LXXX Koniec zestawu obowiązkowego

/kadr pochodzi z filmu „Miś” – reż. S. Bareja 1980/

 – Cześć. Tak sobie myślałem o obecnej sytuacji w naszym kraju, w Europie i w ogóle, i zastanawiam się, czy nie odpuścilibyśmy małemu przedszkola? Wiesz, twoja mama pracuje na zmiany, moi są już na emeryturach, może zorganizujemy małemu dni tak, żeby nie musiał pojawiać się w przedszkolu, tak na wszelki wypadek. Dmuchanie na zimne.

 – Chyba się za dużo telewizji naoglądałeś i panikujesz.

 – Nie, nie oglądam telewizji. Czasem posłucham radia.

 – Ale ty wiesz kim ja jestem z zawodu? Wiesz, że pracując w aptece jestem w samym środku tego i wiem najlepiej czy trzeba, czy nie trzeba podejmować jakiekolwiek kroki i działania. Nic takiego nie planuje.

 Kolejny raz rozłączyła się nawet nie mówiąc kurtuazyjnego „do widzenia”. Próbowałem się dodzwonić do niej jeszcze raz, ale połączenie od razu zostało odrzucone. Westchnąłem tylko licząc na to, że jeśli zacznie się cokolwiek dziać, placówka sama zdecyduje o swoim zamknięciu i pozostanie jej się tylko podporządkować. Po raz nie wiem już który przekonałem się, że nie było sensu próbować z nią negocjacji w żadnej kwestii, gdyż nie ma najmniejszej woli porozumienia z jej strony. Energia i czas na straty. Ale czyste sumienie. Co z tego? Nic.

 Wróciłem ze spaceru zmarznięty i mocno niepocieszony reakcją Złośnicy. Chyba przeczuwała co usłyszy jutro na sali sądowej w orzeczeniu i zawczasu odbijała sobie na mnie niezadowolenie. Szkoda tylko, że mały znowu może wziąć za to rykoszetem. Oby nie.

 Jeszcze zanim dotarłem nazajutrz na sądowy korytarz, w radiu usłyszałem komunikat o zamknięciu żłobków, przedszkoli i szkół w całym kraju. Zaśmiałem się tylko pod nosem. Nie minęły nawet 24 godziny od kiedy do niej zadzwoniłem z propozycją.

 – Cześć. – przywitałem Złośnicę pod wejściem do Sali rozpraw – Dalej uważasz, że panikuję od oglądania telewizji?

 – Spieprzaj. I nie myśl, że twoja matka i ojciec zobaczą się z małym. Zostaję z nim w domu. – odpowiedziała i ruszyła w głąb korytarza.

 Tak jak przypuszczałem Sędzia przychyliła się do niemal wszystkich moich próśb. Zreferowanie orzeczenia wraz z uzasadnieniem zajęło jej jakieś dziesięć minut. Dziesięć minut, na które czekałem ponad rok. Wakacje, ferie, święta jedne i drugie, urodziny, dni powszednie w tygodniu oraz weekendy. Wszystkie terminy o jakie prosiłem zostały zachowane, z jedną drobną różnicą, która była mi bardzo nie w smak. Prosiłem o co drugi weekend, tak abym miał Szopena w te same weekendy co Małą Mi i Cześka, ale Sędzia postanowiła zostawić je tak jak w zabezpieczeniu na czas procesu, czyli pierwszy i trzeci weekend miesiąca. Niestety więc, nie wszystkie weekendy przeznaczone na mój wspólny czas z dziećmi spędzimy w czwórkę. Zastanawialiśmy się z mecenasem Dębskim, czy nie apelować. Jest nawet kilka argumentów przemawiających za tym by spróbować, ale stwierdziłem, że jestem zbyt zmęczony, aby dalej to ciągnąć. Tym bardziej, że zaistniały nowe okoliczności.

 Parę dni temu otrzymałem zawiadomienie z Sądu Rodzinnego, że wszczyna się z urzędu postępowanie ograniczające prawa rodzicielskie wobec rodziców małoletnich Małej Mi i Cześka oraz o ponowne ustalenie kontaktów małoletnich ze mną.

 – To bardzo dobra wiadomość panie Jakubiak-Zoski. Świetnie! – ucieszył się Dębski, gdy przeczytał list.

 – Jak to? Przecież jeśli jej ograniczą prawa, to dzieciaki mogą wylądować w jakiejś cholernej rodzinie zastępczej! Wie pan co ona teraz im mówi? Że przez tatę mogą zostać pozbawione mamy. Stawiam dolary przeciw orzechom, ze właśnie taki komunikat wpaja teraz naszym dzieciom.

 – Mam nadzieję, że nie. Musi być przecież w kontakcie ze swoim prawnikiem i ten jej pewnie wytłumaczył, że taki scenariusz jak rodzina zastępcza, to raczej ostateczność, o ile w ogóle możliwe, że tak się kiedykolwiek stanie. Sąd zapewne zadecyduje, że skoro Paranoja nie wpuszcza kuratora nawet do domu, by ten zamienił słowo z dziećmi, tylko sama mu komunikuje, że dzieci nigdzie nie chcą jechać, kiedy pan przybywa po nie w jego towarzystwie, to zostanie na nią założona pełna kuratela, tak, że kurator rodzinny będzie miał prawo przebywać u niej od świtu do zmierzchu. Nie będzie mogła już mu powiedzieć, że go nie wpuści. Tak zazwyczaj wygląda pierwszy krok ograniczenia władzy rodzicielskiej w takich przypadkach jak pański.

 – To jej na pewno nie powstrzyma przed tym, by straszyć dzieci, że zostaną odebrane jej przez moje poczynania.

 – Ale to przecież nie pan, tylko sąd sam z siebie zadecydował o tym ruchu.

 – Jak wyżej. Nie powstrzyma jej to.

 – Przesadza pan.

 – Nie. Ani na jotę. I radzę mi uwierzyć, bo tym razem nie dam się przekonać adwokatowi do jego wizji mojej byłej żony i jak się z nią rozprawić w sądzie. Za dużo do tej pory na tym straciłem słuchając adwokatów przyznawanych z urzędu. Każdy radził bym podszedł ulegle, zgiął kark i grzecznie brał co dają i głośno dziękował. Jak jeden brali za pewnik, że to i jedną i drugą udobrucha i będziemy odtąd żyli długo i szczęśliwie. Nic takiego się nie wydarzyło jak pan wie, wręcz zostało to wykorzystane i dokręcano mi śrubę jeszcze bardziej i jestem po roku tu gdzie jestem. Sam pan przyznał, że alimenty są odrobinę za duże i spokojnie mogłyby zostać zasądzone mniejsze bez szkody dla nikogo. To, że nadzwyczaj długo się to wszystko ciągnie z widzeniami z dziećmi też pan zauważył nie raz.

 Dębski popatrzył na mnie uważnie i pokiwał głową.

 – Dobrze, będę panu wierzył w każde słowo, ale za to pan musi mnie słuchać. Bezwzględnie. Mamy drugie otwarcie z pana byłą żoną i obawiam się, że będzie decydujące i ostateczne. Myślę, że ma pan dużo mocniejsze karty w tym rozdaniu, ale jak już się skończy, obawiam się, że trzeciego podejścia nie będzie.

 – Dlatego tym razem zabieram pana ze sobą na salę.

Mecenas Dębski uśmiechnął się do mnie i przytaknął. Te sprawy ciągnące się od długich miesięcy finiszowały, przynajmniej tak wyglądało i się te przewidywanie sprawdziły. Bez sensu byłoby na linii mety pokazywać exom, że już nie jestem sam na ringu. Teraz, w tej najważniejszej sprawie jaka została do załatwienia na sali sądowej, będę z prawnikiem i już nie będę się obawiał braku obycia z kruczkami prawnymi, a zapewne i mecenas Paranoi nie będzie mógł sobie pozwolić na wszystko co do tej pory uchodziło mu na sucho. Nie oszukujmy się. Sędzia też. Wielokrotnie czułem, że już jest zmęczona nami, tym tematem i ciągnącymi się godzinami rozprawami i pragnie, może i nawet wbrew sobie, żeby to wszystko już się skończyło. W świetle tego, że moja była żona atakowała mnie jedynie pomówieniami, przy braku dowodów na moje rzekome przewiny, było im na rękę zmęczenie prowadzącej sprawę. Niby ryzykownie, ale wciąż nie poniosła ani jednej konsekwencji swoich postępowań.

 Tak, czy inaczej, nie będę apelował o te nie do końca trafione weekendy w sprawie widzeń z Szopenem. Poczekam na rozwiązanie sprawy z Małą Mi i Cześkiem i jeśli zajdzie taka potrzeba, zawnioskuję od początku.

Póki co… Nie, nie strzelą korki od szampana. Z przyczyn obiektywnych. Od dosyć już dawna świętuję wuzetką i kawą z papierosem na dokładkę, dla złamania słodyczy. Po wtóre, to jeszcze nie koniec, o czym przypomniała mi smsem mama mojego najmłodszego pod wieczór, w dniu ogłoszenia orzeczenia w sądzie.

 – Mam podpisaną osobistą opiekę nad Szopenem przez najbliższe dwa tygodnie. Chyba nie musze ci tłumaczyć nic więcej.