
XLVII
Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
Obudziłem się nieco wcześniej niż zwykle, zły na siebie, bo to weekend a ja zamiast spać snem sprawiedliwych budzę się napięty jak plandeka na dostawczaku i to z bólem głowy, którego wiem, że nie rozpędzę nawet dwoma tabletkami.
Siku. Tak bardzo siku. Co najmniej jakbym wczoraj wypił rzekę… No właśnie.
Byłem na firmowym ognisku kończącym spływ kajakowy. Na sam spływ, wcześniej, nie trafiłem, chciałem zameldować się pod płotem Paranoi, żeby znów usłyszeć, że nie dostanę Cześka i Małej Mi, a ich samych nawet nie zobaczyć. Wybaczcie mój sarkazm. Niby miałem sporo czasu by przywyknąć do tej sytuacji, ale jednak ciągle uwiera mnie jak kamień w bucie.
Ból głowy, a tak naprawdę – kac. Nie wierzyłem i dalej nie wierzę, mimo że to przecież czuję, że ta przypadłość będzie mi doskwierać po ponad roku bez alkoholu. Zabawne, nawet śmieszne, i straszne. Mój organizm ciągle reaguje na sam widok wódy, którą raczyli się moi znajomi przy ognisku, jakbym w tym uczestniczył. No, ale przecież uczestniczyłem. Byłem tam, siedziałem wśród nich, rozmawiałem z nimi. Od początku do samego końca, aż wynajęty bus rozwiózł nas po kolei do domów. Wcinałem kiełbachę z patyka, ogórki małosolne, ciacho specjalnie na tę okazję upieczone przez jedną z pań i patrzyłem jak popijają piwo, rozlewają wódkę i wznoszą toasty. Przy okazji tego rozlewania, co drugą kolejkę wracała kwestia:
– Ty nic? Ale tak kompletnie? Na pewno? Nie pijesz?
– Nie.
– Serio?
– Tak, serio.
Dochodziło nawet do takich dialogów, w których nieco bardziej niż lekko podchmielony jegomość tłumaczył mi się i przepraszał, że on pije. Raz nawet padło:
– Cholera, a ja się upiłem i mi wstyd przed tobą.
I znowu i śmieszno i straszno. Jak mam zareagować na takie deklaracje, abstrahując od tego, że w tym stanie czyjekolwiek i jakiekolwiek tłumaczenia niekoniecznie by dotarły? Przecież nie chodzę od człowieka, do człowieka, i nie prawię kazań na temat zgubnego wpływu spożywania alkoholu. Widocznie sama obecność osoby niepijącej wystarczy by kilku innym wpłynąć niekorzystnie na komfort picia. Całe szczęście dla delikwenta, na krótko. Wystarczyło, że odszedłem trzy kroki, a podpity uśmiech wracał na zawstydzoną przed chwilą twarz i impreza zaczynała mu się od nowa.
W sumie nie byłem jedyną niepijąca osobą w towarzystwie. Czy to piwa, czy wódki odmawiało wraz ze mną jeszcze parę osób, ale na widok wyciąganych przez innych abstynentów z kieszeni kluczyków samochodowych temat się urywał ze zrozumieniem i nikt nie myślał dopytywać się, czy aby na pewno sobie niepotrzebnie odpuszczają. To ja byłem traktowany z niedowierzaniem, bo nie piłem bez jakiegoś widocznego i zrozumiałego powodu, po prostu.
Oczywiście nie piłem „po prostu”. Wybrałem tak, bo wiem czym by to się dla mnie skończyło. Jestem alkoholikiem i jeden toast mógłby wystarczyć, by mój świat od ponad roku stawiany w mozole na nowo, runął. Być może kompletnie i nieodwracalnie. Nie musiałem tego jednak mówić towarzyszom zabawy. Nie od ręki, nie tu i nie teraz. Przyjdzie czas i na to, by podzielić się z nimi historią swojej choroby, tak jak przyszedł, by jednak kilku osobom w firmie przy tej, czy innej okazji, opowiedzieć o niej kilka słów.
Co ciekawe, o czym uprzedzali mnie jeszcze w ośrodku w trakcie terapii, każda z tych osób, z którymi o swoim alkoholizmie rozmawiałem, kiwała głową z uznaniem gdy wychodziłem wprost przed ich oczami z szafy, a już w czasie samej imprezy co bardziej namolnych polewających pytaczy dyplomatycznie odciągali na bok, ściągając na siebie ich zainteresowanie. Nie powiem, ich zawoalowane wsparcie zauważałem z ogromną wdzięcznością, ale nie dlatego, że bez niego bym sobie nie poradził. Bardzo je doceniałem, bo było.