
– Cia-ste-czko? – mlask, mlask – Masz o-cho-tę? – sylabizował Wujek z ustami pełnymi bomby kalorycznej, stojąc w progu.
– Pomyślałem, – kontynuował, gdy już przełknął – że osłodzę ci tę nerwówkę na ostatniej prostej przed jutrzejszym wyrokiem.
Facet pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wdzięczny mu jestem za te drobne gesty, dowcipkowanie, czasem nawet bardzo na siłę, z tej całej mojej sytuacji i pokazywanie swojej twarzy, do której mogę mówić.
W rzeczy samej, ostatnie dwa tygodnie zszargały mi nieco nerwy. Choć bardzo chciałem i wiedziałem, że powinienem, nie umiałem przejść do porządku dziennego nad tym, że mam cierpliwie czekać, bo nic nie mogę zrobić. I kropka. Ha, ha, ha. Całe to moje miotanie się z samym sobą, jak głodny lew po pustej klatce, uzmysłowiło mi ile jeszcze pracy przede mną. Kolejny raz przypomniało, że alkoholizm jest nieuleczalny i choćbym nie wiem jak dobrze się czuł, muszę się pilnować, muszę ciągle uważać na siebie i nie ustawać w pielęgnowaniu swojej trzeźwości, bo niezaopiekowany nadmiar emocji mnie wykolei. I tak myślę sobie że jest całkiem nieźle, skoro mimo tej nerwówki i wszystkiego, co sam sobie w związku z nią niepotrzebnie fundowałem, umiałem to zobaczyć i choć próbowałem to wytłumiać.
Przed salą rozpraw byłem niecałe dziesięć minut przed czasem. Na wokandzie, po raz kolejny, wyświetlono numer sprawy z moim nazwiskiem i Cześkiem jako pozwanym. Znowu bez Małej Mi i ich matki jako przedstawicielki ustawowej. Wyglądało to co najmniej fatalnie i z tego fatalnego wyglądu skorzystała Paranoja, robiąc przed pierwszą rozprawą zdjęcie ekranu z wokandami i pokazując je Cześkowi.
– Zobacz, tata tak cię kocha, że pozywa ciebie do sądu. Widzisz? Zapamiętaj sobie i zapytaj tatę przy najbliższej okazji dlaczego ci to robi. Wstydu nie ma?
Jego matka pochwaliła się tym co zrobiła, na korytarzu sądowym, tak bym to usłyszał. Oczywiście ani na krztę nie wierzyłem w to co mówi. Zapisałem jej to na próbę wyprowadzenia mnie z równowagi przed wejściem na salę rozpraw, co musze powiedzieć, nie do końca po mnie spłynęło. Niestety, po jakimś czasie, kiedy jeszcze miałem możliwość porozmawiać z dziećmi telefonicznie, Czesiek przestał podchodzić do słuchawki i rozmawiałem tylko z Małą Mi.
– Co się dzieje córcia, dlaczego młody nie chce gadać?
– Jest na ciebie zły?
– Zły? Na mnie? O co?
– Mama opowiedziała nam o rozprawie i pokazała, że go pozwałeś. Wkurzył się i popłakał.
Spędziłem z nią na telefonie kawał czasu, tłumacząc na czym ten nieszczęsny trik polega i dlaczego to musi brzmieć jak brzmi. Co to wokanda, opiekun ustawowy, pozywający, pozwany. Dwunastolatce. Nie brzmiała w czasie tej rozmowy, jakby potrzebowała specjalnych wyjaśnień. Rozumiała co do niej mówię i zadawała pytania, które to potwierdzały. Zanim się rozłączyliśmy, powiedziała, że spróbuje to Cześkowi wytłumaczyć. Biorąc pod uwagę jego obecne zachowanie, ich matka wydaje się mieć większy dar przekonywania od swojej córki.
Stałem na korytarzu sam. Ani żywego ducha. Paranoja nawet nie przysłała swojego adwokata, nie mówiąc o pojawieniu się jej samej. Obecność na odczytaniu wyroku nie jest obowiązkowa. Ciągle się zastanawiam, czy jej nieobecność będzie nonszalancją, czy moje pojawienie się nadgorliwością? Nieważne.
– Proszę wejść, odbędzie się odczytanie wyroku sprawy nr… z powództwa… przeciwko… – zabrzmiało z głośnika nad drzwiami Sali.
– Proszę zająć miejsce. – powiedziała do mnie sędzia, gdy już wszedłem do środka.
Szybko odprawiła formalności i zaczęła czytać wyrok wraz z uzasadnieniem. Tak mi się wydawało. Najpierw przypomniała mój wniosek i argumenty jakie przytoczyłem, by go uwzględnić, potem argumenty jakie podniosła ex, by go odrzucić. W końcu dowiedziałem się, co zawierał ten pieprzony punkt czwarty, który już dwa tygodnie temu został wystrzelony w kosmos bez prawa powrotu przez co mącił skutecznie mój spokój. Ex nie zostanie obciążona kosztami procesu, czyli, jak wytłumaczyła sędzia, dzieci nie będą obciążone. Widzę to dokładnie odwrotnie, ale to moja złość przyprawia mnie o taką optykę…
– Powód z własnej woli zrezygnował z pracy zagranicą i porównując z obecnymi warunkami, pozbawił się prawie trzech czwartych środków do życia, argumentuje to swoim stanem zdrowotnym, czyli depresją oraz chorobą alkoholową, którą skutecznie leczy, od dwóch lat
Pozostając w trzeźwości. Ponadto przeprowadzka do kraju i rodzinnego miasta wiąże się z jego wolą ponownego, pełnego udziału w życiu i wychowaniu swoich dzieci, co sąd uznaje za argumenty będące podstawą, by uwzględnić jego zmianę sytuacji bytowej na gorszą i obniżyć kwotę alimentów, z klauzulą wykonalności od dnia złożenia wniosku, do kwoty pomniejszonej o niecałą jedną czwartą pierwotnej sumy.
Pomniejsza o jedną czwartą?! To żart? Przecież to połowa mojej wypłaty, a gdzie jeszcze pieniądze dla Szopena? A co ze spłatą zaległości? Kurwa! A rachunki za prąd, wodę, czynsz?
A bułka z masłem?
Pieprzona cha-cha. Dwa do przodu, jeden w tył. Znowu, jak w cholernym déjà vu, z rozprawy ze Złośnicą. Alimenty obniżone, czyli twój dług dalej będzie rósł, tyle, że trochę wolniej. Co się zbliżę do dna i zbieram się żeby w końcu się porządnie odbić, jakaś siła z rechotem je obniża. Kurwa mać. Ile razy jeszcze?!?
– Rzeczywiście panie Mick, – powiedział mecenas Dębski siadając naprzeciwko mnie za stołem – trochę dużo, na pewno więcej niż się można było spodziewać. Ale spokojnie, już jest jakiś krok do przodu. Sama kwota zaległości dosyć znacznie zmalała. Przynajmniej jako całość, w skali półtorej roku, jakie panu się ta sprawa ciągnęła. Śmiało zaryzykowałbym apelację.
Im dłużej mówił, zadawał pytania o uzasadnienie jakie słyszałem od sędzi, tłumaczył poszczególne niuanse, tym byłem spokojniejszy. Wiedza. Wiedza poparta konkretnymi przepisami recytowanymi przez mojego adwokata działała jak skondensowana melisa. Luksus, którego nie miałem od początku moich przygód na sali sądowej.
– Najważniejsze, że z chwilą odczytania wyroku, komornik, nawet jeśli dojdzie do licytacji, może panu zabrać o parę ładnych tysięcy mniej. Zmniejsza się panu dług mimo, że wyrok nie jest prawomocny, bo ma klauzulę natychmiastowej wykonalności. Niech pan to próbuje wykorzystać, może uda się teraz panu spłacić tę zaległość?
– Nie mam z czego. Nie mam z czego tego uzbierać. Nawet na bieżące kwoty, te pomniejszone, mnie nie stać. Nikt, ani exy, ani Sąd, nie chce czekać aż poważnie stanę na nogi. Gdyby nie te cholerne długi, pewnie za jakiś rok, może trochę dłużej, dałbym radę takim sumom, ale teraz?
– Spokojnie – powtórzył Dębski – załatwimy apelację, może uda się coś ugrać.
– Może…
– Dopilnuję formalności, by rozpocząć odwołanie, a tymczasem, musimy pana przygotować na poniedziałek. Zajmiemy się teraz pana najmłodszym synkiem.
One step at a time.* Cierpliwości chłopaku, cierpliwości.
___________
*ang. – w tłumaczeniu dosłownym „jeden krok na raz”, znaczy tyle samo, co polskie „spiesz się powoli”


