
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Od jakiegoś czasu nie chce mi się chodzić na mitingi AA. Nie czuję, żebym wychodził z nich jakoś specjalnie zbudowany. Wszyscy, no niemal wszyscy uczestniczy, widzą swoje trzeźwienie przez pryzmat wiary w boga. Niby każdy dodaje, że to jego bóg i jest taki jak on go pojmuje, ale z dumą na piersi nosi krzyżyk lub medalik. Jeden z nich nawet ma taki poświęcony przez papieża Polaka.
Nie potrafię się pogodzić z tym, że mitingi raz bardziej, raz mniej, ale jednak, przypominają spotkania kółka różańcowego. W przypadku niektórych z moich znajomych z AA, posuniętych wręcz do ekstremum, gdzie trzeźwienie ma boleć, bardzo boleć. Ma być męczarnią i samobiczowaniem w pokucie za krzywdy jakie wyrządziliśmy pijąc bez opamiętania. Nie ważne do jakiego boga się modlisz Mick, ważne że go masz, swoją siłę wyższą od wszystkich i wszystkiego, tylko ona może cię uratować, tylko dzięki niej wytrzeźwiejesz.
– Serio? A co jeśli nie wierzę w żadnego? Czy to nie jest tak, że alkoholizm, zapamiętały demokrata, trafić się może każdemu? Bogatemu, biednemu, wykształconemu i temu nieedukowanemu, kobiecie, mężczyźnie, młodemu, staremu. Wierzącemu i niewierzącemu, w cokolwiek?
– No tak! Oczywiście!
– To jak niewierzący ma mieć swojego boga?
– …
– Sam zacząłem pić ponad miarę, nikt mnie nie sadzał przed butelką i nie nakazywał wypić przynajmniej połowy. Sam wpadałem na ten pomysł i sam go realizowałem. Ja kupowałem, płaciłem i wypijałem. Ja, żadna siła wyższa mnie nie wyręczała. Tak samo ja miałem siebie dość, ja sięgnąłem swojego dna, ja sprzeniewierzałem się sobie samemu. Ja dosięgnąłem do miejsca, gdzie po kolejnym kroku już nie byłoby komu wracać i nie byłoby wracać do czego. I ja zawróciłem i rozpocząłem mozolną drogę która wciąż trwa i najprawdopodobniej już do końca mojego życia będzie trwać.
– Oooo! Ależ masz rozbuchane ego! Nie poradzisz sobie w ten sposób, a wszystko będzie u ciebie trwało po dwakroć, po trzykroć. Za wszystko będziesz płacił wielokrotną cenę. Musisz zdać się na siłę wyższą, z nią jest lepiej bo ona ci pomoże. Ona ci TO zagwarantuje!
Pieprzone ogniem i mieczem! A mi naiwnie się ciągle wydaje, że to miało polegać na naprawianiu, i siebie i swojego życia oraz zadośćuczynienie pokrzywdzonym przeze mnie, a nie na samoukrzyżowaniu, w dodatku z bogiem na ustach. Cholerny boski monopol na prawdę i pomocną dłoń. Mam przesrane. Przynajmniej według nich.
Siedzi nas w salce gdzie się spotykamy zazwyczaj kilkunastu. Na głos czytamy treść dwunastu kroków, fragmenty Wielkiej Księgi AA, Dezyderatę, jak i kilka innych tekstów z odmienianym przez wszystkie przypadki bogiem. Oczywiście jakkolwiek pojmowanym. To czytanie na głos polega na tym, że czyta ktoś tam, a reszta słucha.
Ponoć mam niezłą dykcję i od jakiegoś czasu tym kimś czytającym wybierają właśnie mnie. Czytam więc na głos ością stających mi w gardle wszystkich bogów świata, na czele z tutejszym i zasycha mi w gardle. Łykam odrobinę herbaty, czy kawy, i czytam dalej. Głęboki oddech, przełykam tym razem gęstą ślinę i brnę płynnie przez kolejnych kilka wersów.
– Nie musisz czytać, możesz przecież odmówić. – mówi mi jeden ze współbraci alkoholików, kiedy dzielę się z nim swoimi wątpliwościami co do istoty siły wyższej – Przecież tutaj nic nie odbywa się na zasadzie obowiązku.
– Ok, to w takim razie ja dziękuję, proszę, niech ktoś inny może tym razem.
– Mick, no przeczytaj. To tylko kilka zdań, a my wiemy jakie masz podejście do boga. Jakkolwiek go pojmujesz.
Biorę więc kolejny łyk z nieskończonego herbacianego źródła i z każdym, kolejny raz przeczytanym akapitem uodparniam się na jakkolwiek pojmowane bóstwo.
Miałem taki krótki okres, że sam zacząłem się modlić. Do nikogo, ani do niczego konkretnego. Modlić? Chyba za duże słowo. Podsumowywać kolejny miniony dzień. Dziękować za niego, i tu musze przyznać, że z autentyczną wdzięcznością. Za wszystko co mi się udało, za wszystko czego spróbowałem, za wszystko czego spróbuję jeśli będzie mi znowu dane.
Pomimo najszczerszych chęci, jakoś nie dawało mi to wytchnienia i spokoju w głowie. W zasadzie czułem się nieuczciwie, jakbym próbował kogoś naciągnąć na pożyczkę, której nie za bardzo mam ochotę spłacać.
Potem mi przechodziło, potem znów do tego wracałem, i znów mi przechodziło. Wiele wskazuje, że tym razem na dobre. Nie umiem postawić znaku równości pomiędzy dobrem a bogami. Jakie nadprzyrodzone bóstwo pozwoli krzywdzić niewinne dzieci za występki swojego rodzica? Nie odpowiem na to pytanie, bo niektórzy posądziliby mnie o bluźnierstwo.
Trudniej? Trudno, zamiast się modlić, będę ćwiczył swoją cierpliwość. Drożej? Przy tym ile energii, czasu, a również pieniędzy roztrwoniłem tkwiąc w błędnym kole nałogu, ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że stać mnie w zasadzie na wszystko.
Śmieję się czasem sam z siebie, że ja muszę jak moje dzieci, od tego najmłodszego zaczynając, który dopiero ledwo co potrafi się komunikować, a i tak najczęściej słyszanym od niego tekstem jest „ja siam!”.Sam buty, sam obiad, sam po schodach. Chyba też muszę sam. Tylko nie mówcie mi, że to brak pokory przeze mnie przemawia, bo, jakkolwiek nie na miejscu to zabrzmi z ust alkoholika, sam tego piwa naważyłem, to i sam muszę je wypić.