
– Tato, a mama po mnie mówiła, że przyjdzie.
– Cześć synuś. Stęskniłem się za Tobą. Gdzie mamusia?
– Poszła do pracy swojej. Ale przyjdzie po mnie na noc.
– Aha. Przytulimy się? – kucnąłem przed Szopenem w progu domu, a ten wpadł mi w ramiona i się mocno wtulił.
– A ja będę tutaj u Ciebie spać?
– Tak Serce, będziemy mieli super wakacje i będziemy grali w piłkę i robili bazę Strażaka Sama i Psiego Patrolu i jak będzie ciepło będziemy się kąpać przez cały dzień w baseniku i oglądać bajki.
Spojrzał na mnie i widziałem jak układa sobie wszystko w tej małej blond główce. Patrzył na mnie badawczo jeszcze przez chwilę i znowu się przytulił, ciągle trzymając w ręce swój malutki plecaczek, w którym znalazłem pół tuzina zabawek i tenisówki.
Nie mogłem uwierzyć, że Złośnica nawet nie poczekała żebym otworzył drzwi i się przywitał, tylko na dźwięk otwieranego zamka zrejterowała zostawiając małego przed drzwiami. Nigdy się nie przyzwyczaję do takich drobiazgów.
Po kilku chwilach przybyła niezawodna Babcia, powtórzyliśmy sobie plan dnia i zaraz zrywałem się do pracy. Jeszcze kilka chwil, a potem w końcu urlop i upragnione całe dni z Szopenem. Najchętniej popchnąłbym wskazówki zegarka do szesnastej i miał z głowy ciągłe zadawanie sobie pytania – ile jeszcze z tej dniówki zostało? Przeleci.
Babcia zostanie z nami na jeszcze jeden dzień, a w zasadzie na dzień i noc, bo jutro, odwlekana z przyczyn tzw. niezależnych, nocna wycieczka na najwyższy w powiecie punkt widokowy, by przy pomocy lokalnego nauczyciela fizyki i astronoma-pasjonatę, zapoznać się bliżej z kometą Neowise. Wykąpię małego, zjemy kolację, poczytamy bajki i jak zaśnie, wyfrunę na dwie godziny zostawiając go pod opieką mojej Mamy, by zadrzeć głowę w górę i posłuchać o ciałach niebieskich, skoro do różowych mi w sumie jeszcze dalej.
Wysłałem na numery mojej starszej dwójki wiadomość, że udało mi się zorganizować taką nocną eskapadę i że jeśli mają ochotę, to niech poproszą mamę, by ich puściła. Równocześnie wysłałem Paranoi podobną informację z prośbą, by im na to pozwoliła i przyjechała z nimi. Nie wiem, czy wiadomości jakie wysyłam regularnie do Małej Mi i Cześka do nich dochodzą. Do niej doszła, bo po kilkunastu minutach odpowiedziała, że mam zorganizować sobie czas na wycieczkę do biura paszportowego i kasę na zaległe alimenty. Wścieka się, bo mimo ustalonych kwot przez sąd i wyrównania przeze mnie wszystkich zaległości, nie jest w stanie zaakceptować takiego obrotu sprawy i uważa, że póki nie zakończy się proces apelacyjny, powinienem bez przerwy uznawać poprzednią wysokość alimentów uzgodnioną gdy zarabiałem jeszcze w Molochu. Nie wiem czy to jej opór, czy jej adwokat nie umie jej wytłumaczyć na czym polegała klauzula natychmiastowej wykonalności zawarta w wyroku. Co zaś do biura paszportowego, to kilka dni wcześniej wysłała mi zawiadomienie, że mam się tam udać, by wyrazić zgodę przed urzędnikiem, na wydanie dzieciom paszportów. Nie wie że już jestem umówiony i sprawa się toczy. Nie chcę jej tego mówić, nich się choć przez kilka dni poczuje jak ja, kiedy natykam się bez przerwy na mur ignorancji, gdy zależy mi na czymś, na kimś, tak bardzo, że odchodzę niemal od zmysłów. Dla niej to tylko wycieczka. Mam nadzieję, bo sam nabawiam się różnych paranoi rozmyślając co mogłaby zrobić by uniknąć konsekwencji swoich postępków, a przecież skoro sąd już jej obiecał, że dobierze jej się do skóry… Wiem, że to chore myślenie i że w gruncie rzeczy, sam robię sobie tym krzywdę, ale czy dałbym głowę, że nie jest do tego zdolna, skoro w zasadzie codziennie potrafi udowadniać, że nie liczy się z niczym i z nikim, byle tylko zrobić mi na złość, upodlić, upokorzyć i postawić na swoim za wszelką cenę.
W następny weekend przypada początek jednego z dwóch moich tygodni ze starszą dwójką, jaką mam „zapewnioną” sądownie w czasie wakacji. Powiem jej, że bez dzieciaków do paszportowego nie pojadę i mam nadzieję, że pójdzie na ten handel. Mam? Nie, nie mam. Łudzę się resztkami sił, nie licząc absolutnie na powodzenie. Świeci mi jednak nad głową myśl, że moglibyśmy mieć ze sobą, w czwórkę, cały tydzień. CAŁY TYDZIEŃ! Chyba jak już jutro będę bliżej tych gwiazd, to je poproszę, żeby ta jedna właśnie spadła mi z nieba.
Mały już śpi. Cały weekend ogarniałem mieszkanie, żeby od dzisiaj mógł je masakrować konsekwentnie przez całe dwa tygodnie. Jak ręką odjął, minęły mi myśli kuszące do powrotu do Molocha, które nawiedzały mnie raz po raz ostatnimi czasy. Jakoś tak wkręcały mi się tylnymi drzwiami znaki zapytania, czy aby na pewno było warto zostawiać ten swój świat dla tej gehenny, kaprysów ex i niebycia w świecie starszych dzieci już przez ponad półtorej roku? Chyba zwariowałem. Jak mógłbym zrezygnować ze słyszenia tego spokojnego oddechu z pokoju obok?! Jak miałbym odpuścić nadzieję na to, ze do tego trzy i pół letniego śmiechu dołączą jeszcze dwa prawie nastoletnie? Albo wcale, albo z nimi, a wtedy miejsce miałoby drugorzędne znaczenie. Mógłby być Moloch, Berlin, Tokio, albo Łódź.
Wylataliśmy się dzisiaj z najmłodszym jak wariaty, jakbyśmy przez minimum pół roku byli trzymani pod kluczem. Ilość kalorii jaką przyjął dzisiaj na kolację zaskoczyła nawet mnie. Mały worek bez dna. Cóż, geny. Padł jak bez ducha zaraz po kolacji, nawet nie obejrzał jednego odcinka Psiego Patrolu. Nawet nie zająknął się, że miała przyjść po niego mama. Za kilka chwil do niego dołączę. Jeszcze tylko przygotuję mu sok na nocną zmianę. A jutro? Witajcie kuzyni i kuzynki, witajcie wujki, i Wujki, i „wujki”, witajcie sąsiedzi i niech wakacje trwają. Bez względu na tę kapryśna pogodę.
