rozpacz. Oni słuchają uważnie i rejestrują każde przekleństwo jakie pada w opowieści, bo jakoś tak się składa, że im cięższe to mięcho, tym problem bardziej ważki. Wkurwobarometr. Słuchają, a potem mówią do mnie. Opieprzają mnie, klepią po plecach, zastanawiają się razem, którędy przepchnąć te gówno, co mi bezczelnie zaległo na drodze. Śmieją się ze mnie, albo biją mi brawo. Potem następna osoba wchodzi na świecznik i cały proces rusza od nowa z kimś innym w roli głównej. I tak przez cały dzień z przerwą na coś, co od biedy nazwać by można obiadem. Opowiadania, brawa, płacz, śmiech, wszystko z ludźmi niby przypadkowo wrzuconymi na kilka chwil w jedno miejsce.

Lubię tam jeździć. Lubię widzieć twarze które poznałem jakiś czas temu w ośrodku, z którymi spędziłem bardzo ważny kawał czasu, wypaliłem setki papierosów przy dziesiątkach kaw. Lubię spotkać się z ludźmi, którzy wraz ze mną doświadczyli prawdy o sobie, i wraz ze mną zaczęli ją na nowo budować. Bardzo lubię widzieć, jak niezniechęceni niczym i przez nikogo, wciąż, bezustannie, z uśmiechem i dumą wypisanymi na twarzy, ciągle ciężko pracują nad coraz lepszymi sobą. Wprost to kurwa ubóstwiam!

XLIII Jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze…


Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Czuję się dziwnie.

Od kilku dni zbieram myśli po rozprawie sądowej i ciągle nie mogę z nich ułożyć jakiejś spójnej całości. To znaczy, coś tam mam, i widzę co mam, ale nie rozumiem. Siebie nie rozumiem. Nie pojmuję swojej reakcji na to co czuję.

Z sali sądowej wychodziłem mocno niepocieszony. Sędzia ledwo co dała mi dojść do głosu, kiedy Paranoja na zmianę ze swoją adwokatką, notabene tę samą, którą posiłkuje się Złośnica, wyrzucały swoje kwestie seriami z prędkością karabinu maszynowego. Oczywiście nie prawiły o pogodzie, tylko rzucały niemałe oskarżenia pod moim adresem.

Wcześniej, sędzia opieprzyła je, że mając dowody mojego łamania ustaleń sądowych sprzed pół roku nie wnoszą o ukaranie mnie z tegoż właśnie tytułu. No i przede wszystkim skoro już tu jesteśmy gdzie te dowody moich przewin, skoro je poczyniłem. Gdzie one są?

Słuchając tej wymiany informacji dlaczego tak, a dlaczego nie tak, między tymi wszystkimi paniami z chwili na chwilę coraz bardziej baraniałem. Raz wściekałem się, że słyszę na swój temat taki stek bzdur, raz o to, że sędzia nawet na chwilę im nie przerwała, by zapytać mnie czy mam w tej, czy innej kwestii coś do dodania, a może coś na swoją obronę. Raz truchlałem z przerażenia słysząc:

– Skoro ma pani dowody na łamanie abstynencji przez pozwanego, łamanie abstynencji przez pozwanego przy dzieciach, przerwanie przez powoda terapii, składanie przez powoda fałszywych zeznań w sądzie i szkalowania pani dobrego imienia w oczach dzieci, to dlaczego pani dopiero teraz z tym do mnie przychodzi?!

Jak to kurwa ma dowody?! Jakie dowody?! Przecież nie łamię abstynencji, w szczególności przy dzieciach! No bo jak mam niby łamać przy nich kiedy nie łamię w ogóle, a z nimi samymi od prawie roku niemal się nie widuję, a od pół roku nie widuję wcale? Jak mam ją szkalować w takiej sytuacji przed dziećmi? Listownie? Jak mam składać w sądzie fałszywe zeznania, skoro pytają mnie o terapię, jej przebieg, postępy, zażywane leki, terminy i sam diabeł wie o co jeszcze, gdy wszystko jest w papierach podpisanych i opieczętowanych przez terapeutów i lekarzy. No jak do cholery jasnej?

Ale o to sędzia też mnie nie pyta, tylko pyta ex, dlaczego wnioskuje o tak radykalne i nieprzystające do naszej wzajemnej, mocno zaognionej sytuacji, ograniczenie moich widzeń z naszymi dziećmi, bo chce, by się odbywały wyłącznie w jej obecności i ona ma ocenić czy i kiedy będę zasługiwać na więcej.

– Bo mu nie ufam i się boję o swoje dzieci.

– To zrozumiałe, ale czy ma pani jakieś uzasadnione podstawy dla swoich obaw?

– No przecież łamie abstynencje i to przy dzieciach, i kłamał i dalej kłamie.

– Dowody?

– No jego druga, była partnerka, z którą ma najmłodsze dziecko, skarży się na jego napady agresji. Chciał ją pobić.

– Proszę pani, to jest sprawa o widzenia z dziećmi. Pani i pana dziećmi. Nie chodzi w niej o niepoprawne stosunki między panem Jakubiak-Zuskim a panią Zazdrosną. Swoją drogą skoro tak się sprawy mają, to dlaczego ta pani nie wniosła sprawy o pobicie? Inne powody i dowody?

– Tu jest protokół z rozmowy z moją córką i moim synem na temat ich ojca, sporządzony przez pedagoga szkolnego ze szkoły w której pracuję jako nauczycielka. Dzieci na samo wspomnienie ojca płaczą i nie potrafią się pozbierać. To chyba wystarczy, żeby wiedzieć jak silnie negatywny wpływ ma na nich. Innych dowodów nie mam bo się z tym wszystkim ukrywa, tak, jak to robił doskonale ze swoim uzależnieniem przedtem.

– Sąd już sam rozważa czy nie wysłać dzieci na badania do OZSS. Ma pani trzy tygodnie na dostarczenie dowodów na przytaczane zarzuty. Chce się pan do nich jakoś odnieść?

Przez pierwszy moment mnie zatkało. Nagle po całej tej awanturze ktoś mnie pyta znienacka o zdanie?

– Nie mam pojęcia od czego zacząć proszę pani.

– Jest pan w sądzie.

– Tak, oczywiście, przepraszam Wysoki Sądzie. Nie rozumiem skąd się te oskarżenia biorą Wysoki Sądzie. Nic z tych wymienionych rzeczy nigdy nie miało miejsca, w zasadzie większość nie miała nawet szans by się wydarzyć, ale obawiam się, że mam na poparcie tego tylko swoje słowo i siebie tu stojącego.

– Nie ma pan zaświadczeń o kontynuacji terapii?

– Mam, ale z ostatniej rozprawy sprzed pół roku Wysoki Sądzie.

– Ma pan trzy tygodnie na dostarczenie aktualnej dokumentacji.

I koniec. I już. Na nic zdała się moja prośba o udzielenie głosu, gdzie chciałem powiedzieć, że mimo wyroku wciąż obowiązującego, Paranoja Żółć bezustannie odmawia mi widzeń z dziećmi i proszę o interwencję w tej sprawie.

Potem mi powiedziano, że to i dobrze, że tak wyszło z tą skargą, bo sędzia zapewne kazałaby mi się wstrzymać do czasu rozprawy o niewywiązywanie się z ugody jaką jej założyłem.

Mimo wszystko czułem niedosyt. I żal, i to niemały. Właśnie rozpoczęły się wakacje, a na papierze mam zasądzone całe dwa tygodnie z moimi dziećmi. Tylko na papierze. Już wysłałem do niej wiadomość z prośbą by określiła się, które dwa tygodnie to według niej mogłyby być. Na razie moja prośba pozostaje bez odpowiedzi, i obawiam się, że stan ten nie ulegnie zmianie. Póki co, Paranoja wciąż się zachowuje jakby tę odroczoną kilka dni temu sprawę miała wygraną niejako z urzędu, i wciąż nie respektuje poprzednich ustaleń. To odroczenie zaś jest przesunięte do ostatniego tygodnia wakacji, więc jakkolwiek się nie potoczy, wszystko wskazuje na to że tego lata obejdę się smakiem i zamiast radości poczuję frustrację.

Jestem zły, a jednocześnie spokojny, dlatego twierdzę, że dziwnie się czuję i nie potrafię jakoś zgrabnie ogarnąć swoich emocji. Ta dziwaczna dychotomia wciąż siedzi mi w głowie, i z jednej strony każe rwać włosy z głowy i pomstować na czym świat stoi na opieszałość naszego cholernego wymiaru sprawiedliwości, a z drugiej strony coś każe mi spokojnie usiąść, zaparzyć sobie kawę i głęboko zaciągnąć się papierosem, otworzyć książkę tam gdzie tkwi zakładka i zniknąć na chwilkę dla całego świata. Ćwiczyć swoją cierpliwość bez względu na wszystko.

reprodukcja – Miękkie zegary – Salvador Dali

XLII Nawet diabły, chodzą po ulicy i…*

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


Jest niedziela, popołudnie. Mija kolejny weekend, kiedy to przekonuję siebie, że nic się nie stało. Wmawiam sobie, że wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę nic nie jest. Już nawet nie chodzi o to, że mam obawy czy nie pieprznę tego wszystkiego i pójdę się nawalić. Nie, nie pójdę. Kończą mi się za to pomysły, skąd brać siłę by to wszystko po prostu znieść. Tak po ludzku. Zaczynam rozważać w swojej głowie, czy przypadkiem nie przejść się do sądu, nie wyciągnąć wszystkich papierów, położyć ręcznik i zniknąć.


Po raz kolejny, Paranoja za nic ma postanowienia sądowe i tak jak przez ostatnie pół roku nie spędzam soboty z dwójką moich starszych dzieci. SMSem dostaje od niej wiadomości tłumaczące ją dlaczego niby tak a nie inaczej się dzieje. Są to półprawdy, które zostaną użyte w sądzie, i tylko od Wysokiego sądu zależeć będzie czy uwierzy jej, czy mi.


Niezależnie od tego co w tych SMSach było, przy płocie, kiedy podjechałem po córkę, bo syn wyjechał z klasą na wycieczkę, po raz kolejny usłyszałem, że:

– Moje dziecko nie spędzi z pijakiem chorym psychicznie ani minuty.

Wierzcie mi, zaciętość wymalowana na jej twarzy mnie przeraża. Kiedy ją taką widzę i słyszę włos mi się jeży na karku i na serio boję się każdej kolejnej sprawy sądowej, bo pomimo tego, że daję z siebie naprawdę wszystko i jeszcze więcej, nie wiem na jakie zarzuty muszę się przygotować i co będę zmuszony udowodnić, pokazać i jak, by przekonać sąd, że są to kłamstwa.

Złośnica z kolei, gdy przyjechałem w sobotę po Pac-Mana, ni z tego ni z owego, bo przecież jeszcze w środę po południu bawiłem się z nim w najlepsze po żłobku, zakomunikowała mi pomiędzy jednym a drugim zaciągnięciem się papierosem, że:- Nie podoba mi się Twoje zachowanie i Pac-Man zostaje w domu.Powtórzyła to samo dzisiaj z rana przez domofon, gdy naiwnie stawiłem się o umówionej porze, licząc, że wczoraj miała po prostu gorszy dzień.

– Pac-Man zostaje w domu. – trzaśnięcie słuchawki i cisza.

Umawiają się? Planują razem takie akcje? Nie wiem, i nie wiem, czy chcę wiedzieć. Wiem, że długo nie dam rady, ot tak przechodzić nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie rozumiem jak one potrafią?! Czy je to nie męczy? Nie spala? Da się tak kompletnie i całkowicie wyzuć z sumienia? A co jeśli są święcie przekonane o tym, że gnojąc mnie wcale nie robią dzieciakom krzywdy, albo, że wcale mnie nie gnoją, tylko właśnie bronią dzieci przed krzywdą. Co, jeśli to ja wciąż bredzę, i to one mają rację, że należy dzieci przede mną chronić?!

Takie, a czasem jeszcze ciekawsze gonitwy myśli wywracają mi mózgownicę kilka razy dziennie. Bezpośrednio po takich zdarzeniach oczywiście ze zwielokrotnioną mocą. Czasami sam się sobie dziwię, że jeszcze nie zapiłem, albo nie rzuciłem się pod TIRa, bo w sumie, to na jedno by wyszło.

Co jakiś czas przychodzi do mnie refleksja, że skoro nawet ja rozważam sobie scenariusz pt. to może one mają rację a nie ja, to co ma powiedzieć ta kobieta która będzie nas rozsądzać? I w takich momentach mrozi mnie do szpiku kości. Bo przecież może im dać wiarę. Sam aż za dobrze wiem jak to wygląda z boku. Alkoholik, dwukrotnie próbuje ułożyć sobie życie i daje ciała za każdym razem. Pewnie przez wódę, w końcu alkoholik. A teraz nagle się nawrócił i męczy te biedne kobiety, na których barki zrzucił cały ciężar wychowania i dbania o te malce. Każda by takiego zostawiła, każda by potem chowała przed takim dzieci.

Panika. Po każdej takiej myśli niemal zwijam się ze strachu w pozycję embrionalną i tylko cholernego kciuka w gębie brakuje. Dopiero po chwili przychodzi na powrót odrobina spokoju. Wraca logika i powoli układa klocki na swoje miejsce.

Nie tkwiłbyś w tym sądzie z uporem maniaka, gdyby ci nie zależało na dzieciakach, kochasz je, to i cierpliwie znosisz zadawane razy. Przecież nie będą walić w ciebie w nieskończoność. Nie będą? Oby. Nawet jeśli nie dostałeś dzieciaków na weekend raz czy drugi, to przecież od czasu do czasu miałeś. Wcześniej, przed tymi rozprawami też miałeś. Nigdy krzywda im się nie stała. Więc chyba sąd to też zauważy? Zauważy?

Udaję, że nic się nie dzieje, udaję, że oglądam film, udaję, że czytam książkę. Zaklinam rzeczywistość i sprawiam, że wszystko wydaje się w porządku, choć boję się jakby goniło mnie sto diabłów.

Będę uciekał przed nimi do wtorku, do kolejnej rozprawy o widzenia ze starszą dwójką.

*Apteka – Diabły /Menda; 1985 J. Kodymowski/

XLI Dla przyjaciół, Boguś

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Od jakiegoś czasu nie chce mi się chodzić na mitingi AA. Nie czuję, żebym wychodził z nich jakoś specjalnie zbudowany. Wszyscy, no niemal wszyscy uczestniczy, widzą swoje trzeźwienie przez pryzmat wiary w boga. Niby każdy dodaje, że to jego bóg i jest taki jak on go pojmuje, ale z dumą na piersi nosi krzyżyk lub medalik. Jeden z nich nawet ma taki poświęcony przez papieża Polaka.

Nie potrafię się pogodzić z tym, że mitingi raz bardziej, raz mniej, ale jednak, przypominają spotkania kółka różańcowego. W przypadku niektórych z moich znajomych z AA, posuniętych wręcz do ekstremum, gdzie trzeźwienie ma boleć, bardzo boleć. Ma być męczarnią i samobiczowaniem w pokucie za krzywdy jakie wyrządziliśmy pijąc bez opamiętania. Nie ważne do jakiego boga się modlisz Mick, ważne że go masz, swoją siłę wyższą od wszystkich i wszystkiego, tylko ona może cię uratować, tylko dzięki niej wytrzeźwiejesz.

– Serio? A co jeśli nie wierzę w żadnego? Czy to nie jest tak, że alkoholizm, zapamiętały demokrata, trafić się może każdemu? Bogatemu, biednemu, wykształconemu i temu nieedukowanemu, kobiecie, mężczyźnie, młodemu, staremu. Wierzącemu i niewierzącemu, w cokolwiek?

– No tak! Oczywiście!

– To jak niewierzący ma mieć swojego boga?

– …

– Sam zacząłem pić ponad miarę, nikt mnie nie sadzał przed butelką i nie nakazywał wypić przynajmniej połowy. Sam wpadałem na ten pomysł i sam go realizowałem. Ja kupowałem, płaciłem i wypijałem. Ja, żadna siła wyższa mnie nie wyręczała. Tak samo ja miałem siebie dość, ja sięgnąłem swojego dna, ja sprzeniewierzałem się sobie samemu. Ja dosięgnąłem do miejsca, gdzie po kolejnym kroku już nie byłoby komu wracać i nie byłoby wracać do czego. I ja zawróciłem i rozpocząłem mozolną drogę która wciąż trwa i najprawdopodobniej już do końca mojego życia będzie trwać.

– Oooo! Ależ masz rozbuchane ego! Nie poradzisz sobie w ten sposób, a wszystko będzie u ciebie trwało po dwakroć, po trzykroć. Za wszystko będziesz płacił wielokrotną cenę. Musisz zdać się na siłę wyższą, z nią jest lepiej bo ona ci pomoże. Ona ci TO zagwarantuje!

Pieprzone ogniem i mieczem! A mi naiwnie się ciągle wydaje, że to miało polegać na naprawianiu, i siebie i swojego życia oraz zadośćuczynienie pokrzywdzonym przeze mnie, a nie na samoukrzyżowaniu, w dodatku z bogiem na ustach. Cholerny boski monopol na prawdę i pomocną dłoń. Mam przesrane. Przynajmniej według nich.

Siedzi nas w salce gdzie się spotykamy zazwyczaj kilkunastu. Na głos czytamy treść dwunastu kroków, fragmenty Wielkiej Księgi AA, Dezyderatę, jak i kilka innych tekstów z odmienianym przez wszystkie przypadki bogiem. Oczywiście jakkolwiek pojmowanym. To czytanie na głos polega na tym, że czyta ktoś tam, a reszta słucha.

Ponoć mam niezłą dykcję i od jakiegoś czasu tym kimś czytającym wybierają właśnie mnie. Czytam więc na głos ością stających mi w gardle wszystkich bogów świata, na czele z tutejszym i zasycha mi w gardle. Łykam odrobinę herbaty, czy kawy, i czytam dalej. Głęboki oddech, przełykam tym razem gęstą ślinę i brnę płynnie przez kolejnych kilka wersów.

– Nie musisz czytać, możesz przecież odmówić. – mówi mi jeden ze współbraci alkoholików, kiedy dzielę się z nim swoimi wątpliwościami co do istoty siły wyższej – Przecież tutaj nic nie odbywa się na zasadzie obowiązku.

– Ok, to w takim razie ja dziękuję, proszę, niech ktoś inny może tym razem.

– Mick, no przeczytaj. To tylko kilka zdań, a my wiemy jakie masz podejście do boga. Jakkolwiek go pojmujesz.

Biorę więc kolejny łyk z nieskończonego herbacianego źródła i z każdym, kolejny raz przeczytanym akapitem uodparniam się na jakkolwiek pojmowane bóstwo.

Miałem taki krótki okres, że sam zacząłem się modlić. Do nikogo, ani do niczego konkretnego. Modlić? Chyba za duże słowo. Podsumowywać kolejny miniony dzień. Dziękować za niego, i tu musze przyznać, że z autentyczną wdzięcznością. Za wszystko co mi się udało, za wszystko czego spróbowałem, za wszystko czego spróbuję jeśli będzie mi znowu dane.

Pomimo najszczerszych chęci, jakoś nie dawało mi to wytchnienia i spokoju w głowie. W zasadzie czułem się nieuczciwie, jakbym próbował kogoś naciągnąć na pożyczkę, której nie za bardzo mam ochotę spłacać.

Potem mi przechodziło, potem znów do tego wracałem, i znów mi przechodziło. Wiele wskazuje, że tym razem na dobre. Nie umiem postawić znaku równości pomiędzy dobrem a bogami. Jakie nadprzyrodzone bóstwo pozwoli krzywdzić niewinne dzieci za występki swojego rodzica? Nie odpowiem na to pytanie, bo niektórzy posądziliby mnie o bluźnierstwo.

Trudniej? Trudno, zamiast się modlić, będę ćwiczył swoją cierpliwość. Drożej? Przy tym ile energii, czasu, a również pieniędzy roztrwoniłem tkwiąc w błędnym kole nałogu, ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że stać mnie w zasadzie na wszystko.

Śmieję się czasem sam z siebie, że ja muszę jak moje dzieci, od tego najmłodszego zaczynając, który dopiero ledwo co potrafi się komunikować, a i tak najczęściej słyszanym od niego tekstem jest „ja siam!”.Sam buty, sam obiad, sam po schodach. Chyba też muszę sam. Tylko nie mówcie mi, że to brak pokory przeze mnie przemawia, bo, jakkolwiek nie na miejscu to zabrzmi z ust alkoholika, sam tego piwa naważyłem, to i sam muszę je wypić.

XL W cztery kółka

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem

Nigdy nie czułem jakiejś palącej potrzeby posiadania prawa jazdy, o samochodzie nie wspominając. Nie miałem nigdy tej niby typowej, męskiej zajawki na furę. Ot, kolejne, czasem mniej, czasem bardziej przydatne narzędzie, które ma mnie przemieścić z A do B. Wygodniejsze i niezależne w porównaniu z autobusem, czy pociągiem, ale jednak. Tak samo nie zaprzątało mi głowy podniecanie się ilością koni mechanicznych, efektywności silnika i całych tych szmerów-bajerów. Cztery kółka które wiozą i to piąte do kręcenia, by pozostałe wiozły tam gdzie się chce.

Zawsze doskonale czułem się jako pasażer, i gdyby nie potrzeba wyższa niż moja wygoda, pewnie nigdy nie miałbym w portfelu tego kawałka plastiku zezwalającego prowadzić tą kupę żelastwa zaparkowaną potem pod domem.

Na kurs nauki jazdy zacząłem chodzić trochę po swoich trzydziestych urodzinach, jeszcze w Molochu, wtedy gdy pojawiła się w moim życiu Mała Mi. Plan był taki, by usprawnić wyprawy po zakupy, bo jakkolwiek wyjazd z wózkiem komunikacją miejską nie należał do najuciążliwszych, tak powrót z marketu będąc objuczonym wypchanymi torbami już do przyjemnych nie należał. Dodając do tego możliwość rodzinnego wyjazdu z miasta na dzień, czy weekend oraz co oczywiste, moją większą atrakcyjność w oczach pracodawcy, wszystko przemawiało za tym by w końcu zadbać o ten dodatek do życia, o prawko i samochód.

Kiedy już wyjeździłem swoje w trybie treningowym, przyszedł czas na egzamin. Najpierw pierwszy, teoretyczny, zaliczony bez potknięcia, potem drugi, praktyczny, i na koniec drugi drugi, bo pierwszy drugi oblałem.

– Pffff, no wiesz, ja zdałam za pierwszym razem. – powiedziała mi Paranoja po powrocie do domu, gdy oznajmiłem jej, że popełniłem o jeden błąd za dużo i będę musiał powtarzać jazdę.

Przy okazji najbliższej sprzeczki o cokolwiek nie omieszkała wytknąć mi tej niezdanej jazdy, a potem znów i znów. Zyskała w swoim mniemaniu jeszcze jeden argument by przekonywać mnie do swoich racji.

– Nieudaczniku, jak mogę nie mieć racji skoro to ja zdałam papier za pierwszym razem a nie ty? Jestem sprytniejsza i bardziej pojętna. – wybrzmiało w naszym mieszkaniu kilkukrotnie przy okazji różnicy zdań na tematy mniej lub bardziej błahe.

Swoją porażkę utopiłem w kieliszku wódki. Teraz wiem, teraz rozumiem, że już wtedy zaczynały u mnie funkcjonować na dobre pierwsze symptomy alkoholizmu. Szukałem okazji aby móc otworzyć butelkę piwa, by poczęstować się szklanką whisky. Flaszkę kupiłem sobie wcześniej, jeszcze przed egzaminem, będąc pewnym, że egzamin praktyczny zaliczę i go należycie obleję. A jakże! Nie zdałem? No to napiję się na smutno, bo nie zdałem.

Tak, czy siak, z drugim podejściem zdałem i otrzymałem od Najwyższego Urzędu do spraw Czterech Kółek Wysp Prosperity dokument potwierdzający, że umiem i mogę jeździć automobilem. Sam wóz dostałem od szefa i kilka spraw mi to ułatwiło, kilka zaś nieco skomplikowało. Nie mogłem już czytać w środkach komunikacji miejskiej, czyli w mojej ulubionej, największej na świecie czytelni. Trudno, poziom mojego czytelnictwa podupadł, wzrosła za to wygoda dnia codziennego.

Swojego samochodu nie zdążyłem kupić. Z jednej strony nie spieszyło się. Auto firmowe, mimo, że używane rotacyjnie z innymi współpracownikami, w zupełności wystarczało jako zaopatrzeniowiec rodziny, z drugiej, Paranoja stwierdziła, nie bez racji z resztą, że na wycieczkę dwa razy w miesiącu wystarczy pociąg, czy auto z wypożyczalni i bezsensowne byłoby utrzymywanie czterech kółek przeważnie zaparkowanych w zatoczce pod domem, bo sama nie przejawiała chęci prowadzenia po Molochu.

Po jakimś czasie pojawił się Czesiek, czyli potencjalny kolejny pasażer. Zaczęliśmy na nowo kalkulować za i przeciw posiadania własnego samochodu i tym razem wyszło, że wygoda plus komfort, minus kilka miedziaków na benzynę i należne opłaty, równa się własne auto. Po wywiadzie ze znajomymi co się znają określiliśmy czego potrzebujemy i zaczęliśmy zbierać na wylosowanego, rodzinnego kombiaka, góra trzy, czteroletniego.

W międzyczasie wzięliśmy ślub, bo jak powiedziała mama Cześka i Małej Mi, to najwyższy czas by miała to samo nazwisko co jej dzieci. W nagrodę za podpis pod dokumentem w USC jej ojciec dołożył sporą sumę do tacy w intencji zakupu fury. Na kilka chwil przed finalizacją zakupu, umówionego już z właścicielem naszej wymarzonej gabloty, wracając do domu z pracy zobaczyłem na podwórzu Paranoję z dziećmi i firmę przeprowadzkową którą wynajęła, jak się potem okazało, za pieniądze odłożone na samochód. Spakowała siebie i dzieci i wracała do kraju, zabierając ze sobą również resztę kasy sprezentowanej przez jej ojca. Oprócz tego, że samochód rodzinny okazał się zbędny, równocześnie zniknęły fundusze przeznaczone na jego zakup.

Pierwszy samochód kupiłem gdy byłem już ze Złośnicą. Moja dwójka, jej jedynak, ona, ja. Pięć miejsc w pięcioosobowej furze, niby ok, ale już tylko o tym mówiąc wiadomo, że ciasno, Gdy dodać, że najmłodsi pasażerowie, jej synek oraz mój synek, jeszcze w fotelikach zaś Mała Mi na poddupku, wiadomym się staje że się nie da, a planowaliśmy od początku, że będziemy mieć nasze dziecko. Wybór musiał paść na auto typowo rodzinne, i tak też się stało. Stałem się właścicielem wygodnego czołgu-limuzyny dla sześciu osób.

Na palcach jednej ręki można by policzyć ile razy to auto zostało użyte dokładnie zgodnie z przeznaczeniem dla którego zostało zakupione. Najczęściej jeździłem nim sam, na i z lotniska, kiedy przylatywałem do swojej rodziny, do Złośnicy i naszych dzieciaków. Często również z Małą Mi i Cześkiem, kiedy po nich jeździłem do Paranoi i ich do niej odwoziłem oraz gdy brykaliśmy radośnie na wspólne wycieczki. Wspólne dla czwórki, Mojej dwójki dzieci i jej malca. Złośnica bardzo rzadko wykazywała chęć brania w nich udziału, a gdy już dała się namówić na jakikolwiek wyjazd, tak się zawsze składało, że wynajdywała powód aby jak najszybciej wrócić i puścić nas dalej, albo wręcz zakończyć wojaże w ogóle. Obojętnie czy chodziło o wyskok na plażę za miasto, nad morze, do kina w miasteczku kilkanaście kilometrów dalej, czy na drugi koniec miasta na lody, czy gofry z bitą śmietaną. Gdy urodził się Pac-Man pojechał z nami kilka razy. W pełnym składzie jechaliśmy raz. Po jego urodzinach sprawy dosłownie z tygodnia na tydzień przybierały coraz gorszy obrót i dosyć szybko tak naprawdę łączył nas tylko on i wspólny adres. Nic więcej. Nawet na zakupy dla nas jeździłem bez niej.

Niecały rok po urodzinach najmłodszego, kiedy nasz związek tak naprawdę już nie istniał, szykowałem się do wyprawienia imienin. W prezencie reprezentacja naszego kraju zagrała dla mnie wygrany mecz, a ja oczywiście w samotności oglądałem go przy szklance whisky. Moje malce były już odstawione do swojej mamy. Złośnica ze swoim i naszym synem zamknęła się w pokoju, ja w salonie z laptopem i flaszką. Kupiłem sporą aby na drugi dzień godnie przyjąć gości, co absolutnie nie przeszkadzało mi z niej należycie uszczknąć kibicując biało-czerwonym. Po meczu dopiłem co miałem w szklance i położyłem się spać.

Na drugi dzień, dosyć niecodziennie, Złośnica przyszła mnie obudzić. Nigdy tego nie robiła. Od kiedy na czas moich przyjazdów zamykała się sama, bądź z dziećmi, w naszej sypialni ja zajmowałem pokój, który na co dzień zajmowali chłopcy. Wieczory spędzaliśmy przy telewizorach, każde przy swoim, ja dodatkowo z wódką. Śniadania osobno, kolacje osobno, dnie osobno, noce osobno. Albo ja, albo ona z dziećmi, od dawna nigdy wszyscy razem. Odrzucała nawet zaproszenia do moich rodziców na rodzinne obiady. Szedłem z dziećmi, ona zostawała w domu. Tego ranka jednak przyszła mnie obudzić.

– Pojedź do mojej matki po fotelik dla małego, przed południem będę z nim jechać ze znajomym.

– Ok. Pojadę.

– Teraz pojedź.

– Nie, teraz nie, jeszcze mam alkohol w żyłach. Nie mogę.

– Jedź, przecież chodzisz prosto. Dasz radę.

– Zwariowałaś. Nie ma mowy. Muszę coś zjeść, kawę wypić, wykąpać się, a najlepiej jeszcze odespać. Nie ma takiej możliwości bym usiadł za kółko. Jeszcze nie.

– No jedź, przecież za dziesięć minut będziesz z powrotem. To kawałek a nie wyprawa na drugi koniec polski. Patrole nie zatrzymują w mieście.

– Nie, powiedz znajomemu żeby do niej podjechał, albo niech ona ci przywiezie, przecież nie pojadę w takim stanie.

– Nie, matka ma dziś wolne i się z domu nie ruszy choćbym nie wiem jak prosiła, a znajomy już mi robi przysługę, nie będę prosić o więcej. Jedź!

– Nie, nie pojadę!

– Jedź! Jedź! Jedź! – i tak przez jakieś pół godziny.

Wkurzony i poirytowany wsiadam za kółko. Wyjeżdżam. Z duszą na ramieniu biorę kolejne zakręty, trafiam do jej matki, która już na mnie czeka. Zabieram fotelik, trzaskam drzwiami i po sekundzie jadę z powrotem do domu. W połowie dogi powrotnej widzę we wstecznym lusterku patrol policji. Serce w gardle, ale jadę dalej, zerkam w lusterko co ułamek sekundy, nie włączają kogutów, nie wyprzedzają. Jadę dalej, a oni za mną. Zatrzymuję się pod domem by otworzyć furtkę na podwórko, oni stają obok.

– Zapraszamy pana do radiowozu. – a jednak!

Wydmuchałem 0,56, czyli we krwi miałem ponad promil. Nie wierzyłem, wiedziałem że coś wydmucham, nie było na to siły, ale aż tyle?! Zabrali prawo – jazdy i zaprosili na komendę w celu złożenia wyjaśnień. Zabawne, co tu wyjaśniać, jechałem kompletnie spruty, choć szczerze powiem, że na pewno nie czułem się na ten ponad promil. Oczywiście jak nikt, kto po pijaku wsiada za kółko.

Przedmuchali mnie jeszcze raz, wypełnili kwity, wręczyli i życzliwie poradzili.

– Niech pan uważa z kim pan pije następnym razem.

– Ale jak to?

– No przecież nie sądzi pan, że to było rutynowe zatrzymanie.

– Zadzwoniła?! Ona zadzwoniła?!

– Nie możemy panu powiedzieć. Miłego dnia. Do widzenia.

Potem spotkałem jednego z tych policjantów i powiedział mi, że w swojej ponad dwudziestoletniej karierze psa nie spotkał się z tak dokładnym donosem. Kto jedzie, czym jedzie, skąd jedzie, dokąd jedzie, kolor, rejestracja a nawet kolor włosów. Zabrakło tylko numeru buta.

Straciłem prawo jazdy na trzy lata. Gliniarz, który odbierał ode mnie zeznania z niedowierzaniem przerzucał jedną za drugą bazę danych krajowej policji i sprawdzał moje kwity.

– Gruby strzał jak na debiut, pan nie ma nawet mandatu za złe parkowanie.

– Może mi pan wierzyć, że na Wyspach Prosperity też nie. Nawet pół punktu karnego.

Kręcił głową z niedowierzaniem i spisywał moje zeznania.

– Może ją pan oskarżyć o podżeganie do popełnienia przestępstwa.

– Mogę?

– No pewnie!

Imienin nie wyprawiłem, upiłem się za to w sztok użalając się nad sobą i złorzecząc na swoją jeszcze narzeczoną. Jak mogła mi to zrobić? No jak?! Jak mogłem być tak głupi i dać się namówić na wyjazd pod wpływem alkoholu? Proste, byłeś baranie pijany i nie potrafiłeś trzeźwo ocenić sytuacji, ani swojego stanu. Piłeś, to byłeś pijany.

Byłem pijany jeszcze długo. Byłem pijany jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że w tych momentach kiedy w czasie tego pamiętnego dla mnie meczu, wyłaziłem z domu na fajkę, ona dolewała mi do łychy czysty spirytus. Pochwaliła się koleżankom w pracy a jedna z nich opowiedziała mi o tym. Byłem zdruzgotany i piłem jeszcze więcej, aż w końcu dotarło do mnie co powinienem zrobić.

Po trzech kolejnych miesiącach płakania wódką na swój paskudny los, postanowiłem, że albo się zabiję, albo wytrzeźwieję. Całe szczęście, los postawił na mojej drodze dobrych ludzi, którzy mi pomogli dokonać prawidłowego wyboru.

Prawa do zdjęcia należą do Łukasza Kasprzaka

XXXIX Dzień Dziecka

– Cześć, Mała Mi, co robicie? 

– Ja sprzątam pokój, a Czesiek bawi się lego. 

– A nigdzie nie idziecie? 

– Nie, jesteśmy w domu cały dzień. Jacyś goście przyszli do mamy. 

– Chciałem was zabrać do kina na Avengersow. Pisałem do mamy smsy.

– No chcemy, mówiliśmy mamie. Dlaczego po nas nie przyjechałeś? 

– Mama napisała mi, że nie macie ochoty. 

– Zadzwoń do niej i powiedz, że po nas przyjedziesz. 

– To może po prostu daj mamie słuchawkę?… …Cześć, puścisz ich do kina? 

– Czego nie zrozumiałeś za pierwszym razem, w tym krótkim słowie NIE? Miłego dnia.

*      *     *

– Cześć Pac-Man! Cześć tata! – Mała Mi rzuciła się na swojego najmłodszego przyrodniego brata i zaczęła go niemiłosiernie obcałowywać.

– Cześć Mała Mi, ale fajnie, że tu jesteście. Wydawało mi się, że mama was gdzieś zabiera.

– Noooo zabrała. Tutaj. – mówiła do mnie kucając przy najmłodszym, nawet na mnie nie patrząc.

– Ok. Myślałem, że gdzieś nad morze, albo przynajmniej do Prus.

– Nie. – już go brała na ręce cała uradowana.

– Jesteście tu od dawana?

– Najpierw byliśmy w kinie, na czternastą.

– Na Detektywie Pikachu?

– Nooo!

– A gdzie Czesiek? Jest tu z wami?

– No lata tu z kolegą, właśnie poszedł na dmuchany zamek, o tam!

– Byłem po was rano, jak zwykle o umówionej godzinie.

– No wiem, sąsiadka mamie mówiła. Pojechaliśmy z mamą i Panem na zakupy do tesco.

– Trudno. Odbijemy sobie. Chodź na watę cukrową. Poczekamy na Cześka i pobawimy się z Pac-Manem.

– Mała Mi, podejdź tu. Gdzie się wybierasz? – usłyszałem zza pleców głos ex.

– Daj jej spokój, nigdzie nie idziemy, zostajemy tu między tymi straganami. Jest Dzień Dziecka i zdaje się po to ich tu przyprowadziłaś. Chodź córcia, idziemy po tą watę i poczekamy na waszego brata.

– Już jadła watę. Nie paś jej.

Małej Mi nieco zrzedła mina.

– Zaraz wrócimy, zamiast waty weźmiemy wodę mineralną, oczywiście niegazowaną. Możemy? – zapytałem Paranoję.

Nic nie odpowiedziała, tylko zacisnęła usta. Nie mogła sobie pozwolić na swoją zwyczajową tyradę w otoczeniu setek osób. Poszliśmy do jednego ze stoisk ze straganowymi dobrami, zachęciłem ją, by sięgnęła po jakieś drobne frykasy, Mała Mi jednak karnie złapała za butelkę wody bez gazu i bez słowa mi podała.

– Możesz sobie wziąć co chcesz kochanie, to twój dzień, nic się nie stanie jak sobie pozwolisz choćby na kolejną watę z cukru. Przecież codziennie się tym nie opychasz.

– Nie chcę. – odpowiedziała markotnie.

Wziąłem tą wodę, dla małego sok z marchwi, jabłka i pomarańczy, sobie wodę z bąblami. Podleciał Czesiek.

– Cześć tata. 

– Cześć, z bratem się nie przywitasz?

– Z bratem? Acha, cześć Pac-Man. – trochę się młody zmieszał.

– Chcesz coś do jedzenia, a może do picia? 

– Nieeeeeeee – oczy mu jednak łakomie wędrowały po kolorowych opakowaniach z zakazaną przez rodzicielkę kontrabandą – nie, nie… albo pepsi.

Zabraliśmy nasze zakupy i ruszyliśmy pomiędzy dmuchane zamczyska, labirynty, trampoliny i co tam jeszcze rozstawili rajcy miejscy dla dzieciaków. 

– O! Tu się chowacie, gdzie jesteście jak was szukam?

– Daj spokój, czego od nich chcesz, przecież dokładnie wiedziałaś gdzie idziemy.

– Nie mówię do ciebie. Czesiek, bierz swój rower i kumpla i wracajcie do domu, ja zaraz z Małą Mi wsiadamy w samochód i dojedziemy.

– Już?! – dzieciaki zakrzyknęły chórem.

– Co ty wyprawiasz? Dlaczego ich zabierasz? Przecież ten kram dopiero co wystartował godzinę temu, niech się pobawią, przecież to jest dzień dziecka! Ich dzień.

– Już ci mówiłam, że nie rozmawiam z tobą. – ofuknęła mnie kolejny raz, i dodała zwracając się do dzieci – Zbierajcie się.

– Czesiek, Mała Mi, nigdzie nie idziecie. Pac-Man i tak jest jeszcze za mały na te atrakcje, więc ja z nim się zmywam, skoro mamie to tak bardzo przeszkadza, że tu jesteśmy. Idę mu tylko kupić balony i już nas nie ma. Buziaki.

Przytuliliśmy się wszyscy, Małą mi wyściskała Pac-Mana. Ja popukałem się w czoło na pożegnanie Paranoi i ruszyłem z najmłodszym do domu. 

Wyciągnąłem jego rowerek biegowy na podwórko i zaczęliśmy od nowa ćwiczyć. On równowagę na tym cudzie techniki, ja bieganie w półzgięciu. Po wszystkim był bardzo zadowolony, ja w sumie też, ale po nim akurat, to zadowolenie było widać.

*      *     *

– Zapomniałeś oddać czapkę i kurtkę. – pół godziny po tym jak odwiozłem najmłodszego do jego mamy przyszła od niej wiadomość.

Cholera, fakt, zapomniałem. Dała mi ją nie wiem po co, na wszelki wypadek, mimo, że prognoza nawet nie zająknęła się o deszczu a słońce grzeje od samego rana do teraz, kiedy powoli chyli się ku zachodowi.

– Chyba nic się nie stało, jutro rano odbieram od ciebie małego, oddam razem z nim wieczorem. – szybko odpisuję.

– Nie, niech ci się nie wydaje, że dzień zaczyna się kiedy po niego przyjeżdżasz. Będę potrzebować tej kurtki z samego rana. – aha, jakoś nie chciało mi się wierzyć, że wstaje, w dodatku z małym, na niedzielną mszę skoro świt.

– Dobrze, przywiozę.

   Pożyczyłem od sąsiada rower i dymam na drugi koniec miasta. Zatrzymuję się by przypalić papierosa, telefon wibruje w kieszeni, więc na niego zerkam. Kolejne wiadomości od Złośnicy.

– Kiedy będziesz?… – Za ile będziesz?… – Czekam na odpowiedź… – Nie umiesz pisać?… 

– To kiedy?… – ja pierdolę, nudzi jej się? Już mi się nie chce tam jechać, ani ta kurtka nie jest potrzebna jej, ani mi słuchanie twarzą w twarz tego jazgotu. Nie zawracam jednak, jadę dalej. Moje szczęście, na klatce przed jej blokiem stoi jakaś para, rozmawiają sobie i widząc mnie podjeżdżającego i wchodzącego po schodach otworzyli drzwi i przepuścili do środka. Odpadła mi więc przyjemność rozmowy z mamą mojego synka. Podszedłem do drzwi i włożyłem reklamówkę z kurtką i czapką pod wózek, który trzyma na korytarzu przed mieszkaniem z całym wózkowym zestawem aplikacji pomocniczych, kocyk, folia przeciwdeszczowa, torba z pieluchami i dziecięcym bidonem. Wychodzę z klatki, dziękuję parze i wsiadam na jednoślad sąsiada. Znikam.

– Długo mam jeszcze czekać, po co kłamiesz, że przywieziesz jak nie przywozisz? Znowu chcesz okraść swoje dziecko z rzeczy? – czytam kolejną wiadomość po powrocie do domu.

– Masz wszystko pod wózkiem. – odpisuję.

– Pod jakim wózkiem? Co ty pieprzysz, przecież nie dałam ci dzisiaj wózka.

– Dobranoc. – klikam dźwięk dzwonków i odkładam telefon.

   Pojawiam się po Pac-Mana na drugi dzień zgodnie z planem uzgodnionym przez sędzią. Złośnica wychodzi z nim przed dom i wręcza mi reklamówkę z ciuchami w jakich go wczoraj odwiozłem do prania. 

– Dasz nam dzisiaj wózek? Wczoraj nie wziąłem i nie poszliśmy na dłuższy spacer, dzisiaj pogoda jest jeszcze fajniejsza więc…

– Nie, nie dostaniesz wózka.

– Ale…

– Powiedziałam – nie! Do widzenia. – obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę klatki schodowej a ja za nią wskazując ojcu by zajął się małym.

– Co ci odbiło, daj mi wózek, przecież mały nie pójdzie sam na spacer po parku a już nie jest taki mały żeby go nosić przez kilometry.

– Nie.

   Dogoniłem ją w korytarzu i zdążyłem chwycić wózek zanim ona wprowadziła go do domu.

– Zostaw to, mam zadzwonić na policję? To mój wózek. Mamo dzwoń na pały, on chce ukraść wózek!

– Przecież to wózek Pac-Mana a nie mój, czy twój, kobieto co ty odwalasz?

– Zostaw to debilu – włączyła się jej matka – mówiłam ci żebyś się nie wiązała z idiotą, jednego idiotę miałaś i drugiego idiotę wzięłaś. Zostaw to chamie bo zadzwonię, że kradniesz dziecku wózek.

– Proszę bardzo, dzwoń, zabawnie będzie, przypomnij mamusi kto kupował wózek, kto płacił za ten sprzęt.

   Nie powiedziała nic. Jednym ruchem odpięła górę wózka i uciekła do domu zamykając za sobą drzwi na wszystkie spusty. Zostałem na korytarzu ze stelażem na kółkach. Świetnie. Zrezygnowany odstawiłem wózek pod ścianę i ruszyłem do samochodu.

   Będąc już na schodach przed klatką usłyszałem że ktoś za mną biegnie. Odwróciłem się by zobaczyć ręce wyprzedzającej mnie Złośnicy odpychające mnie na barierki. Podbiegła do ojca, który bawił się z małym przed samochodem, wzięła Pac-Mana na ręce i zniknęła z nim na powrót w bloku. 

   Nie wierzyłem w to co widziałem. Zamurowało mnie. Dopiero ojciec wyrwał mnie ze stuporu

– Dzwoń na policję, niech zapiszą, że po raz kolejny matka nie wydaje dziecka na zasądzone widzenie.

– Ale co my mamy zrobić, przecież nie pójdziemy i nie zabierzemy dziecka siłą. – odezwał się mundurowy, który już mnie aż za dobrze znał z tych wszystkich interwencji.

– Oczywiście, przecież nie wymagam tego od panów, niech jej panowie po prostu powiedzą, na co się naraża, może to wzbudzi w niej jakiś głos rozsądku?

– Po pierwsze ta pani już wie, po drugie nie taka nasza rola.

– To jaka w takim razie jest? – już ledwo trzymałem się w ryzach by nie wybuchnąć.

– A pani, skoro twierdzi, że została pobita proszę się udać na obdukcję i wnieść sprawę do sądu. Do widzenia państwu. – wsiedli do radiowozu i odjechali.

XXXVIII Lepszy

Obdartus z nieprzytomnym wzrokiem, brudny, zawsze w tych samych miejscach i w tych samych zmaltretowanych ciuchach, z tłustymi włosami i śmierdzący. Z oddechem przemieszanym przetrawionym alkoholem i przepaloną nikotyną ze znalezionych kiepów. Zawsze na mieście bo nie ma pracy, jeśli jeszcze nie ma jej w dupie, to już na pewno ją stracił. Chodzące wcielenie wstydu i żenady wywołujące poczucie odrazy, wstrętu, a w najlepszym wypadku odrzucenia. Odwracam głowę i idę dalej. Najczęściej co najmniej oburzony, że to to włamuje się w krajobraz porządnych ludzi. Alkoholik. Bardzo rzadko, jeśli w ogóle, alkoholiczka. Taki stereotyp wygodnie rozsiada się w naszej głowie i trwa, taki, czy podobny obraz alkoholika po prostu funkcjonuje.

Sam, jeszcze długo po tym, gdy zdałem sobie sprawę, że zaglądam do szkła dużo częściej niż powinienem, nie nazywałem siebie alkoholikiem. Nawet w momentach, gdy ewidentnie przez picie dawałem ciała w tej, czy innej materii, kiedy wiedziałem, że zgubne konsekwencje jakie będę musiał ponieść wynikają z tego, że byłem albo jestem pijany, w swoich oczach nie byłem alkoholikiem. Przeginałem z piciem, przesadzałem i nadużywałem, miałem problem z alkoholem, ale nigdy nie byłem alkoholikiem.

No, bo niby jak? Mam pracę i dom. Mam pensję z której płacę rachunki, kupuję jedzenie i ubrania. Funduję dzieciakom i sobie prezenty. Chodzę w czystych ciuchach do pracy, w której mnie poważają jako fachowca w swojej dziedzinie i chodzę na miasto, gdzie spotykam się ze znajomymi. Rozmawiam z nimi o książkach, filmach, muzyce, polityce i o pogodzie. Flirtuję z kobietami, czasem nawet z sukcesem zwieńczonym w ich, lub mojej pościeli. No to jaki ze mnie alkoholik?!

Zwyczajny, taki jak wielu innych. Jak ten facet obok w metrze z czytnikiem ebooków w dłoni, w garniturze za całą twoją miesięczną pensję i nienagannie zawiązanym krawacie wokół ogolonej szyi. Jak ta kobieta z wózkiem dziecięcym i absurdalnie drogim yorkiem na kolorowej smyczy. Jak ten starszy jegomość z medalami w klapie marynarki, codziennie kupujący dziennik i paczkę toffi w sklepiku pod domem. Nie widziałeś nas nigdy, prawda? Nie widzieliście wielu z nas wcześniej, bo nie kłuliśmy waszego wzroku. Tego nauczyciela, który tak często pomaga waszej mamie wnieść zakupy na drugie piętro w jej bloku też byście nie zauważyli, gdyby jej nie pomagał.

Ja siebie też długo nie widziałem. Nawet mojej narzeczonej, matce mojego najmłodszego syna, też nie powiedziałem, że jestem alkoholikiem, choć mówiłem jej, że mam problem z alkoholem, że za dużo piję od rozwodu i chyba powinienem coś z tym zrobić. Sprytnie uprzedziłem zarzuty dużo większego kalibru z miejsca przyznając się do udawanej winy i poprosiłem o wyrok w zawieszeniu i to wymuszając by był jak najłagodniejszy. Teraz, z perspektywy czasu i z odrobiną wiedzy na temat tej choroby wiem, że to klasyczna zagrywka każdego alkoholika. Kłamanie, oszukiwanie, granie na zwłokę i mydlenie oczu. Krętactwo.

To nie było łatwe, przyznać się przed sobą, że jest się alkoholikiem, człowiekiem, który kompletnie nie ma władzy nad alkoholem, który jest kompletnie w jego władzy. Już kiedy chodziłem na mitingi AA, mimo że przyjąłem to do wiadomości, ciągle nie potrafiłem się przyrównać do innych, wspólnie zasiadających obok mnie w salce spotkań. Ciągle widziałem dwie postacie, tego żula opisanego na początku i zwykłego faceta, normalnie funkcjonującego poza czterema ścianami swojego domu, i nie potrafiłem postawić pomiędzy nimi znaku równości. Nie dlatego, że jej nie ma, lub mimo, że jest. Ciągle czułem się lepszy. Nawet nie, nie lepszy. Mniej zbrukany. Tak jak próbowałem oszukać swoją narzeczoną, tak ciągle próbowałem oszukać siebie samego. Bez przerwy z tyłu głowy, mimo wszystko, brzmiał mi mój własny głos. – Nie jest z tobą tak źle, nie stoczyłeś się na dno, zobacz, w porę się zatrzymałeś. Nie śpisz po melinach, dbasz o siebie. Jesteś lata świetlne przed nimi. Jesteś lepszy. I taki się czułem, lepszy. Mijały mi tygodnie trzeźwości, poznawałem nowych ludzi we wspólnocie AA, poznawałem ich historie i im więcej słyszałem, tym lepszy się czułem. O tym jak bardzo się myliłem przekonałem się niedługo potem, i to bardzo boleśnie.

W czasie gdy ja zaliczałem swoje pierwsze miesiące abstynencji ,moja znajoma z pracy, również emigrantka jak ja, postanowiła powrócić do swojego kraju i zorganizowała pożegnalną imprezę. Zaprosiła wszystkich swoich znajomych z pracy i z poza niej. Zarezerwowała salę w lokalu, gdzie djem był jej znajomy i… wytargowała z właścicielem zniżki na barze dla swojej ekipy. Zabawa, czas start.

Kiedy przyszedłem, jakoś specjalnie nie przestraszyłem się tego, że otaczają mnie z każdej strony ludzie z alkoholem w dłoni. Ja w swojej dziarsko trzymałem szklankę soku pomidorowego i bawiłem się w najlepsze. Do czasu. Kiedy dzień zamieniał się w wieczór, a atmosfera w knajpie wzbogaciła się o kilka kolejek egzotycznych drinków i nastrojowo przyciemnione oświetlenie, stwierdziłem, że chyba na jedną czy dwie szklanki swojej ulubionej whisky mogę sobie pozwolić. Przecież nic mi się nie stanie, bo jutro znowu będę trzeźwy i wrócę do swojej totalnej abstynencji. Udzieliłem sobie dyspensy. Solenna obietnica góra dwóch kolejek zamieniła się w cztery, ta w pięć, i z tym piątym drinkiem w ręku zorientowałem się co ja wyprawiam. O ironio, rychło w czas. Czym prędzej podziękowałem jej i całemu towarzystwu za zabawę i zwiałem do domu cały wściekły na siebie.

Całe szczęście na drugi dzień miałem cotygodniowy miting. Poszedłem na niego. Siedziałem z tymi wszystkimi ludźmi i znów słuchałem o ich potyczkach i potknięciach, o ich walce, o ich niegdysiejszej i obecnej codzienności. I nie odezwałem się słowem. Palił mnie ogromny wstyd i zamiast opowiedzieć co dobrego narobiłem, siedziałem cicho i w duchu tylko złorzeczyłem na siebie w niewybrednych słowach. Powoli wzbierało we mnie poczucie winy, złość nie do zniesienia, że pozwoliłem sobie na taki idiotyczny wybryk.

Wychodząc z mitingu nie zatrzymałem się z resztą bywalców na papierosa na odchodne, tylko popędziłem prosto na stację metra. Zwiewałem do domu. Niby wiedziałem, że nikt nie zrobiłby mi wyrzutu, że wszyscy by raczej się ucieszyli z tego, że przyszedłem na miting zamiast użalać się nad sobą, albo co gorsza brnąć dalej w kieliszek. Mimo wszystko czułem się jak oszust, co więcej, zrobiłem dokładnie to czego nie powinienem, dokładnie to, co wybrzmiałoby z ich ust, gdybym opowiedział o swoim zapiciu. Poczucie winy zaprowadziło mnie z mitingu wprost do monopolowego.

Przez dwa tygodnie nie odrywałem się od butelki. Przestałem chodzić na mitingi, przestałem odbierać telefony od przyjaciół z AA. Od nowa rozłożyłem się na swoim dnie. Pomiędzy jedną a drugą butelką napisałem do szefa mejla, że rezygnuję z pracy. Następną otworzoną butelką postanowiłem popić resztę antydepresantów i tabletek nasennych przepisanych mi przez lekarza na początku mojej abstynencji. Ciąg dalszy historii znacie, całe szczęście moi przyjaciele nie postawili na mnie krzyżyka tak łatwo jak ja sam chciałem to uczynić. Po tygodniu od tej fatalnej, ale całe szczęście nieudanej próby odebrania sobie życia byłem już w Kraju Przodków, gotowy by udać się do ośrodka.

Zrozumiałem jak zgubna i fałszywa jest optyka odwołująca się do perfekcyjnego golenia twarzy i jedwabnego krawata, do brudnych jeansów i przetłuszczonych włosów. Jak idiotyczne z mojej strony było patrzenie na siebie i innych wokół mnie przez pryzmat tego co da się zauważyć tylko okiem a nie duszą i sercem. Dotarło do mnie jak łatwo jest oszukać innych i jak bardzo chce się oszukać siebie. I o ile tych innych przy odrobinie samozaparcia da się wyprowadzić w pole, siebie nigdy. Wciąż niezbyt łatwo przychodzi mi nazwanie siebie alkoholikiem, wszak nie jest to powód do dumy, ale teraz, trzeźwiejąc, w sytuacjach, w których powinienem, mówię bez wstydu: – Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem

XXXVII Łut

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Od ponad roku regularnie spotykam się z anonimowymi alkoholikami, regularnie słucham ich opowieści o sobie. Ta dwuznaczność wyrażenia „o sobie” jest zamierzona. Oni opowiadają swoją historię, ja słyszę z ich ust swoją. Zawsze. Wszystkie te biografie unurzane w alkoholu są inne, różne, bardzo osobiste. Wszystkie równocześnie są takie same.

Mogą zaczynać się każda w innym miejscu, w domu pełnym miłości, życiem w materialnej beztrosce, w dziecięcym koszmarze domu złożonym z samych wad, albo w bycie tak przeciętnym, że nawet statystycy nie raczyliby zwrócić nań większej uwagi poza obowiązkowym odhaczeniem w tabelce. Wymyślcie sobie dzieciństwo i dorastanie jakie tylko chcecie, popuśćcie wodzę fantazji, a i tak możecie być pewni, że i z niego mógłby wykiełkować alkoholik. Ale kiedy już zacznie kiełkować i wzrastać, każdy alkoholik staje się bliźniaczo podobny do drugiego alkoholika.

Również wychodzenie z tej choroby może wyglądać najróżniej, jednak zawsze tak samo. Z dna. Każdy ma swoje, każdy z nas doprowadził swoje życie do momentu, jakim wszystkie religie świata określają jednako, jako piekło. Miejsce gorzkie i ponure, szare, smutne i puste, gdzie nadzieja jest tylko hasłem w encyklopediach i słownikach i niczym ponad to.

To piekielne dno i beznadzieja jest nie tylko naszym udziałem, nas zapijających codzienność alkoholików. Pochłania również nasze rodziny, żony, mężów, dzieci, kochanków, rodziców, dotyka naszych przyjaciół. Każdy ciągle pijący alkoholik to czuje, wie o tym podskórnie, dlatego odsuwa od siebie wszystko i wszystkich, zamyka się w sobie. Czasami po cichu, czasem wśród wrzasków, czasem odgradzając się od reszty przepaścią z setek kilometrów, a czasem jedynie wątłymi, przeszklonymi, kuchennymi drzwiami. Milcząc, płacząc, kłamiąc, obiecując, lub złorzecząc.

Jesteśmy braćmi i siostrami, których świat w pewnym momencie ograniczył się do zaspokojenia, mniej lub bardziej świadomie, wszystkich głodów jednym, alkoholowym. Skrzętnie ukrywanym za przeróżnymi maskami i fasadami, albo wręcz przeciwnie, otwarcie i bez ogródek, czasem wręcz ostentacyjnie, pokazywanemu światu, kiedy te wszystkie wątłe dekoracje i atrapy upadną. Bo w końcu upaść muszą, gdy nadchodzi moment, kiedy ta skacowano-pijana beznadzieja przewyższa wstyd i strach, gdy już nie ma się siły, albo po prostu ochoty, na kolejne kłamstwo, na pudrowanie i perfumowanie syfu w środku którego się tkwi. Orientujemy się, że od tak dawna nie oszukujemy tych wszystkich ludzi dookoła, tylko siebie, a rozbrat z rzeczywistością zabija nawet instynkt samozachowawczy.

Słuchając tych historii ma się dość. Dość tych opowiadań o życiorysie, dość tych ludzi, dość całego świata. I całe szczęście, dość siły, by wstając od wspólnego, wielkiego stołu, powiedzieć sobie:

 – Dość! Nigdy więcej!

Pomiędzy słowami, które co tydzień ktoś inny wypowiada zwierzając się ze swojej historii, słyszę ile miałem szczęścia.

Mam dom, a w nim swoje łóżko z czystą pościelą. Mam sąsiadów z którymi pozdrawiam się i rozmawiam nie tylko o pogodzie. Mam sklepikarzy podających mi z uśmiechem bułki, masło i owoce a nie w milczeniu i bez pytania sięgają na mój widok do półki z wódką.

Mimo wszelkich starań matek moich dzieci, ciągle je mam, tak jak one mają mnie. Starszaki ciągle się do mnie odzywają, a nasze mniej, lub bardziej przypadkowe spotkania na ułamek chwili trzymają przed matką w tajemnicy. Półgębkiem, z dziecięcym jeszcze zakłopotaniem, przepraszają czasem za nią. Uśmiechają się i odpowiadają mi na pożegnanie, że też mnie kochają i tęsknią. Najmłodszy, kiedy po niego przyjeżdżam z rozpędu wbiega mi w ramiona i się wtula. To już, w końcu, dla niego naturalne, że pojawiam się co chwilę w jego dniu, że je ze mną obiad i układa puzzle, że czytam mu bajki do popołudniowej drzemki.

Pomimo swojego niegdysiejszego, oślego uporu w brnięciu w gnój, ciągle mam rodzinę, która nie załamuje rąk i podpiera mnie z każdej strony. Rodzinę, która znosi toczenie piany z ust niecierpliwego alkoholika i kwituje to uparcie mantrując mi prosto w twarz:

 – Doczekasz się, wszystko będzie dobrze.

Ciągle mam przyjaciół, którzy co i rusz zadzwonią, czy wpadną by zapytać czy widziałem ostatni odcinek tego serialu, co się nim wszyscy tak niezdrowo podniecają. Czy pożyczę tę, czy inną książkę bo widzieli, że mam. Czy już słyszałem ten nowy numer szarpidrutów ubóstwianych przez nas od czasów pierwszych przetartych na kolanach jeansów i długich, jeszcze nie przerzedzających się włosów.

Słuchając innych alkoholików ciągle przypominam sobie to, o czym czasem zdarza mi się zapomnieć, bo zacząłem dbać o zalążek normalnego życia i jestem nim zafrapowany aż do przesady i czasem nie wystarcza miejsca na nic innego.

Mam sporo szczęścia, tak jak on, którego słucham, tak jak wszyscy siedzący wokoło. Pomimo nieco zbyt przydługiego spaceru po swoim własnym dnie, ciągle żyjemy. Żyjemy.

XXXV Rykoszety

Przez te ponad sześć lat, kiedy rozpędzałem się, a potem ostatecznie zatraciłem z piciem, regularnie przylatywałem do kraju by spędzić z dziećmi czas. Umowa była taka, że co kilka tygodni miałem weekend tylko dla nas. Do tego święta, i oczywiście jakiś drobny fragment wakacji. Cały przysługujący mi urlop dzieliłem na przestrzeni roku na drobne kawałeczki, by móc regularnie wpadać po nich, zabierać je do siebie i szaleć z nimi ile pary wystarczyło. Ilekolwiek by  tego nie było, zawsze było mało. I im, i mi.

Na samym początku, w trakcie oraz tuż po rozwodzie nawet się nie zastanawiałem gdy sięgałem po alkohol w czasie swoich krótkich urlopów. Piwo z kumplami, albo szklanka whisky z bratem. Piwo na ochłodę, albo szklaneczka wieczorem do filmu. Piwo do grilla, albo szklaneczka na sen. Wszystko niezależnie od tego, czy dzieci były  przy mnie, czy jeszcze ich nie odebrałem od matki, czy już je do niej odwiozłem. Z czasem, najpierw piwo zamieniało się w piwa, a szklanka w szklanki. Potem, kiedy już wiedziałem, że regularnie przesadzam, kiedy przylatywałem na te krótsze lub dłuższe weekendy nie piłem przy dzieciach wcale. Grill, obiad, wieczór ze znajomymi, nieważne. Póki dzieci ze mną, ja bez alkoholu. Oczywiście, kiedy tylko znikały na powrót do swojej mamy, ja mogłem ze spokojnym sumieniem tę wymuszoną trzeźwość nadrobić. O tym co się działo po moim powrocie na Wyspy Prosperity już wspominałem. Zdarzyło się raz i drugi, że po urlopie w Kraju Przodków musiałem dobrać dzień, czy dwa urlopu na dopicie się.

Często, gęsto w czasie tych urlopów bywaliśmy naszą trójką zapraszani na grille do rodziny i znajomych. Imieniny, urodziny, czy po prostu korzystanie z uroków pogody. Alkohol lał się leniwym strumieniem jak to bywa na tego typu imprezach. Norma. Im głębiej zapadałem się w alkoholizm, paradoksalnie, tym rzadziej w tym strumieniu się zanurzałem. Wcale nie musiałem, by na zewnątrz, szczególnie w oczach byłej żony, co teraz rozumiem, wyglądało inaczej. Gdy oglądam dzisiaj sobie zdjęcia z tych wszystkich imprez, ciągle czuję rumieniec wstydu na swoich policzkach. Z każdego kadru spogląda na mnie ogorzała twarz. Ani grama spożytego alkoholu w organizmie, za to na twarzy wypisane jak nic pół litra. Czy na zdjęciu ujęty jest początek imprezy, czy akcja rozgrywa się grubo w trakcie, ja ciągle mniej lub bardziej zaczerwieniony, czasem mocniej niż co bardziej krewcy wujkowie, czy kuzyni.

Zacząłem trzeźwieć sporo ponad rok temu. Dzisiaj z wyboru raczej nie wybieram się na imprezy jak te wspomniane powyżej. Jeśli zaś jestem już na nich obecny, najczęściej zanim na dobre się rozkręcą znikam. Już na pewno w chwilach kiedy ten, czy ów spośród obecnych po raz drugi, czy nie daj boże trzeci, nie do końca płynną, a w zasadzie nazbyt płynną polszczyzną, porusza ten sam wątek robię angielskie wyjście.

Są jednak takie okazje, na których po prostu nie może mnie zabraknąć. Co więcej, ogromnie zależy mi abym nie był na nich sam, a koniecznie z moimi dziećmi. O ile z najmłodszym po ostatnich przejściach jakie sędzia zgotowała Złośnicy, ta ma się na baczności i od kilku chwil raczej nie sprawia problemów abym mógł go regularnie odbierać ze żłobka i od niej, o tyle do Paranoi ciągle nie dociera, że robi po złości przede wszystkim Cześkowi i Małej Mi upierając się by jej było na wierzchu.

Za kilka dni mój bratanek będzie miał swoje święto. Wykaligrafował do całej trójki moich malców stosowne zaproszenie i od czasu gdy mi je przekazał, przy każdej nadarzającej się okazji dopytuje się:

– Wujek, a Czesiek będzie?

– Wuj, Mała Mi odpowiedziała już na zaproszenie?

– Wujek, jak myślisz, ciocia tym razem pozwoli im przyjechać do mnie?

To nie pierwszy, i bardzo mocno obawiam się, że nie ostatni raz, kiedy Paranoja daje dzieciakom szlaban, albo jak to ujęła kilka razy wcześniej, a ostatnio dzisiaj rano, w wiadomości do mnie:

– Niestety mamy inne plany, dzieci nie będzie.

Już nawet nie mam siły się irytować, złościć, złorzeczyć. Nie mam siły się z nią kłócić, prosić jej, a nawet błagać. Już nie zliczę ile urodzin kuzynostwa ominęło moje dzieci, wspólnych wypadów rodzinnych do kina z okazji Dnia Dziecka, o tych bez okazji nie wspomnę. O czasie i miejscu Pierwszej Komunii Małej Mi i Cześka nawet nie zostaliśmy powiadomieni. Najbardziej boli jednak to, że ostatnie urodziny najmłodszego oraz najstarszej w ogóle się nie odbyły. To znaczy były, ale tylko u ich matek i z jej częścią rodziny. Moi rodzice i  rodzeństwo, ich kuzyni i kuzynki nie mieli szans by im złożyć życzenia. Mam taki pomysł, że uda mi się to nadrobić. Przecież ten nieszczęsny maraton po salach sądowych kiedyś musi się skończyć. Wyprawie im urodziny razem, całej trójce. Będzie ogromny tort, balony i zimne ognie. Nawet puszczę z głośników tę nieszczęsną plejadę gwiazdek których nazw i nazwisk za nic nie spamiętam, a od której więdną uszy. Niech tam. Nie będą słodycze bez ograniczeń i bez nakazu spania o dwudziestej drugiej. Niech będzie niekończący się maraton z Cartoon Network. Niech będzie Ich dzień.

Tymczasem młody mojego brata znów pyta o swoje przyjęcie, czy ONI będą. Serce mi się kraje, bo wiem, że tęskni za Cześkiem nie mniej niż ja. Chłopaki przepadają za sobą, Są swoimi najlepszymi przyjaciółmi, a momenty kiedy się widzą w ciągu roku można ma palcach jednej ręki zliczyć. To jest jego dzień, wszyscy złożą mu życzenia i dostanie prezenty, a on chwali się, że ma dla moich dzieciaków przygotowane niespodzianki. Chce im dać prezenty z okazji tego, że wpadną do niego w gości i nie może się doczekać.

– Wujek, skoro ciocia już tyle czasu ich nie puszczała, to teraz może ich w końcu puści?

XXXIV 0‰

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Dziwnie mi. Dobrze, ale dziwnie. Dobrze.

  Po raz kolejny szedłem do gmaszyska sądu z duszą na ramieniu. Wiedziałem co mam do powiedzenia, wiedziałem czego nie powiem, wiedziałem o co proszę i dlaczego oraz wiedziałem, że zasługuję na więcej niż będę prosił. Wiedziałem, że mój syn na to zasługuje. Mimo to, bałem się, że siłą rozpędu jako alkoholik zostanę zametkowany jako ktoś, kto zasłużył sobie na brak zaufania. Liczyłem się z tym i w sumie nie zdziwiłbym się gdyby tak się stało.

  – Czy strony chciałyby potwierdzić, zmienić, lub dodać coś do swoich stanowisk?

– Nie Wysoki Sądzie. Podtrzymuję by przyznać mi widzenia z synem tak jak prosiłem we wniosku. – sam się zdziwiłem, że głos nawet mi nie zadrżał.

Złośnica wzięła głęboki oddech i jeszcze przez chwilę się zastanawiała.

– W zasadzie zgadzam się i nie mam nic przeciwko temu by ojciec Pac-Mana się z nim widywał, natomiast miałabym kilka uwag w kwestii szczegółów, jak miałoby się to odbywać.

Sędzia spojrzała na nią pytająco i zachęciła gestem ręki by kontynuowała.

– Przede wszystkim chciałabym aby Sąd wymógł na nim, aby trzymał się ustaleń, a nie postępował jak mu jest wygodnie.

– Proszę sprecyzować – kobieta za potężną ławą kompletnie skupiła swoją uwagę na Złośnicy.

– Uważam za niedopuszczalne aby tata Pac-Mana doprowadzał do takich sytuacji, że dzwonią do mnie ze żłobka i informują mnie, że o ustalonej przez sąd godzinie mały ciągle jest nieodebrany a ja muszę się urywać z pracy, by zaprowadzić dziecko do niani.

Pytający wzrok sędzi wciskał mnie w niewygodną ławkę. Chciałem natychmiast zaprotestować, ale Złośnica kontynuowała:

– Nie podobają mi się też ani godziny, do których Pac-Man miałby zostawać u ojca, ani sztywno określone dni w tygodniu kiedy ma to miejsce. Jak mówiłam na pierwszej rozprawie pracuję w systemie zmianowym, a sama rotacja zmian, można powiedzieć, jest w zasadzie przypadkowa i zdarzyły się przez to tygodnie kiedy nie miałam w ogóle możliwości pobyć ze swoim dzieckiem. To nie jest dla mnie ani dobre, ani wygodne. Co zaś do godzin, Pac-Man ma ustaloną rutynę dnia i gdy zostaje u ojca do dziewiętnastej, czy do dwudziestej, zamiast już dawno spać po kolacji i kąpieli, ja muszę go od niego zabrać i maszerować przez całe miasto. Dziecko mi na drugi dzień mocno marudzi, kiedy wstajemy i wybieramy się do przedszkola. Wolałabym aby ojciec miał syna w piątki, ale mi odmówił.

– Czy zechciałby się jakoś pan do tego odnieść? – bardziej wydała rozkaz niż zapytała mnie sędzia.

– Wysoki Sądzie, to nie jest do końca tak jak pani Zazdrosna mówi. Otóż to prawda, że taki telefon o jakim wspomniała się przydarzył, ale nie była to kwestia mojego widzimisię, czy zaniedbania z mojej strony. Kiedy zostały mi zabezpieczone widzenia z synem jeszcze nie pracowałem, krótko potem znalazłem w końcu pracę i z przyczyn obiektywnych nie mogłem się pojawić o określonej godzinie, by odebrać dziecko. Poprosiłem mojego tatę, którego wpisałem wraz z mamą na listę upoważnionych w żłobku do odbioru Pac-Mana, by go wziął do siebie, skąd miałem go zabrać po około godzinie. Niestety jego mama kategorycznie zabroniła przedszkolankom oraz dyrektorce placówki wydawać dziecko komukolwiek innemu niż ja sam, posiłkując się przy tym dokumentem z sądu gdzie widnieje jedynie moje nazwisko, ponieważ to ja byłem wnioskodawcą zabezpieczenia widzeń.

Sędzia przez krótką chwilę trawiła to co usłyszała i zwróciła się do Złośnicy:

– Zdaje sobie pani sprawę, że ojciec pani dziecka nie jest pozbawiony praw ojcowskich? Nie ma ich też ograniczonych! Przychodząc tutaj ze swoim wnioskiem, tak naprawdę sam siebie ogranicza, bo prosi o dwa dni w tygodniu z pięciu, do których to wszystkich ma tak samo pełne prawo jak pani? Tak samo jak ma prawo wskazać osoby, które w jego imieniu mogą nad dzieckiem pełnić pieczę, tak jak pani wskazuję swoją matkę, czy koleżankę?

Złośnica spuściła wzrok po sobie i nie odezwała się w pół słowa.

– Rozumie pani o co zapytałam?

– Rozumiem.

– Proszę więc odpowiedzieć.

Cisza.

– Przyjmuję, że wie pani, że nie miała prawa do tego co zrobiła. – po czym zwróciła się do mnie – Czy chce pan jeszcze coś dodać w ramach komentarza do pani pretensji?

– Tak Wysoki Sądzie. Jeśli chodzi o te późne godziny, to nie uchodzi wątpliwości, że burzą one rutynę małego i też mi się to nie podoba. Nie widzę żadnego problemu w tym, bym miał odwozić syna do domu mamy o godzinie osiemnastej, obawiam się jednak, że nie zawsze to przyniesie zamierzony efekt.

– Jak to? Co pan przez to rozumie? 

– Wysoki Sądzie, bo moja matka nie wyobraża sobie się z nim spotkać nawet na krótką chwilę gdyby on go do niej odwoził. – wtrąciła się moja ex.

– Proszę pani, rozmawiamy tutaj o komforcie pani dziecka, a nie pani matki. Obawiam się, że jeśli zajdzie taka potrzeba pani matka będzie musiała przełknąć swoją niechęć do pana Jakubiak-Zoskiego.

– Jeśli mogę coś dodać – podniosłem rękę jak uczniak w szkolnej ławce, co rozbawiło nieco nie tylko sędzię, ale również protokolantkę. Ta pierwsza skinęła przyzwalająco głową.

– Nie tylko mama Pac-Mana pracuje systemem zmianowym, jego babcia ze strony mamy również. Już się zdarzało i niestety będzie się dalej zdarzać, że ani jedna ani druga nie będzie o godzinie osiemnastej obecna, by zająć się dzieckiem i nawet moja zgoda na oddanie go o osiemnastej, spowoduje, że przejmie go niania, moja sąsiadka, z którą mama Pac-Mana są koleżankami. Czyli, tak, czy siak, nie ominie go spacer na drugi koniec miasta, gdy mama kończy pracę późnym wieczorem.

Chciałbym wierzyć w to co widzę. Sędzia poirytowanym wzrokiem patrzy już nie na mnie, a na Złośnicę.

– Ponadto – kontynuowałem – w kwestii tych zmian mamy mojego syna, po ostatniej rozprawie sam zaproponowałem, byśmy nie musieli trzymać się kurczowo wyznaczonych odgórnie dni. Zasugerowałem, by tak szybko jak dostanie grafik na kolejny miesiąc poświęciła chwilę i przyszła do mnie, czy dała znać w jakikolwiek inny sposób jakie dni byłyby jej najwygodniejsze, i tak, zastrzegłem piątki, gdyż w piątki popołudniami uczęszczam na mitingi AA i chcę na nie chodzić, ale, dałem do zrozumienia, że jeśli zajdzie wyjątkowa konieczność to i w piątek zajmę się synem. Do tego kilkukrotnie sugerowałem, żeby mały mógł zostawać u mnie na noc w tych przypadkach, kiedy obie panie kończą pracę w momencie kiedy Pac-Man powinien już spać.

– Kategoryczne nie! – wyrwała się Złośnica – Nie zgodzę się by mój syn zostawał u niego na noc. Nie ma takiej możliwości. Uważam, że tak drastyczne zmiany powinny być wprowadzane powoli a nie na hura!

Powtórka z rozrywki, już to wszystko słyszałem i czytałem. Nie, nie, nie.

– Nie są wprowadzane na hura – odparowałem – przecież mały spędza dosyć regularnie ze mną czas, czuje się dobrze, nic złego się mu nie dzieje. Wraca przecież do ciebie uśmiechnięty i zadowolony! Mało tego, kilka razy powiedział ci wprost, dwulatek! że nie chce do ciebie i chce zostać z tatą.

– Stop, stop, stop! Proszę państwa. To nie giełda! Tu nie obowiązuje „kto da więcej”! – uspokoiła nas natychmiast kobieta w todze. – Widzę, że to w was jest problem. Nie w pani i nie w panu. Nie przypominam sobie by pani zgłosiła jakieś obiekcje do mnie tutaj, czy do sądu rodzinnego, na to jak ojciec Pac-Mana zajmuje się dzieckiem. Wy się po prostu nie umiecie dogadać. Zamiast argumentów wyciągacie niepotrzebne emocje. Wam nie jest potrzebny sąd tylko negocjator.

– Próbowałem Wysoki Sądzie, nawet już z jednym, poleconym z resztą przez sąd rodzinny, rozmawiałem. Stwierdził, że póki nie ma zgody drugiej strony on może tylko serdecznie zaprosić i czekać. I niestety nie ma zgody drugiej strony.

– Nic podobnego nie miało miejsca – natychmiast zaprzeczyła ex – to kłamstwo! 

– Przecież dwukrotnie ci proponowałem żebyśmy się tam wybrali…

Sędzia z politowaniem pokręciła głową i uniosła rękę by nas ponownie uciszyć.

– Kłamstwo? Tak? Czyli nie wie pani nic o możliwych mediacjach, które byłyby wiążące przed Sądem?

– Nie.

– To ja teraz pani to mówię i proponuję. Zgadza się pani?

-…Tak… Zgadzam się.

– Rozumiem, że pan również?

– Oczywiście Wysoki Sądzie. Jak najbardziej.

– A zatem ogłaszam, że pani Złośnica Zazdrosna oraz pan Mick Jakubiak-Zoski spotkają się w uzgodnionym terminie z mediatorem sądowym wyznaczonym przez Sąd i w ciągu trzech miesięcy przedłożą uzgodnioną formę kontaktów małoletniego z ojcem, która będzie wiążąca dla obu stron. Zamykam posiedzenie Sądu… A wy się do jasnej cholery w końcu dogadajcie!

  Przez całą sprawę ani razu nie padło słowo alkoholik, nawet nie wspomniano o mojej rzekomej niepoczytalności, której ponoć tak bardzo Złośnica z Paranoją  się obawiały. Przez półtorej godziny byłem Mickiem, tatą, który domaga się normalnego kontaktu z synem.

XXXIII PPD

– Ty to masz dobrze z tymi exami – zaśmiał się mój kumpel, również rozwiedziony, z tym, że bez perypetii, o ile oczywiście da się tak rozwieźć – co ciebie wkurwią, to masz błysk na chacie. Zobacz, świąt nie obchodzisz, a zachowujesz się jak wytresowana w tefałenie perfekcyjna pani domu. Równo z sąsiadkami popylasz na mopie i smarujesz kibel domestosem.

I rzeczywiście, gdy to do mnie mówił, kończyłem mopować podłogę w pokoju dzieci i zabierałem się za kafelki w kuchni. Niby ogarnąłem z grubsza w tygodniu, żeby nikt mi nie zarzucił syfu na święta, ale głównie chodziło o to, że dzisiaj w Wielką Sobotę powinienem odebrać o dziesiątej Pac-Mana, a o czternastej mieli do nas dołączyć Mała Mi i Czesiek. W dodatku według rozkładu jazdy przygotowanego nam przez sędzię, mieliby zostać na noc. Po raz pierwszy od sierpnia zeszłego roku, kiedy to spędziliśmy razem cały tydzień cudownych wakacji. Tymczasem dochodziła piętnasta i byłem w domu sam ze ścierką w dłoni, na czym nakrył  mnie znajomy. 

  Najpierw pojechałem z ojcem po najmłodszego. Wiedziałem, że jest, czy właściwie był, chory. Zakomunikowała mi to Złośnica już w poniedziałek, bym przypadkiem nie wybierał się po jego odbiór do żłobka, bo siedzi z nim w domu do końca tygodnia. Nie chciała zbytnio zdradzić szczegółów, więc udałem się po informacje do źródła. Sięgnięcie po nie to kolejna urozmaicająca życie przygoda. Oczywiście nie udzielono mi informacji telefonicznie, mimo, że potrafiłem zidentyfikować wszelkie dane małego, nie tylko datę urodzenia i adres zamieszkania. Cholerne RODO, ok, rozumiem, nie ma o co kruszyć kopii. Niewygoda, ale ponoć w słusznej sprawie. Trudno. Zaraz po pracy udałem się więc do przychodni by osobiście zapytać co się dzieje z moim dzieckiem. 

– Przykro mi proszę pana, takich informacji nie możemy panu udzielić.

– Jak to nie możecie? Przecież to mój syn. Macie obowiązek mi ich udzielić.

– Ale my nie wiemy, czy pan nie ma ograniczonych praw, czy mama sobie tego nie życzy i czy w takiej sytuacji powinniśmy.

– Mama na pewno sobie nie życzy. To murowane. Natomiast jej życzenia nie mają tu nic do rzeczy, ponieważ nie mam odebranych, ani nawet ograniczonych praw do syna. Gdybym miał, to pani widziałaby to na czerwono w papierach mojego dziecka. Bardzo panią proszę o wpuszczenie mnie do pani doktor na trzy minuty. Tyle z pewnością wystarczy.

Kobieta za kontuarem popatrzyła na mnie jakby sondowała mnie wzrokiem. Mówi prawdę, czy ściemnia? Kłamie, czy rzeczywiście ma prawo do tych informacji?

Przybrałem chyba najbardziej niewinny wyraz twarzy od czasów swojego chrztu, złożyłem ręce jak do modlitwy i prawie zaskomlałem:

– Proszę panią, niech mi pani pomoże.

– …ale pani doktor już nie ma, będzie dopiero po świętach a ja nie mam dostępu do danych pacjentów…

Powietrze kompletnie ze mnie uszło. Gorączkowo przewracałem myśli w mojej głowie po kolei, by znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. 

– To może jakiś inny lekarz? Mogłaby pani zadzwonić do lekarza prowadzącego i poprosić w moim imieniu o pozwolenie by ktokolwiek zerknął, a może zgodzi się na chwilę rozmowy ze mną, jeśli będzie pamiętać o jakie dziecko pytam. Błagam!

  – Z pana synkiem nie dzieje się nic złego, w zasadzie dostał nieciekawej temperatury kilka dni temu i zaczął go męczyć suchy kaszel, z tego co mówiła mama, kaszle od dosyć długiego czasu. Dostał antybiotyk, był już na wizycie kontrolnej i wszystko wskazuje na to, że już przeszło. Teraz musi tylko wziąć lekarstwa do końca. Nie, nie ma przeciwwskazań, by mógł go pan zabrać na krótki spacer, a właściwie, biorąc pod uwagę obecną pogodę, to wskazane, by był nawet nieco dłuższy.

Podziękowałem najpierw pani doktor za czas i informacje, potem recepcjonistce za pomoc i cierpliwość. Miałem argumenty by odeprzeć zapewnienia Zazdrosnej, że mały jest nie-do-ru-sze-nia, bo chory, bo antybiotyki, bo lekarka kazała.

  – Nie dostaniesz Pac-Mana, nie ma mowy, jest chory i doktorka kazała siedzieć w domu.

– Nie kłam, byłem u niej i mi powiedziała coś całkiem innego. – opowiedziałem jej w dwóch słowach o mojej rozmowie z prowadzącą naszego synka lekarką widząc jak oczy ex powiększają się do rozmiarów pięciozłotówek, czemu zaczęło towarzyszyć zaczerwienienie policzków i trzęsące się dłonie. Nie mogła spokojnie trafić papierosem do ust.

– Nie, nie dostaniesz go! Mam opiekę nad dzieckiem, nie jestem w pracy do końca tygodnia.

– Możliwe, ale nie musiałaś brać, wiedziałaś że sobota i niedziela jest moja. Daj mi go proszę, za kilka godzin go odwiozę. 

– Nie. Jak chcesz to sobie dzwoń po policję i wszystkich świętych. Ja skończyłam z tobą na ten temat dyskutować. – rzuciła niedopałek i zniknęła w klatce schodowej.

Niepocieszony wróciłem do domu. Odnotowałem sobie po krótce w kalendarzu kolejny raz kiedy nie dotrzymała postanowień sądowych. Spory plik się tego zebrał. Wszystko czeka na kolejną rozprawę, już niedługo, bo odbędzie się zaraz po świętach. O ile znów nie pojawi się jakiś trick by wszystko odroczyć. 

  Rozgoryczenie było tym większe, że jeszcze zanim napomknęła mi o tym, że maluch jest chory, zagadnęła mnie, że jest już „tym wszystkim” zmęczona, ma dosyć i chce się dogadać. Jak naiwny dureń uwierzyłem i natychmiast przystałem na to. W te pędy odpisałem, że jestem jak najbardziej za i już po chwili przeczytałem na ekranie telefonu cała litanię argumentów za tym abym nie widywał się za często z dzieckiem, o nocowaniu u mnie nie wspominając bo dwa latka to zdecydowanie za wcześnie i jest to bezdyskusyjne, więc poczekamy, może do trzech.

Jakoś metryczka naszego syna mnie nie przekonała. Dlaczego dwa nie, a trzy być może? Kto ma być tutaj sędzią i arbitralnie stwierdzi, kiedy mój syn będzie na to gotowy? Z resztą, przecież już spędzał ze mną noce. Mało tego, zdarzyło się nawet, że i dwie pod rząd.

  – Musimy mu te zmiany wprowadzać stopniowo, nie zgadzam się by to się odbyło na hura!

– Ale jakie – na hura? Przecież od momentu kiedy się przeprowadziłem do kraju widzę się z nim coraz częściej, coraz bardziej regularnie. W zasadzie jeśli nie masz humorów i nie postawisz się okoniem do wyroku, to mały spędza ze mną co najmniej dwa popołudnia po żłobku w tygodniu oraz co drugi weekend z tą nieszczęsną przerwą na noc z tobą. To chyba teraz naturalny krok, żeby nie taszczyć go na drugi koniec miasta w momencie kiedy powinien jeść kolację i iść spać, tylko pozwolić mu zostać na noc.

– Nie.

  Tak oto, krótko, nasze dogadywanie się zakończyła jedną monosylabą.

  Czarę goryczy przelała mama Małej Mi i Cześka, i to zaocznie. Dotychczasowe doświadczenie podpowiadało, by nie spodziewać się niczego innego, lecz i tak znów zabolało. 

Gdy przybyłem do nich zastałem dom zamknięty na głucho i zasunięte zasłony w oknach. Na telefon również nie odpowiadała, a numery dzieci jak zwykle pozostawały głuche. Tyle w kwestii mojej upragnionej sesji filmowej z popcornem w pidżamach i w wyrku. Przygotowałem film na który mieliśmy iść do kina, ale nam nie pozwolono. Dzisiaj też nic z tego. Projekcja znów będzie musiała poczekać. 

  Da się kiedyś przygotować na taki brak empatii? Na brak empatii mamy względem swoich własnych dzieci? 

  Paru znajomych podpowiada mi bym odpuścił, zapomniał, przestał walczyć, bo się w końcu spalę. Bo spłonę jak na stosie, który sam sobie usypię a one go tylko podpalą. Może kiedyś tak zrobię i odpuszczę. Dzisiaj nie umiem. Nie potrafi mi nawet przez myśl przejść, że miałbym zapomnieć o swoich dzieciach. Co miałbym im powiedzieć, gdybym je spotkał na mieście, na przykład za trzy lata? 

– Staremu się odechciało, bo już nie miał sił. 

– Miałem dosyć waszej rodzicielki więc odpuściłem. 

Cofa mi się na samą myśl, ze miałbym wygłosić do moich dzieci podobną kwestię. To nie nastąpi. Nie ma mojej zgody na taki obrót sprawy. 

  Tymczasem w moim domu na kuchennej podłodze dzisiaj mam tak sterylnie, że spokojnie można przeprowadzić operację na otwartym sercu. Nie dlatego, że święta, nie dlatego, że mam mieć jakichś gości, choć mogą wpadać śmiało, nawet razem z sanepidem. Dzisiaj zmyłem swoją złość i frustrację, razem z kurzem i ostatnią bakterią. Niech się Rozenek ze wstydu chowa, alleluja mać!

XXXII Naprawdę

„Między bogiem a prawdą”, to powiedzenie intrygowało mnie, od kiedy to co usłyszałem, czy przeczytałem, starałem się zrozumieć a nie tylko zarejestrować. Będąc wychowywanym w Kraju ciemności i zabobonu miałem z tym porzekadłem problem. Semantycznie to przecież rewers masła maślanego. Okazało mi się później, że z życia wzięty i bardzo prawdziwy.

  Kiedy z picia rozrywkowo-towarzyskiego płynnie, nomen omen, przeszedłem do nałogowego, chronicznego i wręcz kompulsywnego, zacząłem funkcjonować jak dr Jekyll i Mr. Hyde. Chyba wszyscy znamy przypadek faceta, a właściwie dwóch facetów w jednym ciele, na przemian grających główne role w zależności od tego czy ten pierwszy wypije pewną miksturę, czy nie. Znamy? Znamy. Zapewne nie tylko ja, z własnego doświadczenia.

  Który z nich był prawdziwy? Który był podróbką. Którykolwiek? Dwie wersje tej samej osoby. Dwie kompletnie różne odpowiedzi na pytanie kim i jaki jestem. Dwie prawdziwe. Chciałoby się dodać – niestety.

  I teraz mam problem, bo nie mam pojęcia, w którym miejscu mam zacząć opowieść, bo wpadnięcie w matnię picia bez przerwy dzień po dniu, jest jak spacer koślawym krokiem po wstędze Möbiusa. Nie ma początku i nie ma końca, raz wprawione w ruch po prostu trwa. 

  Budzenie się na kacu po pewnym czasie przestaje przeszkadzać. Staje się po prostu elementem jutra, który jest. Tabletka na ból głowy i szklanka wody zaczyna być czymś zupełnie normalnym, jak przemycie twarzy, czy uczesanie się. Kolejny punkt wśród innych porannych drobnych rytuałów wykonywanych bez zastanowienia. Są i tyle. Tak samo podsypianie w środkach transportu publicznego i trzy, zamiast jednej kawy w biurze na rozpęd w dzień. Na uśpienie Mr. Hydea. Niech przeczeka, gdy dr Jekyll zajmie się codziennymi obowiązkami.

– Uuuuuu… Coś blado wyglądasz Mick. Chory jesteś? – zapytał Zappa, autochton z którym od pewnego czasu musiałem dzielić pokój w biurze i obowiązki.

– Można tak powiedzieć Zapp.

– Kawa i tabletka ci pomogą, nie przejmuj się, za godzinę będziesz jak nowonarodzony. – dodawał z uśmiechem i porozumiewawczo puszczał mi oczko – Każdemu się czasem przytrafia nieco za dużo.

  Wtedy też tak myślałem, że każdemu, że czasem, że zdarza się. Przecież nie codziennie przychodziłem tak struty i skacowany. Zawsze zwalałem to na o jedną kanapkę za mało, gdy najczęściej nie było ich naprawdę wcale, albo o jednego papierosa przed snem za dużo. Bardzo rzadko na tę jedną szklankę, którą powinienem już sobie darować. Nigdy nie chciałem wpaść na to, że mój wczorajszy stan to przez picie, po prostu. 

  Nie obruszałem się na nikogo gdy wytykał mi mojego kaca, z resztą nie bywało tak zbyt często, aby był zauważalny. Z czasem do perfekcji opanowałem dziesiątki technik kamuflowania się z piciem i kacem. Od najprostszych gum do żucia zapijanych mocną kawą, przez nikotynowy oddech, po zagryzanie wczesnym śniadaniem o wyrazistym, ostrym smaku i zapachu. Nigdy jednak nie przeczyłem, gdy ktoś pytał czy wczoraj coś popiłem, nigdy też nie mówiłem pełnej prawdy. 

– No trochę przesadziłem po kolacji, fakt.

– Nie dospałem, oglądałem film przy szklaneczce i nim się obejrzałem było już grubo po północy.

– Urodziny, imieniny, rocznica, mecz, przypadkowe spotkanie ze starym znajomym, bez okazji, bo tak wyszło… – bez liku i bez sensu. Kiedy teraz sobie o tym pomyśle, zapewne najczęściej obywało się bez komentarza.

  Przecież dzisiaj idąc ulicą widzę dziesiątki twarzy, które jeśli nie na pierwszy, to na drugi rzut oka na pewno, wyglądają jak moja przez te kilka lat poranków w Molochu. W kulturze gdzie alkohol jest na porządku dziennym, a w takiej przecież żyjemy, niemal każde z nas wie jak wyglądają skutki jego nadużycia. Nie jest to wiedza tajemna. I niemal nikt nie robi z tego powodu nikomu wyrzutów. Niemal.

  Rodzina i przyjaciele, czyli ci, którzy kochają nas bezwarunkowo. Od nich pierwszych i najczęściej słyszałem, że przesadzam, żebym uważał, bo może skończyć się źle, że może dojść do tragedii, że mogę słono za to zapłacić.

  Najczęściej zbywałem to machnięciem ręki, obracałem w żart, dezawuowałem całość jako nieistotną. Czasami się wkurzałem, traktowałem jako napaść na moją wolność.

– Przecież mam urlop! Chyba nic dziwnego, że sobie pozwalam ze znajomymi na małe co nieco?! Odczepcie się, nie upijam się, a przy dzieciach nie piję wcale, na pewno nie więcej niż wy sami. Lampka wina do obiadu, czy drink po, to nie grzech.

Niby prawda, niby racja, niby. 

  Dopiero dzisiaj widzę ile tkwienie w tej półprawdzie mnie kosztowało. Nie mówię tu o sprawach oczywistych jak pieniądze i zdrowie. Nie mówię też o czymś mniej wyraźnym, jak zaufanie tych osób, ich zdradzone nadzieje, ich zawód. Mówię o swojej własnej energii, o tym co działo się w mojej głowie. O tym, jak bardzo kaleczyłem swoją duszę. 

Przecież wiedziałem, że mają rację, wiedziałem, że to wszystko wynika z ich troski i strachu o mnie. Nawet w jakimś tam, pokrętnym sensie to doceniałem. Dlatego za wszelką cenę starałem się pokazać, że wcale nie jest tak źle jak im się wydaje, że jest. Że to ich nagminne biadolenie o możliwej tragedii jest mocno na wyrost.

  Starałem się wtedy po dwakroć we wszystkim. Od takich banałów jak to, jak wyglądam, zawsze uprany, czysty, ogolony, przez to jak zajmuję się dziećmi, dbam o to by nie spędziły minuty na nudzie. Zapewniałem im, a tym samym sobie, tyle atrakcji ile tylko możliwe. Zawsze gotowy na rozmowę i przytulenie, na pocieszenie, na wytłumaczenie wszystkich palących młody umysł kwestii. Podrzucaniem im książek w ten czy inny sposób tłumaczących świat. Robiłem wszystko to, co powinienem, tyle że nie w sposób naturalny, wynikający sam z siebie, a z wewnętrznego przymusu udowodnienia innym i oczywiście sobie samemu, że nic i nikt nie przeszkadza mi być najlepszą wersją siebie. Tymczasem, z czego dzisiaj zdaję sobie sprawę, co do siebie w końcu dopuszczam i powoli akceptuję, to był beznadziejny wyścig z samym sobą. Dr Jekyll musiał wyprzedzić Mr. Hydea, pokazać mu, że ciągle ma nad nim moc, przewagę. Musiałem przekonać siebie, że to ja wybieram kiedy pozwalam sobie się upić, że nie mam przymusu. 

  Po dniu, po weekendzie, po tygodniu bez alkoholu wręczałem sobie nagrodę, immunitet na alkohol. Mogłem, w końcu mogłem po tym wyczerpującym trzeźwym maratonie upić się znów do nieprzytomności. W pełni z siebie zadowolony, dumny z należycie wypełnionych obowiązków. Naprawdę. 

  Tak samo w pracy. Mick od zadań specjalnych i beznadziejnych, specjalista w swojej dziedzinie. Wysyłany na front do działania przeciw najbardziej pogmatwanym sprawom. Dlaczego byłem taki skuteczny? Jak to się działo? Oprócz umiejętności, wiedzy i doświadczenia motywował mnie święty spokój. Mogą widzieć mojego kaca, mogą widzieć że wczoraj znów wziął górę mr. Hyde podlewany alkoholową miksturą. Co z tego, ciągle przecież daję radę wyprzedzić innych o całą długość i szybko to wam udowodnię. Naprawdę.  

  Oczywiście w nagrodę w domu czekała na mnie flaszka wypełniona brązowym, ognistym płynem. Połechtany w ego, bo znowu dałem radę, zasypiałem nieświadomie z błogim uśmiechem na twarzy.

  Tak trwało moje prywatne, dopracowane do najdrobniejszego szczegółu perpetuum mobile, które wcale perpetuum mobile nie było. To jak bardzo się z tym swoim dawaniem rady spalałem i jak bardzo beznadziejnie bezsensowne to było, wiem tylko ja. 

Dzisiaj śmiać mi się chce z siebie, gdy przypomnę sobie tę wypełniającą mnie dumę za kolejny raz, kiedy stanąłem na wysokości zadania, ale się wcale nie śmieję. Zastanawiam się za to, i boję się trochę dojść do gorzkiej konkluzji, gdzie bym był, gdybym tę całą energię zużytkował, nie po to aby komuś, czy sobie coś udowodnić, tylko tak naprawdę.

/prawa autorskie do zdjęcia – kadr z filmu Dzień świra – Marek Koterski/

XXXI Sy…f

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

To wszystko potrzebne mi jak druga dziura w dupie. Zaczynanie od nowa, spinanie się by dać radę, cała ta ciężka i nieprzyjemna praca nad sobą i swoja trzeźwością. Siedziałbym teraz sobie, a może leżał, zapewne przed telewizorem, oglądając powtórkę powtórki filmu który oglądałem już dwa lata temu. Nie wiem czy z pełnym szkłem, być może nie, być może  jeszcze nie, na pewno za to z papierosem. Czas leniwie by leciał, ja też nigdzie bym się nie spieszył. Zapewne tęskniłbym do dzieci, jak cholera, ale dzisiaj mając je, przynajmniej teoretycznie, na wyciągnięcie ręki również tęsknię.

  Dalej bym pracował w pracy za którą nie przepadałem, tylko się do niej przyzwyczaiłem, ale za to zarabiałbym z niej całkiem przyzwoite pieniądze. Nie maiłbym ani grosza długu alimentacyjnego, nie pisałby do mnie komornik i nie licytował mojej chaty. Nie szlajałbym się po sądach z exami i nie wkurwiał na to, że ciągle stają okoniem na wszelkie próby dogadania się i wpierdalają się między mnie a dzieci. 

  Czy udałoby mi się nawiązać synowsko-ojcowską więź z najmłodszym? Nie wiem. Teraz też nie wiem czy mi się uda biorąc pod uwagę ile energii jego mama wkłada w to by nam w tym przeszkodzić. 

Tak samo ze starszą dwójką. Niby wszyscy wiemy kto jest kim w tym trójkącie córka, syn, ojciec, ale była małżonka wciąż sypie piach w tryby by nie szło gładko i czy mi się to podoba, czy nie, zaczynamy z dziećmi zbierać żniwo tych zabiegów. Zakładam, że gdybym po terapii natychmiast wrócił na Wyspy Prosperity nic z tego by się nie wydarzyło. Obawiam się za to, że nawet gdybym się zdecydował na ten ruch teraz, niewiele by to zmieniło. Raczej by nie odpuściła czegoś co już raz zaczęła, by nie stracić twarzy, jakkolwiek paradoksalnie to wygląda na tle wydarzeń do jakich bez przerwy doprowadza. Właściwie do jakich nie chce doprowadzić za wszelką cenę. Nie mam być ojcem naszych dzieci, przynajmniej nie praktycznie, w teorii i na papierze w zupełności wystarczy. Mówiąc papier nie mam na myśli aktów urodzenia naszych pociech, jej bardziej chodzi o wyciągi z konta bankowego.

  Tak, tak. To moje biadolenie, to narzekanie i użalanie się nad swoją dolą niedolą, to kryzys. Kryzys taki, że czarny czwartek na Wall Street jawi się jak nieco cięższy kac po trzydniowej imprezie.

  Nie radzę sobie. Raz po raz rozbijam się jak Maluch z TIRem swoją własną bezsilnością idąc na czołówkę z zacietrzewieniem i brakiem empatii exów. 

  Nie radzę sobie. Grzęznę i zapadam się jak w bagnie chwytając się wyroków sądowych jak giętkich gałęzi podcinanych bez przerwy bezdusznością i wdupiemaństwem matek swoich dzieci.

  Nie radzę sobie. Moja rezerwa cierpliwości w tej chwili to już nędzne opary, uzupełniane tak pieczołowicie, jaki niewystarczająco przez moją rodzinę i przyjaciół, przez innych trzeźwiejących alkoholików, z którymi spotykam się regularnie by posłuchać o ich doświadczeniach, skorzystać z ich wiedzy. Uzupełniana przez terapeutów, poprzez ich rady i dobre słowo, przez samo wysłuchanie o tym co mi leży na wątrobie.

  Wzrasta we mnie frustracja, konsekwentnie i z premedytacją pielęgnowana przez exy. Jestem tak słaby, że nie potrafię się temu oprzeć. Frustracja rodzi agresję, złość, kipi to we mnie i nie ma ujścia, bo niby jakie ma mieć? Gdzie mam ją skierować? Na nie? Na siebie? Gdziekolwiek? Duszę więc to w sobie i siekam póki jeszcze mam siłę na drobne kawałki i organizuję w logiczne kupki. Próbuję zrozumieć i… Nie radzę sobie.

  Wściekam się na siebie i swoją trzeźwość. Wściekam się na exy. Wściekam się, że moje dzieci nie są trochę starsze niż są i nie umieją jeszcze tupnąć noga i się postawić. Wściekam się na sędzie, że mnie nie znają, że chuchają na zimne, że muszą na wyrost zadbać o dzieci. Bo muszą. 

Wściekam się, że nie stać mnie na adwokata, który by wiedział co można zrobić w takiej sytuacji. Wściekam się na wściekanie, bo wiem jakie to beznadziejnie durne, bezsilne i do niczego nie prowadzące. 

Piszę te słowa, rozmawiam sam ze sobą, nakazuję sobie zrozumienie i cierpliwość i za chwilę znowu się wściekam, że musze to robić i to jest ten moment kiedy ten ciężar wymyka mi się z rąk i stacza się znów w dół. Nie radzę sobie i wyję ze wściekłości.

Nie stać mnie na wyrachowanie, nie umiem, w zasadzie nawet nie chcę grać w to co one. Przecież dzieciaki by od tego oszalały. Wystarczy, że ja już mam łatkę wariata. Łatkę, bo nie wierzę, że Złośnica i Paranoja wierzą w swoje pretensje, zenie mają pojęcia w jaki sposób ich perfidia się odciska na mnie i ile mnie to kosztuje, o dzieciach już nie wspominając. Wiem, że dokładnie zdają sobie sprawę do czego może to mnie doprowadzić i właśnie dlatego to robią.

  Nie życzę exom, by choć przez 15 minut poczuły tę beznadziejną i bezsilną tęsknotę. Nigdy. Mimo, że choć na chwilę powinny.

XXX Żółć

Na jaką cholerę mi ta trzeźwość? Po co? Od kiedy przestałem pić spotykają mnie same fatalne historie. Dostaję w swoją trzeźwą kość co i rusz. Do imentu.

Aby ratować swoje dupsko przed stoczeniem się na dno, utratą pracy, utratą swojej własnej godności i zapiciem się na śmierć, musiałem z tejże pracy zrezygnować. Nikt nie będzie czekał na mnie dwa miesiące, abym doprowadził się do porządku siedząc w ośrodku uzależnień i pilnie uczęszczać na zajęcia, na których pokażą mi jak trzeźwieć i wytrzeźwieć. Złożyłem więc wymówienie i postanowiłem przenieść się na dobre do Kraju. Jak zaczynać od nowa to zaczynać od nowa. Dzieci się ucieszą, a i mi będzie lżej mając je bliżej siebie i widując je częściej.

Zaczynając od nowa nie miałem wyjścia jak zacząć z debetu. Brak pracy, to brak pieniędzy na rachunki, życie i, co bardzo ważne, na alimenty. Rachunki pomagała mi płacić rodzina, odrobina grosza zarobionego na lewo, przykładowo pomagając bratu w remoncie, jakoś pozwalała pchać ten wózek względnie do przodu. Do tego kilka długów wdzięczności i powiedzmy, że się kulało.

Drobne które wpłacałem exom w ramach alimentów, zasądzonych oczywiście na wypłatę liczoną z Wysp Prosperity, nijak ich nie satysfakcjonowały, co zrozumiałe, to naprawdę były drobne, ale z pustego to i Salomon nie naleje, i niecałe dwa tygodnie po braku pierwszej pełnej wpłaty dostałem laurkę od komornika.

Mimo że się spodziewałem takiego obrotu sprawy nie było mi w smak. Kiedy się rozwodziłem z Paranoją była bez pracy przez spory kawałek czasu. Jeszcze przed zapadnięciem jakiegokolwiek wyroku regularnie jak w zegarku przesyłałem jej pieniądze, nie tylko na dzieci.
– Nie mam pracy, chcę skończyć studia, pozwoli mi to znaleźć dobrą pracę, musisz mi pomóc! – krzyczała do słuchawki.
Pomagałem. Do dzisiaj, kiedy już jest po studiach i ma pracę w szkole i nowego partnera nie usłyszałem nawet dziękuję. Nie szkodzi, chociaż byłoby miło.

Dzisiaj komornikowi wcisnęła cegłę na gaz i nakazała zlicytowanie mojego domu. Spieszy jej się. Z przyczyn oczywistych wniosłem do sądu o zmniejszenie alimentów i z powodów różnych już ponad pół roku sprawa wciąż jest w toku. Ciągle coś, ostatnio odroczyła by złożyć wniosek o adwokata z urzędu. Ciekawy manewr jak na kogoś z taką pensją jaką ma. Oczywiście nie ma to wpływu na proces prowadzony przez komornika, do uderzenia licytacyjnego młotka coraz bliżej a wyrok jest wyrok.

Jest, ale nie dla niej. Narysowała na sali sądowej obraz zatroskanej matki chroniącej swe dzieci przed wariatem. Nie przed alkoholikiem, bo trzeźwieję już ponad rok, przed wariatem. Groźnym, agresywnym i nieobliczalnym. Tak oto sędzia chuchając na zimne pozwoliła mi jedynie na spędzanie z Małą Mi i Cześkiem sobót co dwa tygodnie, gdy do tej pory, będąc aktywnie pijącym alkoholikiem spędzałem z nimi całe weekendy, święta, pełne tygodnie w wakacje. Nagle, gdy udałem się na turnus w Ośrodku, a pieniądze przestały spływać równym strumieniem stałem się groźnym potworem czyhającym na zdrowie i życie swoich dzieci. Oczywiście nie tylko gdy mogę być przy nich, jestem nim również przez telefon, więc nie pozwala mi z nimi porozmawiać częściej niż raz w miesiącu. Paranoja!

Złośnica to samo. Chwyta się każdego pomysłu by uniemożliwić mi widzenia z synkiem. Gdy w końcu podjąłem pracę, nie za bardzo mogę te dwa przyznane mi dni w tygodniu odebrać go ze żłobka. Postanowiłem się posiłkować moimi rodzicami, przecież cały świat korzysta w takich przypadkach z dziadków. Ja nie mogę. Nie mogę bo na papierze z sądu jest moje nazwisko, a nie mojego taty i mamy, więc to zrozumiałe, że sąd nie zezwolił im odbierać wnuka. Dobrze, niech będzie. Załatwiłem sobie na te dwa dni w tygodniu podwózkę na drugi koniec miasta do żłobka którego podwoje zamykają punkt szesnasta. Zdążam, to nie Moloch tylko mała mieścina gdzieś tam w Kraju Przodków, kilka minut i jestem. Panie przedszkolanki mrugnęły do mnie okiem i obiecały, że poczekają na mnie. Nie szkodzi. Złośnica stwierdziła, że jej syn nie może czekać do zamknięcia żłobka i odbiera go wcześniej. Jasne też jest, że skoro Pac Mana nie odbierałem ja, to już nie mogę się małym zająć.
– Trudno, przepadło, nie było cię, to nie masz syna. Co???? Chcesz się szarpać o dziecko na ulicy? – wyrecytowała jednym ciągiem gdy zobaczyła mnie pod domem czekającego na ich powrót.
Nie, nie będę się szarpał na ulicy.

Po raz n-ty siedzę w domu a pod czaszką mi buzuje. Zamknąłem się na cztery spusty i nie chcę nikogo widzieć, ani do nikogo rozmawiać. Nie mam pojęcia co mam zrobić. Chodzę z konta w kąt, łażę i ze wściekłości gryzę nadgarstki. Zalewa mnie żółć, ich żółć. Rzygają nią na mnie z premedytacją a ja nie wiem już jak się bronić.

Zastanawiam się, ile wyroków jeszcze ma zapaść, ile czasu musi minąć, aż w końcu zechce im się znudzić tą beznadziejną mentalną szarpaniną? Odpuścić? Jak mam odpuścić sobie dzieci? Bo co? Bo Mała Mi i Czesiek niedługo dorosną i same będą sobie wybierać ścieżki i pewnie zabłądzą i do mnie? I co im powiem? Że te kilka lat miałem je w dupie? Że mama? Że pamiętałem i kochałem ale musiałem sobie dać na luz? A z najmłodszym co? Poczekać naście lat aż zacznie niemal dorosłe życie?

A może sprzedać nerkę? Spłacić dług, odprawić komornika z kwitkami i znowu być normalnym rozwiedzionym tatą, a nie groźnym wariatem?

Komu? Komu nerkę?