LXXVII Ruchome dno

/kadr pochodzi z filmu Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki – 2008 reż. S. Spielberg/

 – Cia-ste-czko? – mlask, mlask – Masz o-cho-tę? – sylabizował Wujek z ustami pełnymi bomby kalorycznej, stojąc w progu.

 – Pomyślałem, – kontynuował, gdy już przełknął – że osłodzę ci tę nerwówkę na ostatniej prostej przed jutrzejszym wyrokiem.

 Facet pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wdzięczny mu jestem za te drobne gesty, dowcipkowanie, czasem nawet bardzo na siłę, z tej całej mojej sytuacji i pokazywanie swojej twarzy, do której mogę mówić.

 W rzeczy samej, ostatnie dwa tygodnie zszargały mi nieco nerwy. Choć bardzo chciałem i wiedziałem, że powinienem, nie umiałem przejść do porządku dziennego nad tym, że mam cierpliwie czekać, bo nic nie mogę zrobić. I kropka. Ha, ha, ha. Całe to moje miotanie się z samym sobą, jak głodny lew po pustej klatce, uzmysłowiło mi ile jeszcze pracy przede mną. Kolejny raz przypomniało, że alkoholizm jest nieuleczalny i choćbym nie wiem jak dobrze się czuł, muszę się pilnować, muszę ciągle uważać na siebie i nie ustawać w pielęgnowaniu swojej trzeźwości, bo niezaopiekowany nadmiar emocji mnie wykolei. I tak myślę sobie że jest całkiem nieźle, skoro mimo tej nerwówki i wszystkiego, co sam sobie w związku z nią niepotrzebnie fundowałem, umiałem to zobaczyć i choć próbowałem to wytłumiać.

 Przed salą rozpraw byłem niecałe dziesięć minut przed czasem. Na wokandzie, po raz kolejny, wyświetlono numer sprawy z moim nazwiskiem i Cześkiem jako pozwanym. Znowu bez Małej Mi i ich matki jako przedstawicielki ustawowej. Wyglądało to co najmniej fatalnie i z tego fatalnego wyglądu skorzystała Paranoja, robiąc przed pierwszą rozprawą zdjęcie ekranu z wokandami i pokazując je Cześkowi.

 – Zobacz, tata tak cię kocha, że pozywa ciebie do sądu. Widzisz? Zapamiętaj sobie i zapytaj tatę przy najbliższej okazji dlaczego ci to robi. Wstydu nie ma?

 Jego matka pochwaliła się tym co zrobiła, na korytarzu sądowym, tak bym to usłyszał. Oczywiście ani na krztę nie wierzyłem w to co mówi. Zapisałem jej to na próbę wyprowadzenia mnie z równowagi przed wejściem na salę rozpraw, co musze powiedzieć, nie do końca po mnie spłynęło. Niestety, po jakimś czasie, kiedy jeszcze miałem możliwość porozmawiać z dziećmi  telefonicznie, Czesiek przestał podchodzić do słuchawki i rozmawiałem tylko z Małą Mi.

 – Co się dzieje córcia, dlaczego młody nie chce gadać?

 – Jest na ciebie zły?

 – Zły? Na mnie? O co?

 – Mama opowiedziała nam o rozprawie i pokazała, że go pozwałeś. Wkurzył się i popłakał.

 Spędziłem z nią na telefonie kawał czasu, tłumacząc na czym ten nieszczęsny trik polega i dlaczego to musi brzmieć jak brzmi. Co to wokanda, opiekun ustawowy, pozywający, pozwany. Dwunastolatce. Nie brzmiała w czasie tej rozmowy, jakby potrzebowała specjalnych wyjaśnień. Rozumiała co do niej mówię i zadawała pytania, które to potwierdzały. Zanim się rozłączyliśmy, powiedziała, że spróbuje to Cześkowi wytłumaczyć. Biorąc pod uwagę jego obecne zachowanie, ich matka wydaje się mieć większy dar przekonywania od swojej córki.

 Stałem na korytarzu sam. Ani żywego ducha. Paranoja nawet nie przysłała swojego adwokata, nie mówiąc o pojawieniu się jej samej. Obecność na odczytaniu wyroku nie jest obowiązkowa. Ciągle się zastanawiam, czy jej nieobecność będzie nonszalancją, czy moje pojawienie się nadgorliwością? Nieważne.

 – Proszę wejść, odbędzie się odczytanie wyroku sprawy nr… z powództwa… przeciwko… – zabrzmiało z głośnika nad drzwiami Sali.

 – Proszę zająć miejsce. – powiedziała do mnie sędzia, gdy już wszedłem do środka.

 Szybko odprawiła formalności i zaczęła czytać wyrok wraz z uzasadnieniem. Tak mi się wydawało. Najpierw przypomniała mój wniosek i argumenty jakie przytoczyłem, by go uwzględnić, potem argumenty jakie podniosła ex, by go odrzucić. W końcu dowiedziałem się, co zawierał ten pieprzony punkt czwarty, który już dwa tygodnie temu został wystrzelony w kosmos bez prawa powrotu przez co mącił skutecznie mój spokój. Ex nie zostanie obciążona kosztami procesu, czyli, jak wytłumaczyła sędzia, dzieci nie będą obciążone. Widzę to dokładnie odwrotnie, ale to moja złość przyprawia mnie o taką optykę…

 – Powód z własnej woli zrezygnował z pracy zagranicą i porównując z obecnymi warunkami, pozbawił się prawie trzech czwartych środków do życia, argumentuje to swoim stanem zdrowotnym, czyli depresją oraz chorobą alkoholową, którą skutecznie leczy, od dwóch lat

Pozostając w trzeźwości. Ponadto przeprowadzka do kraju i rodzinnego miasta wiąże się z jego wolą ponownego, pełnego udziału w życiu i wychowaniu swoich dzieci, co sąd uznaje za argumenty będące podstawą, by uwzględnić jego zmianę sytuacji bytowej na gorszą i obniżyć kwotę alimentów, z klauzulą wykonalności od dnia złożenia wniosku, do kwoty pomniejszonej o niecałą jedną czwartą pierwotnej sumy.

 Pomniejsza o jedną czwartą?! To żart? Przecież to połowa mojej wypłaty, a gdzie jeszcze pieniądze dla Szopena? A co ze spłatą zaległości? Kurwa! A rachunki za prąd, wodę, czynsz?

A bułka z masłem?

 Pieprzona cha-cha. Dwa do przodu, jeden w tył. Znowu, jak w cholernym déjà vu, z rozprawy ze Złośnicą. Alimenty obniżone, czyli twój dług dalej będzie rósł, tyle, że trochę wolniej. Co się zbliżę do dna i zbieram się żeby w końcu się porządnie odbić, jakaś siła z rechotem je obniża. Kurwa mać. Ile razy jeszcze?!?

 – Rzeczywiście panie Mick, – powiedział mecenas Dębski siadając naprzeciwko mnie za stołem – trochę dużo, na pewno więcej niż się można było spodziewać. Ale spokojnie, już jest jakiś krok do przodu. Sama kwota zaległości dosyć znacznie zmalała. Przynajmniej jako całość, w skali półtorej roku, jakie panu się ta sprawa ciągnęła. Śmiało zaryzykowałbym apelację.

 Im dłużej mówił, zadawał pytania o uzasadnienie jakie słyszałem od sędzi, tłumaczył poszczególne niuanse, tym byłem spokojniejszy. Wiedza. Wiedza poparta konkretnymi przepisami recytowanymi przez mojego adwokata działała jak skondensowana melisa. Luksus, którego nie miałem od początku moich przygód na sali sądowej.

 – Najważniejsze, że z chwilą odczytania wyroku, komornik, nawet jeśli dojdzie do licytacji, może panu zabrać o parę ładnych tysięcy mniej. Zmniejsza się panu dług mimo, że wyrok nie jest prawomocny, bo ma klauzulę natychmiastowej wykonalności. Niech pan to próbuje wykorzystać, może uda się teraz panu spłacić tę zaległość?

 – Nie mam z czego. Nie mam z czego tego uzbierać. Nawet na bieżące kwoty, te pomniejszone, mnie nie stać. Nikt, ani exy, ani Sąd, nie chce czekać aż poważnie stanę na nogi. Gdyby nie te cholerne długi, pewnie za jakiś rok, może trochę dłużej, dałbym radę takim sumom, ale teraz?

 – Spokojnie – powtórzył Dębski – załatwimy apelację, może uda się coś ugrać.

 – Może…

 – Dopilnuję formalności, by rozpocząć odwołanie, a tymczasem, musimy pana przygotować na poniedziałek. Zajmiemy się teraz pana najmłodszym synkiem.

 One step at a time.* Cierpliwości chłopaku, cierpliwości.

___________

*ang. – w tłumaczeniu dosłownym „jeden krok na raz”, znaczy tyle samo, co polskie „spiesz się powoli”

LXXV Straż! Straż!

/kadr pochodzi z filmu „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” reż. M. Koterski 2006/

oto widać idą ludzie przy wystawach

i o cudzie myślą i nareszcie

nad głowami anioł leci

od tej pory komuś w życiu będzie znacznie lepiej… /Raz, Dwa, Trzy – W wielkim mieście/

 Wspominałem już, że czas niebezpiecznie mi się kurczy i jego brak jest moją największą bolączką. Z wielu względów.

 Przede wszystkim chodzi o Małą Mi i Cześka. Już od ponad roku nie mam swojego czasu z nimi, mimo zawartej w sądzie ugody, mimo dwóch wygranych spraw, jednej z mojego, a drugiej z powództwa ich matki. Czas gra tu kluczową rolę, bo mimo wyroków nakazujących matce wydanie dzieci ojcu na widzenie pod groźbą kary, nic takiego się nie dzieje. Ma to w nosie i idzie w zaparte. Mało tego, pierze naszym dzieciom mózgi do tego stopnia, że one same odmawiają chęci spotkania ze mną kuratorowi, który je odwiedza, mimo, że wcześniej, zanim matka wpadła na tak karkołomny pomysł regularnie wypraszały u niej czas spędzany ze mną poza rozkładem jazdy ustalonym w sądzie.

 Nie pierwszy i zapewne nie ostatni taki przypadek w historii napieprzania się rodziców po rozwodzie. Na pewno smutny.

 Dzieci dochodzą, bardzo logicznie z resztą, do takiego momentu, by nie znajdować się w rozdarciu, ciągle między młotem a kowadłem, że odpuszczają swoje własne emocje i poddają się biernie narracji z zewnątrz. Przejmują widzenie spraw z punktu widzenia osób im bliskich. Osób z ich codziennego otoczenia.

 O ten czas właśnie mi chodzi. O tę codzienność w ich otoczeniu, do której nie mam dostępu nawet na chwilę. Mała Mi i Czesiek nawet na krótki moment nie są wstanie skonfrontować perspektywy przejętej od matki z jakąkolwiek inną. Nie miały tej możliwości od ponad roku i nie mam pojęcia na jak długo jeszcze zostaną tego pozbawione.

 Mądruję się, co? Muszę. Muszę patrzeć na to w ten sposób, tak jak opisują takie przypadki psychologowie i pedagodzy, bo inaczej zapadnę się sam w siebie. Muszę wierzyć, że scenariusz wskazywany w zdecydowanej większości przypadków przez specjalistów od dziecięcych umysłów rozgrywa się w głowach moich dzieci, bo najprawdopodobniej już dawno wszystko bym odpuścił. Gdybym odpuścił, moje malce dostałyby bardzo jasny, jednoznaczny komunikat, że to co stara się wpoić im ich matka na temat ojca jest prawdą. Gdybym odpuścił, powiedziałbym im wprost, że już nie są dla mnie ważne.

 Czas gra bardzo na moją niekorzyść. Im dłużej to wszystko trwa, tym bardziej wszyscy są tym zmęczeni. Dzieci, exy, ja, nasze rodziny. Im bardziej wszyscy są zmęczeni, tym bardziej, niemal odruchowo, szukają jakiegokolwiek rozwiązania na teraz i na już. Rozwiązania niekoniecznie dobrego, ale na pewno kończącego tą gehennę, którą każdy, nawet wydawałoby się pozbawiona uczuć ex, przeżywa od zbyt dawna. Wiele razy zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby spakować swój mandżur i przenieść się z powrotem na Wyspy Prosperity, do Molocha. Dać dzieciakom spokój, odpuścić, odżałować i zacząć żyć sam sobie.

 – Chciałby pan wrócić do picia po tym wszystkim co pan osiągnął? – zapytała mnie na takie rewelacje psycholog, z którą wciąż mam sesje.

 – Czy ja wiem, czy od razu pić? Żyć swoim życiem. Nie byłbym pierwszy, który zaczyna od nowa.

 – Prawda. Niech jednak mi pan przypomni, z jakiego powodu zaczął pan pić? Nie sądzi pan, że świadomość odcięcia się od swoich dzieci, zostawienia ich, co przecież odnotują, a ich mama na pewno od czasu do czasu im to przypomni, nie spowoduje takiej katastrofy w pana emocjach, że znowu pan sięgnie po chemiczne wyregulowanie nastroju?

 – Przecież teraz już wiem, że to tak się dzieje. Nie umiałbym tego sobie racjonalnie poukładać? Nie wytrzymałbym?

 – O zapewne na początku tak. Rok, może dwa, kto wie, może i nawet trzy, choć nie sądzę. Niech pan nie zapomina, że zerwałby pan relacje również z najmłodszym, która przecież mimo przeszkód rozwija się wręcz wzorowo. Jest pan jego ojcem na pełen etat, żadne tam doskakiwanie, a wiele wskazuje, że będzie jeszcze lepiej.

 Prawda. Z najmłodszym, mimo, że jego mama od czasu, do czasu również potrafi sprawić przez nikogo nie przewidziane problemy, widuję się regularnie z tytułu zabezpieczenia widzeń na czas rozprawy. Na ostatniej dostałem, jak mi się wydaje, dosyć jasny sygnał, że mój wniosek ma spore szanse zostać rozpatrzony pozytywnie, więc tego czasu z małym będzie jeszcze więcej. Muszę jeszcze chwilę poczekać. Trzy tygodnie. To dosłownie chwila w perspektywie roku, od kiedy te wszystkie historie się toczą. Bardzo liczę na to, że usłyszę w końcu ostateczny wyrok i… I przecież nie spieprzę tego w tym momencie kapitulacją i ucieczką, już nawet abstrahując od zagrożenia jekie to może mi przynieść. Nie ma mowy.

 Za dwa tygodnie usłyszę jak się sprawy mają z obniżeniem alimentów. Nareszcie! Jeśli myślicie, że tu chodzi o kasę, to macie rację. Ale zapewniam, że nie w tym sensie jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.

 Time is money. Czas to pieniądz. Tak, o to mi chodzi.

 Od jakiegoś czasu powoli staję na nogi. Nie wierzyłem, że to jest możliwe, by w wieku ponad czterdziestu lat zacząć żyć od nowa. Nie dopuszczałem do siebie takiej możliwości, dopóki nie poznałem ludzi z AA. Opowiadałem już o tym, że spotkałem na swojej drodze chodzące i żyjące, ba! całkiem nieźle żyjące, przykłady wcielenia w życie powiedzonka, że nigdy nie jest za późno. Nie jest. Sam staję się tego przykładem. Nie jest łatwo i nie jest szybko. Nie jest dobrze, ale jest coraz lepiej. Z czołem podniesionym wysoko i bez wstydu odwiedziłem komornika gdy podjąłem pracę, by zakomunikować mu, że od teraz ma skąd ściągać moje wciąż rosnące zadłużenie. Zmieniłem pracę na lepszą, nieznacznie lepszą, żadna spółka skarbu państwa, niestety, ale kolejny krok do przodu. Ponownie odwiedziłem komornika z dokumentami. Dług alimentacyjny znów nieco spowolni. Czas, czas nie zwolni ani na chwilę.

 Nigdy przez czas od kiedy rozstałem się z mamą Małej Mi i Cześka nie przeszło mi przez myśl, że przestanę dokładać się do ich wychowania, nie tylko finansowo. Po urodzinach Szopena z dwójki dzieciaków jakie miało to dotyczyć, zrobiła się trójka. Powoli, odwiedzając regularnie sale sądowe w moim mieście staram się to udowodnić i pewnie swój cel w jakimś tam stopniu osiągam. Powoli. A jakże inaczej. Musi być powoli. Obie exy uzbrojone w adwokatów w jednym narożniku i ja kompletnie zielony w temacie chociażby zachowania na sali sądowej w drugim. Dawid i Goliat. W dodatku, nawet jeśli z procą, to bez pojęcia jak jej użyć.

 Walczę z exam, dwoma, walczę z matkami wychowującymi dzieci, walczę ze stereotypem alkoholika, walczę z machiną systemu, dla którego wszystkie nasze sprawy są po prostu kolejnymi statystykami, jednymi z wielu, w dodatku niezbyt atrakcyjnymi. Walczę ze swoim brakiem wiedzy na temat procesów i prawa jako takiego. Nie ma wyjścia, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka nie wygląda to dobrze, na drugi też nie. W dodatku, z tych wszystkich walk wynika ta najważniejsza. Walczę z czasem.

 Walczyłem.

 Od teraz, będziemy walczyć.

 – Cześć, z tej strony Bierny Czytelnik, trafiłem na twojego bloga jakiś czas temu i teraz, można powiedzieć, że śledzę stale. – odezwał się do mnie głos w telefonie z messengera.

 Fajnie, pomyślałem sobie, zawsze to miło usłyszeć, że pisanina jaką uprawiam znajduje czytelnika, a nie ląduje w szufladzie, nawet jeśli jest to szuflada nieprzebytego odmętu Internetu. W dodatku czytelnik jest na tyle pisaniną poruszony, by dać osobiście o tym znać.

 – Cześć. Czy mogę jakoś pomóc? – odezwałem się, w zasadzie niemal z rozpędu. Kilka razy się zdarzyło, że ludzie trafiający na bloga zapytywali mnie jak mają zacząć swoje leczenie z tego paskudnego choróbska, jak pomóc bratu, żonie…

 – Wiesz, w zasadzie, to ja chciałbym zaoferować swoją pomoc tobie – odpowiedział Bierny.

 – Przepraszam, ale jak to mam rozumieć?

 – Zwyczajnie, tak jak mówię. Chciałbym zaoferować pomoc. Czytam, jak już mówiłem, i widzę wiele podobieństw w sytuacjach jakie opisujesz, do tego co sam przechodziłem i przechodzę. Wiele razy twój blog podtrzymywał mnie na duchu. Bywało, że w dołku sięgałem po twoje wpisy i je czytałem, czasami nawet w kółko i dzięki temu znajdowałem oparcie i jakoś udawało mi się dać radę.

 Zamurowało mnie. To nie był komentarz pod postem, to był żywy głos w słuchawce. Mówił do mnie.

 – Wiesz, tylko mogę domyślać się jak może być ci ciężko, bo nawet jeśli nasze sytuacje są w jakiś sposób podobne do siebie, ja w porównaniu z tobą miałem i mam naprawdę lightowo. I wkurza mnie to strasznie, że musisz radzić sobie sam, bo nie stać cię na profesjonalistę, który najzwyczajniej w świecie nie pozwoli tym kobietom z ich papugami na co tylko chcą, a i na sędziach też wywrze niezbędne minimum presji. Może mając kogoś takiego byłbyś w tej chwili już po wszystkim.

 – Pewnie masz rację. To fakt, czuję jak mój brak wiedzy powoduje obsuwy. Wiem, że pewnie przynajmniej w kilku miejscach osoba obeznana w temacie mogła by odrzucić jakiś wniosek, z jakimś innym sama się zgłosić. Byłoby lżej mieć kogoś takiego obok.

 – No i ja właśnie z tym chciałbym ci pomóc. W jednym z ostatnich wpisów wspominasz mecenasa Dębskiego, nie chciałbyś z nim zacieśnić współpracy?

 – Cóż, nie zawsze chcieć, to móc.

 – Potraktuj to jako odwdzięczenie się za dobre słowo odczytane z twojego bloga. Ja zapłacę za jego usługę. Poważnie. Niech weźmie wszystkie sprawy jakie masz otwarte, niech ciebie reprezentuje w sądzie. Niech każdą jedną poprowadzi do końca, do zamknięcia tematu. Uważam, ze nikt nie zasługuje na skazywanie go za przeszłość. Udowodniłeś ponad wszelką miarę, że zasługujesz na drugą szansę. Dawaj nr konta pana Dębskiego. I masz za swoje, jest jeden do jednego. Ja przy twoim blogu też płakałem.

 Łzy od kilku chwil bez przerwy cisnęły mi się do oczu. Nie wierzyłem, że to słyszę. Nie wierzyłem, że to się dzieje. Działo się. Działo się w tempie błyskawicznym. Mecenas Dębski poinformował mnie, że na jego koncie zaksięgowana została wpłata z tytułem „za reprezentację ojca trójki malców” i że czeka na podpisane przeze mnie pełnomocnictwo.

 W życiu, tym nowym, jakie teraz wiodę, trzeźwiejącego alkoholika, nie pomyślałem, że hasło „ja stawiam” spowoduje jeszcze kiedykolwiek we mnie tyle radości i nawałnicy pozytywnych emocji. Prawdziwych pozytywnych emocji, bez samooszukiwania się.

– Dziękuję!

LXII Danie dnia

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

– Nie jutro! Dzisiaj! Wpadnij koniecznie dzisiaj. Ja muszę to wszystko usłyszeć od ciebie i teraz. Zrobię ci kanapki z paprykarzem na kolację! – trajkotała jak karabin maszynowy moja Siorka zanim się rozłączyła.
Podłożyłem jeszcze kilka konkretnych szczap do pieca, odczekałem nie do końca wystarczająco długo, aż się w nim porządnie rozpali, przymknąłem drzwiczki za ledwo buchającym płomieniem i pognałem przez wilgotny i zimny wieczór podzielić się ostatnimi wiadomościami z najmłodszą w rodzinie w moim pokoleniu.
Kiedy się pojawiłem w jej progu, jej syn, JunioR, z przekąsem poinformował mnie, że przeze mnie mama nie będzie miała z czego mu zrobić kanapek do szkoły, po czym przybiliśmy sobie piątkę i wrócił do tabletu, by zabijać śmiertelnych wrogów galaktyki online.
– Mów! – powiedziała do mnie Siorka zabierając się za przygotowywanie dla mnie bułek – Mów wszystko po kolei, albo nie po kolei, ale wszystko. Paranoja mocno wkurwiona?
– Czy mocno to nie wiem, ale na moje „cześć, do widzenia”, odpowiedziała krótkim „spierdalaj”.
– No co ty? W sądzie? Na korytarzu? Przecież ktoś mógłby ją usłyszeć i cały misternie budowany wizerunek kulturalnej pani pedagog z przedmieść runąłby jak domek z kart. Pozwoliła sobie?
Uznałem pytanie za retoryczne i wzruszyłem tylko ramionami.
– No mów!
– Ale w zasadzie, nie wiem co? Cała rozprawa trwała jakieś dziesięć, no może piętnaście minut. Po tradycyjnym wstępniaku Sędzia zapytała o to, czy mamy jakieś wnioski do przedstawienia, oświadczenia i takie inne. Podałem zaświadczenie od Migotki, że ukończyłem cały kontrakt w Ośrodku, wypełniając go co do joty i to wzorowo, i że całkiem nieźle rokujący ze mnie misiek. Standard dla kogoś kto trzyma się rok po zakończeniu terapii stacjonarnej ustaleń terapeutycznych, i regularnie wpada do Doliny Muminków dać znać co u niego i pokazać młodszym, że dawanie rady jest możliwe. – Siorka potakiwała, jakby do rytmu tego co i jak mówiłem.
– Dołożyłem, jak na przykładnego pracownika biurowego przystało, tabelkę stworzoną w Excelu, którą przez cały miesiąc panie pielęgniarki cierpliwie wypełniały szeregiem zer, podpisami i pieczątkami ze swoimi nazwiskami i numerami seryjnymi. Same zera, bez wyjątku. Dwa razy dziennie, przed pracą i przed pójściem spać, dmuchanie, wynik, wpis do tabelki, pieczątka. 0‰ od góry do dołu, przez prawie pełne trzy strony. Nawet na Sędzi, która przecież widziała i słyszała już chyba wszystko, zrobiło to wrażenie.
– A ex co na to?
– Powiedziała, że to tylko miesiąc, a na zeznania jej świadków na poprzedniej rozprawie nawet nie zaprzeczyłem, więc uznaje, że jestem trzeźwy od miesiąca.
– Serio? Ale jak ty się miałeś odnieść, jak nie ty byłeś odpytywany?
Machnąłem ręką.
– Nie ważne. Pani Żółć po raz kolejny stwierdziła, że mój wniosek jest bezzasadny, bo za każdym razem, bądź niemal za każdym razem, proponowała mi alternatywę dla widzeń, a nawet, jak stwierdziła, widziałem się z dziećmi poza sądowym rozkładem jazdy z jej inicjatywy. Dwa razy.
– Co?! Kiedy niby ona dała Ci dzieciaki? Poza kolejnością i sama z siebie?
– No właśnie. Przypomniałem Sędzi i jej, że gdy wpadła z dziećmi po część szkolnej wyprawki, to to był mój pomysł, o co z resztą prosiłem przez kilka dni, a kiedy jej facet przyjechał z dziećmi na rowerach to ja umawiałem się z nim, nawet nie z nią. A że i za pierwszym i drugim razem nie byli zadowoleni to już nie moja wina. Dzieciaki miały chociaż odrobinę frajdy. Ja na pewno. Nie wiem co chcieliby żeby się wydarzyło, żeby poszło po ich myśli, i na pewno tego nie rozumiem.
– I wiesz co? – kontynuowałem – To było w zasadzie wszystko. Jeszcze tylko pokazałem sms od nich, gdy wspomniała, że regularnie zapraszają mnie na negocjacje i ciągle wyciągają rękę do kompromisu.
– Tego gdzie wyzywają cię od pijaków z przerośniętym ego?
– Tego.
– I co? Jak zareagowała Sędzia?
– W pewnym sensie nijak. Ogłosiła przerwę i po kolejnych dziesięciu minutach odczytała wyrok z uzasadnieniem.
– Rzeczywiście szybko ta końcówka poszła, jak na tak przeciągającą się gehennę. Jesteś zadowolony z wyroku?
– Poważnie musisz pytać? Jestem wniebowzięty! Jak cholera! Tym bardziej, że pozostałe sprawy są przecież niemal bliźniacze, więc chyba nie mogą w nich zapaść sprzeczne ze sobą wyroki. Sędzia z resztą pośrednio już się do nich odniosła. Orzekła, że żądanie ex co do widzeń pod jej kontrolą jest niedopuszczalne do wykonania i Paranoja nie ma na nie co liczyć.
– No brat, doczekałeś się! – powiedziała Siorka kładąc mi pod nosem talerz z bułkami, na których leżały szynka, ser i pomidory.
– A gdzie obiecany paprykarz?
– Zjadłam. Dobry był. Smacznego.

XLII Nawet diabły, chodzą po ulicy i…*

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.


Jest niedziela, popołudnie. Mija kolejny weekend, kiedy to przekonuję siebie, że nic się nie stało. Wmawiam sobie, że wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę nic nie jest. Już nawet nie chodzi o to, że mam obawy czy nie pieprznę tego wszystkiego i pójdę się nawalić. Nie, nie pójdę. Kończą mi się za to pomysły, skąd brać siłę by to wszystko po prostu znieść. Tak po ludzku. Zaczynam rozważać w swojej głowie, czy przypadkiem nie przejść się do sądu, nie wyciągnąć wszystkich papierów, położyć ręcznik i zniknąć.


Po raz kolejny, Paranoja za nic ma postanowienia sądowe i tak jak przez ostatnie pół roku nie spędzam soboty z dwójką moich starszych dzieci. SMSem dostaje od niej wiadomości tłumaczące ją dlaczego niby tak a nie inaczej się dzieje. Są to półprawdy, które zostaną użyte w sądzie, i tylko od Wysokiego sądu zależeć będzie czy uwierzy jej, czy mi.


Niezależnie od tego co w tych SMSach było, przy płocie, kiedy podjechałem po córkę, bo syn wyjechał z klasą na wycieczkę, po raz kolejny usłyszałem, że:

– Moje dziecko nie spędzi z pijakiem chorym psychicznie ani minuty.

Wierzcie mi, zaciętość wymalowana na jej twarzy mnie przeraża. Kiedy ją taką widzę i słyszę włos mi się jeży na karku i na serio boję się każdej kolejnej sprawy sądowej, bo pomimo tego, że daję z siebie naprawdę wszystko i jeszcze więcej, nie wiem na jakie zarzuty muszę się przygotować i co będę zmuszony udowodnić, pokazać i jak, by przekonać sąd, że są to kłamstwa.

Złośnica z kolei, gdy przyjechałem w sobotę po Pac-Mana, ni z tego ni z owego, bo przecież jeszcze w środę po południu bawiłem się z nim w najlepsze po żłobku, zakomunikowała mi pomiędzy jednym a drugim zaciągnięciem się papierosem, że:- Nie podoba mi się Twoje zachowanie i Pac-Man zostaje w domu.Powtórzyła to samo dzisiaj z rana przez domofon, gdy naiwnie stawiłem się o umówionej porze, licząc, że wczoraj miała po prostu gorszy dzień.

– Pac-Man zostaje w domu. – trzaśnięcie słuchawki i cisza.

Umawiają się? Planują razem takie akcje? Nie wiem, i nie wiem, czy chcę wiedzieć. Wiem, że długo nie dam rady, ot tak przechodzić nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie rozumiem jak one potrafią?! Czy je to nie męczy? Nie spala? Da się tak kompletnie i całkowicie wyzuć z sumienia? A co jeśli są święcie przekonane o tym, że gnojąc mnie wcale nie robią dzieciakom krzywdy, albo, że wcale mnie nie gnoją, tylko właśnie bronią dzieci przed krzywdą. Co, jeśli to ja wciąż bredzę, i to one mają rację, że należy dzieci przede mną chronić?!

Takie, a czasem jeszcze ciekawsze gonitwy myśli wywracają mi mózgownicę kilka razy dziennie. Bezpośrednio po takich zdarzeniach oczywiście ze zwielokrotnioną mocą. Czasami sam się sobie dziwię, że jeszcze nie zapiłem, albo nie rzuciłem się pod TIRa, bo w sumie, to na jedno by wyszło.

Co jakiś czas przychodzi do mnie refleksja, że skoro nawet ja rozważam sobie scenariusz pt. to może one mają rację a nie ja, to co ma powiedzieć ta kobieta która będzie nas rozsądzać? I w takich momentach mrozi mnie do szpiku kości. Bo przecież może im dać wiarę. Sam aż za dobrze wiem jak to wygląda z boku. Alkoholik, dwukrotnie próbuje ułożyć sobie życie i daje ciała za każdym razem. Pewnie przez wódę, w końcu alkoholik. A teraz nagle się nawrócił i męczy te biedne kobiety, na których barki zrzucił cały ciężar wychowania i dbania o te malce. Każda by takiego zostawiła, każda by potem chowała przed takim dzieci.

Panika. Po każdej takiej myśli niemal zwijam się ze strachu w pozycję embrionalną i tylko cholernego kciuka w gębie brakuje. Dopiero po chwili przychodzi na powrót odrobina spokoju. Wraca logika i powoli układa klocki na swoje miejsce.

Nie tkwiłbyś w tym sądzie z uporem maniaka, gdyby ci nie zależało na dzieciakach, kochasz je, to i cierpliwie znosisz zadawane razy. Przecież nie będą walić w ciebie w nieskończoność. Nie będą? Oby. Nawet jeśli nie dostałeś dzieciaków na weekend raz czy drugi, to przecież od czasu do czasu miałeś. Wcześniej, przed tymi rozprawami też miałeś. Nigdy krzywda im się nie stała. Więc chyba sąd to też zauważy? Zauważy?

Udaję, że nic się nie dzieje, udaję, że oglądam film, udaję, że czytam książkę. Zaklinam rzeczywistość i sprawiam, że wszystko wydaje się w porządku, choć boję się jakby goniło mnie sto diabłów.

Będę uciekał przed nimi do wtorku, do kolejnej rozprawy o widzenia ze starszą dwójką.

*Apteka – Diabły /Menda; 1985 J. Kodymowski/