LXXXIX Niebo nad…

 – Tato, a mama po mnie mówiła, że przyjdzie.

 – Cześć synuś. Stęskniłem się za Tobą. Gdzie mamusia?

 – Poszła do pracy swojej. Ale przyjdzie po mnie na noc.

 – Aha. Przytulimy się? – kucnąłem przed Szopenem w progu domu, a ten wpadł mi w ramiona i się mocno wtulił.

 – A ja będę tutaj u Ciebie spać?

 – Tak Serce, będziemy mieli super wakacje i będziemy grali w piłkę i robili bazę Strażaka Sama i Psiego Patrolu i jak będzie ciepło będziemy się kąpać przez cały dzień w baseniku i oglądać bajki.

   Spojrzał na mnie i widziałem jak układa sobie wszystko w tej małej blond główce. Patrzył na mnie badawczo jeszcze przez chwilę i znowu się przytulił, ciągle trzymając w ręce swój malutki plecaczek, w którym znalazłem pół tuzina zabawek i tenisówki.

   Nie mogłem uwierzyć, że Złośnica nawet nie poczekała żebym otworzył drzwi i się przywitał, tylko na dźwięk otwieranego zamka zrejterowała zostawiając małego przed drzwiami. Nigdy się nie przyzwyczaję do takich drobiazgów.

   Po kilku chwilach przybyła niezawodna Babcia, powtórzyliśmy sobie plan dnia i zaraz zrywałem się do pracy. Jeszcze kilka chwil, a potem w końcu urlop i upragnione całe dni z Szopenem. Najchętniej popchnąłbym wskazówki zegarka do szesnastej i miał z głowy ciągłe zadawanie sobie pytania – ile jeszcze z tej dniówki zostało? Przeleci.

   Babcia zostanie z nami na jeszcze jeden dzień, a w zasadzie na dzień i noc, bo jutro, odwlekana z przyczyn tzw. niezależnych, nocna wycieczka na najwyższy w powiecie punkt widokowy, by przy pomocy lokalnego nauczyciela fizyki i astronoma-pasjonatę, zapoznać się bliżej z kometą Neowise. Wykąpię małego, zjemy kolację, poczytamy bajki i jak zaśnie, wyfrunę na dwie godziny zostawiając go pod opieką mojej Mamy, by zadrzeć głowę w górę i posłuchać o ciałach niebieskich, skoro do różowych mi w sumie jeszcze dalej.

   Wysłałem na numery mojej starszej dwójki wiadomość, że udało mi się zorganizować taką nocną eskapadę i że jeśli mają ochotę, to niech poproszą mamę, by ich puściła. Równocześnie wysłałem Paranoi podobną informację z prośbą, by im na to pozwoliła i przyjechała z nimi. Nie wiem, czy wiadomości jakie wysyłam regularnie do Małej Mi i Cześka do nich dochodzą. Do niej doszła, bo po kilkunastu minutach odpowiedziała, że mam zorganizować sobie czas na wycieczkę do biura paszportowego i kasę na zaległe alimenty. Wścieka się, bo mimo ustalonych kwot przez sąd i wyrównania przeze mnie wszystkich zaległości, nie jest w stanie zaakceptować takiego obrotu sprawy i uważa, że póki nie zakończy się proces apelacyjny, powinienem bez przerwy uznawać poprzednią wysokość alimentów uzgodnioną gdy zarabiałem jeszcze w Molochu. Nie wiem czy to jej opór, czy jej adwokat nie umie jej wytłumaczyć na czym polegała klauzula natychmiastowej wykonalności zawarta w wyroku. Co zaś do biura paszportowego, to kilka dni wcześniej wysłała mi zawiadomienie, że mam się tam udać, by wyrazić zgodę przed urzędnikiem, na wydanie dzieciom paszportów. Nie wie że już jestem umówiony i sprawa się toczy. Nie chcę jej tego mówić, nich się choć przez kilka dni poczuje jak ja, kiedy natykam się bez przerwy na mur ignorancji, gdy zależy mi na czymś, na kimś, tak bardzo, że odchodzę niemal od zmysłów. Dla niej to tylko wycieczka. Mam nadzieję, bo sam nabawiam się różnych paranoi rozmyślając co mogłaby zrobić by uniknąć konsekwencji swoich postępków, a przecież skoro sąd już jej obiecał, że dobierze jej się do skóry… Wiem, że to chore myślenie i że w gruncie rzeczy, sam robię sobie tym krzywdę, ale czy dałbym głowę, że nie jest do tego zdolna, skoro w zasadzie codziennie potrafi udowadniać, że nie liczy się z niczym i z nikim, byle tylko zrobić mi na złość, upodlić, upokorzyć i postawić na swoim za wszelką cenę.

   W następny weekend przypada początek jednego z dwóch moich tygodni ze starszą dwójką, jaką mam „zapewnioną” sądownie w czasie wakacji. Powiem jej, że bez dzieciaków do paszportowego nie pojadę i mam nadzieję, że pójdzie na ten handel. Mam? Nie, nie mam. Łudzę się resztkami sił, nie licząc absolutnie na powodzenie. Świeci mi jednak nad głową myśl, że moglibyśmy mieć ze sobą, w czwórkę, cały tydzień. CAŁY TYDZIEŃ! Chyba jak już jutro będę bliżej tych gwiazd, to je poproszę, żeby ta jedna właśnie spadła mi z nieba.

   Mały już śpi. Cały weekend ogarniałem mieszkanie, żeby od dzisiaj mógł je masakrować konsekwentnie przez całe dwa tygodnie. Jak ręką odjął, minęły mi myśli kuszące do powrotu do Molocha, które nawiedzały mnie raz po raz ostatnimi czasy. Jakoś tak wkręcały mi się tylnymi drzwiami znaki zapytania, czy aby na pewno było warto zostawiać ten swój świat dla tej gehenny, kaprysów ex i niebycia w świecie starszych dzieci już przez ponad półtorej roku? Chyba zwariowałem. Jak mógłbym zrezygnować ze słyszenia tego spokojnego oddechu z pokoju obok?! Jak miałbym odpuścić nadzieję na to, ze do tego trzy i pół letniego śmiechu dołączą jeszcze dwa prawie nastoletnie? Albo wcale, albo z nimi, a wtedy miejsce miałoby drugorzędne znaczenie. Mógłby być Moloch, Berlin, Tokio, albo Łódź.

   Wylataliśmy się dzisiaj z najmłodszym jak wariaty, jakbyśmy przez minimum pół roku byli trzymani pod kluczem. Ilość kalorii jaką przyjął dzisiaj na kolację zaskoczyła nawet mnie. Mały worek bez dna. Cóż, geny. Padł jak bez ducha zaraz po kolacji, nawet nie obejrzał jednego odcinka Psiego Patrolu. Nawet nie zająknął się, że miała przyjść po niego mama. Za kilka chwil do niego dołączę. Jeszcze tylko przygotuję mu sok na nocną zmianę. A jutro? Witajcie kuzyni i kuzynki, witajcie wujki, i Wujki, i „wujki”, witajcie sąsiedzi i niech wakacje trwają. Bez względu na tę kapryśna pogodę.

LXXXIII Uziemienie

 Kolejny raz siadam na podłodze w pokoju jaki urządziłem dzieciakom. Dużo miejsca, na wszystko. Klocki, samochody, kolorowanki z kredkami, tory i pociągi. Żeby nie zwariować od gapienia się w ekran, co stanowiło, jak myślę, nie tylko moje główne zajęcie przez ostatnie tygodnie, kupiłem sobie puzzle. Tysiąc elementów układających się w panoramę Molocha. Ułożenie samych brzegów zajęło mi ponad dwie godziny, przy akompaniamencie radia, które mówi i z kubkiem cienkiej kawy. Zajęcie. Co jeszcze wymyślę, by nie czuć się jak w więzieniu? To przecież dopiero półmetek, o ile nie jeszcze gorzej.

 – Robinsonie! Jak dałeś radę przez 28 lat? Po ilu się przyzwyczaiłeś? Po ilu pogodziłeś?

 – Przecież to fikcja. Wymysł autora a nie prawda. O czym ty gadasz?

 – I ty to mówisz? Przyjrzyj się sobie!

 Powinienem to mówić chociaż do kota, a nie rozmawiać ze sobą wewnętrznym monologiem. Chociaż gdzieś czytałem, że to normalne, że ludzie samotni zaczynają mówić do siebie, tym bardziej w izolacji, więc nie mam się czym przejmować. Gorzej gdy zacznę mówić do kota, a ten zacznie mi odpowiadać. Póki co patrzy tylko na mnie, czasem nawet miałknie coś w odpowiedzi. Wszystko przede mną.

 Dzisiaj niedziela tego długiego weekendu, zwanego powszechnie Wielkanocą. Czyli jeszcze poniedziałek na podłodze w dziecięcym i już we wtorek będę mógł się przejść do pracy. Tymczasem połowa ludzkości świętuje zwycięstwo życia nad śmiercią. Dość osobliwe biorąc pod uwagę okoliczności.

 Rozmawiałem dzisiaj z Szopenem. To już trzeci raz w ciągu niecałych dwóch tygodni. Ciągle tylko przez telefon, ale lepsze to niż wcale, chociaż dałbym się pokroić, by móc go zobaczyć.

Niestety póki co Złośnica ma w poważaniu moje prośby o skype i odpisuje bardziej niż lakonicznie  – „nie używam”. Kiedy wspomniałem jej whatsapp, którego wiem, że używa oraz  inne możliwości wideo-rozmowy, już nie odpisała wcale. I tak cud, że raz, czy drugi, odbierze mój telefon i poda słuchawkę małemu. Jej adwokat przemówił jej o tyle do rozsądku. Skontaktowałem się z nim, gdy moje prośby kierowane bezpośrednio do niej trafiały w próżnię i powiedziałem, że gdy tylko sprawy wrócą o tyle o ile do normy, w sądzie wyląduje moje pismo odnośnie jej postępowania, więc niech zadba o to bym miał jak najmniej do powiedzenia na temat jego klientki w czasie kolejnej rozprawy, o którą na pewno wniosę .

 – Ludzie! Dlaczego wy się nie chcecie dogadać?! – usłyszałem głos mecenasa Brody w słuchawce.

 – Nie jest pan jej adwokatem od wczoraj i powinien pan już wiedzieć, że niewiele zależy tu ode mnie. Z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz.

 Odpowiedział mi milczeniem, musiał zdawać sobie sprawę od dawna z jakim materiałem ma do czynienia.

 – Poprosi ją pan w moim imieniu, by nie robiła dalszych przeszkód? Chcę tylko kilku chwil z moim dzieckiem. Ile trzylatek może wisieć na telefonie? Niech mam szansę powiedzieć mu że go kocham i za nim tęsknię oraz życzyć kolorowych snów. To chyba nie jest zbyt wiele?

 – Dobrze. Porozmawiam z nią.

 Samą rozmową z Szopenem byłem bardzo zdziwiony. Oczywiście pozytywnie. Mały berbeć nawijał przez telefon jak stary. Opowiedział mi, że ma piżamę w Psi Patrol, że jest już duży i siada na nocnik (nareszcie!), że oglądał ze starszym bratem Strażaka Sama i mam mu kupić kolejny wóz strażacki. Że jadł płatki czekoladowe z mlekiem, że jadł parówki z keczupem, że jadł suchą bułkę. Że kąpał się z klockami i z motorówką, że był z mamą, bratem i ich psem na spacerze.

 – Tato, jutro do ciebie przyjadę i będziemy gasić pożar Strażakiem Samem. – jedno krótkie zdanie, a ja już miałem świeczki w oczach.

 – Nie synuś. Jeszcze nie. Jutro nie możesz przyjechać. Wszyscy musimy zostać w domku. – niemal fizyczny ból sprawiały mi te słowa, wypowiadane do mojego syna – Ale już niedługo się zobaczymy. Doczekamy się, prawda?

 – Tak.

 – Zuch! Kocham cię bardzo Szopen i mocno za tobą tęsknię.

 – Ja ciebie też. – usłyszałem jak wysyła mi przez telefon buziaki

 – Bądź grzeczny i słuchaj mamusi. Cierpliwie wytrzymamy i się zobaczymy, prawda? Pa! Mój smyku.

 – Tak. Papa tato.

 Tyle hałasu, tyle zachodu, tyle złości o mniej niż kwadrans, a tak właściwie o kilka sekund. Wystarczyło, że podała mu słuchawkę z odebraną rozmową i z głowy. Cóż prostszego? Nie chcę się zastanawiać. Nie będę się taplał w tym błocie, tym bardziej, że musiałbym w dwóch bajorach naraz.

 Ze starszymi w dalszym ciągu nie mam kontaktu. Również próbowałem przez skype. Nawet się połączyłem. Ale nie usłyszałem ani słowa od dzieci, a sama kamera była skierowana w okno, jakby ktoś postawił laptop na biurku tyłem na przód. Po chwili tylko usłyszałem faceta Paranoi.

 – Sory Mick. Dzieci nie chcą z tobą rozmawiać. Może innym razem. – i połączenie zostało zerwane.

 Od dłuższej chwili codziennie wysyłam do byłej żony sms prosząc o to by pozwoliła dzieciom wejść na skype, albo wręcz by go włączyła i pozwoliła mi do nich mówić. Mniej więcej co trzy, cztery dni dostaję wiadomość zwrotną, że dzieci dalej nie chcą ze mną gadać.

 Cierpliwie czekam, nie tylko na koniec zamieszania z wirusem. Przecież poprosiłem najmłodszego, by grzecznie wytrzymał. Muszę teraz dać mu przykład.