LXXIX Papierosy, kawa i ja

/kadr pochodzi z epizodu „Kawa i papierosy” – reż. Jim Jarmusch 1992/

 Jestem ojcem trójki, jak powszechnie wiadomo, najfajniejszych dzieci we wszechświecie. Małej Mi, Cześka i Szopena. W jeszcze moim domu, ściany mam obwieszone ich zdjęciami. Ze mną, z moimi rodzicami, z ich kuzynami. Z wakacji, ze szkoły i przedszkola, z ognisk i przyjęć, z naszego domu. Starszą dwójkę, w ciągu ostatnich czternastu miesięcy widziałem dwa razy, nie licząc przypadkowych spotkań na mieście, których też z resztą było raptem kilka, czy życzeń urodzinowych składanych im przez płot domu, w którym mieszkają z ich matką. Najmłodszego widuję od roku niemal regularnie. Przelewam na niego całą moją ojcowską miłość i staram się jak mogę, by nie dostrzegł w moich oczach żalu, że jest tylko on. Że nie będzie czuł mojego rozżalenia, że ma jeszcze rodzeństwo, którego tak naprawdę nie zna, bo co taki maluch może powiedzieć o dwójce dzieciaków, które zna prawie tylko ze zdjęć. Tylko na niektórych z nich są wszyscy razem w kadrze. Staram się chować to dojmujące uczucie najgłębiej jak się da i cieszyć się na 100% każdą spędzaną z nim chwilą, ale jest to dla mnie trudne, i bynajmniej nie jest to biadolenie malkontenta. Z resztą Szopen rośnie i z każdym dniem staje się mądrzejszy i bystrzejszy. Prędzej, czy później dostrzeże we mnie tę nostalgię. Może też ją poczuje w jakiś sposób? Co wtedy? Nie wiem. Póki co odpycham od siebie tę myśl, mając ogromną nadzieję, że zanim mały będzie w stanie nazwać takie uczucie, sprawy rozwiążą się, czy to przy pomocy sądu, czy same z siebie, po mojej myśli i nie będę więcej dzielił czasu, na spędzony z nim i bez nich, bo będzie tylko ten wspólny, całej naszej czwórki.

 Wczoraj moja córka kończyła trzynaście lat. Bogowie wszyscy razem wzięci! Jestem ojcem nastolatki, pannicy z szóstej klasy! I nic o tym nie wiem. Może nawet gdyby tu była, wiedziałbym o tym niewiele, bo mogę tylko zgadywać, czy zechciałaby się podzielić tym, co ma w swojej głowie, jak mijają jej dni i tygodnie. Co ją cieszy, fascynuje, co wkurza lub złości. Chciałbym spróbować, przekonać się na własnej skórze, czy sztama, jaką, wydaje mi się, mieliśmy, przetrwała przez ten czas, w którym zawiesiła nas jej matka.

 – Podjadę do dzieci o 17. Chciałbym złożyć Małej Mi życzenia i dać jej prezent. Mam też drobny upominek dla Cześka. – wysłałem wiadomość do Paranoi. Wolałbym pojechać w ciemno, ale zobowiązał mnie do tego sąd. Mam uprzedzić ich mamę o swoim przyjeździe w dzień urodzin dzieci.

 – Zapraszam na 18. – przyszła odpowiedź po dłuższej chwili.

 Dobrze. Niech będzie po twojemu. – pomyślałem sobie i poszedłem do kuchni zaparzyć sobie mała kawę. Sprawdziłem, nie pamiętam który już raz, czy papier na pakunku z prezentem dla młodej równo leży, czy nigdzie się nie zadarł, i czy taśma nigdzie nie puszcza. Wszystko grało, tak jak na samym początku, zaraz po spakowaniu. Torba dla mojego syna też nie zmieniła swoich właściwości. Zadzwoniłem do ojca, że wycieczka na drugi koniec naszej mieściny odbędzie się godzinę później, ale jeśli chce, to może wpaść o umówionej porze, bo właśnie wstawiłem na kawę.

 Już z kubkiem w dłoni wyszedłem przed dom. Odpaliłem papierosa, zaciągnąłem się niedbale i po chwili posmakowałem łyk gorącego naparu. Stałem na ganku klatki schodowej pod daszkiem i nie ruszyłem się na krok dalej. Ściana wiosennego deszczu oddzielała mnie od całego świata. Cisza i ja. Bardzo by mi się podobały takie okoliczności przyrody, gdyby nie bez przerwy atakująca mnie myśl – co dzisiaj wywinie Paranoja? Nie – czy dzisiaj wywinie, choć lekko tliła się we mnie nadzieja, że to w końcu urodziny córki i nie zrobi jej tego, ale właśnie „co?”. Wiem, wiem. Można by pomyśleć, że wywołuję wilka z lasu, że już osądzam, zanim jeszcze się stało, projektuję jej zachowania jako tej złej w moich oczach i wręcz wróżę z fusów kawy, którą właśnie trzymam w dłoniach. Nie, ja ją po prostu znam.

 Nie czułem upływającego czasu. Zatopiony w myślach o wszystkim i o niczym zapaliłem kolejnego papierosa a po chwili dołączył do mnie Padre.

 – Jedziemy, czy palimy? – zapytał stając obok mnie pod daszkiem na ganku.

 Zerknąłem na zegarek. Nie przypuszczałem, że tyle czasu minęło od kiedy wyszedłem przed dom. Było kwadrans do osiemnastej.

 – Zapal sobie tato i pojedziemy. – powiedziałem i poszedłem do domu zostawić pusty kubek po kawie i narzucić na siebie kurtkę. Ciągle padało, jeśli przyjdzie nam choć chwilę czekać pod bramą Paranoi, przemoczymy się do suchej nitki. Tam nie ma się gdzie schować, chyba że w samochodzie.

 Podjechaliśmy kilka minut przed wyznaczonym przez ex czasie. Mimo to, nie czekając udałem się z auta prosto do bramy i nacisnąłem dzwonek. Jak wiele razy poprzednio odczekałem około minutę i kiedy nikt się nie pojawił nacisnąłem guzik ponownie. Pomiędzy dzwonkami przeszedłem się wzdłuż płotu. Zerknąłem w okna pokojów Małej Mi i Cześka. Wszystkie, dosłownie wszystkie okna miały pozaciągane żaluzje, łącznie z uchylnymi oknami w spadzistym dachu i tym drobnym okienku w łazience na piętrze. Kompletne zaciemnienie. Co najmniej, jakby się spodziewała nalotu. Nomen omen. Wróciłem do samochodu tylko po to by wysłuchać w radiu końcówki piosenki, kilku reklam suplementów diety, cudownego środka na grypę dla dzieci i stabilizatora męskości, a zaraz potem usłyszeć charakterystycznych piknięć oznajmiających pełną godzinę i jingla rozpoczynającego wiadomości. Wyszedłem z samochodu i po pięciu sekundach zobaczyłem Paranoję wychodzącą zza rogu jej domu. Zbliżyła się opatulona w szalik i kaptur do bramki.

 – Twoja córka nie przyjdzie do ciebie. Nie chce.

 – Nie wierzę.

 – Nie interesują mnie twoje wierzenia. Nie chce ciebie widzieć i nie chce od ciebie prezentu.

 – Kłamiesz. Mogę wejść do was na próg i ją zawołać? Przekonam się sam.

 – Nie, nie możesz. Żegnam. – rzuciła, po czym odwróciła się i pomaszerowała z powrotem do domu.

 – Proszę cię, to są jej urodziny. Nie rób jej tego. – Zdążyłem tylko krzyknąć za nią zanim zniknęła za rogiem nie zatrzymując się.

 Zastanawiałem się co robić. W głowie huczały mi słowa mecenasa Dębskiego.

 – Tylko niech pan nie robi nic głupiego, żadnych krzyków, żadnych awantur, a już nie daj boże próby wtargnięcia. Sąd będzie musiał pana za to ukarać, nawet jeśli racja jest po pana stronie. Niech pan, cokolwiek by się nie działo, przyjmuje dotychczasową taktykę. Do bramki, przyjąć co ma do powiedzenia na klatę, podziękować i od bramki.

 Jeszcze chwilę postałem na deszczu zastanawiając się, czy nie zatrąbić, nie zawołać, może jak mnie przez okno zobaczą to wyjdą? Bez sensu. Przecież ich matka miała i ma plan i nawet jeśli usłyszą, to tylko dostaną kolejny rozkaz i będzie jeszcze gorzej. Teraz pewnie nawet nie wiedzą, że tu jestem. A może wiedzą? A może rzeczywiście nie chcą?

 Zadzwoniłem na policję poinformować ich, że matka kolejny raz nie dotrzymała warunków ustalonych w sądzie i po przyjęciu raportu przez oficera dyżurnego ruszyliśmy do domu.

 Dołożyłem prezent dla Małej Mi i ten drobny dla Cześka do tych, które leżały przez kilka tygodni pod choinką. Jeśli będę musiał do nich dołożyć tegorocznego Wielkanocnego Zająca, to zacznie mi brakować miejsca na dnie szafy. I pęknie mi serce. Po raz kolejny.

 Mój ojciec nie za bardzo wiedząc co mógłby powiedzieć podreptał trochę w przedsionku i nie chciał nawet kawy.

 – Nieeee, za późno już trochę na kawę. Trzymaj się. Wszystko będzie dobrze. – podał mi rękę, założył czapkę i wyszedł.

 Ja za to nie zważając na porę, zaparzyłem sobie jeszcze jedną małą czarną. Ciśnienie mam i tak nakręcone do granic, że i bez niej długo nie zasnę. Znów stanąłem na wejściu do klatki. Gorący, aromatyczny dym z kubka mieszał się z tym papierosowym. Od całego świata oddzielała mnie ściana wiosennego, rzęsistego deszczu.