XLIV Dwumiesiączka

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Nigdy nie należałem do jakichś strasznie rozwiązłych typów werbalnie kurwujących gdzie popadnie, używając chujów, pizd i tych wyżej wspomnianych jako przecinków. Nigdy też nie należałem do purystów językowych, oburzających się na to, że ktoś wprost coś pierdoli, czy ma wyjebane. Z rzadka się unosiłem na tyle, by puścić z siebie siarczystą wiązankę, a nawet jeśli najczęściej się kończyło na jednym, krótkim – o ja pierdolę, względnie, na – o kurwa mać! I tyle. Trochę się to zaczęło zmieniać, gdy przestałem pić, a tak naprawdę, gdy zacząłem trzeźwieć.

Jak już wspomniałem raz, czy drugi, miałem świadomość, że mój powrót do kraju nie tylko moje życie wywróci do góry nogami i bez względu na to, jakie intencje mi przyświecały, najprawdopodobniej niektórym się nie spodoba burzony przeze mnie, dotychczasowy porządek rzeczy. Już nawet nie o sam fakt mojego uzależnienia tu chodziło. Kasa była zawsze i zawsze na czas, więc spokojnie niezbyt skromy budżet domowy exów zawsze dopinał się na ostatni guzik, o ile nie ze sporym naddatkiem. Ja sam pojawiałem się raptem kilka razy w roku, raczej na krócej niż na dłużej, nie było więc możliwości nawet przypadkowego natknięcia się dzieciaków na mnie w markecie, czy na ulicy, że o byciu w ich bieżącym życiu nie wspomnę. Na te kilka chwil w roku najzwyczajniej w świecie exy dawały radę mnie znieść. Bilans się zgadzał. Niemały wpływ na konto przy minimalnym wpływie na latorośle i wszystko gra. Aż tu nagle sytuacja z mojej winy ma się kompletnie odwrócić. Wiedziałem, że będzie opór, ale w życiu nie przypuszczałem, że aż tak absurdalnie wielki.

Rozpoczęła się jakaś gorączkowa walka niemal na śmierć i życie. Niekończące się maratony po sądach, zbieranie dowodów na swoją niewinność i na winę tych drugich i na odwrót z tamtej strony. Tasowanie tych wszystkich za i przeciw, jak talię zgranych kart. Bez opamiętania, bez pomysłu, bez sensu. Nerwowo poruszony kamyk poruszał następny, ten następny, a ten jeszcze kilka i lawina spuszczonych ze smyczy wściekłych nerwów ruszała mi spod czaski i przetaczała się po mnie nierzadko zostawiając za sobą zgliszcza.

Oderwany od fałszywego uspokajacza, jakim wymyśliłem sobie, by była wóda, a jeszcze niezbyt nauczony, że w sumie to nie ma co wyważać otwartych drzwi, waliłem raz po raz głową w ścianę szarpiąc się z rzeczywistością, co oczywiście nie mogło nie wywoływać we mnie głodów. Sam nie wiem jak dałem radę nie sięgnąć po alkohol, nie schlać się do nieprzytomności, by znów oszukać swoje sumienie i mieć wszystko głęboko w dupie. To znaczy, wiem, ale jak o tym myślę to nie wierzę, że mi się to wciąż udaje.

Chodzę spotykać się z innymi alkoholikami. Przypominamy sobie i sobie nawzajem, kim jesteśmy i dlaczego co kilka dni się widzimy, by zamienić ze sobą parę ważnych słów. Nikt nigdy nie zrozumie alkoholika tak dobrze, jak drugi alkoholik. Nikt inny z miejsca nie wyczuje, że coś z trzeźwieniem danego delikwenta dzieje się nie tak, jak druga trzeźwiejąca osoba. Złapie najdrobniejszy niuans w lot i jeszcze doskonale będzie wiedziała jak zwrócić uwagę, aby nie wywołać buntu, złości, nie dolać benzyny do ognia, tylko na spokojnie pokaże jak ugasić każdy jeden pożar.

Tak samo odwiedzam regularnie psycholożkę. To ona mi podpowiedziała, że może w zaciszu swojego domostwa, to mogę sobie upuścić tej złej krwi bezkarnie rzucając mięsem, a w zasadzie, to nie tylko w domowym zaciszu. – Jak jest pan wśród swoich to chyba nikt się nie obrazi jak pan raz czy drugi zaklnie, żeby rozładować swoje emocje. Po coś te wyrazy w końcu są w słownikach i leksykonach.Jakoś od czasu tej uwagi, nieco rzadziej przebieram w słownictwie i sięgam bez pardonu po ciosane grubą czcionką pierdolone kurwy i chuje, ale wciąż staram się trzymać raczej w jakichś ryzach, aby nie przesadzić. Z jednym wyjątkiem, od którego z resztą w sumie się zaczęło.

Co dwa miesiące z paroma osobami, które również skończyły ten egalitarny uniwersytet trzeźwienia co ja, ruszamy nieco zbyt wczesnym jak na weekend rankiem, zaliczyć sesję egzaminacyjną wraz innymi geniuszami destrukcji, pod czujnym okiem naszych Terapeutów.Jeżdżę tam z Misiem i Margolcią, dołącza się też czasem Pankracy. Wesoły automobil mknący po wyboistym relikcie PRLu, zwanym dumnie szosą, wiedziony ręką kobiety po przejściach, z trzema facetami z przeszłością, jako pasażerami.

Co osiem tygodni, oprócz nas, całkiem spore popaprane bractwo zjeżdża się, niekoniecznie tylko z okolicy, by znów usiąść w kilkunastoosobowej grupie ze swoim Terapeutą i odpowiedzieć na fundamentalne pytanie

– Mick, a co tam u ciebie?

– A dziękuję, chujowo z przejaśnieniami. – odpowiadam i nikomu nawet powieka nie drgnie, jakbym rzeczywiście opowiadał o pogodzie z wdziękiem Tomasza Zubilewicza.

Siedząc na kawach z fajką w czasie wolnym od zajęć terapeutycznych w ośrodku, nie rozmawialiśmy o pogodzie. Opowiadaliśmy sobie historie, które przypadkowy słuchacz mógłby raczej wziąć za streszczenia kolejnych odcinków Strefy Mroku. Opowiadaliśmy o sobie, o ludziach, czasie i szansach jakie straciliśmy pijąc. O kolejnych etapach tracenia szacunku w oczach innych i co gorsza, w swoich własnych. O powolnym, ale za to bardzo konsekwentnym, wyrywaniu siebie z korzeniami z rzeczywistości, o mozolnym, godnym lepszej sprawy, podtapianiu się w piwie, wódzie, winie, w alkoholu. Nie muszę chyba dodawać i jakoś specjalnie tłumaczyć, że język tych opowiadań nie zawsze nadawał się na salony, ale nikomu to nie przeszkadzało. To nie było istotne. Ważne było wszystko co padało pomiędzy kolejnym kurwa i pierdolę. Tam spotykała się szczerość z zaufaniem i nikt się nie bał, że jego samoobnażenie się zostanie użyte przeciw niemu. Niechby ktoś spróbował, reszta zjadłaby go żywcem. Nigdy kompletne odsłonięcie się w grupie nie było poczytane jako czyjaś słabość. Wręcz przeciwnie. A grubiański język? Cóż, opowieści same w sobie zawierały tak drastyczne szczegóły, że te szorstkie, niewygodne dla wielu wyrazy, stanowiły w nich niemalże ozdobniki.

Opowiadam więc na tym zjeździe absolwentów z rozbrajającą szczerością o swoich porażkach, strachach i lękach, o rozterkach i bólu dupska. O tym co mnie wkurwia i z czym sobie nie radzę. Chwalę się tym co mi wychodzi, co się udaje, i skarżę na to, przed czym wciąż wpadam w panikę, złość, a czasem w rozpacz. Oni słuchają uważnie i rejestrują każde przekleństwo jakie pada w opowieści, bo jakoś tak się składa, że im cięższe to mięcho, tym problem bardziej ważki. Wkurwobarometr. Słuchają, a potem mówią do mnie. Opieprzają mnie, klepią po plecach, zastanawiają się razem, którędy przepchnąć te gówno, co mi bezczelnie zaległo na drodze. Śmieją się ze mnie, albo biją mi brawo. Potem następna osoba wchodzi na świecznik i cały proces rusza od nowa z kimś innym w roli głównej. I tak przez cały dzień z przerwą na coś, co od biedy nazwać by można obiadem. Opowiadania, brawa, płacz, śmiech, wszystko z ludźmi niby przypadkowo wrzuconymi na kilka chwil w jedno miejsce.

Lubię tam jeździć. Lubię widzieć twarze które poznałem jakiś czas temu w ośrodku, z którymi spędziłem bardzo ważny kawał czasu, wypaliłem setki papierosów przy dziesiątkach kaw. Lubię spotkać się z ludźmi, którzy wraz ze mną doświadczyli prawdy o sobie, i wraz ze mną zaczęli ją na nowo budować. Bardzo lubię widzieć, jak niezniechęceni niczym i przez nikogo, wciąż, bezustannie, z uśmiechem i dumą wypisanymi na twarzy, ciągle ciężko pracują nad coraz lepszymi sobą. Wprost to kurwa ubóstwiam!